Komedjanci/Część IV/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Komedjanci
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1935
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część IV
Pobierz jako: Pobierz Cała część IV jako ePub Pobierz Cała część IV jako PDF Pobierz Cała część IV jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


Spójrzmy teraz na tych, którychśmy zostawili w Warszawie. Wyjazd Wacława, tak nagły i niespodziewany, Cesia przyjęła zachmurzona, ruszając ramionami i gniewając się pocichu na Sylwana, którego intrydze go przypisywała. Sylwan był mu rad i nie taił się z tem, choć go nie rozumiał, żałował tylko, że na wyjezdnem jeszcze pieniędzy nie dopożyczył. Baron dowiedział się o zniknieniu nowego znajomego ze smutkiem widocznym, a córka jego przez kilka dni całkiem się nie pokazywała. Pomimo nader małych dotychczasowych swych postępów, Sylwan nie zrażał się wcale i, naprzekór ojcu może, może zakochany i ślepy, wszelkiemi siłami garnął się tam, gdzie go chłodno i obojętnie przyjmowano. Raz tylko cokolwiek dłużej i szczerzej rozmówił się z nim baron, ale rozpytując go o Wacława.
Aby mu wszelką odebrać nadzieję, Sylwan kłamać nie potrzebował. Opowiedział o stanie majątkowym zbogaconego tak niespodzianie kuzynka, o jego charakterze, o przywiązaniu dla Frani i zakończył, przepowiadając bliskie jego ożenienie. Baron słuchał z uwagą, smutny, milczący, zamyślony i zapewne z wieściami temi wybiegł zaraz, pożegnawszy Sylwana, do córki.
Po kilku dniach ukazała się nareszcie piękna Ewelina w salonie zmieniona, blada, rozdrażniona, tak że najmniejszy niespodziany szelest wstrząsał nią jak liściem osiny i gorzej niż kiedy przyjęła nadskakującego jej Sylwana. Nadszedł był właśnie list od hrabiego, oznajmiający o ożenieniu Wacława, i nowina ta była przedmiotem rozmowy, bo Sylwanowi pilno ją było oznajmić. Ewelina, zaledwie usłyszawszy o tem, wybiegła z salonu i już nie wróciła do gości; ojciec widocznie siedział jak na szpilkach. Równe prawie wrażenie zrobiła wieść ta na Cesi, która z gniewu i chęci zemsty bezsilnej pierwszy raz w życiu płakała. Powtarzała, że się pomści, odkładając na jutro dopięcie swych zamiarów, ufając jeszcze w siłę wspomnień i zręczność swoją; a że nic ją już nie trzymało w Warszawie, gdzie niewiele miała w towarzystwach powodzenia, poczęła naglić matkę o powrót do domu. Sylwan ich nie wstrzymywał wcale, sprawunki były porobione, wyprawa niemal gotowa, hrabina Eugenja znudzona, łatwo więc wszyscy zgodzili się na potrzebę powrotu i Sylwan, zachwyciwszy resztę grosza pozostałego u matki, przeprowadził ją do Miłosny, śpiesząc powrócić do Warszawy.
Uwolniony teraz od oka matki, od współzawodnictwa z Wacławem, cały się oddał pilnemu staraniu o baronównę. Czas swój rozdzielił na dwoje: na nadskakiwanie Hormeyerowi, świat wielki i zabawy pokątne w dobranem towarzystwie hulaków po ogródkach, po męskich kompanjach, w których grywano i pito do upadłego.
Jedno nie przeszkadzało drugiemu, dwa te życia szły obok siebie, nie zawadzając sobie i nigdy się nie plącząc z sobą. Większa część towarzyszów Sylwana, jak on, jedną nogą stała na posadzce salonu, drugą w błocie ulicy. Wyświeżeni, w białych rękawiczkach, sentymentalni, dobrze wychowani wśród kobiet i poważniejszych mężczyzn, zrzucali fraki, wstyd, pomiarkowanie i wszelkie uczucie przyzwoitości u Ohma i w Szwajcarskiej Dolinie. Śmielsi i bardziej zużyci puszczali się niekiedy dla oryginalności i na Dolinę Zieloną, naśladując, jak powiadali, księcia Józefa, który pod koniec życia dla najbrudniejszych istot czuł pociąg największy. Nie było dnia bez jakiejś w tym rodzaju zabawki; jednego z zakładu wynikłe powoływało śniadanie, często ciągnące się do nocy; drugiego ktoś dawał obiadek gastronomiczny dla jakiegoś przybysza z łysiną; tam była herbata z kartami, indziej karty z winem i t. p. Sylwan na wszystko wystarczał zdrowiem i humorem, odrazu wcieliwszy się z łatwością tonem i zarozumiałością pomiędzy młodzież próżniaczą a bujną, ale kieszeń jego niezmiernie cierpiała, a na dwa światy się dzieląc, elegancki i hulaszczy, wydatek był niezmierny. Karty mu nie sprzyjały i grać nie umiał, a powoli z gry sobie robił namiętność; nie było więc wieczora, żeby kasa jego nie poniosła dosyć znacznego uszczerbku. Wkrótce więc i to, co wziął z domu, i to, co mu pożyczył Wacław, i to, co zostawiła matka, nawet pieniądze, dane mu na sprawunki dla Cesi, wyczerpywać się zaczęły. Ale Sylwan, dawszy się poznać i poznawszy tych, których potrzebował, już był w możności robienia długów, powoli jeszcze przy pieniądzach wprawiać się w to zacząwszy.
