Klub Pickwicka/Rozdział dziesiąty

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wyd. 1936
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział dziesiąty.
Przeznaczony na rozprószenie wszelkich wątpliwości jakieby mogły istnieć co do bezinteresowności pana Jingle.

Istnieje dotąd w Londynie wiele starych oberży, które służyły za główną kwaterę najznakomitszym dyliżansom w owych czasach, kiedy to dyliżanse odbywały podróże w sposób poważny i uroczysty. Ale oberże te podupadły już, dziś dają przytułek tylko powozom do najęcia. Napróżno czytelnik szukałby tych dawnych gospód pomiędzy „Złotemi krzyżami”, „Złotymi bykami“, lub „Złotemi ustami“, podnoszącemi dumnie dziś czoło na pięknych ulicach Londynu. Jeżeli chciałby zobaczyć to, co z nich pozostało, powinienby udać się do najgorszych dzielnic miasta, a tam, w jakim odległym zakątku, ujrzy je jeszcze, stojące z ponurym uporem pośród nowoczesnych upiększeń.
W Borough[1] jest jeszcze z pół tuzina takich starych domostw, które bez zmiany zachowały szczególną swą fizjognomję, uniknąwszy zarówno szału nowoczesnych upiększeń, jak i zakusów prywatnej spekulacji. Są to wielkie, obszerne, dziwaczne stare budynki z galeriami, korytarzami i schodami, szerokiemi i staromodnemi dostatecznie, by dostarczyć tematu do całych setek niesamowitych opowieści, gdybyśmy kiedyś stanęli przed tą smutną koniecznością i musieli je wymyślać. Ba, trwałoby to chyba aż do końca świata, gdybyśmy chcieli wyczerpać wszystkie te niezliczone a prawdziwe opowiadania, zwłaszcza o starym moście londyńskim i jego najbliższem sąsiedztwie w okolicy Surrey.
Na dziedzińcu „Białego Jelenia“, oberży może najznakomitszej pomiędzy temi gotyckiemi oberżami, rano, na drugi dzień po nieszczęsnych wypadkach, które opisaliśmy w poprzedzającym rozdziale, pewien mężczyzna zajęty był pracowitem zeskrobywaniem błota z pary butów. Człowiek ten miał na sobie kraciastą kurtkę z mankietami z czarnego perkalu i guzikami z zielonego szkła, spodnie z grubego sukna i kamasze, na szyi niedbale okręconą, jaskrawo-czerwoną chustkę i stary, biały kapelusz na lewej stronie głowy. Przed osobą tą stały dwa rzędy butów: jeden czysty, drugi zabłocony. Przy każdym nowym przyczynku do rzędu czystego, osoba ta zatrzymywała się na chwilę, by popatrzeć na dzieło swoje z widocznem zadowoleniem.
Na dziedzińcu nie było ani hałasu, ani ruchu, jaki charakteryzuje zajazdy, w których przystają dyliżanse. Dwa czy trzy kabriolety, dwie czy trzy bryczki pocztowe, stały pod dachem. Trzy czy cztery wozy, naładowane towarami do wysokości drugiego piętra zwyczajnych domów, mieściły się pod ogromną szopą w jednym kącie dziedzińca; jeden z powozów, który miał zapewne tego rana wyruszyć w podróż, wytoczono naprzód.
Budynki, wznoszące się po dwóch stronach równoległoboku, ozdobione były podwójnym rzędem galeryj, z potężnemi drewnianemi podporami; na galerje te wychodził podwójny szereg drzwi od pokojów. Dwa rzędy sznurów od dzwonków ciągnęły się nad drzwiami pod małym daszkiem łupkowym. Od czasu do czasu tupanie koni lub szczęk łańcuchów oznajmiał tym, kogoby to mogło obchodzić, że przy końcu dziedzińca znajduje się stajnia. Jeżeli do tego obrazu dodamy kilku ludzi w płóciennych bluzach, śpiących na pakach towarów, kilka worów wełny i innych tego rodzaju artykułów, tudzież kupy siana, to będziemy mieli dokładny, o ile możności, opis wewnętrznej strony dziedzińca „Białego Jelenia“ przy High Street, Borongh, w ów poranek, o którym mowa.
Rozległ się głos jednego z dzwonków i na galerji drugiego piętra ukazała się zwinna służąca, zapukała do jednych drzwi, weszła do pokoju i, otrzymawszy zlecenie, krzyknęła z galerji:
„Sam!“
„Jestem“, odpowiedział człowiek w białym kapeluszu.
„Nr. 22 żąda butów“.
„Niech panna zapyta nr. 22, czy chce mieć je zaraz, czy też zechce poczekać, bym je wyczyścił“.
„No, no, Samie! Bez tych konceptów“, dobrotliwie odrzekła dziewczyna, „gentleman potrzebuje swych butów natychmiast“.
