Frytjof (Tegnér, tłum. Wiernikowski)/Pieśń XXIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Esaias Tegnér
Tytuł Frytjof
Wydawca nakład tłumacza
Data wyd. 1861
Druk Jozafat Ohryzko
Miejsce wyd. Petersburg
Tłumacz Jan Wiernikowski
Tytuł orygin. Frithiofs saga
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
PIEŚŃ XXIII.
Frytjof na kurhanie ojca.
Treść.
(Przybycie Frytjofa do Sognu. — Jego radość i boleść. — Jego sczera chęć przejednania obrażonego Baldera. — Wzywanie pomocy Ojcowskiej. — Zjawisko tłumaczące wolą przeznaczenia. — Radość jego niespodziana gdy pojął znaczenie tego zjawiska.)



»Jak tu słońce uprzejme! jak się cudnie mieni
Blask jego w gałęzistej sczytnych drzew koronie!
Oko twoje, Wszechojcze! równie się promieni
W kropli rosy wieczornej, w oceanu łonie.
I ciemie skał zachodnich krwawo się rumieni —
To na głazie ofiarnym stos Baldera płonie!

Niebawem Noc nad ziemią mgły rozściele ćmiące
I w głębinach swój złoty skryje puklerz słońce. —

Niechże pierwej powitam, w ukochanej stronie,
Miejsca, które tak żywo serce me pamięta!
Te same widzę kwiaty; też same z nich wonie
Wieczorny wiatr roznosi — te same ptaszęta
Dzwonią w gaju jak dawniej, i też morskie tonie
Tłuką brzeg — głoszą sławę! O! zdradna zachęta:
Niby drogę do sławy w przyszłości otwiera,
A tym czasem ojczyźnie — dzieci jej wydziera.

Bystra rzeko, znam ciebie! pamiętam — w młodości
Nieraz twe roztrącałem piersią szumne wały —
Poznaję cię, dolino, gdzie nam o miłości
Jakiej świat nieznał, serca pierwszy raz zabrzmiały!
I wy brzozy z runami, dotąd swej białości,
Swych koron nie tracicie! Dotąd okazały
Widok wasz pełen życia! Wszystko tak jak było,
Tylko się we mnie jednym wszystko odmieniło!

Jakto? wszystko jak było? Gdzież mój Framnes drogi?
Gdzie świątynia, co stała na brzegu wysokim?
Niema ich! — Po dolinach młodości mej — srogi
Przebiegł miecz, i burzliwym ogień mknął potokiem!
Tu mściwy człek, tu gniewem zapalone bogi
Rozpostarli znisczenie! — Próżno zbożnym krokiem
Dążysz, cichy pielgrzymie, cofnij się! — Tu leże
W gaju bożym, drapieżne założyło zwierze! —

Wciąż tchnienie kusiciela przez żywot nasz leci
Smoka-Nidhögga, który czarnych piekieł posłem;
Nie lubi on jasności Asów, co się świeci
Na mieczu i na czole bohatera wzniosłem.
Gdy zbrodnia tleje — czeka, aż gniew ją roznieci
W pożar, aż runie kościół! — Tem zbiera rzemiosłem

Haracz duchom przepaści — i z szyderczym śmiechem,
Klascze w swe czarne dłonie, nad spełnionym grzechem.

Czyż nigdy nie przebacza promienna Walhalla?
Balderze modrooki! czyż odpychasz dary? —
Od zemsty, za śmierć druha, zbójcę dar ocala[1],
Błagają się bogowie krwawemi ofiary.
Najłagodniejszy z Asów, świat ciebie wychwala!
Nie sróż się — cofnij wyrok — nie dopusczaj kary!
Za pożar mimowolny wszystko’ć dam w ofierze,
Tylko z tej białej tarczy zmyj plamę, Balderze!

Kiedyż mię gniewu twego ciężar gnieść przestanie?
Zdejm go — spłosz mary z duszy — błagam cię w pokorze!
Cały żywot mój świetny niech za okup stanie —
Rozkaż — skarby najdroższe w ofierze ci złożę!
Nie przerazi mię z Thora piorunem spotkanie,
Ani się wzroku Heli sinobladej strwożę;
Tylko gniewu twojego, tylko pomsty twojej
Biały-bogu! znękana dusza się ma boi!

Oto kurhan Rodzica! czy spisz, bohaterze?
Stanąłeś bez powrotu w wieczystej ustroni!
Mieszkasz w lśniącej gwiazdami, lazurowej sferze;
Pijesz miód, pieścisz ucho słodkim dźwiękiem broni.
Gościu Asów! wejrz z góry — syn cię wzywa sczerze!
Wejrzyj nań z pól niebieskich, ojcze Wikingsonie!
Nie runy on, nie czary na twój grób przynosi —
O radę, czem Baldera przebłagać, on prosi.

Milczysz! Przecież Angantyr[2] miał tyle litości,
Ze śpiewał z grobu córze, jak saga dowodzi.