Tymczasem z młodą wdową szło oporem i trudno. Żal jej, rozdrażniony widokiem Wacława, uśmierzył się wprawdzie po upływie kilku tygodni, zaczęła znowu wychodzić do salonu i gości, Sylwan powrócił do statu quo ante bellum, ale nie robił postępów.
Ewelina w każdej rozmowie rozpytywała go tylko o Wacława, dowiadywała się o nim najdrobniejszych szczegółów, chciała mieć obrazek Frani, historję jego przeszłości i, choć Sylwan wcale się na pochwały nie wysilał, nie zrażała się tem bynajmniej.
Czas upływał, pieniądze wychodziły, potrzeba było nareszcie stanowczo coś postanowić. Sylwan długo się namyślał, nie chcąc wszystkiego stawić na jedną kartę, ale wostatku pojechał do barona i oświadczył mu się o rękę jego córki.
Baron przyjął to zimną twarzą, jakby się spodziewał, skłonił się, niby dziękując i, namyśliwszy się chwilę, odpowiedział:
— Córka moja, kochany hrabio, jest panią zupełną swojej woli, do niej z tem udać się zechcesz; lecz żal jej nadto jest świeży, serce nadto zbolałe, żeby się na nowo przywiązać miało. Jako ojciec, jeżelibyś był przyjęty, wiedziećbym tylko pragnął o stanie twych interesów i położeniu; ale dziś i o tem słyszeć nie chcę, dopóki córka moja stanowczo nie rozstrzygnie. Z tego powodu, co do naszych też majątkowych spraw tłumaczyć się jeszcze nie widzę potrzeby.
Sylwan czekał tylko zapytania, na które odpowiedź miał gotową, i z udaną szczerością wyspowiadał mu się ze skąpstwa swego ojca, z jego żyłki do spekulacji, z wstrętu nawet, jaki miał do ożenienia syna, któremuby część majątku dymitować musiał i t. d.
Baron słuchał z uwagą, słowa nie odpowiedział i odesłał go do córki. Sylwan, wzywając w pomoc całej swej zręczności, poszedł do Eweliny. Znalazł ją, jak zawsze, na kanapie, samą jedną z oczyma wlepionemi w okna, zadumaną i smutną. Powitała go ozięble i wskazała mu krzesło, ledwie otwarłszy piękne usta, na których dawno szczery uśmiech młodości nie postał. Hrabia nie wiedział, od czego począć; ale mu się zdało, że jakikolwiek będzie początek rozmowy, zawsze ją do celu doprowadzić potrafi. Dotąd mówiąc do Eweliny o swojem sercu, odzywał się dwuznacznikami ostrożnemi, których ona, jak widać było z odpowiedzi, nigdy zrozumieć nie chciała, teraz postanowił być wyraźniejszym.
— Pani dziś wieczorem nie będziesz w resursie na balu? — zapytał wreszcie.
— Nie wiem, — odpowiedziała Ewelina — to od ojca zależy; nie szukam zabawy, nakazują mi ją, jak lekarstwo: biorę ją, jak miksturę lub pigułki.
— Jakto? i nigdy wesele drugich nie zarazi panią, nie poruszy, nie rozgrzeje?
— Smuci mnie lub powitanie obudza. Nie miałeś Pan listu od kuzyna? — dodała ciszej.
— Nie, ożenił się, a młodzi małżonkowie nie lubią pisać zwykle.
— Naco im świat, — zawołała Ewelina — gdy siebie mają!
— Są drudzy, którym także świat obojętny, bo na nim niema dla nich nikogo! — westchnął Sylwan.
— Jak ja! — dorzuciła Ewelina.
— Jak ja! — zawołał Sylwan. — Mówią, że szczere serca uczucie zawsze sobie wysługuje choć litość: ja i tej doczekać się nie mogę.
Ewelina spojrzała na niego prawie z pogardą, uśmiechnęła się ironicznie.