„Słowo honoru! Panna jesteś wyborna“, odparł czyścibut. „Popatrzno panna na te buty. Jedenaście par i jeden trzewik, należący do nr. 6 z drewnianem szczudłem. Buty muszą być oddane o wpół do dziewiątej, a trzewik o dziewiątej. Cóż to za nr. 22, który tak chce wszystkich ubiec? Nie, nie — po kolei, jak mówił mistrz John Wiesidełko do gentlemanów, których miał wieszać. Przykro mi, że musiał pan czekać ale zaraz się z panem załatwię“.
Tak mówiąc, człowiek w białym kapeluszu zaczął pracować nad butami ze zdwojonym pośpiechem.
Znów rozległ się głos innego dzwonka i stara oberżystka z pod „Białego Jelenia“ ukazała się zakłopotana na przeciwległej galerji.
„Sam!“ krzyknęła, „gdzie ten próżniak? Ten... A! Jesteś tu! Sam! Dlaczego nie odpowiadasz?“
„Czyżby to było grzecznie odpowiadać, kiedy pani nie skończyła jeszcze?“ odrzekł Sam trochę ostro.
„Masz, wyczyść natychmiast te trzewiki dla nr. 17-ego i zanieś je do salonu, nr. 5, na dole“.
To powiedziawszy, oberżystka rzuciła na dziedziniec kobiece trzewiki i odeszła.
„Nr. 5-ty“, rzekł Sam biorąc trzewiki i wyjmując z kieszeni kawałek kredy, by zanotować ten numer na podeszwie. „Kobiece trzewiki, i salon... Założę się, że ta pani nie wozem tu przyjechała“.
„Przyjechała dziś rano“, odezwała się służąca z galerji, „dorożką, z gentlemanem, i on to właśnie potrzebuje owych butów. Ale prędko; co cię to wszystko obchodzi?“
„Czemużeś mi panna nie powiedziała odrazu?“ zawołał Sam z wielkiem oburzeniem, szukając rzeczonych butów w kupie obuwia. „Skąd mogłem wiedzieć, że to nie zwyczajna nasza praktyka trzypensowa. Osobny pokój i do tego dama! Jeżeli w jego skórze mieści się prawdziwy gentleman, to mi pewno da szylinga, nie licząc komisowego“.
Zachęcony temi pocieszającemi uwagami, Samuel począł czyścić z takim zapałem, że w kilka minut tak butom, jak trzewikom, nadał połysk niepospolity, mogący napełnić zazdrością nawet serce czcigodnego pana Warren (gdyż czyścidło do butów dla zajazdu pod „Białym Jeleniem“ dostarczała firma Day i Martin). Potem udał się czyścibut z wzorowemi okazami swej sztuki pod drzwi nr. 5.
„Wejść!“ odpowiedział głos męski na pukanie Sama.
Sam, ukłoniwszy się jak mógł najpiękniej, znalazł się w obecności damy i gentlemana, zabierających się do śniadania. Uprzejmie więc ustawiwszy buty przy nogach gentlemana a trzewiki przy nogach damy, cofnął się ku drzwiom.
„Garson!“ zawołał gentleman.
„Jestem panie“, odrzekł Sam, zamykając drzwi i trzymając rękę na klamce.
„Czy nie znasz tego... jakże się to nazywa?... Doctor Commons?
„Znam Panie“.
„Gdzie to jest?“
„Paul’s church-yard, panie. Niska arkada od ulicy na lewo, tuż obok księgarnia, po drugiej stronie oberża, a w środku stoi przy drzwiach dwóch komisjonerów, podejmujących się wyrabiania indultów dla tych, którzy tego potrzebują“.
„Indultów?“ powtórzył gentleman.
„Tak, ślubnych indultów“, powtórzył Sam. „Dwa indywidua w białych fartuchach zdejmują kapelusze, gdy pan wchodzi, i mówi: „Indult, panie, indult?“ — Śmieszni ludzie, i ich panowie także! Nie więcej warci od adwokatów, u których zasięgają rady procesujący się w sądzie“.
„A cóż oni robią?“ zapytał gentleman.