Zaprawdę miecz był dzielny — lecz Tyrfing wartości
Nie miał tego, z czem syn twój do ciebie przychodzi
Miecz znajdę ja w potyczce — ty mi z wysokości
Zeszlij mir — wskaż, co Niebian niewoli, łagodzi.
Kieruj myślą i wzrokiem — niech ból nie pożera!
Nieznośny dla szlachetnej duszy gniew Baldera.

Milczysz? — Posłuchaj ojcze: oto szemrzą wody;
Zrzuć do ich szmeru słowo, zmieszaj je z falami,
Lub się uczep do skrzydła szumnej niepogody.
I, w przelocie, myśl twoją objaw z jej wiatrami.
Zachód pała — na niebie świateł korowody!
Niech jeden z nich jak herold zleci z rozkazami! —
Milczysz? czyż odpowiedzi, znaku nie wyjedna
Od ojca syn w potrzebie? — Jakże śmierć jest biedna!«

Słońce gaśnie. — Wieczorny zefir płynie z chmury.
I nóci synom ziemi kolebkowe baje.
Rydwan zorzy zachodniej kołami z purpury
Wtacza się na widnokrąg, podnosi się, staje.
Kształci się w jakiś obraz nad ciemnemi góry.
Rzekłbyś nowa Walhalla postrzegać się daje,
I widok cudownego przedstawia zjawiska
I, nad morzem zachodu uroczyście błyska!

Zjawisku temu zwykle imię złudy[3] dajem —
(Ale w Walhalli świętszem jest nazwisko jego)

Patrz — już się rusza, zniża, przemyka nad gajem,
Jak wieniec złotolity śród tła zielonego,
Wzmaga swe dziwne światło nad zatoki krajem,
Spuscza się, i na skale, kędy spalonego
Było przed laty miejsce przybytku Baldera,
Zatrzymuje się — postać świątyni przybiera!

Niby twierdza Brejdablik jaśnieje w oddali:
Blanki ścian srebrnych dumnie w górę rozprzestrzenia,
Filary ma ukute z ciemnosinej stali,
Ołtarz wyciosan z bryły drogiego kamienia;
Wypukły dach, jakby go Alfowie trzymali,
Nad ziemią lśni gwiazd tłumem z bławego sklepienia;
A nad nim święte Asy na wyniosłych tronach
Siedzą w błękitnych szatach i złotych koronach.

Do tarcz krytych runami, stoją przysłonione
Trzy Norny — losów świata potężne królowe.
Niby trzy róże z jednej urny wytryśnione —
Widok ich czarujący, lecz lica surowe.
Urda milcząc wskazuje ruiny zwalone,
Skulda, nową spaniałą wskazuje budowę —
Ledwie Frytjof zdumiony przychodzi do siebie
I dziwi się, i cieszy — obraz gaśnie w niebie.

»Rozumiem was dziewice — Ojca bohatera
Myśl czytam w tem zjawisku — czytam zachwycony.
O! zabłyśnie na skale, gdzie stał chram Baldera,
Nowy przybytek świetnie ku niebu wzniesiony.
Jak słodko sercu, które skrucha wznosi sczera.
Dziełem miru okupić błąd pychy szalonej.
Zstąpi więc znów otucha do piersi Tułacza:
Gdy Biały-Bóg gniew składa, gdy grzech mu przebacza.

Witajcież teraz Gwiazdy, witajcie nanowo!
Z roskoszą ciche wasze podziwiam kroczenie!

Witaj Zorzo, płonąca krasą biegunową!
Pożaru mi nie wskrzeszą już twoje płomienie!
Grobie ojca! w zieloność przystrajaj się nową!
Fale wznoście pod nieba czarujące pienie!
Ja tymczasem wypocznę, skroń na tarczy złożę,
Marząc o pojednaniu z tobą Dobry-Boże.« —








  1. Zabójstwo spełnione na przyjacielu lub krewnym można było okupić kosztownemi darami lub pieniędzmi.
  2. Angantyr syn morskiego konunga (wikinga) Arngrima, panującego w Islandyi, posiadał miecz zwany Tyrfing, w którym, kujący go Karłowie zamknęli przekleństwo na zgubę tego kto go piastować będzie. Kiedy córka Angantyra, Herwera, mając gwałtowną potrzebę zbliżyła się do kurhanu ojca i zanuciła: Obudź się obudź Angantyrze, surowy dziki Berserku, wysłuchaj prośby Herwery, córy twojej i Swafy, ostatniej rósczki twojego rodu i udziel jej miecza etc., — Angantyr z wielką niechęcią pozwolił córze wziąść Tyrfing, ale zarazem przepowiedział jej zgubę niechybną.
  3. Złuda (fata morgana — mirage) czyli zjawisko optyczne, dające się nieraz postrzegać na niebie przy zgęsczonem powietrzu i odbiciu się na nieci ziemskich przedmiotów. Tu jednakże złuda nie oznacza mirażu, ale prawdziwą wizją, jaką Frytjofowi ulitowani bogowie zsyłają.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Esaias Tegnér i tłumacza: Jan Wiernikowski.