Komedjanci/Część IV/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Komedjanci
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1935
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
POWIEŚCI O DAWNYM OBYCZAJU — Tom IV


J. I. KRASZEWSKI
KOMEDJANCI
CZĘŚĆ IV


WYDAWNICTWO M. ARCTA W WARSZAWIE







Położenie znanych nam z poprzedzającego opowiadania osób naszej powieści wcale nie było do zazdrości. Sylwan szczególniej, któremu na chwilę zaświtała wielka nadzieja, szalał prawie, widząc ją zachwianą z przyczyny wszystkim im nienawistnego Wacława; nie krył się też wcale ze swojem dla niego uczuciem. Ujrzawszy go w ulicy, jadącego z baronem, zacisnął z gniewu pięści i powrócił, słowa nie rzekłszy do Cesi, równie zniecierpliwionej, gniewnej, a dla pokrycia wrażenia uskarżającej się tylko na silny ból głowy. Z siebie sądząc, Sylwan był pewien, że Wacław poświęci Franię i miłość swą dla niej pięknej Ewelinie i jej miljonom, nie pojmując nawet, by inaczej być mogło, by się urokowi grosza oprzeć było podobna. Cesia też straszniejszą w niej od Frani widziała współzawodniczkę, i krew jej uderzała do głowy na myśl, że się nad Wacławem nie pomści. Chciała go mieć u nóg swoich, żeby ze wzgardą odepchnąć, a tu ostatnia nadzieja z rąk się jej wyślizgiwała. Hrabina Eugenja, dość obojętnie przyjęta w stolicy, nie mogąc resztą swych wdzięków i słodkich wejrzeń zwabić nikogo, zgaszona przez córkę we własnym domu, opuszczona przez mężczyzn i zapraszana już na tę nieszczęśliwą kanapę, na której starsze panie, ziewając, zwykły się bawić plotkami, rada była co najprędzej uciekać do Denderowa, gdzie choć zrzadka mignął się jej ostatni z wielbicieli, rotmistrz Powała, zawsze wierny, zawsze czuły, ilekroć był przy niej, i sumiennie do upadłego odgrywający rolę kochanka.
Nielepsze było położenie Wacława, który bez winy własnej, zbiegiem okoliczności, czuł się jakby pochwycony żelaznem kołem machiny, mającej go zgnieść nielitościwie. Cesia z jednej, Ewelina z drugiej strony dręczyły go, ta nieustannem przypomnieniem pierwszej miłości, niepokojącem serce, druga dziwnem swem przywiązaniem do cienia, który przedstawiał.
Sylwan, przywiedziony do rozpaczy, nie krył się ze swoim gniewem i urazą, otwarcie napadał na niewinnego Wacława, czyniąc mu bolesne wymówki. Cesia szydziła z niego i z baronówny nielitościwie, hrabina Eugenja udawała, że go nie widzi i znać go nawet nie chciała.
Powróciwszy od Hormeyera, znużony tą sceną, w której udział brać musiał, przejęty widokiem żalu prawie obłąkanej wdowy, którego ukoić nie umiał; niepewien siebie, drżąc o serce własne, Wacław począł głęboko rozmyślać, co mu czynić wypadało, jak wyjść z tej próby tak ciężkiej. Jedna była najprostsza droga ocalenia i obowiązku: wszystko porzuciwszy, uciekać. Nie widział innej i, zostawiony sam sobie, chwycić się jej musiał. Rzucając więc interesa majątkowe na uproszonego prawnika i bankierów, nie zatrzymując się dla potrzebnych do domu sprzętów, które komuś kupić, wybrać i wysyłać polecił, Wacław kazał pakować i, nie żegnając się z nikim, tejże nocy uciec postanowił, listami tylko tłumacząc się z przyśpieszonego powrotu.
Wszystko już było przygotowane do drogi, gdy list z Wulki, z niecierpliwością oczekiwany, nadszedł nareszcie i przynaglił go jeszcze do wyjazdu, nowym uderzając ciosem. List ten kilka tylko słów, oblanych łzami, zawierał. Frania go pisała. Rotmistrz, stary Kurdesz, już nie żył. Sierota pozostała sama na świecie i wyciągała ręce ku opiekunowi swemu. Łzy rzuciły się z oczu Wacława, wybiegł jak szalony, wołając o konie z niecierpliwością, nieprzytomny prawie, zapomniawszy naraz wszystkiego, co za sobą zostawiał. Nie miał czasu ani słowem pożegnać Sylwana, ani się wytłumaczyć baronowi. Przejęty jedną myślą wielkiej swej straty, położenia Frani, jej boleści i osierocenia, rzucił się w powóz i przebył przestrzeń, rozdzielającą go od Wulki, nie widząc nic, nie umiejąc porachować czasu, nie pojmując, co się z nim działo, wyglądając tylko, rychło-li znajome drzewa się ukażą i płacz go, zamiast radości, powita.
Był to początek zimy: z hukiem, po grudzie obnażonej wtoczył się powóz w dziedziniec, a żywa dusza nie wyszła powitać przybyłego.
W lewo z okien otwartych pokoju buchało światło od katafalku, cisza panowała we dworze; Wacław wszedł i przykląkł na progu. Już w trumnie swej dębowej spoczywał rotmistrz w mundurze kawalerji narodowej, w którym pogrzebać się kazał; siwe jego wąsy okrywały zapadłe usta, a spokojne czoło, otoczone włosami srebrzystemi, zdala marmurową świeciło białością. Wyraz jego twarzy dowodził, że zmarł bez męczarni, że położył się „jako kłos dojrzały“, wedle słów poety, że usnął, dopełniwszy żywota swego, z nadzieją lepszej wysłużonej sobie przyszłości. Ręce jego na piersiach ściskały krucyfiks, który w sercu miał za żywota; rękojeść starej karabeli, wiernej towarzyszki, której zostawić po sobie nie miał komu, bo nie była już potrzebna, ukazywała się z lewego boku; pod szyją na blasze obrazek Matki Boskiej, cząstka zbroi, dziś tylko jako pamiątka walki, zgięta kulami, co się o nią obiły, przypięta była starcowi. Wacław modlił się jeszcze, płacząc, gdy uczuł, jak rąk dwoje spoczęło na jego ramionach, cichy wykrzyk płaczliwy obił się o uszy strwożone, i osłabła Frania, zemdlona, upadła przy nim na ziemię.