„Co oni robią? Oni, panie, wyprowadzają ludzi w pole! To byłoby jeszcze nienajgorsze. Wmawiają w stare mózgownice rzeczy, o jakich im nigdy się nie śniło. Mój ojciec, panie, był stangretem, stangretem wdowcem, panie, dostatecznie otyłym, by się odważyć na wszystko. Zdumiewająco otyły jest mój ojciec. Gdy mu żona umarła, zostawiła mu czterysta gwinei. — Dobrze! Idzie ojciec do Commons, by się zobaczyć z prawnikiem i dostać quibus. Dzielną postawę ma mój ojciec! Buty z cholewami, w pętelce bukiet, kapelusz z szerokiemi brzegami, zielony szal, skończony gentleman! Idzie pod arkadę, myśląc, gdzieby ulokować pieniądze. Dobrze! Nadchodzi komisjoner. Dotyka kapelusza: „Czy nie o indult panie?“ „Co takiego?“ pyta mój ojciec. „Pozwolenie na małżeństwo“, powiada. „Niech mię Bóg skarze“, mówi mój ojciec, „jeżeli kiedy pomyślałem o tem“. „Sądzę, że panu potrzebny indult“, mówi komisjoner. Mój ojciec zatrzymuje się i odrobinę się namyśla: „Nie“, powiada, „niech djabli wezmą! Za stary jestem. A przytem zanadto otyły“, powiada. — „O, ba! Panie“, mówi tamten. „Czy tak pan myślisz?“ pyta ojciec. „Jestem tego pewny“, odpowiada. „Przeszłego poniedziałku, ożeniliśmy gentlemana dwa razy większej korpulacji“. „Czy tak?“ pyta mój ojciec. „A tak! Pan obok niego jesteś jak szczapa. Tędy, panie, tędy!“ I mój ojciec idzie za nim, jak oswojona małpa za katarynką, do ciemnego biura, gdzie siedział jakiś jegomość pomiędzy zatłuszczonemi papierami i blaszanemi skrzynkami i pracował nad tem, by sądzono, że coś robi. „Siadaj pan, ja tymczasem napiszę świadectwo“, mówi jurysta. „Dziękuję panu!“ mówi mój ojciec, siada i, wytrzeszczywszy oczy, z otwartemi ustami przygląda się napisom na skrzynkach. „Jak się pan nazywa?“ pyta prawnik. „Tony Weller“, mówi mój ojciec. „Parafja pańska?“ pyta tamten. „Belle Savage“, odpowiada mój ojciec, bo zwykle zajeżdżał do tej oberży i nic nie znał się na parafjach. „A jak się nazywa dama?“ zapytał prawnik. Tu mój ojciec zapomniał języka w gębie. „Niech mię djabli wezmą, jeżeli wiem!“ powiada. „Pan nie wie?“ pyta prawnik. „Wiem tyle co i pan“, powiada ojciec. „Czy nie możnaby dodać nazwiska potem?“ powiada. „Niepodobna“, mówi prawnik. „Bardzo dobrze“, mówi ojciec, pomyślawszy nieco. „Pisz pan, pani Clarke“. „Clarke, co więcej?“ mówi prawnik, maczając pióro w kałamarzu. „Zuzanna Clarke, z oberży pod „Markizem Granby“ w Dorking“, mówi mój ojciec. „Sądzę, że weźmie mnie, gdy się oświadczę. Nigdym wprawdzie nie wspominał jej o tem, ale weźmie, jestem tego pewny“. Otóż w ten sposób indult został napisany. I rozumie się, że go wzięła; ale co najgorsze, trzyma go do dziś dnia, a ja nie widziałem nawet, jak wygląda tych czterechset gwinei. Niema nadziei. Bardzo pana przepraszam, dodał Sam pod koniec swego opowiadania, „ale jak raz zacznę mówić o tym kłopocie, to już nie mogę zatrzymać się, jak nowa taczka z dobrze posmarowanem kołem“.
To rzekłszy i zaczekawszy jeszcze chwilę, by się przekonać, czy nie będzie potrzebny, wyszedł z pokoju.
„Pół do dziesiątej! Już czas w drogę“, rzekł wówczas gentleman, którym był pan Jingle, czego, zdaje się, nie mamy potrzeby mówić.
„Czas, na co?“ zapytała ciotka-panna wdzięcząc się.
„Czas wyrobić indult, drogi aniele; potem trzeba będzie dać znać do kościoła. Jutro rano będziemy już należeć do siebie“, odpowiedział pan Jingle, ściskając rękę ciotki-panny.
„Indult!“ krzyknęła Rachela i zarumieniła się.
„Indult“, powtórzył pan Jingle.

„Cwałem, cwałem, biegnę, lecę,
Biorę indult i powracam!“

„Jak się pan spieszy!“ rzekła Rachela.
„Spieszy! Zobaczy pani, jak nam lecieć będą godziny, dnie, tygodnie, miesiące, lata, gdy się połączymy. Pioruny, błyskawice, lokomotywy o sile tysiąca koni nie lecą tak szybko“.
„Czy nie moglibyśmy... czy nie moglibyśmy wziąć ślub przed jutrem?“ zapytała Rachela.
„Niepodobna! Trzeba dać znać do kościoła. Dziś indult; ceremonia jutro!“
„Strasznie się obawiam, by nas brat nie wyśledził.“
„Nas wyśledził? Żarty! Za silne wstrząśnienie przy wywrocie! Zresztą nadzwyczajna ostrożność: wysiedliśmy z pocztowego powozu, szli piechotą, wzięli fiakra, przybyli do Borough; ostatnie to miejsce, gdzie nas szukać będą. O! Pomysł doskonały“.
