Historya o Janaszu Korczaku i o pięknej miecznikównie/XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Historya o Janaszu Korczaku i o pięknej miecznikównie
Podtytuł powieść z czasów Jana Sobieskiego
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1875
Druk Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


W ten sposób Janasz zaledwie dzień jeden przeczekawszy w Mierzejewicach, wybrał się zaraz w drogę. Dano mu Pacuka, na nowo go oblókłszy, i dwóch ludzi, bo Miecznikowa musiała z pieniędzy w Gródku odmurowanych, dać na przypadek wykupu pięć tysięcy czerwonych złotych. Była to suma znaczna, ale wiedziano, że Turcy za niektórych i po dziesięć z razu żądali, grożąc, że im głowy pościnają, jeżeli tych pieniędzy nie dostaną. Miecznikowa zaś dla prędszego oswobodzenia męża z niewoli, nietylko gotową była oddać wszystko, co w gotowiźnie w domu się znajdowało, ale spieniężyć się do ostatniej łyżki, a bodaj majętności zastawić. Niechciała więc, aby po pieniądze wracano i dała je, aby w pogotowiu były.
Ponieważ zapewne nie wiedziano gdzie się król znajdował, a na zimę miał do Krakowa powrócić, gdzie już nań królowa oczekiwała, Janasz miał na Kraków jechać, szukając tam sposobności dostania się na Węgry, gdzie się Turcy byli cofnęli i zamki trzymali.
Rano tego dnia odprawił mszę ksiądz Żudra na intencyę podróży i wykupienie Miecznika, poczem Janasz poszedł pożegnać panią, przed którą pokląkł prosząc ją o błogosławieństwo na drogę, gdyż nie można było wiedzieć pod owe czasy, jaki los spotka człowieka, w podróży i zajściach z niewiernymi, którzy słowa nie zwykli byli dotrzymywać.
Rzuciły się łzy pani Miecznikowej z oczu, bo do Janasza przywiązaną była, niemal jak do dziecka, które się w jej oczach wychowało. Ścisnęła go za głowę wzruszona i pobłogosławiła. Jadzia stała na uboczu; poszedł do niej rękę jej całując, a dziewczę miało mocy tyle nad sobą, iż nie okazało co czuło. Odezwała się tylko: — Wracaj do nas zdrów z ojcem, będziemy się za was modlili i czekali.
Głos jej zadrżał, zakryła oczy, ścisnęła Janasza za rękę i odwróciła się. Wyszedł Janasz w dziedziniec gdzie go wszyscy jeszcze pożegnać i uścisnąć pragnęli, bo kochanym był we dworze, a nie jeden się upłakał, widząc że mizerny, z ledwie przygojonemi ranami, puszczał się w tak niebezpieczną drogę. Dano wóz kuty, mocny pod rzeczy i pieniądze; na nim dwóch ludzi dobrze uzbrojonych siadło, Janasz zaś, jak zawsze, tak i teraz konia dosiadł, Pacuka mając za sobą. Napierał mu się Nikita, ale temu i spoczynek się należał i Miecznikowa go też w domu potrzebowała.
Zima się już zapowiadała, więc drogi nie były dobre, powietrze ostre i dni krótkie — podróż więc nie łatwo szła. Do Krakowa przybywszy dowiedział się Korczak, że króla się spodziewano, ale go tam jeszcze nie było, więc korzystając ze sposobności, bo się tam od królowej z listami szlachcic Kożuchowski z dobrym konwojem miał przedzierać, nie wiele spocząwszy, ruszył z nim razem. A było to bardzo szczęśliwem dla niego, bo przy pośle owym ludzie się znaleźli doskonale dróg świadomi, przebiegli i umiejący prowadzić pewnemi manowcami, kędy się mało z kim spotkać było można, bo naówczas nie jednego Turka lękać się musiano, ale włóczęgów i zbiegów węgierskich, plądrujących na swoją rękę, Kroatów cesarskich i wszelakiego ludu, co z wojny korzystał dla bezprawia. Uszli przecie obronną ręką wszelkiego niebezpieczeństwa i cudem prawie króla z wojskiem zastali u oblężenia Zeczyna, małej mieściny z zameczkiem, otoczonym wodą i murami, w którym się Turcy ze znacznym oddziałem bronili.
Nad wieczór przybywszy do obozu, pozyskanego w drodze Kożuchowskiego użył Janasz, aby sobie zaraz u króla posłuchanie wyrobić, nie zwlekając i chwili. Wpuszczono z listami od królowej Kożuchowskiego, a w godzinę potem, gdy król listy przeczytał, bo do tych się zaraz rzucił jako zgłodniały wielce wiadomości, przyszło pacholę po Janasza, że się stawić może.
Królewski namiot ogromny był jak największy dwór i bardzo piękny a dogodny. Wszystek z wzorzystej materyi tureckiej podbitej suknem, z sznurami jedwabnemi i kotarami długiemi, a izbami ściany poprzedzielanemi. Można się w nim było zgubić, ktoby drogi nie wiedział, lecz pacholę prowadziło i podniósłszy płotek, wpuściło Janasza do środka. Pierwszy raz mając majestat królewski oglądać, Korczak strwożony nieco, u płotka zaraz stanął, pokłon czyniąc i nierychło oczy śmiejąc podnieść.
Dopiero po chwili, usłyszawszy głos, zwrócił wejrzenie na to miejsce, z którego wychodził. Izba była w namiocie pośrodku kolista, obszerna, karmazynowym suknem ze złotemi galonami cała wybita, kobiercami grubo wysłana. Na stole krągłym zaciągniętym makatą paliły się dwie świece i listy jeszcze leżały, tylko co porzucone. Król na składanym krześle z tasiem jedwabnych siedział w popielicowym kożuszku, na żupan wdzianym, ręce na kolanach, twarz jasna i spokojna. Tuszy już był znacznej, ale mimo to krzepki i silny. Wielką powagą swą uczynił wrażenie na przybyłym, ale nie mógł Korczak wstrzymać się w duchu od myśli, że na szlachcica raczej wyglądał zamożnego, niż na bohatera. Wielka prostota i dobroć blask królewski przyćmiewała. Buty tam szlacheckiej było dosyć, lecz łagodnej a miłościwej. Patrzał na Janasza i westchnął.
Waszmość jesteś przysłany od pani Miecznikowej Zboińskiej! Miły panie, choć milczysz jakbyś mi wymówkę przywiózł, żem dotąd mojego dobrego przyjaciela i towarzysza z rąk tych pogan uwolnić nie mógł — ale chyba Bóg nie łaskaw, musiemy go wprędce dostać.
— N. Panie — odezwał się Janasz — pani Miecznikowa do stóp W. K. Mości się ściele, a prosi jeno o pomoc i pośrednictwo, choćby przyszło okup zapłacić!
— Niech Bóg uchowa — przerwał król — mam ja dosyć pochwytanych ich paszów, dam ile zechcą, byle raz do ładu z nimi przyjść. Lecz z przewrotnym narodem tym wiedzieć trzeba jak się układać, im człek więcej nalega, tem więcej robią trudności, a cenę podnoszą.
Przecież już mi słowo dali i umowę byli podpisali, że Miecznika wydadzą — a no im się zdało targować jeszcze, aby więcej wydrzeć.
— Gdyby łaska W. K. Mości ułatwić mi tylko przystęp do mojego pana, jabym już i sam.
Król Jan się rozśmiał.
— Dobre chęci waszmości — rzekł — jakże się zowiesz?
— Korczak — odparł Janasz.
— Dobre chęci, mości Korczak, ale więcej serca gorącego niż znajomości tego, co się tu dzieje. Tu i wytrawni rady nie dadzą — cóż dopiero człek nowy! Z poganami sprawa.
Westchnął król.
— Przeczekajcie dzień, mam coś na myśli.
— Mam z sobą N. Panie, pięć tysięcy dukatów na okup, lękam się o nie, W. K. Mość pozwolisz abym je złożył do kasy pańskiej.
Ramionami ruszył król i wąsa pokręcił.
— Niepotrzebnieście je wieźli, bo my go, Bóg da bez pieniędzy dostaniemy. Pojmuję niecierpliwość p. Miecznikowej.