Nadbiegła za nią poczciwa Brzozosia, czerwona od łez i znużenia, i z jej pomocą odnieśli, cucąc, biedną sierotę do jej pokoiku. Otworzyła oczy, ścisnęła rękę Wacława, chwytając ją, jak tonący chwyta ułamek rozbitego okrętu, i zawołała ze łzami:
— Tyś mi ojcem, tyś mi wszystkiem! A! nie opuszczaj mnie, Wacławie, on ci mnie polecił sierotę, sierotę!
I zaniosła się od płaczu.
Brzozosia trzeźwić ją, pocieszać i gniewać się razem poczęła, żal jej tak był różny od boleści córki.
— Umarł rotmistrz, — zawołała — to i ja go żałuję, ale to porządek ludzkich rzeczy... Cóż, myślałaś, że już na wiek wieków żyć będzie? No! to i my pomrzemy. Miejcież rozum; i Wacław, coby miał jej dodać odwagi, sam beczy. No! cóż na to poradzić, jużciż go nie wskrzesim.
Nikt gderzącej wedle zwyczaju Brzozosi nie słuchał, młodzi przytuleni do siebie, w sobie samych szukali pociechy. Stara przyjaciółka tymczasem, nie zważając na strapienie, już im co prędzej jeść i pić gotowała, lamenta przerywając dyspozycjami, rozkazy mieszając z narzekaniem.
Tak upłynął ten wieczór pamiętny, długo się w późną noc przeciągając, bo Brzozosia wzięła później Wacława do siebie i opowiadać mu poczęła ostatnie chwile starego konfederata.
Rotmistrz prawie nie chorował; do ostatniego dnia chodził, gospodarzył, krzątał się i ani myślał kłaść w łóżko, choć mówił, że się czuł jakby zmęczonym, coś nieswój i osłabły. Ostatniego wieczora zażądał spocząć trochę wcześniej, kazawszy sobie zgotować rumianku, który był zwykłem jego lekarstwem. Już go widać jakieś objęło przeczucie, bo, żegnając się z Franią, pobłogosławił ją i chłopakowi, co mu usługiwał, kazał się położyć przy sobie. O północy zbudził się, uskarżając, że go coś ciśnie w piersiach; zawołano córki i Brzozosi. Rotmistrz podniósł się, ale z tem jasnowidzeniem zgonu, które dawniej tak często śmierć poprzedzało, wesoło prawie poprosił o księdza, po którego natychmiast wysłano. Napróżno starano mu się to wyperswadować, dawał mówić, co chciano, ale swoje robił. Zadysponował, jakiemi końmi i kto po wikarego pojedzie, jaką ma wziąć bryczkę, czem ją zasłać, a sam modlić się zaczął i resztą rozporządzać.
Coraz to mu coś na myśl nowego przychodziło, o czem obawiał się, aby w popłochu nie zapomniano. Jak to dawniej u wszystkich prawie ludzi pełnej wiary bywało, u rotmistrza też do tej wielkiej uroczystości dnia śmierci wszystko stało w gotowości oddawna. Sucha dębowa trumna, pełna chmielu, stała w lamusie na górze, było w kuferku odłożone odzienie jeszcze z czasów konfederacji, szabla, pieniądze i świece na pogrzeb, na msze, dla księży i kościołów.
— Kłopotu mieć nie będziecie ze mną, — mówił rotmistrz — bo to się człowiek nie od dziś na tę podróż gotował. Oto za tym kluczykiem jest pięć ruloników z pieniędzmi, w kufrze znajdziecie światło jarzące, w skrzyni jest żółte dla bractwa. Do karawanu zaprząc stare moje konie, tylko żeby mi ten hultaj Hryćko w dyszel deresza się nie ważył zaprzęgać, bo jakbym widział, w bramie cmentarzowej się zatnie i kłopotu narobi, a narowisty, że go nie przeprzeć.
Mówił tak długo, szczegółowie rozporządził wszystkiem i z przytomnością zadziwiającą, wśród modlitwy cichej, coraz to się ze słówkiem jakiemś odezwał.
— A panna ciwunówna — rzekł do Brzozosi — znajdziesz tam w papierach dowód, żem jej serce dla nas i przyjaźń potrafił ocenić.
— At! nie plotłbyś, panie rotmistrzu! Naco to śmierć wywoływać, dajcież pokój! — I, zaniósłszy się od płaczu, który napróżno utamować chciała, Brzozosia wybiegła, szlochając.
Stary po chwili wezwał ją znowu.
— Moja panno ciwunówno, poślecie zaraz po Wacława, niech przyjeżdża, niech się żeni, na żałobę nie zważając, ja rozgrzeszam i nakazuję. Razem ją, kiedy zechcą, nosić będą, a sierocie nie tak ciężkie może będą pierwsze chwile rozłączenia. O los Frani jestem spokojny. Bóg łaskaw. A na stypie — dodał — nie żałujcie dać starego miodu; dla dostojniejszych ten węgrzyn, co z lewej strony w piwnicy; tylko niewiele, umiarkowanie, bo go szkoda, mało po dukacie butelka.
Mówił tak stary aż do przybycia księdza, z którym po odbytej spowiedzi rozmawiał jeszcze, gdy go drzemka napadła; położył się więc jak do snu, czując się znużonym. Wszyscy się rozeszli, zasnął spokojnie, ale na wieki; nazajutrz zimne już tylko znaleziono zwłoki.
Żal Frani był okropny, było w nim coś rozpacznego, straszliwego, czego nawet przestrogi osób pobożnych, napomnienie księży, łzy i czas uśmierzyć nie mogły. Była jak podróżny, co nagle znalazł się bez towarzyszów w głuchej pustyni sam jeden. Wszystkie uczucia na chwilę utonęły w tej jednej wielkiej boleści. Wacław znalazł ją jeszcze nieukojoną, bezprzytomną i już odstąpić jej nie mógł na chwilę, obawiając się o zdrowie, a nawet o życie ukochanej.