„Nie baw pan długo“, rzekła ciotka-panna z afektacją, widząc, że pan Jingle bierze swój podszarzały kapelusz.
„Długo? Zdala od pani?! O okrutna piękności!“
I pan Jingle, podszedłszy z rozczuloną miną ku Racheli, wycisnął na jej ustach niewinny pocałunek, poczem lekko wymknął się z pokoju.
„Luby kochanek!“ rzekła ciotka-panna, gdy zamykał drzwi.
„Śmieszna, stara warjatka!“ pomyślał pan Jingle, krocząc korytarzem.
Przyke to zadanie rozwodzić się nad przewrotnością naszego rodzaju; nie będziemy więc śledzić wątku rozmyślań pana Jingle w drodze do Doctor Commons. Dość, gdy powiemy, że uniknął zasadzki indywiduów w białych fartuchach, strzegących wejścia do tego zaczarowanego miejsca i dotarł do samego biura generalnego wikarego. Tam zaopatrzył się w uprzejme pismo biskupa kanterburyjskiego: „Wiernym nam i miłym, Alfredowi Jingle i Racheli Wardle, pozdrowienie“. Starannie schował do kieszeni ten mistyczny dokument i z triumfem powrócił do Borough.
Był jeszcze w drodze, gdy dwóch gentlemanów otyłych i jeden gentleman chudy weszło na dziedziniec oberży pod „Białym jeleniem“, szukając wzrokiem kogokolwiek, komuby mogli zadać pewną ilość pytań. Pan Samuel Weller, urzędowy czyścibut „Białego jelenia“, był właśnie zajęty w tej chwili czernieniem pary butów, należącej do właściciela pewnej dzierżawy, który po przeżyciach targu w Borough pokrzepiał się małem śniadankiem, złożonem z kilku funtów zimnego mięsa i z większej ilości szklanic piwa. Do niego więc zwrócił się chudy gentleman.
„Mój przyjacielu“, odezwał się.
„Ten zdaje się, lubi bezpłatne konsultacje; w przeciwnym razie nie byłby we mnie tak rozmiłowany od pierwszego wejrzenia“, pomyślał sprytny chłopak; ale poprzestał na zapytaniu:
„Co, panie?“
„Mój przyjacielu!“ powtórzył chudy gentleman z pojednawczem „hm!“, „macie tu teraz wielu podróżnych, co?“
Sam spojrzał na pytającego. Był to niewielki człowieczek, z miną zakłopotaną, twarzą śniadą i kościstą, której małe oczy, ciągle mrugające po obu stronach chudego i inkwizytorskiego nosa, zdawały się grać w chowanego przy pomocy tego organu. Czarny jego frak mocno uwydatniał białość koszuli i wąskiej chustki na szyi, na czarnych zaś spodniach jaśniał złoty łańcuch z brelokami a buty błyszczały jak oczy. W ręku trzymał kozłowe rękawiczki, a gdy mówił, wsadzał obie ręce pod poły fraka, z miną człowieka przywykłego do stawiania pytań.
„Wiele roboty, co?“ rzekł mały człowieczek.

„A tak, sporo, panie“, odrzekł Sam. „Nie zbankrutujemy, ani też nie zrobimy fortuny. Jadamy duszoną baraninę bez kaparów, a gdy dorwiemy się do wołowiny, to dodajemy chrzanu“.
„A!“ zawołał mały człowieczek, „widzę, że żartowniś z ciebie? Co?“

„Mój starszy brat dotknięty był tą chorobą“, odrzekł Sam. „Sypialiśmy razem, może to zaraźliwe...“
„Szczególny stary dom!“ zaczął znów mały człowieczek, spoglądając do koła.
„Trzeba było nas uprzedzić o przybyciu, porobionoby reparacje“, odparł niezmieszany czyścibut.
Rozmawiający, zdawało się, był nieco zbity z tropu temi ironicznemi odpowiedziami. Nastąpiła krótka narada między nim i dwoma tłustemi gentlemanami; potem chudy jegomość wziął szczyptę tabaki z dużej srebrnej tabakierki i, miało się wrażenie, zamierzał na nowo rozpocząć rozmowę, gdy jeden z jego towarzyszy, który oprócz uprzejmej powierzchowności posiadał parę okularów i parę czarnych kamaszów, zbliżył się i powiedział, wskazując na drugiego tłustego gentlemana:
„Rzecz się ma tak: mój przyjaciel da pół gwinei, jeżeli zechcesz odpowiedzieć na jedno lub dwa...“
„Ależ, kochany panie! Kochany panie!“ przerwał mały człowieczek. „Pozwól pan, proszę bardzo, kochany panie! Pierwszą zasadą, jaką należy zachować w podobnych wypadkach, jest to, że jeżeli oddaje pan sprawę w ręce człowieka kompetentnego, nie należy mieszać się mu pod żadnym pozorem do jego czynności. Trzeba powierzyć się z zupełnem zaufaniem. Doprawdy, panie...“
Tu zwrócił się do drugiego tłustego gentlemana mówiąc:
„Zapomniałem nazwisko pańskiego przyjaciela...“
„Pickwick“, rzucił pan Wardle, gdyż on to był we własnej osobie.