— A! N. Panie — gdybym się ja tam tylko mógł dostać — rzekł Janasz.
— Poślemy do Neuhasel, gdzie nieboraczysko siedzi, to się przyłączysz — odparł król po chwili — lecz uprzedzić sam muszę, iż Miecznik pokorną tam przybrał postać, aby go nie obdarto, i nie rad, by się bardzo nim zajmowano.
W tem nadchodzący Denhoff po rozkazy, przerwał rozmowę. Król wstał i zbliżywszy się do Janasza po ramieniu go klepnął.
— Bądź dobrej myśli, a bezemnie się z niewczesną gorliwością nie wyrywaj, abyś mnie i Miecznikowi sprawy nie popsuł.
A popatrzywszy na Janasza dodał:
— Hoży z waszmości chłop — i na żołnierzabyś się zdał, lecz cóżeś to tak wymizerniał?
— Choroba, N. Panie, a wprzódy jeszcze ciężkie przejście z Tatarami, jakiegośmy z Miecznikową na Podolu doznali, — zdrowie mi odjęło!
— A cóżeście mogli, wy z Tatarami, mieć do czynienia?
— Oblegli nas na zamku, tośmy się w kilkudziesięciu na tysiąc ich opierać musieli.
— No — i cóż! oparliście się? jak się patrzy....
— Myśmy się trzymali dopóki było można, choć dolne zamczysko już wzięli, aż pułkownik Dulęba na odsiecz nadciągnął.
— Miecznikowa ma nieszczęście prawdziwe do tych niewiernych, dodał król, lecz się to prędko skończy i wygnamy ich raz na zawsze z Europy, a nasze Podole odzyskamy. Amen, domówił król.
Janasz rękę jego ucałował i odszedł. W obozie choć znajomych nie było znaleźć łatwo, przyjaciele zaraz się nastręczyli — i Korczaka wzięto, bo każdy był z Polski nowin chciwy.
Wojsko znać było zmęczone wielce pochodem a nieustannemi utarczkami pognębione, lecz duch w niem panował i ochota niezmierna. Łupów najrozmaitszych namioty i wozy były pełne.
Za bezcen sprzedawano najosobliwsze sprzęty, z któremi nie wiedziano co czynić, bo ich za sobą wieźć nie było podobna. Wychudzeni, ogorzali, pomarzli, odarci, często głodni, śmieli się rycerze, wesołością nadrabiając, gdy czego brakło. Janasz się owego wieczora nasłuchał dziejów, których przez życie całe nie zapomniał. Sami je bohaterowie opowiadali, nie szukając z nich chluby.
Nazajutrz szturm miano przypuścić do Zeczyna, w którego murach odkryto wyłom na prędce kołami i ziemią zabity. Jak świt ruszono się z obozu, a Korczak wytrzymać nie mogąc, na ochotnika się wprosił pomiędzy jazdę. Rychło jednak konia rzucił, a sam z innemi, szablę dobywszy, pobiegł do szturmu, który ze dwóch stron przypuszczono. Niemal jednym z pierwszych dostał się mimo gradu kul pod wrota, pod które już petardę miano podsadzić, aby je podpalić i skruszyć, gdy naparci Turcy i z tej strony i wyłomem przez cisnącą się piechotę regimentu Denhofowskiego, wywiesili białą chorągiew.
Król sam stał na koniu nieopodal, gdy się Denhof z Agą Czorbadżym umawiać zaczął. Zezwolono aby z życiem szli wolni, bez broni i bagażów. — Janasz z wyprawy swej powracał mimo tego miejsca, na którem król stał. Poznał go Sobieski zaraz i skinął aby się zbliżył.
— Dzielne serce — zawołał śmiejąc się — takich lubię. Wczoraj z drogi, a dziś na ochotnika poszedł.
Janasz był lekko draśnięty w rękę.
— Chciałem też mieć szczęście pod rozkazami króla przelać krwi kropelkę za wiarę świętą.
Król głową skinął i wąsa pokręcił.
— Cóżeś tam słyszał? Denhoff ich widzę puszcza wolno?
Turcy w tej chwili poczęli się przez wrota tłoczyć, mimo króla ciągnąc. Przyskoczył Denhoff.
— Nie może to być — zawołał Jan, abym ich puścił wolno wszystkich, kiedy oni mi Miecznika trzymają, mimo obietnicy. Agę z synem i co przedniejszych zatrzymać, aż go uwolnią.
Wstąpiła dusza w Korczaka, widząc jak król o Zboińskim pamiętał. Napróżno się Turcy prosili, błagali i wymawiali — nie pomogło nic. Janaszowi zaraz myśl przyszła, ażeby z tych zatrzymanych w niewoli korzystać i gdy Zeczyn zajmowano, przez Kożuchowskiego się jął u króla dopraszać, aby mu ze dwoma Turkami dozwolono jechać, i wydania Miecznika domagać się w zamian za Agę, jego syna i zabranych przedniejszych dowódzców.
Zrazu król się opierał, kogo innego wyznaczyć chcąc, potem Węgra dodawszy, zezwolił, Turkom jadącym z niemi przez tłumacza zapowiadając, że jeśliby posłom włos z głowy spadł, jeńców natychmiast śmiercią ukarze.
Tak tedy króla pożegnawszy i nasłuchawszy się nauk i przestróg wielu, jak sobie miał poczynać, Janasz tegoż dnia przed wieczorem w niebezpieczną wyruszył drogę.
Turcy dodani, choć się sprawowali spokojnie, milczący jechali i widocznie gniewem na giaurów przejęci. Wzrok ich, postawa i mruczenie ciche, nic dobrego nie wróżyły. Węgier milczał, Janasz się opiece Bożej powierzał, jedno sobie powtarzając, iż bądź co bądź Miecznika oswobodzić musi, choćby sam miał tam przepaść.
Drugiego dnia nad wieczorem ukazał się zameczek przez Turków zajęty i pogorzelisko około niego a dom ów murowany, w którym u syna Agi, Miecznik w niewoli zostawał. Najprzód jednak przewodnicy zmusili Węgra i Janasza na zamek iść do Paszy. Gdy do wrót przybyli, a z załogi postrzeżono swoich, którzy dwu chrześcian prowadzili myśląc iż to byli jeńcy, uradowano się wielce. Wkrótce jednak radość ta spełzła, gdy poczęli przybyli opowiadać, że Zeczyn został wzięty. Wielka wściekłość opanowała ich, na zamku ruch się wszczął ogromny, a stojący w podwórzu, wśród odgrażającego się tłumu mogliby paść ofiarą, gdyby przewodnicy nie zapowiedzieli co im król mówił i jako bezpieczeństwo posłów poprzysiądz musieli. Godzina dobra upłynęła, nim się na zamku nieco uspokoiło, a do Paszy ich puszczono. Węgier tu głównym był, bo się po turecku mógł rozmówić, Janasz szedł za nim.
Wprowadzono ich do tej izby, którą opisywał Pacuk, a zastali w niej znowu Paszę z cybuchem, na poduszkach, z szablą i buńczukiem wiszącemi nad głową. Człek był stary, z brodą długą, z różańcem w jednym ręku, z nogami podkurczonemi. Oczy miał z gniewu krwią nabiegłe. Zaledwie weszli a Węgier mówić począł, wybuchnął Pasza z odgróżkami, iż za wszystko Polakom zapłacą, że stokroć większe wojsko ściągną i kamienia na kamieniu nie zostawią.
Węgier go spokojnie słuchał aż wszystką swą złość wywarł, dopiero spokojnie rzekł:
— Nie potośmy tu przyszli, abyśmy tych obietnic słuchali. Wiecie co się stało. Król swojego sługi który u was w niewoli zostaje, domaga się. Przyrzekliście go wydać i zatrzymali, wziął więc waszych przedniejszych, Agę-Czorbadżego i jego syna i trzymać ich będzie, póki tego nie wydacie, po któregośmy tu przybyli.
— Ja królewskiego sługi nie mam, bom go synowi darował — rzekł Pasza — z nim o okup się układajcie.
— Nie o okup myśmy się tu przyszli umawiać ale o wymianę. Król wam daje więcej niż złoto, bo potrzebnych wam i mężnych dowódzców waszych.
Zmilczał Pasza.