Gdy na cmentarz do Smolewa wywieziono ciało rotmistrza, a jego izdebka i dworek pozostały pustką, była chwila znowu, w której Frani ciężko przychodziło się z nowem życiem oswoić, a uciec nie miała dokąd. Wacław musiał przyśpieszyć wesele, stosownie do woli zmarłego ojca. Tymczasem nic nie było przygotowane w Palniku, nigdzie nie mieli stosownego domu i, gdyby nie Brzozosia, Wacław byłby przez względy ludzkie smutne swe przeciągnął jeszcze wesele. Ale panna ciwunówna, chwyciwszy się słów nieboszczyka, rada, że ją choć po śmierci popierał rozkazem wyraźnym, jak się zawinęła około obojga narzeczonych, zmusiła ich niejako dać na zapowiedzi i pojechać do Smolewa po błogosławieństwo. Nie zapraszano nikogo, nie wezwano gości, nie było wcale starego obrzędowego przyjęcia. Wacław tylko uznał stosownem w wigilję pojechać do stryja.
Hrabia już wiedział o wszystkiem i, prawdę powiedziawszy, śmierć starego Kurdesza nigdy bardziej w porę dla niego przyjść nie mogła, bo interesa i należność dwóchkroć sto tysięcy na Denderowie spadały na Wacława, a z nim lżejsza i lepsza była sprawa, niż ze starym szlachcicem pokornym, grzecznym, ale twardym do nieukąszenia. Choć więc rad w duszy, że mu taki ciężar los z ramion zdejmował, Zygmunt-August, witając Wacława, otarł łzę z suchych oczu, wspomniawszy pana rotmistrza.
— A! cóżeśmy to za stratę ponieśli! — zawołał. — Rodzina, powiat, kraj niemal! Jeden z tych szczątków starych czasów, zabytek i świadek przeszłości! A tak zacny człowiek! Mój Boże, co to za szkoda! I umarł tak nagle! Nikt go pewnie nade mnie szczerzej nie opłakuje.
Wacław milczeniem przyjął ten panegiryk pogrzebowy, a hrabia, natychmiast przechodząc na inny przedmiot, począł go troskliwie badać o Sylwana, o jego projekta, o barona. Niewiele mógł mu powiedzieć przybyły, nie chcąc szkodzić kuzynkowi, którego staranie o młodą wdowę zdawało mu się marzeniem. Niewiele znowu wiedział o baronie, zaledwie wnioskami co do jego położenia mogąc zaspokoić ciekawość hrabiego.
— Przyznam ci się, mój Wacławie, — dodał hrabia wkońcu — niebardzom kontent z Sylwana: ten baron tajemniczy, te jego bogactwa, ta córka, która się pokazuje wdową po licho wie jakim szołdrze, to mi śmierdzi. Wołałbym coś prostszego a swojego, w czemby się można jaśniej jakoś rozpatrzeć. A Cesia, a hrabina, co tam porabiają?
— Kupują — rzekł Wacław.
— Były u tego barona?
— Były.
— I on u nich?
— Z córką. Sylwan zresztą szalenie zakochany, a wdowa...
— A wdowa w nim?
— Dotąd nie zdaje mi się, zanadto jeszcze świeża pamięć pierwszego męża.
— Ha! spuścił się na swój rozum, mnie nie słucha; niech robi sobie, co chce, ja w tem nic dobrego nie przewiduję.
Po chwilce odwrócił się nagle hrabia, a pomyślawszy nieco, rzekł do Wacława:
— Oto co to układy i zamiary ludzkie! Ten poczciwy rotmistrz niedawno przed tą ostatnią swoją chorobą uczynił był ze mną umowę niemal skończoną, tylkośmy jej nie spisali, teraz wszystko w łeb wzięło.
— Umowę? jaką? — zapytał Wacław.
— Wiesz zapewne, żem mu tam winien sumkę dwóchkroć stu tysięcy. Narachowano to Bóg wie jak, nadto zawsze byłem powolny. No! ale koniec końcem, jest tam tych dwakroć. Rotmistrz nieboszczyk uparł mi się za to wziąć wioskę... znasz ją, Ciemierna, między Wulką a Palnikiem. Nieradbym był jej pozbywać, bo mi potrzebna: najlepsza wioska w kluczu; ale dla niego, jak zaczął mnie prosić, zrobić to musiałem. Teraz, chwała Bogu! jestem wolny od umowy, chybabyś...
Hrabia nie dokończył, jakby się zanadto wygadał.
Wacław zrozumiał doskonale, że tu szło o pozbycie się długu stratą niewartej go wioseczki; w tej chwili rzecz ta dlań była całkiem obojętna i odpowiedział też odniechcenia:
— Wszakże żadnej umowy nie było.
— Zapewne, że nie było na piśmie, ale u mnie słowo święte! Będzie to zależeć od ciebie, Wacławie; jeśli mnie pociągniesz do spełnienia układu, gotów jestem; jeżeli uwolnisz, rad będę.
— Uwolnię, panie hrabio, uwolnię — rzekł synowiec.
— Wprawdzie — dorzucił Dendera — choć przeciwko sobie mówię, muszę ci się przyznać, bo tak każę sumienie, że stracisz na tem wiele. Nieboszczyk w sprawach pieniężnych był kuty, ho, ho! w kaszy go nie zjadł pierwszy lepszy. Dobrze wiedział, że taka posiadłość, łącząca Palnik twój z Wulką, była złotem jabłkiem. Ciemierna, choć mała wioseczka, ale zapytaj czego tam brak? — las, łąki, pola... jakie pola! Woda, staw, sto dusz, ale jak się mają ludzie! Po sto dukatów dusza — na takie położenie niedrogo.
Wacław milczał. Trapiło to hrabiego, który się zapalał, usiłując wlać w niego przekonanie o potrzebie nabycia Ciemiernej, wartującej zaledwie połowę tego, ile wziąć za nią zamierzał. O czem innem myślał młody człowiek, okryty żałobą po świeżej stracie, a nazajutrz rozpoczynający nowe życie, i nie słyszał połowy tych pięknych rzeczy, które hrabiemu tak niepowściągnionym potokiem z ust płynęły.
— Nie mówmy o tem, — rzekł wkońcu Wacław — nie przyjechałem tu w interesach, zrobię, jak dla was będzie dogodniej, panie hrabio, bądźcie pewni. Sierota, przybyłem po dobre słowo i życzenie głowy rodziny na ślub jutrzejszy.