„A! Pickwick. Doprawdy, panie Pickwick, niech mi pan daruje, kochany panie. Z największą przyjemnością wysłucham prywatnie zdania pańskiego, jakie ma pan, jako amicus curiae, ale sam pan powinieneś zrozumieć niesłuszność swej interwencji w tej chwili, zwłaszcza co do argumentu adcaptandam, jakim jest ofiara pół gwinei. Doprawdy, kochany panie, doprawdy...“
I mały człowieczek przybrał minę poważną, zażywszy szczypty tabaki w sposób bardzo przekonywujący.
„Jedynem mojem życzeniem“, odrzekł pan Pickwick, „było, aby jak najprędzej doprowadzić do końca tę nieprzyjemną sprawę“.
„Bardzo dobrze, bardzo dobrze“, rzekł mały człowieczek.
„Dlatego też“, mówił dalej pan Pickwick, „zrobiłem użytek z argumentu, który moje doświadczenie każe mi poczytywać za najskuteczniejszy w każdym wypadku“.
„Tak, tak“, odrzekł mały człowieczek, „dobrze, bardzo dobrze, to prawda, ale pan powinieneś był mnie go poddać. Pan wie, jestem tego pewny, jak nieograniczone zaufanie należy pokładać w swym pełnomocniku. Jeżeli trzeba przytoczyć autorytet, to pozwól mi pan powołać się na znany wypadek Barnwella...“
„Niech sobie panowie nie kręcą głowy tym Jerzym Barnwellem“[2], przerwał Sam, którego mocno dziwił cały ten djalog. „Cały świat zna jego historję, a ja, jak mię pan widzi, zawsze byłem zdania, że raczej młoda kobieta zasługiwała na powieszenie. Ale to wszystko jedno; to nie należy do rzeczy. Chcecie panowie, bym przyjął pół gwinei. Bardzo dobrze, nie mam nic przeciwko temu — cóż mogę więcej zrobić? Prawda, panie?“ (Pan Pickwick uśmiechnął się). „Więc idzie tylko o to, bym wiedział, czego u licha chcecie ode mnie, jak tam ktoś powiedział, ujrzawszy upiora“.
„Chcielibyśmy wiedzieć...“ zaczął pan Wardle.
„Ależ mój kochany panie!“ przerwał mały człowieczek z zakłopotaną miną.
Pan Wardle wzruszył ramionami i zamilkł.
„Chcielibyśmy dowiedzieć się“, zaczął uroczyście mały człowieczek, „i zwracam to zapytanie do pana, by nie wzbudzić niepotrzebnych domysłów w oberży: chcielibyśmy wiedzieć, kto się tu obecnie znajduje?“
„Kto się tu znajduje? Jest para butów węgierskich pod numerem 13-tym“, odrzekł Sam, w którego umyśle lokatorowie reprezentowani byli przez obuwie, zostające pod jego bezpośrednią dyrekcją. „Jest drewniane szczudło pod numerem 6-tym, dwie pary półbucików w sali wspólnej. Są buty z cholewami, tu na dole, i pięć innych par butów w pokoju gościnnym“.
„Więcej niema?“ zapytał mały człowieczek.
„Zaczekajno pan trochę“, odrzekł Sam, przypominając sobie: „tak, jest jeszcze para butów à la Wellington, dobrze już przechodzonych i damskie trzewiki pod Nr 5“.
„Co to za trzewiki?“ zapytał z pospiechem pan Wardle, który, tak jak i pan Pickwick, zgubił się w tym dziwnym katalogu mieszkańców oberży.
„Trzewiki z prowincji“.
„Czy jest nazwisko szewca?“
„Brown“.
„Skąd?“
„Z Muggleton“.
„To oni!“ wykrzyknął pan Wardle. „przysięgam, żeśmy ich znaleźli!.
„Pst“ szepnął Sam. „Wellingtony poszły do Doctor Commons“.
„Oho!“ zawołał mały człowieczek.
„Tak, tak, po indult“.
„Wczas przybywamy“, zawołał pan Wardle. „Pokaż nam ich pokój; niema chwili do stracenia“.
„Ależ, proszę pana, kochany panie, bardzo proszę“, rzekł mały człowieczek. „Roztropność! Roztropność!“
To mówiąc, wyjął z kieszeni czerwony jedwabny worek, a z niego sowrena i znacząco spojrzał na Sama, który uśmiechnął się wymownie.
„Pokaż nam pokój natychmiast, lecz nie anonsując“, rzekł mały człowieczek, „a będzie twój“.