— My ich i tak odzyskamy — mruknął, a tego wykupić musicie!
Janasz nie rozumiejąc jak sprawa stała, mięszać się nie mógł — uprosił wszakże Węgra, aby mu widzenie się z Miecznikiem wyrobił. Niecierpliwie czekał Korczak, jaki skutek weźmie umowa i owo bełkotanie Turka z Węgrem, o którem tyle tylko wiedział, iż się mocno sprzeczali. Naostatek Węgier mu opowiedział, iż jeśli chce, nazajutrz z Miecznikiem dzień spędzić może, gdyż teraz noc już była i jeńcy w lochu zamknięci.
Turcy przybyli z nimi znać musieli opowiedzieć Paszy, że królowi wielce chodziło o uwolnienie sługi swojego, gdyż się zaciął i zarzekał, że go inaczej nie da jak za dziesięć tysięcy sztuk złota.
Na tem tego wieczora stanęło.
Pasza nieco ostygnął i odprawił ich na nocleg w zamku pod strażą. Dano im izbę osobną, zimną, w której rogoży i wojłoków tyle było, żeby się na nich przespać można. Położyli się więc jak stali, a sen ich niebardzo brał, bo długo słyszeli opowiadania Turków, co z nimi przybyli i wykrzyki gniewne, które im towarzyszyły.
Skoro świt budzić się w zamku i ruszać zaczęto, a Janaszowi już pilno było iść szukać i widzieć Miecznika, domagał się więc przewodnika co rychlej i nakoniec doprosił, iż go Czausz z zamku na owe pogorzelisko do widnego zdala domu murowanego poprowadził.
Tam już od wczoraj wiedziano pewnie o posłach, gdyż izbę więźniów Janaszowi pokazano. Niektórzy z nich w nędznej odzieży zamiatali właśnie przed stajnią, w dziedzińcach i u wrót, ale Miecznika między nimi nie było.
Zobaczywszy Janasza kilku towarzyszów, a sądząc że jeniec nowy przybywa, zbiegło się doń ciekawie. Już z ich twarzy i postawy mógł się domyśleć jak p. Miecznika znajdzie. Począł o niego pytać. Wskazano mu izbę na górze, a Kurczaba, szlachcic, który na nogach miał łańcuszki a w rękach miotłę, rzekł:
— E! Miecznikowi się jeszcze jako tako dzieje, bo się za niego dużo złota spodziewają. Choć się krył z sobą, przewąchali że to nie taka jak my golizna. Ale go za to nie łatwo puszczą, gdy nas daliby pewnie dwu za jednego konia dobrego, gdyby im go kto przyprowadził.
Rozmowy dłuższej nie chcąc zawiązywać, Janasz pośpieszył na górę.
Z bijącem sercem drzwi otworzył.
W kubraku nędznym, podpasany krajką, w ladajakich chodakach, tyłem do drzwi siedział na posłaniu z wojłoków Miecznik i w okno patrzał smutnie. Chociaż tak okrutnie tą nędzą zmienionego, poznał go zaraz Janasz.
Nie rychło zamyślony jeniec głowę odwrócił, lecz spostrzegłszy we drzwiach twarz, której sobie wytłumaczyć nie mógł, a do tego wychudzoną i zmienioną — przestraszony przeżegnał się.
Jak w tęczę patrzał milczący na Korczaka, gdy ten mu się płacząc do nóg rzucił. Dopiero ręce podniósłszy do góry, zawołał:
— Janasz! ty! zkądżeś się wziął?
— Umyślniem przybył, panie, po was, dla uwolnienia waszego.
— Z domu? wprost?
— Tak jest.
— Jejmość! Jadzia! mów.
— Wszyscy zdrowi.
— Bogu chwała? — odetchnął Miecznik.
— Ale ty jak z krzyża zdjęty.
— Chorowałem.
Zamilkli.
— Podróż jak poszła?
— Dobrze — dobrze — zawołał Janasz; niechcąc opowiadaniem na razie go zatrważać. Natychmiast po powrocie wysłała mnie pani do obozu, a król jegomość pozwolił tu dojechać. Agę i jego syna i trzydziestu ich przedniejszych zatrzymał dla was, aby wymienić.
— Dobry król.
— Jam przywiózł pięć tysięcy dukatów.
— Ha? zkąd?
— W Gródkuśmy skrzynię znaleźli.
Miecznik się poruszył.
— Ani grosza tym zbójom nie dam. Milcz — i z tem mi się nie odzywaj. Dosyć mnie namęczyli — ale ja tak i twardszy od nich. Otóż, jak widzisz, nic mi, do ich chleba nawykłem. Apetyt mam jakiego nigdy nie było.... drwię z nich.
Janasz go począł po rękach całować.
— Puścić mnie muszą, a pieniędzy nie będą widzieli!
Nagle z zamyślenia jakby wychodząc, wtrącił Miecznik.
— Kobyła bułana oźrebiła się?
Janasz osłupiał.
— Tak jest — bąknął.
— Mówiłem, że źrebak będzie — nieprawdaż?
Naprawdę Korczak o niczem nie wiedział, ale potwierdził.
Uścisnął go za głowę stary.
— Ty myślisz — odezwał się — że ja na twoje przyjęcie taki dobry humor dobyłem z zapasu? Jako żywo! ciągle go mam i z Turków drwię. Wściekają się, a ja się śmieję. Skorzystałem z niewoli tyle, żem się cale nieźle tego ich psiego języka poduczył i mógłbym z biedy drogmanem być.
Janaszowi się na łzy zbierało, a stary śmiał się. Wprawdzie na twarzy niewola się mocno wypiętnowała, lecz oczy śmiały się jak zawsze. Począł rozpytywać o wszystko.
Treści nie brakło do opowiadania, ale Korczak to tylko mógł mu donieść coby próżnej z sobą nie przyniosło troski, bałamucił więc i wywijał się różnie, szczególniej o całej podróży na Podole i przygodach doznanych zamilczawszy.
Godziny płynęły niepostrzeżone.
— Panie — odezwał się Janasz — Węgier tam układa się o uwolnienie nasze, ale Turcy się upierają.
Ja myśl mam inną. Jeśli przyjmie Pasza, zostanę za was zakładnikiem, chodzi o to, aby mnie tylko przyjęto.
Miecznik się rozśmiał.
— Nie wezmą cię, chudy jesteś — rzekł — a u nich chudy, mężczyzna czy kobieta, nic nie warci. Za młody jesteś, aby cię za mnie pomieniali.
— Toż jeśli o niewolnika do pracy idzie, młodszy lepszy.
— Im nie o pracę chodzi, ale o pieniądze, nie! nie! rzekł Miecznik. My tu może, jeśli Węgier nic nie poradzi, co innego poczniemy. Masz pieniądze?
— Sumę całą w królewskich zostawiłem rękach, bo niebezpiecznie było ją brać z sobą — a w kieszeni około stu czerwonych złotych się znajdzie.
To mówiąc sakiewkę dobył Janasz i położył ją na stole.
Miecznik popatrzał na nią i schował.
— Chodźmy na podwórze, bo ja się tu mówić lękam — szepnął.
Zeszli tedy po wschodach i na brukowany dziedziniec, po którym sami się przechadzać zaczęli.
Miecznik pokazał drzwi do loszku.
— Zajrzyjno, z pozwoleniem, nierogacizny bym w nim nie zamknął, a oni nas tam na noc i to jeszcze okutych lub w dybach zapierają. A wiesz? czasem się tak śpi, że nie można lepiej. Człowiek do wszystkiego przywyknąć może. Kazali mi z początku konie czyścić, ale zaraz się spostrzegli, że to nie moja rzecz i dali pokój. Z miotłą jeszcze jako tako.
Mamy tu — szepnął wreszcie — wcale nie złego człowieka dozorcę — słowak jest zbisurmaniony i kupić go można a drapnąć. Bardzo mi się chce im tego figla zrobić.
— Ale kiedy i tak wolnym być można? po cóż się podawać w niebezpieczeństwo? — rzekł Janasz. Węgier się układa — a dwóch Agów....
Miecznik głową potrząsnął.
— Zobaczemy — zakończył. Już mi wreszcie ta niewola dojadła — stęskniłem się za domem: dosyć tego!