— Jutro? jutro się żenisz? — porwał się hrabia, ściskając go. — Niechże Bóg błogosławi. A mnie na wesele nie prosisz? Bodaj cię!
— Nikogo, panie hrabio, wesele to żałobą okryte, na świeżym jeszcze grobie. Nie chcę oczu obcych, któreby mojej Frani przykrą się może zdawały wymówką.
— No! jak chcesz, jak ci się podoba. Piękny zrobiłeś wybór, szczęście niechybne; życzę wszelkiego dobra, najdłuższych lat i licznego potomstwa! — dodał z uśmiechem. — Ale mi proszę żonę przywieźć po ślubie.
Tak się skończyły te ceremonjalne odwiedziny, z których, nie tracąc czasu, stary wyga korzystać już chciał, usiłując Wacławowi narzucić Ciemiernę za dług, który mu ciężył. Rachował on, że zbywszy się rotmistrzowskich dwóchkroć wioseczką, bez której klucz Denderowski zawsze kluczem mógł zostać, choć z wielką biedą i wykrętami jeszcze kryzys kontraktowy mógł przebyć, nie zrzucając maski i odgrywając dalej rolę pana. Rotmistrz Powała obiecywał mu zaczekać, starsi wierzyciele kontentowaliby się nadpłatami, Farurej ani mógł pisnąć o to, co dał do współki na woły i gorzelnię. Oprócz tego hrabia miał zamiar około dwunastego stycznia zachorować śmiertelnie i nie powstać z łóżka aż po terminach wypłat; złożyć się chorobą, komisarza i plenipotenta, jeśliby wierzyciele krzyczeli bardzo, dla ich uspokojenia, zwalając na nich winę, odprawić i tak przeciągnąć rok jeszcze byt, do którego przywyknął. Liczył prócz tego na ożenienie Sylwana i kapitały synowej, na Cesię i jej męża, na Wacława, na wszystko, do czego jakikolwiek dawał się przyczepić rachuneczek, a postanowił starym trybem ogromnie miną nadrabiać.
Rozpuszczał już wieści, każdemu pod największym zwierzając się sekretem, że Cesia wychodzi za Farureja, który mu zarząd całej swej fortuny i interesów ma powierzyć, nie czując się do nich zdatnym; że Sylwan żeni się z kuzynką książąt Schwarzenbergów, po której bierze miljon reńskich w samych klejnotach, nie licząc ogromnych dóbr w Czechach i t. p. Ludzie zawsze są łatwowierni i, powiedziawszy sobie, że w każdem kłamstwie jest prawdy choć trochę, zaczynali znowu potrosze być cierpliwi, rachując na wielkie nadzieje hrabiego.



Porankiem zimowym, jasnym i łagodnym powóz Wacława stanął przed dworem w Wulce, miał on zawieźć młodą parę do kościołka w Smolewie, gdzie ich już z błogosławieństwem czekał wikary. Był to dzień powszedni, nie spodziewano się nikogo w miasteczku, prócz kilku ciekawych i dziadów, co u drzwi siadywali, a narzeczonym jedna towarzyszyła Brzozosia.
Dla niej to była uroczystość prawdziwa: krzątała się noc całą, łajała cały ranek, ludziom nie dała zmrużyć oka, narzekała, śmiała się, płakała, klaskała w dłonie, kiedy niekiedy westchnęła za duszę rotmistrza, ale raz go już pogrzebawszy i otarłszy szczere łzy żalu, teraz cała zajęła się szczęściem, a nadewszystko kuchnią państwa młodych.
Wystrojona niezmiernie wyszła razem z nimi na ganek, a gdy jej oboje do nóg upadli, prosząc o błogosławieństwo, rozpłakała się raz jeszcze, wycałowała ich i przynagliła, żeby co prędzej wsiadali do powozu. Jeszcze się może obawiała, by co temu weselu, tak upragnionemu, nie stanęło na przeszkodzie; a w myśli prześcigając już ślub i kilka lat po ślubie, zajęta była wychowaniem dziatek, których wyglądała niecierpliwie.
W milczeniu przebyli tę drogę do Smolewa, tak im dobrze znajomą, a tak smutną dziś i świeżą jeszcze posypaną pamiątką; jedna Brzozosia tylko może, odpędzając żałobne myśli, śmiała się i cieszyła czystą radością poczciwego serca, umiejącego zgadzać się z wolą Bożą i filozoficznie przyjmującego wszystko, czem ziemia karmi swe dzieci.
Ile razy wprzód Frania zachmurzyła się wspomnieniem ojca, panna ciwunówna gromiła ją bez ogródki:
— Ale dajże pokój tym łzom, dopóki to tego będzie? Pomodlić się ślicznie, pięknie, popłakać, otrzeć łzy i dalej w drogę. Pan Bóg nas stworzył do pracy, nie na szlochy. Ot jest, chwała Bogu! czem się cieszyć, czego używać, za co Bogu dziękować; to lepiej o tem myśleć, niż psuć zdrowie i wypłakiwać oczy.
Często też temi prostemi wyrazy, choć nie pocieszyła, odwróciła przynajmniej od serca boleść, ugniatającą je, widokiem swej dziwnej rezygnacji.
Obok kościołka świeżo usypana wysoka mogiła rotmistrza, której późna pora ani odarniować, ani ogrodzić nie dozwoliła, zatrzymała narzeczonych; poszli do niej po zimne błogosławieństwo zmarłego, a ciwunówna za nimi, wcześnie przysposobiwszy flaszeczkę na przypadek, gdyby Frania omdlała.
Rozpłakała się biedna sierota, ale Wacław był przy niej i łzami oblaną wprowadził do wiejskiego kościołka. Pusto w nim było, bo dzwonek dopiero, na mszą wołając, odezwał się, gdy powóz Wacława się ukazał; kilku ubogich, kilku mieszczan miało być świadkami obrzędu.
Choć szczerze się modląc, panna ciwunówna wzdychała serdecznie i uraza do nieboszczyka rotmistrza, któremu w duchu robiła wymówki, przerywała jej modlitwę.