Sam rzucił w kąt but, który trzymał, i poprowadził naszych znajomych przez ciemny korytarz i szerokie schody. Stanąwszy na drugim korytarzu, zatrzymał się i wyciągnął rękę.
„Oto masz“, rzekł cicho adwokat, kładąc sowrena na dłoń przewodnika.
Sam zrobił jeszcze kilka kroków i znowu zatrzymał się przy drzwiach.
„Czy tu?“ zapytał mały człowieczek. Sam zrobił znak potwierdzający. Stary Wardle otworzył drzwi i wszyscy trzej weszli do pokoju, właśnie w tej samej chwili, gdy pan Jingle, który już powrócił, pokazywał indult ciotce-pannie.
Rachela krzyknęła głośno, pochyliła się na krześle i zakryła sobie twarz rękami. Pan Jingle zmiął indult i włożył go do kieszeni. Goście niewczas wystąpili na środek pokoju.
„Pan jesteś wielki łotr!“ zawołał stary Wardle, zadyszany od gniewu; „pan jesteś...“
„Kochany panie, mój kochany panie!“ przerwał mały człowieczek, kładąc na stole swój kapelusz. „Proszę pana, uważaj pan. Scandalum magnum... infamia... sprawa o obrazę honoru... Uspokój się pan, proszę“.
„Jak pan śmiałeś uwozić moją siostrę z mego domu“, zaczął znowu pan Wardle.
„Tak, tak, bardzo dobrze“, rzekł mały człowieczek. „O to może go pan pytać. Jak pan śmiałeś uwozić jego siostrę, co, panie!“
„A to co za djabeł!“ krzyknął pan Jingle głosem tak gwałtownym, że mały człowieczek mimowolnie cofnął się o dwa czy trzy kroki.
„Co za djabeł? Łotrze! To mój adwokat, pan Perker. Perker! Chcę wytoczyć proces temu wagabundzie, chcę, by go uwięziono... chcę... chcę... niech mię Bóg skarze... chcę go zniszczyć. — A ty“, mówił dalej pan Wardle, zwróciwszy się do swej siostry, „ty, Rachelo! W twoim wieku! Kiedy już powinnabyś znać świat! O czem myślałaś, uciekając z tym urwisem? O shańbieniu rodziny, zgubieniu samej siebie? Weź kapelusz i zabieraj się. Każcie sprowadzić powóz i podać rachunek tej pani“.
„Jestem panie!“ odrzekł Sam, który na gwałtowne dzwonienie pana Wardle nadbiegł z szybkością, mogącą się wydać cudowną każdemu, ktoby nie wiedział, że całą tę scenę czyścibut widział przez dziurkę od klucza.
„Bierz kapelusz“, powtórzył pan Wardle.
„Nie rób pani tego“, zawołał Jingle. „Wynoś się pan stąd! Niema pan tu co robić. Dama jest wolna i jest panią swych czynów. Ma skończony dwadzieścia jeden lat“.
„Dwadzieścia jeden lat!“ zawołał pan Wardle z pogardą. „Ma więcej niż czterdzieści!“
„Nieprawda!“ zawołała ciotka-panna, której oburzenie przemogło chęć zemdlenia.
„Prawda“, odrzekł pan Wardle. „Masz pięćdziesiąt lat, jak jeden dzień“.
Ciotka-panna krzyknęła przeraźliwie i straciła przytomność.
Pan Pickwick ze zwykłą swą słodyczą przywołał gospodynią domu i zażądał szklanki wody.
„Szklanki!“ wrzasnął impetyczny starzec; „przynieście wiadro i całe wylejcie na nią. To ją ochłodzi“.
„Fe! Jaki z pana brutal“, zawołała ze współczuciem właścicielka hotelu. Potem, po mnóstwie wykrzykników w rodzaju: Biedna kobiecina! Uspokój się pani, uspokój! Wypij pani trochę tego; to panią wzmocni. Nie martw się pani. Biedna istota! itd., przy pomocy służącej poczęła skraplać skronie ciotki-panny, trzepać ją po rękach, łaskotać w nos, rozsznurowywać gorset, jednem słowem robić wszystko, co robią zwykle czułe matrony damom usiłującym mieć ataki nerwowe.
„Powóz gotów, panie“, rzekł Sam, ukazując się we drzwiach.
„No! Chodźmy!“ rzekł pan Wardle. „A ją niech zaniosą do powozu“.
Na tę propozycję atak nerwowy rozpoczął się z nową gwałtownością.
Już właścicielka hotelu miała zaprotestować przeciw takiemu postępowaniu i już nawet zapytała z oburzeniem, czy pan Wardle poczytuje siebie za pana wszelkiego stworzenia, gdy wmieszał się pan Jingle.
„Garson!“ zawołał, „sprowadź konstabla“.
„Czekaj pan! Czekaj“, rzekł mały Perker. „Zważ pan, że...“
„Nie chcę na nic zważać“, rzekł pan Jingle. „Ona jest niezależna. Zobaczymy, kto się ośmieli uprowadzić ją stąd wbrew jej woli“.