Około południa nadszedł Węgier ale z twarzą posępną.
— A co? — zapytał Miecznik.
— Chcą okupu nie zamiany — odezwał się poseł.
— Diabła zjedzą! grosza nie dam! — zawołał Miecznik.
— Pani Miecznikowa mi kazała powiedzieć, wtrącił Janasz, że pieniądze są i gotowa zebrać nie dziesięć ale dwadzieścia tysięcy byleś pan był co rychlej wolny.
— Albo mi to tu tak źle? Żaden doktór takby mnie z otyłości nie wyleczył, jak te bisurmany. Czysty zysk! brzucham się pozbył. A no, za kuracyę im płacić nie myślę. Wracajcie do króla i powiedzcie, że ja tu sobie posiedzę.
Spojrzał z ukosa na Janasza.
— Jeżeli p. Miecznika nie uwolnią — począł Korczak — ja z nim zostanę.
— Po co? żebyś mnie odjadał? oni cię darmo karmić nie będą.
— Jadło ja znajdę, a posłużę przynajmniej.
— Kiedy mnie teraz bez sługi tak dobrze, jakbym go nigdy nie miał. Pieścić się nie myślę. Ty mi nad uszami skwierczyć będziesz. Jedź do Mierzejewic, kłaniaj się im wszystkim i powiedz, że ja, za łaską Bożą, sam też się wkrótce tam wrócić spodziewam. Niechaj Wojda pszenicę młóci.
— Ja bez pana Miecznika nie pojadę — stanowczo rzekł Janasz.
Zboiński mu w oczy spojrzał.
— Jak mi Bóg miły — bij mnie pan czy ubij — nie ruszę się ztąd.
— To oni cię wypędzą, a nie to w niewolę zapiszą, rozśmiał się Miecznik. Tym bowiem heroizmem kłopotu mi tylko przysporzysz.
Zmilczał Janasz.
— Cóż będzie? — zapytał Węgier.
— Powiedz Paszy, że ja jestem goły, pieniędzy nie mam, a król takich sług jak ja na seciny liczy, gdyby ich miał tysiącami opłacać, nie stałoby mu na koszulę. Jak sobie chce. Turcy pójdą w Żółkwi wały sypać, a ja będę tu podwórze zamiatał.
Całe poobiedzie upłynęło na układach, Węgier poszedł do Paszy, który się zaciął i żądał sumy coraz większej. — Miecznik chciał, aby Janasz wracał; ten stał przy swojem. Odłożono resztę sprawy do jutra, gdy wieczór nadszedł i Janaszowi kazawszy zostać na boku, Miecznik poszedł się o coś z nadzorcą układać. Szeptali długo. Korczak miał czas się przypatrzeć człowiekowi, a ów zbisurmaniony Słowak przykre i wstrętliwe na nim uczynił wrażenie. Był to mężczyzna ogromnego wzrostu, żółty, twarzy pociągłej, nosa wielkiego, małych oczów czarnych a bystrych, ruchów niespokojnych. Fałsz mu patrzał z twarzy całej.
— Wyrobiłem u dozorcy — odezwał Miecznik, że nam obu na dzisiejszą noc da izbę osobną i od łańcuszków na rękach mnie uwolni. Przegadamy z sobą te godziny, bo jest jeszcze i o co pytać i co opowiadać.
Spojrzał z ukosa na Janasza — jakoś znacząco.
Z oczów mógł się domyśleć, że na wszystko się ważyć będzie.
— Co u licha — szepnął — żeby też Pacuk miał być rozumniejszy i szczęśliwszy nademnie? a toćby już wstydzić się trzeba!
Weszli razem do izby.
— Słuchaj Janasz, to bydło śpi jak zabite, koło domu zewnątrz żadnej straży nie ma, żebyśmy też uciekli?
To dopiero im psikusa wyprawimy, ani Agi ani pieniędzy...
— Na miłość Bożą! — zawołał Janasz, panie mój! Niebezpieczeństwo! mogą nas schwytać, mogą....
— Wszystko mogą, strzelić i zabić — odparł Miecznik — ale dlatego ważyć się trzeba i szczęścia sprobować. Mogłem od lada kiepskiej kuli zginąć na wojnie.
Gdzie zaś, umkniemy! zobaczysz. Przecież ty nie stchórzysz?
— Ale ja o siebie najmniejszej nie mam obawy! — rzekł Janasz.
— A ja o siebie — dodał Miecznik, do Matki Boskiej Częstochowskiej się modliłem, na tę intencyą...
Sam, albo i z Pacukiem nie ważyłbym się, z tobą — śmiało!
Próżne były prośby Janasza i uwagi; Miecznik stał przy swojem.
Węgrowi dano znać z wieczora, aby sobie, jeśli chce powracał, choćby natychmiast. Zresztą, przyznać należy, iż o niego wcale się Miecznik nie troszczył.
— Gdyby Basam teremtete posiedział tu na mojem miejscu jaki ruski miesiąc — toć go licho nie weźmie. Łatwiej go uwolnią niżeli mnie.
Zamknęli się na noc w izbie im przeznaczonej. Słowak przyniósł lampkę, gotowanego mięsa trochę, suchego chleba i wody. Miecznik się wesoło wziął do tej wieczerzy.
— W Mierzejewicach — odezwał się, bywały lepsze wieczerze, krupniczek z półgęską, palce oblizywać! kasza ze słoninką! zrazy! Tu jakieś ochłapy dają, Bóg raczy wiedzieć z czego i z kogo, zamiast węgrzyna wodę, chleb spleśniały, a smakuje to jak specyały. Co to za mistrze, nędza i głód! Ha! ha!
Janasz niespokojny nie jadł nic i milczał.
Miecznik palcami sobie do tej wieczerzy posłużywszy, obmył ręce i zaczął myśleć o ubiorze i o ucieczce. Korczak przekonał się dopiero, iż była postanowioną niezmiennie, i że Miecznika nic już odwieść od tej myśli nie mogło. Czekał tylko godziny właściwej.
— To źle że na nas dwu jedna szabla — rzekł stary — ale na to rady niema.
Janasz nie spieszył z oddaniem swojej, bo jeszcze choć słabą miał nadzieję, że Miecznika powstrzyma. Noc ciemna była bardzo i dosyć wietrzna. Wydawało się to przyjaznem dla ucieczki. Wicher stukał w okna i okiennice, że mało co oprócz tego świstu i szumu słyszeć było można. Z północy Miecznik jakie tylko miał odzienie, włożył na siebie; Janasz mu płaszcz na ramiona swój rzucił, ale tego nie przyjął, pod pozorem, żeby mu zawadzał. Z pokrajanego w pasy kobierca skręcono sznur, którego nie wiele było potrzeba, ażeby ziemi dosięgnąć.
— Dobyć się ztąd — rzekł Miecznik — nie jest żadną sztuką, to dopiero mniejsza połowa roboty, ale koni dostać i uciec, w tem gra!
Janasz mu się raz jeszcze do nóg rzucił błagając, aby myśl tę odepchnął; uściskał go, zmilczał, ale swoje dalej robił.
— Na przód się nie wyrywaj — idź zamną i bądź posłusznym, nie wymagam więcej. Głowy nie trać. Milczeć.
To mówiąc przeżegnał się stary, okno otworzył, sznur powoli dla próby spuścił, ręce poobwijał i nim Janasz ostatnim wysiłkiem powstrzymać go jeszcze chcąc, potrafił pochwycić, był już na oknie i na sznurze.
Pozostawało jedno tylko Korczakowi iść za nim. Niemiał czasu rąk obwarować, zsunął się więc odarłszy je ze skóry, czego na razie nie poczuł.
Miecznik stał już na dole na gruzowisku w ciemnościach i prowadził. Przy domu była sklecona na prędce szopa, w której stały konie Agi. Do tej dostać się z zewnątrz nie można było inaczej jak wyrywając deski, które ścianę stanowiły. Wziął się do tego Miecznik dzielnie, a Janasz jął mu pomagać szybko, bo już ważąc się raz, trzeba było doprowadzić zamiar do skutku.
Licha budowa nie wielki stawiła opór. Miecznik dostał się do stajni bez wielkiej trudności i pochwycił jednego z koni, którego podał Janaszowi, na drugiego sam skoczył w szopie i wyjechał z niej prędzej niż spodziewać się było można.