— Tfu, maro! — mówiła w sobie — ani się pozbyć tych myśli. Królowo Niebieska! Gdyby był, Panie świeć nad jego duszą, nieboszczyk nie dziwaczył, byłoby przynajmniej wesele się odbyło po ludzku... A to... witaj Pani świata... A to po niemiecku: cicho, bez żadnej gali, jakgdyby nas na to nie stało... Zdrowaś Marja... Zdrowaś Marja... ani gości, ani obiadu, ani muzyki: co to za wesele?... nowomodne, farmazońskie jakieś... Panie odpuść... Witaj Królowo... Jeszczem takiego wesela nie widziała... i w żałobie... No! cóż robić, cóż robić?
Panna ciwunówna poczęła szeptać szybko pacierze, ażeby przemóc w sobie chętkę do gderania; ale nie było na nią hamulca, i Bóg wie, jak się tam modliła, choć pewnie Bóg przyjął i taką poczciwego serca prośbę. W zakrystji podpisywano księgi, a po mszy świętej białą stułą związał wikary nowożeńców, krótką i czułą przemową polecając w imieniu rotmistrza sierotę opiece temu, który się już zwał jej mężem.
Niedługo zabawiwszy w Smolewie, bo Brzozosia nigdzie nie lubiła się zatrzymywać i zawsze niepokoiła się z podróżą i z powrotem, państwo młodzi siedli do powozu. Wacław coś szepnął do ucha woźnicy i konie żwawo ku Wulce pobiegły. Nie było umowy, dokąd jechać mieli, Brzozosia nawet w Wulce wystąpiła była z obiadem, ale Wacław kazał zawrócić wprost do Palnika, przez tych kilka tygodni dom urządziwszy na przyjęcie Frani. Słowa o tem nie mówił, bo chciał smutek jej miłą przerwać niespodzianką. Ciwunówna, której szło o zadysponowany chróst i mus, o polędwicę, kupioną umyślnie, i zupę z winem, bardzo się zafrasowała, gdy zobaczyła, że ich wiozą do Palnika.
— A toż co? — zawołała — a to co? dokądże ten Jakób pojechał? czy zwarjował?
— Do Palnika — rzekł Wacław, spoglądając na Franię.
— Także się domyślił! nie wiedzieć poco! A toż obiad w Wulce zadysponowany! To sobie jutro pojedziecie, kiedy zechcecie, ale dziś, dalipan, nie dam.
— Kochana panno ciwunówno, jest obiad i w Palniku.
— Ale polędwica!
Wacław mimowolnie się rozśmiał.
Konie tymczasem szły żywo, a Brzozosia o mało się nie rozpłakała, zobaczywszy, że jej występ cały się zmarnuje. Wacław w ręce ją całował, prosząc, żeby mu się nie przeciwiła. Poczciwa ciwunówna uległa mu, wzdychając, rozczulona, ale w głębi jej serca lekką zachowując urazę.
— No! zobaczymy, z jakim on obiadem wystąpi.
Po chwili minąwszy dworek w Wulce, na widok którego jeszcze raz westchnęła Brzozosia, drożyną boczną zbliżyli się do Palnika. Od czasu, jak go widziała Frania i jej towarzyszka, zmienił się im do niepoznania. Dwór, zasłoniony wprzód mizernemi budowlami, które pozrzucano, teraz wśród drzew bielał jak nowy, odnowiony w istocie i na śliczne wiejskie przerobiony pomieszkanie. Wacław z wielkim kosztem i smakiem przesypał całkiem stare domostwo, ubrał, okrył na nowo i uczynił zeń ledwie nie książęcy pałacyk, ledwie nie willę bankiera, który nie patrzy, co ona kosztować będzie, byle nią zaćmił swych współzawodników.
Cacko to było, a Frania i Brzozosia, co mało świata widziały i nie pojmowały, jak za grosz wszystko można i prędko, i pięknie wykonać, zdumione krzyknęły obie, nie poznając Palnika. Trzymano przed niemi w tajemnicy to, co się tam działo, i niespodzianka tak się udała, że ciwunówna, stając przed gankiem, aż się przeżegnała.
— A toż co? a toż co? Jezu Chryste! czy czary, czy nieczysta siła, czy sen?! A kiedyż się to zrobiło? Chyba to nie Palnik! Gdzieżeśmy zabłądzili?
Frani dwie łzy wdzięczności płynęły z pięknych oczu, a twarzyczka jej zbliżyła się do zarumienionego lica Wacława, i pierwszy serdeczny pocałunek związał ich usta niewinne.
W ganku, spartym na słupkach żelaznych i obwiedzionym wytworną kratką z żelaza, czekała już na panią czeladź cała, a najstarsza z niewiast podała jej klucze domu, sól, chleb i cukier, godła zajęć i wróżby przyszłości. Brzozosia z otwartemi usty szła za młodą parą i choć niesłychanie zdziwiona, przestraszona niemal, powtarzała jednak pocichu:
— Jak sobie chce, a mogli dziś jednak na moją polędwicę pojechać.
Zewnątrz już domek był do niepoznania, ale wewnątrz największy w nim panował przepych, na widok którego Frani się jakoś przykro, a Brzozosi smutno zrobiło. Obie przywykłe były do drewnianych stołków, do prostych stołów, do wymytej świeżo podłogi i stąpały nieśmiało po kobiercach, woskowanych posadzkach, wśród zwierciadeł, obrazów, posążków, kwiatów, ze zdumienia w zdumienie.
— Chyba to miljony kosztuje! — mówiła Brzozosia, ruszając ramionami — a! mój Boże, ten człowiek się stracił ze szczętem!
Wacław oprowadzał ich dokoła, pokazywał Frani wszystko; nareszcie otworzył drzwi i okrzyk zdumienia wyrwał się z ust pani młodej, która rzuciła się mężowi na szyję. Brzozosia wspięła się na palce i, przez ramiona wychowanki spojrzawszy, krzyknęła sobie:
— A to czary!
Prosta to była przecie izdebka, zupełnie podobna do tej, którą Frania w Wulce zamieszkiwała: ten sam sprzęt w niej, okna tak samo na podwórko i ogród zwrócone, nawet naprędce przyniesiono jej krosienka, jej książki, jej kwiateczki i jeden tylko wspaniały hebanowy klęcznik z krucyfiksem z kości słoniowej, jak obcy przybysz, wstydzić się zdawał swojej wytworności wśród prostych sprzętów. Na ścianie, nowe zdziwienie, wisiał portret rotmistrza w mundurze kawalerji narodowej, choć po śmierci już i tajemnie, ale tak szczęśliwie zrobiony, że obie kobiety, patrząc nań, się rozpłakały.