— O litość najłatwiej, — odpowiedziała — ale litość to zupa rumfordzka: trochę ogrzewa, a wcale nie karmi.
— Ja to wiem najlepiej — rzekł Sylwan, spuszczając oczy.
Rozmowa nie szła i, choć na drodze uczuciowej, nie obiecywała doprowadzić do celu, potrzeba było śmielszy krok zrobić, na który się hrabia odważył.
Wstał z krzesła i w postawie pokornej, której nigdy nie przybierał, zbliżył się do baronówny:
— Pani, — rzekł nieśmiało, niby przyciskając kapelusz do piersi — chciej mnie chwilę posłuchać. Od pierwszego wejrzenia...
— Zakochałeś się pan we mnie — dokończyła zimno Ewelina — i... przychodzisz do mnie z oświadczeniem! Wszak tak?
Sylwan się zmieszał.
— Pani żartujesz nielitościwie.
— Ja? nie, wcale. Pan jesteś nielitościwy! Widzisz, jaki mnie smutek pożera, jak obojętnie na świat i życie patrzę, i przychodzisz, żądając ode mnie szczęścia, serca, miłości, których dać nie mogę. Życie moje niedługie, — dodała po przestanku, kryjąc dwie łzy, które się z powiek wymknęły — całe okryte żałobą i wspomnieniem niezatartem, obojętno mi, z kim i jak je spędzę. Chceszże pan kobiety, która cię kochać nie będzie, która ci zapowiada obojętność, która ci łzy, zamiast uśmiechu, przynosi w posagu?!
— Czas jest wielkim lekarzem boleści serdecznych, czemużbym się nie mógł spodziewać, że będzie sprzymierzeńcem moim, że we dwóch uratujemy cię, pani.
— Spodziewaj się, hrabio, jeśli ci to dogodne, ale ja ci nie daję tej nadziei. Kochałam raz w życiu i uczucie to przeżyło najstraszniejsze próby: miałam dowód, że w całej sile na dnie serca trwa jeszcze. Chciałżebyś serca zwiędłego i towarzyszki, która ci nic nad obojętność zimną dać nie może?
— Nadto kocham, żebym mógł się wyrzec nadziei.
— Powiem ci szczerzej jeszcze, hrabio, — wstając z miejsca, odezwała się Ewelina. — Nigdybym w świecie na nowy nie pozwoliła związek. Wiesz, co mnie skłania do tego, że ci nie odmawiam: oto nadzieja, że zobaczę Wacława, który jest żywym obrazem utraconego szczęścia mojego. Chceszże mnie jeszcze z tem wyznaniem?
— Kocham — odpowiedział Sylwan — i choć cień szczęścia pragnę mieć także.
— Namyśl się, — zawołała Ewelina — oddam ci rękę w nadziei, że się zbliżę do twego brata, że choć patrzeć nań będę mogła. Kochać cię nie będę nigdy, weźmiesz ze mną smutek, żałobę, obojętność... to słowo moje ostatnie. Ślubna twoja obrączka obejmie trupi palec zastygłej ręki. Namyśl się, namyśl się, panie hrabio.
To mówiąc, wyszła powoli, a Sylwan pozostał jak wkuty i, choć zimny na wszystko, choć wiedziony więcej rachubą niż uczuciem, na chwilę zawahał się, co mu czynić pozostawało.
Wejście barona, który czatował na narzeczonego, jak się zdawało, przerwało głębokie rozmysły. Ojciec wpatrywał się w niego z ciekawością badacza, jakby mu do głębi serca chciał zajrzeć.
Milczeli oba chwilę, stojąc przeciw sobie i mierząc się oczyma.
— Mówiłeś pan z córką moją? — zapytał baron.
— Mówiłem, — rzekł Sylwan — daje mi rękę bez serca; lecz serce — dodał żywo — spodziewam się pozyskać, usilnie starając się o jej szczęście. Czas jest wielkim lekarzem.
— Namyśl się pan, — dodał baron, kłaniając mu się i przechodząc do pokojów córki. — Rzecz jest wielkiej wagi, ja śpieszę do niej, ta rozmowa poruszyć ją musiała, może być dla niej szkodliwa.
Chociaż wielu liczył przyjaciół, z którymi codziennie był razem i po pijanemu się ściskał serdecznie, Sylwan, rozpatrując się w ich gronie, nikogo nie znalazł, z kimby się mógł naradzić, a niepewność ogarniała go tem większa, im położenie jego było dziwniejsze i mniej zwyczajne. Myślał, dumał, rozważał, ale że przedewszystkiem chodziło mu o dopięcie celu, zaspokojenie miłości własnej i pochwycenie spodziewanych miljonów, łatwo było przewidzieć, do czego namysły doprowadzić go miały.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.