Dotąd szło wszystko tak szczęśliwie, iż w Janasza duch wstąpił. Oba siedzieli oklep na koniach dobrych, a wiedział już z doświadczenia Pacuka, iż ucieczka była możebną, bo odległość od obozu polskiego nie była zbyt wielką. Ruszali z miejsca już, gdy poza nimi w podwórcu, słyszeć się dało wołanie, krzyk i wrzask, który się rozległ natychmiast po całym budynku. Miecznik konia ścisnął, Janasz postanowiwszy jechać za nim, dobył szablę, którą miał u pasa, konia płazem ściągnął — zaczęli uciekać szybko.
Noc była przerażająco czarna, ale Zboiński przez czas pobytu swojego miał zręczność dobrze się w okolicy rozpatrzeć, pokierował więc konia w stronę, gdzie droga była najgładszą i najprościej wiodła do celu. Janasz tuż jechał za nim. Z tyłu dochodziły ich krzyki i hasła. Oczywistem było, że Turcy ucieczkę postrzegli i że pogoń puścić się miała za niemi. Lecz mogła obrać inną drogę i nie doścignąć ich, gdyż mieli czas się oddalić. Konie jednak bić było potrzeba, bo od stajni nie bardzo im się iść chciało, czuły jakby nieprzyjaciela na sobie, zżymały się i opierały nieposłuszne.
Biegli tak wśród ciemności, oddalając się coraz dalej od zameczku, gdy Janasz tentent posłyszał za sobą. Zbliżał się widocznie.
— Panie — zawołał — gonią nas.... uchodź, ja ich zatrzymam, jeśli dognają.
Nieposłyszał już odpowiedzi Miecznika, i koń jego poparł żywiej naprzód. W tem pogoń słyszeć się dała tak blizko, iż ujść od niej było już niepodobieństwem. Sapanie koni czuł pozasobą i przekleństwa ścigających Turków. Koń Janasza zaczął zwalniać biegu. Miecznika widać nie było. Wziął się więc do szabli Korczak. Turek siedział mu już na karku, kilka razy świsnęła szabla w ciemnościach napróżno, raz ścięły się z sobą żelazca.
Janasz uczuł w ramieniu ból, z dwóch stron oskakiwali go Turcy; koń padł i on z nim na ziemię. Nie myślał wcale o sobie — patrzał co się mogło stać z Miecznikiem, ale wśród zamięszania jakie powstało między pogonią, która go chwytała, zdało się, że miał czas ujść niepostrzeżony.
Pochwyciwszy go więc Turcy i natychmiast ręce związawszy, nie zważając na ranę, okładając razami zaciągnęli napowrót do domu Agi. Tu wszystko było na nogach, gotowe na przyjęcie nieszczęśliwego. Miecznik tak długo siedział w niewoli spokojny, iż Janaszowi przypisywano zachęcenie do ucieczki i jej ułatwienie. Znęcano się więc nad nim jako nad winowajcą.
Chciano go zrazu ściąć bez dalszego rozpatrywania sprawy, przyszła potem rozwaga i okutego w kajdany zamknięto do osobnego, wilgotnego lochu, do którego woda ściekała, i w którym kamienia nawet nie było, aby na nim usiąść sucho.
Janasz nie rozumiał języka; na wszystkie krzyki i łajania, nie odpowiadał nic, stał cierpliwie znosząc razy i wrzaski. Dano zaraz znać do zamku, gdzie Węgier nocował, ażeby i tego jako współwinowajcę uwięzić.
Z tym jednak nie poszło łatwo, gdyż zemstę im przypomniał, jaką król zapowiedział, jeśliby któremu z nich włos spadł z głowy.
— Kilka dni się zwlecze — rzekł — a jak niepowrócą, głowy tureckie spadną.
Postawiono więc straż przy nim na noc i tak się przewlokło do rana. Do dnia przyprowadzono go przed Paszę, który już o przygodzie nowej był uwiadomiony i Janasza też w kajdanach przywieść kazał. Turcy już naprzód pochwyciwszy go odarli do koszuli, zabrali suknie, pieniądze, szablę i stary dali przyodziewek tylko. Z lochu do zamku był kawał drogi po błocie, który Janasz przebył plącząc się w łańcuchach na bosych nogach, ale bez oznaki najmniejszego strachu i bólu. Postawa jego i to milczenie zrobiły nawet na Turkach wrażenie.
Pasza, gdy ich wprowadzono, rzucał się jak wściekły na swoich poduszkach i znowu śmiercią groził. Rozkazał Węgrowi pytać jeńca o ucieczkę, ale Janasz odrazu odparł tylko, że niema nic do powiedzenia, a robić z nim mogą co chcą, bo jest w ich mocy.
Węgier więc za siebie i za niego tłumaczyć się musiał.
Stanęło na tem, że Korczaka Pasza zatrzymać postanowił i za nic go wydać nie chciał, a Węgra rad nie rad puścił, domagając się przez niego wydania uwięzionych w Zeczynie, za których Janasz miał gardłem odpowiadać. Gdy ich potem obu razem wyprowadzono, zbliżył się do Węgra Korczak i prosił go tylko, aby królowi o losie jego oznajmił. Zdawało się, że Miecznik nocą uchodząc, przedrzeć się musiał do obozu niemieckiego lub polskiego, gdyż o pochwyceniu go wiadomości żadnej nie było. To pocieszało Janasza, który już wcale ani rany, ani ciężkiej niewoli nie żałował.
W istocie była ona nad wyraz wszelki ciężką i bezlitośną. Słowak renegat, wszyscy słudzy i młody Aga mścili się na nim za stratę koni, bo drugi padł od rany zadanej mu pałaszem w głowę, a obchodzili się jak ze skazanym na śmierć. Jedzenie rzucano mu jak psu i to takie, które zaledwie na utrzymanie życia starczyć mogło, na noc zamykano w tym samym lochu — i kajdany zdejmowano tylko wtenczas, gdy pod dozorem pracować musiał czyszcząc stajnie i podwórze. Nieumiejętność języka oszczędzała mu przykrości jakiejby doznał słysząc nieustanne łajanie i szyderstwa.
W takim położeniu jedynym ratunkiem jest cierpliwość niema, spokojna, kamienna. Gniew cieszy oprawców i nasyca, żelazna obojętność pozbawia ich przyjemności i owocu znęcania się. Nużą się w końcu widząc, że nie zmogą. Janasz miał tyle siły, że się na nic nie skarżył, o nic nie prosił i oczów nawet nie podniósł ku katom. Nie miał czem rany zawiązać, zaschła na zimnem powietrzu i goiła się sama. Cierpiał głód, pragnienie, pracę, barłóg mokry nocą, a gdy Słowak się zeń naśmiewał, spuszczał głowę i zdawało się że go nie słucha i nie słyszy. Zdumiewało to Turków.
Wszystkie niewygody, które powinny były przy ostrem powietrzu dobić chorego, dziwnym sposobem hartowały go tylko. Widząc go pracującego w kajdanach na podwórzu, Turcy przychodzący do Agi, rzucali mu jałmużnę. Zrazu nie brał jej Janasz, w końcu ta litość dzikich zdała mu się uczuciem ludzkiem, którem gardzić nie widział potrzeby. Te groszaki dozwalały mu kupić trochę lepsze jadło i opatrzyć się w szmaty na obwiązanie rany.
Był pewnym, że Miecznik i król uczynią o niego staranie — ale co się ze starym stało? dowiedzieć się nie było podobna, z obozu żadna też wieść nie przychodziła.
Turcy zdawali się obojętnieć dla niego, Słowak tylko mu zapowiadał, że zgnije w więzieniu, lub pójdzie przykuty robić wiosłem na galerach. Widząc go tak wytrwałym, ceniono go jako niewolnika i bydlę do pracy.
Upłynęło dni kilka, tydzień i drugi: nie zjawiał się nikt. Jednego dnia tylko Słowak wypędzając go na robotę, powiedział że Agę i zabranych za Miecznika ludzi w Zeczynie wydano, ale Pasza jego uwolnić nie myśli bez osobnego okupu, takiego, jakiby za Miecznika był mógł otrzymać.