— A też drzwi dokąd prowadzą? — spytała panna ciwunówna, wskazując na proste zamknięte jeszcze wnijście, w tem właśnie miejscu znajdujące się, w którem były w Wulce drzwiczki, łączące mieszkanie Brzozosi z pokoikiem Frani.
— Niech panna ciwunówna zobaczy — rzekł Wacław z uśmiechem.
Na ciekawości nie zbywało Brzozosi; poskoczyła więc, nacisnęła klamkę i, ujrzawszy swoją, ale swoją własną izdebkę, w której już i kłębuszki, i motowidło, i wszystkie stare swe graciki znalazła, znowu w krzyk:
— Cuda! cuda!
Nuż ściskać Wacława, któremu ta poczciwa radość nagrodziła sowicie trud podjęty i starannie zachowywaną tajemnicę.
— A kłębuszki to chyba poprzenosili z Wulki — zawołała po namyśle — dalipan poprzenosili. Czy tylko kto przędzy nie ukradł?
— Ja za szkodę odpowiadam, — śmiejąc się, rzekł Wacław — a teraz, kochana gosposiu, swojego jedynego gościa proś do stołu.
— Zobaczymyż jego polędwicę! — pocichu szepnęła ciwunówna.
Stół na trzy osoby nakryty był przepysznie, co starą naszą znajomą niepomału zafrasowało; bo gdzie jej było sprostać tym wykwintom, o których nie marzyła nawet. Ale kuchnia, choć skromna, nieprzywykłemu do niej podniebieniu wcale się nie podobała. Skosztowała zupy, nie mogła się z nią pogodzić, z wielu przysmakami nie wiedziała, jak się obejść, ruszyła ramionami na zimowe szparagi, lodów się zlękła i jeść ich nie mogła, a koniec końcem powiedziała sobie w duchu, że lepszaby była w Wulce polędwica.



Spójrzmy teraz na tych, którychśmy zostawili w Warszawie. Wyjazd Wacława, tak nagły i niespodziewany, Cesia przyjęła zachmurzona, ruszając ramionami i gniewając się pocichu na Sylwana, którego intrydze go przypisywała. Sylwan był mu rad i nie taił się z tem, choć go nie rozumiał, żałował tylko, że na wyjezdnem jeszcze pieniędzy nie dopożyczył. Baron dowiedział się o zniknieniu nowego znajomego ze smutkiem widocznym, a córka jego przez kilka dni całkiem się nie pokazywała. Pomimo nader małych dotychczasowych swych postępów, Sylwan nie zrażał się wcale i, naprzekór ojcu może, może zakochany i ślepy, wszelkiemi siłami garnął się tam, gdzie go chłodno i obojętnie przyjmowano. Raz tylko cokolwiek dłużej i szczerzej rozmówił się z nim baron, ale rozpytując go o Wacława.
Aby mu wszelką odebrać nadzieję, Sylwan kłamać nie potrzebował. Opowiedział o stanie majątkowym zbogaconego tak niespodzianie kuzynka, o jego charakterze, o przywiązaniu dla Frani i zakończył, przepowiadając bliskie jego ożenienie. Baron słuchał z uwagą, smutny, milczący, zamyślony i zapewne z wieściami temi wybiegł zaraz, pożegnawszy Sylwana, do córki.
Po kilku dniach ukazała się nareszcie piękna Ewelina w salonie zmieniona, blada, rozdrażniona, tak że najmniejszy niespodziany szelest wstrząsał nią jak liściem osiny i gorzej niż kiedy przyjęła nadskakującego jej Sylwana. Nadszedł był właśnie list od hrabiego, oznajmiający o ożenieniu Wacława, i nowina ta była przedmiotem rozmowy, bo Sylwanowi pilno ją było oznajmić. Ewelina, zaledwie usłyszawszy o tem, wybiegła z salonu i już nie wróciła do gości; ojciec widocznie siedział jak na szpilkach. Równe prawie wrażenie zrobiła wieść ta na Cesi, która z gniewu i chęci zemsty bezsilnej pierwszy raz w życiu płakała. Powtarzała, że się pomści, odkładając na jutro dopięcie swych zamiarów, ufając jeszcze w siłę wspomnień i zręczność swoją; a że nic ją już nie trzymało w Warszawie, gdzie niewiele miała w towarzystwach powodzenia, poczęła naglić matkę o powrót do domu. Sylwan ich nie wstrzymywał wcale, sprawunki były porobione, wyprawa niemal gotowa, hrabina Eugenja znudzona, łatwo więc wszyscy zgodzili się na potrzebę powrotu i Sylwan, zachwyciwszy resztę grosza pozostałego u matki, przeprowadził ją do Miłosny, śpiesząc powrócić do Warszawy.
Uwolniony teraz od oka matki, od współzawodnictwa z Wacławem, cały się oddał pilnemu staraniu o baronównę. Czas swój rozdzielił na dwoje: na nadskakiwanie Hormeyerowi, świat wielki i zabawy pokątne w dobranem towarzystwie hulaków po ogródkach, po męskich kompanjach, w których grywano i pito do upadłego.