„Nie chcę, by mię uprowadzono“, szepnęła omdlała dama. „Nie chcę!“ (Tu znów nastąpił okropny atak nerwowy).
„Moi kochani panowie“, rzekł mały adwokat, biorąc na stronę pana Wardle i pana Pickwicka; „znajdujemy się w położeniu bardzo krytycznem. Jest to wypadek przykry; nie znałem dotąd podobnie przykrego wypadku; bo, prawdę mówiąc, nie mamy żadnego prawa kontrolowania tej damy. Uprzedziłem, nim tu przyszliśmy, moi kochani panowie, że niema innego sposobu, tylko ugoda“.
„Jaką pan chce zrobić ugodę?“ pytał pan Pickwick.
„Widzi pan, kochany panie, przyjaciel pański jest w położeniu bardzo nieprzyjemnem, nadzwyczaj nieprzyjemnem. Powinien więc przystać na poniesienie pewnych strat pieniężnych“.
„Wolę zapłacić, aniżeli znosić taką hańbę! Niżeli cierpieć, by ta kobieta, chociaż warjatka, była nieszczęśliwa przez całe życie“.
„Sądzę, że da się to ułożyć“, rzekł mały, zakłopotany człowieczek. „Panie Jingle, czy nie zechce pan pójść z nami na chwilkę do sąsiedniego pokoju?“
Pan Jingle przystał na to, poszli więc we czterech.
„Teraz, mój panie“, rzekł mały człowieczek, starannie zamykając drzwi, „czy niema sposobu porozumienia się w tej sprawie? Chodźno pan tu, pod okno, rozmówimy się w cztery oczy. Tu panie, tu! Siadaj pan. Teraz kochany pilnie, między nami mówiąc, wiemy, kochany panie, żeś porwał tę damę z miłości do jej majątku. Niech pan nie marszczy brwi, kochany panie, to się na nic nie przyda. Mówię panu, że, między nami mówiąc, my wiemy o tem. Obaj jesteśmy ludzie światowi i obaj wiemy bardzo dobrze, że nasi znajomi, tu obecni, nie są nimi. Prawda, panie?“
Twarz pana Jingle rozjaśniała się stopniowo podczas tej przemowy a nawet zdawało się, że lewa jego powieka jakby mrugnęła odrobinę.
„Bardzo dobrze! Bardzo dobrze!“ mówił dalej pan Perker, dostrzegłszy wrażenie, jakie sprawił. „Teraz, faktem jest, że dama nie będzie miała nic, albo bardzo wiele, aż do śmierci matki... osoby wielkiego zdrowia, kochany panie“.
„Już stara!“ odrzekł pan Jingle lakonicznie, ale z energią.
„Tak, to prawda“, odrzekł adwokat, lekko odkaszlnąwszy; „ma pan słuszność, kochany panie, już bardzo podeszła w latach. Ale pochodzi ze starej rodziny, kochany panie, starej w całem tego słowa znaczeniu. Przodek tej rodziny przybył do hrabstwa Kent za czasów inwazji Juliusza Cezara, i od tego czasu jeden tylko z Wardlów nie dożył ośmdziesięciu pięciu lat, i to dlatego tylko, że został ścięty z rozkazu króla Henryka. Stara dama ma dopiero siedemdziesiąt trzy lata, kochany panie“.
Mały człowieczek zatrzymał się i zażył tabaki.
„A więc?“ zapytał pan Jingle.
„A więc, kochany panie... Czy pan nie zażywa tabaki? Ma pan słuszność, to kosztowne przyzwyczajenie. A więc, kochany panie, pan jesteś przystojny, światowy, na drodze do fortuny... Czy ma pan jaki kapitał?“
„Co?“ zapytał pan Jingle.
„Pan mię nie rozumie?“
„Niezupełnie“.
„Czy nie sądziłby pan... przechodzę do faktu, kochany panie, czyby nie był pan zdania, że pięćdziesiąt gwinei i wolność byłyby przyjemniejsze, aniżeli miss Wardle i nadzieje?“
„Niepodobna!“ odrzekł pan Jingle wstając. „Dwa razy więcej byłoby też za mało“.
„Nie, nie! Kochany panie“, odparł mały adwokat, zatrzymując go za guzik, „to piękna, okrągła sumka. Człowiek taki jak pan może ją potroić w bardzo krótkim czasie. Z pięćdziesięcioma gwineami można zrobić niejedno, kochany panie“.
„Ze stupięćdziesięcioma jeszcze więcej“, odrzekł zimno pan Jingle.