Zima nadchodząca, przerwała wojnę nieco, ale niewolę uczyniła nieznośniejszą jeszcze. Noce szczególniej, bez odzieży w zimnym lochu na ziemi wilgotnej, straszne były. Trochę wyżebranej słomy służyło za pościel i okrycie.
Turcy w końcu, gdy mrozy się powiększały, pożałowali marnującego się człowieka — i na nocleg zapędzali go do izby na dole, gdzie chłód mniej był dojmującym. Kajdany, które się zrazu wjadały w ręce i nogi, namulały skórę i wyrobiły sobie łożysko zdrętwiałe, w którem już ból był mniej dojmujący.
Polskich jeńców, po największej części rannych, poddostatkiem było na zamku, ale z temi żadnego nie mógł mieć Janasz stosunku — nie posyłano go tam nigdy.
We trzy tygodnie dopiero po ucieczce Miecznika, ojciec Agi darował mu znowu jeńca Polaka, którego dla pomocy w robocie około domu, przyprowadzono. Był to ciężko ranny szlachcic, towarzysz pancernego znaku, niejaki Zbylutowski, Krakowianin, chłop ogromny, ale nędzą i niewczasem a niewolą wychudzony i przywiedziony do ostatka. Gdy się po raz pierwszy ukazał w podwórcu i spojrzeli sobie w oczy, poznali, że byli jednego rodu i narodu. Zbylutowski spytał go — zkąd?
Z lubelskiego.
— Ja z pod Krakowa.
— Gdzie cię wzięto?
— Samem im w ręce wpadł — rzekł Janasz, alem pana mojego a dobrodzieja miał szczęście uwolnić.
— Słyszałem o tem — odezwał się Zbylutowski. Oba pono zamrzemy tu u nich. Mnie wykupić niema komu, wymienić prędzej zapomną niż będą pamiętać — a no, wola Boża. Waści się też coś liberować nie spieszą.
Była to pociecha mieć choć pomówić z kim i wspólnie się ratować. Zbylutowski znosił niewolę też z cierpliwością wielką, chociaż zostawił pozasobą żonę, od roku dopiero poślubioną i dziecię.
Gdy o nich wspominał, łza mu sama ciekła z oczu, niepostrzeżona; ocierał ją i milczał.
— Żołnierzowi żenić się i szczęścia pytać, nic potem, szeptał — człowiek od tego mięknie, a nam hartu trzeba stalowego.
Zrana musieli konie czyścić, wody przynieść, jęczmień siać, stajnię zamiatać, podwórze też i sienie. Wszystkie posługi domowe, nawet noszenie drzewa na barkach, na nich Turcy zdawali. Słowak, gdy mu fantazya przyszła, smagał bez przyczyny pletnią, aż krwi dobył i śmiał się.
Wieczorem zamykano ich do izby na dole, w której wcale nie palono; nakładano dyby i łańcuszki.
Na sen nieraz długo czekać było potrzeba, gwarzyli więc pocichu, głośno bowiem nie wolno było, Słowak posłyszawszy przychodził ich za to mordować. Janasz opowiedział Zbylutowskiemu całe dzieje swoje, ten też się wyspowiadał z doli i niedoli. Człek był już od Janasza znacznie starszy i wiele rzeczy pamiętał. Gdy nie stało własnych, bawili się powieściami o cudzych losach, dla zapomnienia teraźniejszości.
Raz, gdy tak gwarzyli, Zbylutowski, który był chodzącą genealogią szlachecką, bo wszystkie domy znał i ich kolligacye po całej Rzeczypospolitej, przypomniał, że Korczaków znał w Sandomierskiem; jednego szczególniej sławnego sknerę i pieniacza, któremu dano przydomek Skwarka, dlatego, że chlebem i przyskwarzoną słoniną żył cały okrągły rok, w poście tylko zamiast niej, oleju do chleba używając.
O tym Korczaku słyszał coś i Janasz, wiedząc, że było jakieś pokrewieństwo między nimi, ale gdy go rodzice odumarli a do niego się z sierotą zgłoszono, miał odpowiedzieć że — szpitalu u niego niema. Nigdy się więc już potem o niego nie dowiadywał i zapomniał był cale. Przesunęło się to wspomnienie razem z innemi i więcej o tem mowy nie było.
Około świąt Bożego Narodzenia, między Turkami poczęły chodzić wieści, iż sułtan Kara-Mustafę, zięcia swojego, za nieszczęśliwą wyprawę, w której tyle ludu pogubił i taki srom na chorągiew Proroka sprowadził — śmiercią ukarał, wedle ich obyczaju. Posłał mu pismo i jedwabny sznur, którym go uduszono. Mówiono też o strasznej sile, z wiosną mającej się wylać na kraje chrześcijańskie.
Z obozów i od króla nic jeszcze słychać nie było. Janasz dziwił się tej obojętności, ale wreszcie zdrętwiał, zwątpiwszy już, aby mógł być uwolnionym. Zapowiadano mu, że go do Stambułu odprowadzić mają. Trudno się było okupu tak wielkiego, jakiego Aga żądał, spodziewać. Dziwiło go to jednak, iż dosyć się w końcu względnie z nim obchodzić zaczęto, i gdy raz zachorzał był, nawet w cieplejszej izbie leżeć mu dozwolono. Wygadał się w końcu Słowak, że już trzy razy przyjeżdżano dając zamianą kilkunastu Turków za niego, lecz Aga, im więcej o to naciskano, tem wyżej cenę podnosił.
— Jeszcze waszmość się wydostaniesz jako tako — mówił Zbylutowski, ale co ja, zginąć tu muszę, a że twardo dusza siedzi w ciele, będzie tej męki na długo. Byle człek modlitwy nie zapomniał i w bydlę się nie zmienił. —
Tymczasem stało się to, czego się najmniej spodziewano: jednego poranku wyciągnięto Zbylutowskiego z izby i zapowiedziano mu, że go wymienić mają. Zrazu nie mógł swego szczęścia zrozumieć, tak przychodziło nieoczekiwane; potem osłupiał, wreszcie całkiem oszalał. Janasz miał tylko czas żegnając się z nim, prosić go, aby o nim doniósł, że żyw jest, bo Turcy różne czasem wieści puszczali, i że cierpliwie czekać będzie, aż nań kolej przyjdzie wydobycia się z niewoli.
Został więc Janasz sam znowu i z podwójną robotą, bo na niego za obu spadła. Minęły znowu tygodnie i miesiące. Zbierało się już ku wiośnie, gdy Aga przybywszy raz z zamku, więźnia do siebie zawołać kazał.
Młody ten Turek, którego zdala tylko widywał dotąd Janasz, nielitościwym był dla ludzi swych i jeńców. Zdziwił się wielce Korczak, gdy mu do niego iść kazano, bo do nowej winy się żadnej nie czuł. Przez czas pobytu swojego nieco języka się nauczywszy, mógł rozumieć cokolwiek i bez tłumacza, ale Słowak, który z nim szedł, miał służyć za drogmana.
Gdy go do izby wyprowadzono i stanął u progu, długo milcząc czarnemi oczyma wpatrywał się w niego i badał Turek; naostatek pytać go kazał, z zaklęciem na Proroka Chrystusa, (jak się wyrażał) ktoby on był w istocie, i jakie miał środki do wykupu?
— Żadnych a żadnych nie mam — odpowiedział Janasz, jestem sierota, ubogi i oprócz łaski pana, u którego służyłem, nic więcej nie posiadam. Turek wołał, że to nie może być, że tyle starań o niego czyniono, iż ze znacznej rodziny być musi.
— Gdyby w istocie tak było, dawnobyście okup otrzymali.
Nie mogąc więcej nic z niego dobyć, odprowadzono go napowrót do izby. Słowak, którego obejście się z jeńcem cokolwiek się zmieniło, powiedział mu na ucho, iż o wymianę i okup przysłano i że za niego syna jakiegoś Paszy ofiarowano, a Aga tysiąc jeszcze dukatów mieć żądał.
Do wieczora nie zmieniło się nic; trocha nadziei wstąpiło w Janasza, ale gdy się nic do późna nie doczekał, westchnął i położył się w słomie, nie myśląc o tem więcej. Nazajutrz rano o tej godzinie gdy zwykle do roboty go pędzono, nie przyszedł nikt. Później dopiero nieco Słowak drzwi otworzył, i Janasz ujrzał tego samego Węgra, z którym pierwszą razą przybył, uśmiechającego się doń zdaleka.