Jedno nie przeszkadzało drugiemu, dwa te życia szły obok siebie, nie zawadzając sobie i nigdy się nie plącząc z sobą. Większa część towarzyszów Sylwana, jak on, jedną nogą stała na posadzce salonu, drugą w błocie ulicy. Wyświeżeni, w białych rękawiczkach, sentymentalni, dobrze wychowani wśród kobiet i poważniejszych mężczyzn, zrzucali fraki, wstyd, pomiarkowanie i wszelkie uczucie przyzwoitości u Ohma i w Szwajcarskiej Dolinie. Śmielsi i bardziej zużyci puszczali się niekiedy dla oryginalności i na Dolinę Zieloną, naśladując, jak powiadali, księcia Józefa, który pod koniec życia dla najbrudniejszych istot czuł pociąg największy. Nie było dnia bez jakiejś w tym rodzaju zabawki; jednego z zakładu wynikłe powoływało śniadanie, często ciągnące się do nocy; drugiego ktoś dawał obiadek gastronomiczny dla jakiegoś przybysza z łysiną; tam była herbata z kartami, indziej karty z winem i t. p. Sylwan na wszystko wystarczał zdrowiem i humorem, odrazu wcieliwszy się z łatwością tonem i zarozumiałością pomiędzy młodzież próżniaczą a bujną, ale kieszeń jego niezmiernie cierpiała, a na dwa światy się dzieląc, elegancki i hulaszczy, wydatek był niezmierny. Karty mu nie sprzyjały i grać nie umiał, a powoli z gry sobie robił namiętność; nie było więc wieczora, żeby kasa jego nie poniosła dosyć znacznego uszczerbku. Wkrótce więc i to, co wziął z domu, i to, co mu pożyczył Wacław, i to, co zostawiła matka, nawet pieniądze, dane mu na sprawunki dla Cesi, wyczerpywać się zaczęły. Ale Sylwan, dawszy się poznać i poznawszy tych, których potrzebował, już był w możności robienia długów, powoli jeszcze przy pieniądzach wprawiać się w to zacząwszy.
Tymczasem z młodą wdową szło oporem i trudno. Żal jej, rozdrażniony widokiem Wacława, uśmierzył się wprawdzie po upływie kilku tygodni, zaczęła znowu wychodzić do salonu i gości, Sylwan powrócił do statu quo ante bellum, ale nie robił postępów.
Ewelina w każdej rozmowie rozpytywała go tylko o Wacława, dowiadywała się o nim najdrobniejszych szczegółów, chciała mieć obrazek Frani, historję jego przeszłości i, choć Sylwan wcale się na pochwały nie wysilał, nie zrażała się tem bynajmniej.
Czas upływał, pieniądze wychodziły, potrzeba było nareszcie stanowczo coś postanowić. Sylwan długo się namyślał, nie chcąc wszystkiego stawić na jedną kartę, ale wostatku pojechał do barona i oświadczył mu się o rękę jego córki.
Baron przyjął to zimną twarzą, jakby się spodziewał, skłonił się, niby dziękując i, namyśliwszy się chwilę, odpowiedział:
— Córka moja, kochany hrabio, jest panią zupełną swojej woli, do niej z tem udać się zechcesz; lecz żal jej nadto jest świeży, serce nadto zbolałe, żeby się na nowo przywiązać miało. Jako ojciec, jeżelibyś był przyjęty, wiedziećbym tylko pragnął o stanie twych interesów i położeniu; ale dziś i o tem słyszeć nie chcę, dopóki córka moja stanowczo nie rozstrzygnie. Z tego powodu, co do naszych też majątkowych spraw tłumaczyć się jeszcze nie widzę potrzeby.
Sylwan czekał tylko zapytania, na które odpowiedź miał gotową, i z udaną szczerością wyspowiadał mu się ze skąpstwa swego ojca, z jego żyłki do spekulacji, z wstrętu nawet, jaki miał do ożenienia syna, któremuby część majątku dymitować musiał i t. d.
Baron słuchał z uwagą, słowa nie odpowiedział i odesłał go do córki. Sylwan, wzywając w pomoc całej swej zręczności, poszedł do Eweliny. Znalazł ją, jak zawsze, na kanapie, samą jedną z oczyma wlepionemi w okna, zadumaną i smutną. Powitała go ozięble i wskazała mu krzesło, ledwie otwarłszy piękne usta, na których dawno szczery uśmiech młodości nie postał. Hrabia nie wiedział, od czego począć; ale mu się zdało, że jakikolwiek będzie początek rozmowy, zawsze ją do celu doprowadzić potrafi. Dotąd mówiąc do Eweliny o swojem sercu, odzywał się dwuznacznikami ostrożnemi, których ona, jak widać było z odpowiedzi, nigdy zrozumieć nie chciała, teraz postanowił być wyraźniejszym.
— Pani dziś wieczorem nie będziesz w resursie na balu? — zapytał wreszcie.
— Nie wiem, — odpowiedziała Ewelina — to od ojca zależy; nie szukam zabawy, nakazują mi ją, jak lekarstwo: biorę ją, jak miksturę lub pigułki.
— Jakto? i nigdy wesele drugich nie zarazi panią, nie poruszy, nie rozgrzeje?
— Smuci mnie lub powitanie obudza. Nie miałeś Pan listu od kuzyna? — dodała ciszej.
— Nie, ożenił się, a młodzi małżonkowie nie lubią pisać zwykle.
— Naco im świat, — zawołała Ewelina — gdy siebie mają!
— Są drudzy, którym także świat obojętny, bo na nim niema dla nich nikogo! — westchnął Sylwan.
— Jak ja! — dorzuciła Ewelina.
— Jak ja! — zawołał Sylwan. — Mówią, że szczere serca uczucie zawsze sobie wysługuje choć litość: ja i tej doczekać się nie mogę.
Ewelina spojrzała na niego prawie z pogardą, uśmiechnęła się ironicznie.
— O litość najłatwiej, — odpowiedziała — ale litość to zupa rumfordzka: trochę ogrzewa, a wcale nie karmi.
— Ja to wiem najlepiej — rzekł Sylwan, spuszczając oczy.
Rozmowa nie szła i, choć na drodze uczuciowej, nie obiecywała doprowadzić do celu, potrzeba było śmielszy krok zrobić, na który się hrabia odważył.
Wstał z krzesła i w postawie pokornej, której nigdy nie przybierał, zbliżył się do baronówny:
— Pani, — rzekł nieśmiało, niby przyciskając kapelusz do piersi — chciej mnie chwilę posłuchać. Od pierwszego wejrzenia...
— Zakochałeś się pan we mnie — dokończyła zimno Ewelina — i... przychodzisz do mnie z oświadczeniem! Wszak tak?
Sylwan się zmieszał.
— Pani żartujesz nielitościwie.