„No, no, kochany panie, nie traćmy czasu na roszczepianie włosa na czworo. Powiedzmy... powiedzmy osiemdziesiąt...“
„Mało!“
„Czekajno pan, czekaj! Ile pan chce?“
„Sprawa kosztowna, wydatki, konie pocztowe, dziesięć gwinei, indult trzy gwineje, dwadzieścia; stracone korzyści sto gwinei — sto dwadzieścia. Strata honoru, mojego i damy...“
„No, no, kochany panie, no!“ przerwał adwokat z ironiczną miną, „nie mówmy o dwóch ostatnich artykułach. Wszystko razem czyni sto dwadzieścia gwinei. Niech będzie okrągłe sto“.
„Sto dwadzieścia“.
„No, no! Napiszę panu przekaz“, rzekł mały człowieczek, siadając przy stole i biorąc się do pisania. „Weksel płatny pojutrze; a przez ten czas zabierzemy damę?“ dodał zapytując wzrokiem pana Wardle.
Ten kiwnął ponuro na znak zgody.
„Sto“, powtórzył mały człowieczek.
„I dwadzieścia“, dodał pan Jingle.
„Ale, kochany panie!“ zawołał adwokat.
„Daj mu je pan“, przerwał pan Wardle, „i niech idzie do djabła razem z niemi!“ Przekaz został napisany przez małego gentlemana i schowany do kieszeni przez pana Jingle.
„Teraz wynoś się pan natychmiast!“ zawołał pan Wardle, wstając.
„Mój kochany panie“, zaczął znowu adwokat.
„I wiedz pan o tem“, ciągnął dalej pan Wardle, niezważając, że mu przerywano, „i wiedz pan, że nic na świecie, nawet honor mojej rodziny, nie zmusiłby mnie do przystania na ten układ, gdybym nie miał tego przekonania, że im prędzej będziesz miał pieniądze, tem prędzej djabli cię wezmą“.
„Mój kochany panie...“ zaczął znów perswadować adwokat.
„Siedź pan cicho“, rzekł jego gniewny klient, „a pan wynoś się..“
„W drogę! Bez zwłoki!“ odparł beznamiętny pan Jingle. „Adieu, Pickwick!“
Gdyby jaki bezinteresowny widz mógł widzieć przy końcu tej rozmowy zachowanie się znakomitego męża, którego nazwisko zdobi tytuł naszego dzieła, to zdziwiłby się, że ogień oburzenia, tryskający mu z oczu nie stopił mu szkieł okularów. Nozdrza rozdęły mu się, pięści zacisnęły mimowolnie, gdy nędznik nazwał go tak familjarnie. Ale się pohamował i nie zmiażdżył go.
„Masz pan!“ ciągnął dalej zatwardziały zbrodniarz, rzucając indult pod nogi pana Pickwicka. „Zmieńcie nazwiska, zabierzcie damę — przyda się dla Tuppy“.
Pan Pickwick był filozofem. Ale niech kto co chce mówi, i filozofowie nie są niczem więcej, jak ludźmi, odzianymi w zbroję mądrości.
Morderczy cios przebił filozoficzny pancerz naszego bohatera i głęboko zranił mu serce. W napadzie wściekłości pan Pickwick cisnął na chybił-trafił kałamarz, którym posługiwał się pan Perker, i sam rzucił się w tymże kierunku. Ale przeciwnik jego znikł i pan Pickwick znalazł się w objęciach Sama.
„Oho!“ zawołał znakomity czyścibut „Ruchomości muszą być niedrogie w pańskich okolicach. Oto atrament sam piszący. Wypisał na ścianie nazwisko pana. Teraz daj pan pokój! Na co się zdało biec za człowiekiem, który jest już pewno na drugim końcu Borough?“
Umysł pana Pickwicka, jak wszystkich osobistości prawdziwie wielkich, zawsze był dostępny perswazjom, a ponieważ rozumował potężnie i szybko, więc wystarczyło jednej chwili zastanowienia, by przekonać się o bezużyteczności tego gniewu. Pan Pickwick uspokoił się więc równie prędko, jak się wzburzył, i łagodnym wzrokiem spojrzał na swych przyjaciół.
Czyż mamy tu przytaczać lamentacje panny Wardle, gdy się dowiedziała, w jaki sposób opuścił ją kochanek? Czyż mamy kreślić tu szczegółowo przebieg tej rozdzierającej sceny, tak ślicznie opisanej przez pana Pickwicka? Księga jego notat leży otwarta przed nami; niewielka żółta plama świadczy, ile mu łez wycisnęła sympatja dla ludzkości. Jedno słowo i notaty te będą w ręku drukarza. Ale nie! Oprzemy się tej myśli! Nie będziemy zasmucać czytelników obrazami okropnych cierpień.
Na drugi dzień ciężki powóz z Muggleton powiózł powoli i smutno dwóch przyjaciół i opuszczoną damę. Cienie nocne oddawna już wszystko zaległy, gdy przybyli do Manor Farm.




  1. Przedmieście Londynu
  2. Aluzja do bohatera znanej sztuki Johna Lilo „Kupiec londyński“ której bohaterem jest Barnwell.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.