— A toć waszmość chwała Bogu żyw — odezwał się, bom sądził, że cię już dawno na tym świecie niema. Turcy przy wymianach, znać posądzając, żeś coś więcej wart od drugich, mówili waszmości umarłym.
Uszom swym nie wierząc prawie, wstał Janasz, ale też mu kajdanki na zamek zakładane zaraz Słowak zdjął i puścił. Do młodego Agi nie było po co iść, ale na zamek do ojca jeszcze go zaprowadzono, gdzie obu kawą poczęstowano, a Węgier zaraz od żołnierzy odzież kupił, bo Janasz był straszliwie odarty i w łachmanach cały. Ledwie się odziawszy chciał spieszyć Bogu dziękować za swobodę — ale i konia jeszcze dostać było potrzeba i Węgrzyn miał innych do wydobycia z niewoli. Tak się ich zebrało Polaków i Niemców do dziesiątka — i w wesołem towarzystwie, wszyscy Bogu dziękując, pośpieszyli do Komorna.
Janasz, w którym życie na poły było wygasło wśród tej nędzy, której końca dojrzeć nie mógł, powoli rozmarzał się, poczynał myśleć i snuć plany przyszłości. Wracały nadzieje i smutki dawne. Były one innego rodzaju nad to co doznawał w niewoli. Tam dźwigało się życie z obowiązku, teraz przychodziła znowu walka z sercem i losem na pozór lżejszym, w rzeczy tem sroższym, że bólu nikt widzieć, ani oń mógł posądzać.
W podróży towarzysze jego wszyscy, gdy się już z pod panowania tureckiego wydobyli, okazywali wesołość niemal do szału posuniętą, on jeden był smutny. Strofowali go więc, że Panu Bogu za łaskę wdzięczen być nie umiał. Milczał na to tak jak w niewoli, gdy go smagał dozorca.
W podróży garstka towarzyszów powoli się rozpierzchła po świecie, tak iż we czterech ledwie dostali się do Krakowa.
Janaszowi powiedział Węgier, iż królowi szczególniej winien był oswobodzenie swoje, należało więc upaść do nóg i podziękować.
Lecz w dziwacznym tym stroju, który mu Węgier kupił, na pół tureckim, pół węgierskim, jak się było na zamku pokazać? Pieniędzy na zakupienie innych sukni nie miał. Wprawdzie obyczajem ówczesnym wracający z jasyru, jak kto stał, szli do kościoła i do króla jegomości, niektórzy nawet kajdany niosąc, jeśli je zabrać z sobą mogli. Janasz, łańcuch, który na rękach nosił, dostał w podarunku od Słowaka i chciał go w kaplicy w Mierzejewicach powiesić.
Wjechawszy do miasta, które z powodu pobytu króla i królowej pełniuśkie było ludzi, Janasz szukał jak błędny kwatery, gdzieby mógł się oczyścić i odpocząć, gdy z konia zsiadłszy a wiodąc go za sobą, poczuł nagle, że mu ktoś na szyję rękę zarzucił i całować go począł.
Odwrócił się nagle i postrzegł do niepoznania zmienionego Zbylutowskiego.
Odżywił się już był na krakowskim chlebie, wybielał i przyrumienił, a strój piękny czynił go nowym człowiekiem.
— Otom szczęśliwy! — krzyknął na cały głos Zbylutowski — jam tu z żoną i z dzieckiem od tygodnia. Jak na nowo powrócony do życia, cieszę się, rozkoszuję i nigdy mi tak nie smakował świat jak dziś, gdym pożegnawszy się z nim, napowrót doń powrócił. Niechże się z tobą podzielę szczęściem, towarzyszu niedoli.
Zaczęli się ściskać w ulicy, aż ludzie ich kołem otoczyli z ciekawości. Janasza po stroju było poznać, że z niewoli wprost jechał.
— Zajeżdżaj do mojej gospody — zawołał Zbylutowski — żonka się postara, abyś głodnym nie był. Porwał go tedy pod rękę i wiódł jak swojego.
— A chcesz — rzekł po chwili szlachcic, to cię jeszcze ze Skwarką Korczakiem poznam, wszak ci tu jest! widziałem go. Wyszedł na dziadka kościanego, tak zestarzał, a kaszle, dychawicę ma czy co...
— Bóg tam z nim! anim jego ani dychawicy nie ciekawy — odezwał się Janasz.
Tak rozmawiając, do gospody się dostali. Nie osobliwa była, ale dla Janasza izba, a dla konia kawał żłobu się znalazł. Nie dając odetchnąć Korczakowi, Zbylutowski go do żony poprowadził, której wiele o nim opowiadał. Kobiecina była młoda i skromna z synaczkiem na ręku. Tego zaraz mężowi oddała, aby się z jego wąsami bawił, a sama poszła o jedzeniu pomyśleć.
Tak szczęśliwie Janasz, który się tu obawiał zostać bez znajomych i pomocy, znalazł ją w Zbylutowskim, chętną i serdeczną.
Rad się był coś o Mieczniku dowiedzieć, lecz szlachcic mu w tem posłużyć nie mógł. Reszta dnia zbiegła na wypoczynku i przypomnieniach niewoli. Zeszło się i więcej ciekawych i do nocy gwarzyli. Nazajutrz począł się Janasz krzątać, żeby na zamek do króla trafić i o Mieczniku dostać języka. Wszyscy mu radzili tak iść jak stał, to też Korczak uczynił. Ale na zamek do króla się dostać nie było łatwo, bo cały Boży dzień dziedzińce były pełne senatorów, duchowieństwa, cudzoziemców, wojskowych, ciżby wszelkiego rodzaju i języka. Zameldował się więc Janasz jako powracający z niewoli i czekał.
Było z nim kilkudziesięciu uwolnionych, więc Sobieski ich razem do ucałowania ręki przypuścił. Pamięć miał prawdziwie hetmańską, bo kogo raz, szczególniej w polu i wojsku widział, rysy sobie natychmiast przypominał a często i nazwisko.
Janasza spostrzegłszy, stanął i myślał długo. Uderzył się w czoło.
— Gdzie ja waszmości widziałem? — odezwał się.
— Pod Zeczynem, N. Panie, gdym z okupem dla p. Miecznika Zboińskiego przybył.
— Już wiem! tak — rzekł Sobieski, ale mu się twarz chmurą okryła — i oba z Miecznikiem pięknieście się mi spisali, jak dwu wartogłowów. Żeś też waszmość od tego kroku nie powstrzymał starego, co go omal życiem nie przypłacił!
— Jam niewinien N. Panie — odezwał się Janasz, Miecznika żadna siła nie pohamuje, gdy nań chwila taka przyjdzie.
— Ja go znam, to prawda — rzekł król — a i waszeć dobrą odbyłeś pokutę. Turcy cię za umarłego podawali przy wymianach, a potem się na okup zasadzili, ale przecie jakoś się udało.
— Przybyłem do stóp Waszej Królewskiej Mości podziękować.
— Chwała Bogu, chwała Bogu i Bogu nie mnie dziękuj. Miecznik tam asindzieja bodaj opłakał, bom mu doniósł, że umarłeś. Ucieszy się, gdy cię żywym zobaczy.
Popatrzał król na niego.
— No — wyglądasz jak wracający z niewoli, wytchnij tu sobie — rzekł — a masz-że jaki grosz przy duszy, czy nie?
Janasz zmilczał.
— Pewnie jak święty turecki, od Turków wracasz — dodał śmiejąc się i odwrócił zaraz do stojącego za nim marszałka dworu:
— Dwadzieścia czerwonych złotych każcie mu wyliczyć, a ja się z Miecznikiem porachuję.
Janasz się skłonił.
— Odpoczywaćbym tu nie chciał — odezwał się — i prosiłbym, żebym mógł zaraz jechać.
— No — to jedź — a Miecznikowi powiedz niech mi się wysztyftuje, bo aby cokolwiek ciepła, musi zemną znowu iść. A waszeć? — zapytał Sobieski.
— Gdyby p. Miecznik się zgodził, miałbym się za szczęśliwego, gdybyś mi W. K. Mość pod swoją chorągiew zaciągnąć się pozwolił, choćby w cudzoziemskim autoramencie, bo pocztu jako sierota niemam z czego wystawić.
— To ci się nawet należy — odezwał się król — boć na Turkach revanche wziąść potrzeba za to, co się od nich ucierpiało. Jedź-no jedź, a gdy się odpasiesz, miejsce ci znajdę.
Król mu dał rękę do pocałowania — i na tem się posłuchanie skończyło. Wychodzącemu we drzwiach marszałek oddał dwadzieścia dukatów; Janasz wyszedł z zamku już tylko myśląc jakby się do Mierzejewic dostać co najprędzej.
Nim jeszcze na zamku, był w kościele rano; nie pozostawało więc nic, tylko do gospody spieszyć, Zbylutowskich pożegnać i o furze myśleć, gdyż na koniu się tak stłukł osłabły Janasz, że na nim już podróży odbywać nie mógł. Wprost tedy szedł do Zbylutowskich.
Ledwie się we drzwiach pokazał, z drugiej izby wyjrzawszy towarzysz zawołał:
— Otóż i on jest.
A w tem wyjrzała siwa głowa i twarz w marszczkach cała, przygarbionego nieznajomego człowieka. Starowina był jakiś nędzny, pokorny, ubogi, w wyszarzanym i zleżałym kontuszu długim, który niegdyś na lepszą tuszę był robiony, bo na nim wisiał jak na kołku. Oczyma małemi przymrużonemi, namarszczywszy czoło pilno się wpatrywał w nadchodzącego. Zbylutowski się śmiał.
— Poznajcie się ichmoście, bo to jedna krew, obaście Korczaki.
Dopiero się Janasz domyślił, że to był ów sławny Skwarka, który niegdyś przytułku mu odmówił, zarzekając się, że u niego szpitalu niema.
Więc zdala mu się bardzo pokłonił i nie myślał narzucać.
Skwarka zaś obie ręce rozstawiwszy, przyszedł doń niezmiernie czule ściskać, szepleniącym i cieniuśkim odzywając się głosem:
— Kochaneczek! Korczak! mój Boże, nasza krew, z niewoli! z tureckiej! Niech cie uścisnę, mój gołąbku!
Janasz dał się uścisnąć, w ramię go pocałował, już poczuł stęchliznę kontusza, ale wnet odstąpił. Korczak stary siadł i jak w tęczę w niego patrzał — zmrużonemi oczyma, powtarzając — gołąbeczek!
— Pan Korczak — rozśmiał się Zbylutowski — bardzo was chciał poznać. Wszakżeście krewni.
— Myślę, że dalecy — odparł Janasz.
— Albo dalecy albo i nie tak bardzo, gołąbku mój, rzekł stary, twój dziad był Fabyan, a z moim ojcem Sebastyanem rodzeni byli, tak, kochanie moje. Nam w rodzinie zawsze się nieszczęściło. Wola Boża, kogo kocha Bóg temu krzyże zsyła, tak! mój gołąbku. Waszecia ojciec wszystko stracił, mój także; nie miałem nic, wyszedłem w świat w łatanej koszuli.
— Aleś się waszmość za to pięknej fortuny dorobił — rzekł Zbylutowski.
Stary rękami potrząsł.
— Ja? któż to wam mówił. Nędza! długi, bieda! nieurodzaj, procesa, pieniacze; ostatni grosz patronowie wyssą z kieszeni.
Nędzarz jestem! —
Spojrzał na Janasza, który nie mówił nic. Pilno mu było myśleć o podróży, ale Zbylutowscy od obiadu puścić nie chcieli. Misa już szła na stół z krupnikiem. Niespodziani goście czynili przyjęcie nieco trudnem, talerze się jakieś znalazły, ale łyżek brakło.
Okazało się że stary Korczak, obyczajem dawnym, za pazuchą miał łyżkę podróżną, którą wożono niegdyś zawsze, bo szlachcic bez szabli, noża, łyżki i krzesiwa nie stąpił. Dla Janasza pożyczono u gospodarza i śmiejąc się do stołu zasiedli, a przypominając jak żyli i karmili się u Agi.
Słuchała pani Zbylutowska wzdychając i męża pocałowała za to, że tyle wycierpiał. Korczak wzdychał nad nieszczęściami dwu jeńców, ale jadł łakomie i chciwie, z oczów Janasza nie spuszczając.
Polewka i pieczone mięso cały obiad składały, gąsiorek zieleniaku stał na stole, aby było czem popijać. I tego staruszek skosztował, a jakoś mu po nim oczy się otworzyły — bo zrazu jak kret patrzał — i usta się na uśmiech zbierały.
— Choć to niegrzecznie ledwie usta otarłszy łaskawych gospodarzy żegnać, rzekł wstając Janasz, ale komu w drogę, temu czas.
To mówiąc gosposię w rękę pocałował; towarzysza w twarz z obu stron, małego chłopaka w czoło, Korczakowi się nizko skłonił i chciał wychodzić, gdy stary co rychlej czapki i koszturka zaczął szukać i razem z nim pośpiesznie się za próg wybrał. Towarzysz to był niespodziany i niezbyt pożądany dla Janasza. Za progiem pochwycił go za rękę.
— Gdzie, kochanie, mieszkasz? — spytał — jabym słóweczko chciał z tobą pogadać.
Stali przy drzwiach izdebki, Korczak wszedł.
— Czego to ty, gołąbku tak się śpieszysz? — szepnął oglądając się — ja... ja chciałbym cię poznać i jeszcze lepiej pokochać. Bo i tak kocham, jako swoją krew.
Obejrzał się i głos jeszcze zniżył.
— Ja, ubogi jestem, to prawda, mówił dalej — strasznie ubogi... zjadły mnie z kretesem pieniacze, ale coś tam jest! cośby się tam po mojej śmierci znalazło. Ja dzieci nie mam, Stefuś mój w szóstym roczku biedaczyna skończył. Zestarzałem, zeszkapiałem, oczy nie służą, dychawica męczy. Spojrzał na Janasza, który milczał spokojnie, i wziął go za rękę:
— Gdybyś ty mnie chciał służyć i pomagać, a oddać mi się cały, hę? cośby się tam znalazło! Już nikogo nie mam.
— Ja wszystko winienem Miecznikowi — przerwał Janasz.
— A co ci Miecznik da? — zawołał Korczak — dudka na kościele? U mnie zawsze coś tamby się znalazło później. Już to biedy i głodu trzebaby przymrzeć, bo u mnie w domu chudo! ale.... Popatrzał znowu w oczy Janaszowi.
— Hę? gołąbku? co mówisz?
— Dziękuję panu dobrodziejowi za jego łaskawe względy — odparł Janasz. Bez żadnej nawet nadziei i nagrody gotówbym mu służyć, ale — jam do rycerskiego rzemiosła tylko zdatny.
— Piękne rzemiosło — syknął stary — guzy w zysku! Co waszmości potem? Na starość pod kościołem siedzieć: do czego ci to?
— Pan Miecznik mnie wychował jak własne dziecię, słucham go jak ojca, bez niego sobą nie rozporządzam, odezwał się Janasz, a oto i król jegomość, obiecał mi miejsce w swym pułku.
Korczak ramionami ruszył.
— Ale bo ty gołąbku, nie wiesz nic — rzekł — to się tak mówi, propter invidiam, że się niema nic. Ja tam wielkich rzeczy nie mam, ale zawsze coś jest. Kawałek ziemi nie szpetny.... jakbyś go oczyścił. —
Janaszowi pilno było.
— Daruj mi waćpan dobrodziej — rzekł — na prawnikam się nie rodził i nie uczył.
— O ja ci mówię, nie zarzekaj się, serdeńko moje, nie pluj na wodę, namyśl się. Ja poczekam. Jadę do domu, pisz do mnie na Sandomierz do Macieńczyna. Rozumiesz, gołąbku? Macieńczyna? Już tylko do Sandomierza, a tam mnie znają.
Począł ściskać mocno Janasza i nareszcie wyszedł.
Tegoż dnia Korczak najął konie i przed nocą już był w drodze....






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.