— Ja? nie, wcale. Pan jesteś nielitościwy! Widzisz, jaki mnie smutek pożera, jak obojętnie na świat i życie patrzę, i przychodzisz, żądając ode mnie szczęścia, serca, miłości, których dać nie mogę. Życie moje niedługie, — dodała po przestanku, kryjąc dwie łzy, które się z powiek wymknęły — całe okryte żałobą i wspomnieniem niezatartem, obojętno mi, z kim i jak je spędzę. Chceszże pan kobiety, która cię kochać nie będzie, która ci zapowiada obojętność, która ci łzy, zamiast uśmiechu, przynosi w posagu?!
— Czas jest wielkim lekarzem boleści serdecznych, czemużbym się nie mógł spodziewać, że będzie sprzymierzeńcem moim, że we dwóch uratujemy cię, pani.
— Spodziewaj się, hrabio, jeśli ci to dogodne, ale ja ci nie daję tej nadziei. Kochałam raz w życiu i uczucie to przeżyło najstraszniejsze próby: miałam dowód, że w całej sile na dnie serca trwa jeszcze. Chciałżebyś serca zwiędłego i towarzyszki, która ci nic nad obojętność zimną dać nie może?
— Nadto kocham, żebym mógł się wyrzec nadziei.
— Powiem ci szczerzej jeszcze, hrabio, — wstając z miejsca, odezwała się Ewelina. — Nigdybym w świecie na nowy nie pozwoliła związek. Wiesz, co mnie skłania do tego, że ci nie odmawiam: oto nadzieja, że zobaczę Wacława, który jest żywym obrazem utraconego szczęścia mojego. Chceszże mnie jeszcze z tem wyznaniem?
— Kocham — odpowiedział Sylwan — i choć cień szczęścia pragnę mieć także.
— Namyśl się, — zawołała Ewelina — oddam ci rękę w nadziei, że się zbliżę do twego brata, że choć patrzeć nań będę mogła. Kochać cię nie będę nigdy, weźmiesz ze mną smutek, żałobę, obojętność... to słowo moje ostatnie. Ślubna twoja obrączka obejmie trupi palec zastygłej ręki. Namyśl się, namyśl się, panie hrabio.
To mówiąc, wyszła powoli, a Sylwan pozostał jak wkuty i, choć zimny na wszystko, choć wiedziony więcej rachubą niż uczuciem, na chwilę zawahał się, co mu czynić pozostawało.
Wejście barona, który czatował na narzeczonego, jak się zdawało, przerwało głębokie rozmysły. Ojciec wpatrywał się w niego z ciekawością badacza, jakby mu do głębi serca chciał zajrzeć.
Milczeli oba chwilę, stojąc przeciw sobie i mierząc się oczyma.
— Mówiłeś pan z córką moją? — zapytał baron.
— Mówiłem, — rzekł Sylwan — daje mi rękę bez serca; lecz serce — dodał żywo — spodziewam się pozyskać, usilnie starając się o jej szczęście. Czas jest wielkim lekarzem.
— Namyśl się pan, — dodał baron, kłaniając mu się i przechodząc do pokojów córki. — Rzecz jest wielkiej wagi, ja śpieszę do niej, ta rozmowa poruszyć ją musiała, może być dla niej szkodliwa.
Chociaż wielu liczył przyjaciół, z którymi codziennie był razem i po pijanemu się ściskał serdecznie, Sylwan, rozpatrując się w ich gronie, nikogo nie znalazł, z kimby się mógł naradzić, a niepewność ogarniała go tem większa, im położenie jego było dziwniejsze i mniej zwyczajne. Myślał, dumał, rozważał, ale że przedewszystkiem chodziło mu o dopięcie celu, zaspokojenie miłości własnej i pochwycenie spodziewanych miljonów, łatwo było przewidzieć, do czego namysły doprowadzić go miały.



Cesia, powróciwszy z Warszawy w najzłośliwszym humorze, gniewna na Wacława i na świat cały, nie była dosyć panią siebie, żeby tę zmianę pokryć uśmiechem i obojętnością. Twarz jej nawet wybladła, usta gniewnie ściśnięte, wzrok chmurny wypowiadały, co się w rozdrażnionem sercu działo. Bała się zobaczyć Wacława, żeby nie poznał po niej, jak zażarcie go nienawidziła, jakiem pragnieniem zemsty pałała ku niemu, ku Frani, ku wszystkim, co jej stali na drodze.
Naturalnie najwięcej ucierpiał na tem biedny stary konkurent, marszałek Farurej, dla którego Cesia zmieniła się zupełnie, wróciwszy z Warszawy. Musiała na kogoś gniew swój wylać i obrała go, jako ofiarę.
Przybyły raz pierwszy w najróżowszym humorze, w najsłodszych nadziejach, z pamięcią ostatnich w Denderowie chwil przy Cesi spędzonych, stary zalotnik zastał swoją narzeczoną kwaśną, kapryśną, szyderską i nielitościwą. Zdumiał się, przypisując to przypadkowi, zniósł z pokorą człowieka, który oszczędza ostatniej deski wybawienia, czepiając się jej z rozpaczą; ale po drugiej i trzeciej bytności w Denderowie, nieustannie wyszydzany, stawszy się pośmiewiskiem dziewczyny i przedmiotem jej przycinków, począł się wreszcie namyślać: czy ożenienie z kobietą tak dziwaczną i mało mającą serca może co, prócz niewoli i męczarni, obiecywać mu w przyszłości.
Słabość jednakże charakteru, namiętność, ostatkiem sił starca gorejąca, jeszcze sprawiły, że nie opuszczał Denderowa, nie rzucał Cesi i codzień prawie próbował szczęścia, azali się ten zły humor nie zmieni. Ta wytrwałość Farureja omyliła hrabiankę, rachującą mylnie, że nic już zrazić go nie potrafi; obchodziła się więc z nim, jak z murzynem, wcale nie szczędząc ani miłości własnej, ani przywiązania, które dla niej okazywał. Rzucała nim, jak dziecię zabawką, kazała mu biegać, gdy stękał na nogi, śpiewać z sobą, gdy chrypiał, pić dziesięć razy zdrowie wszystkich, gdy był chory, jeździć, kiedy potrzebował spoczynku; nigdy słówkiem milszem nie osłodziła tych prób, które nareszcie tak przybiły Farureja, że ledwie ostatkiem sił się już dźwigał, nie schodząc jednak z placu.
Tymczasem milczenie Wacława, jego zamknięcie się w Palniku, widoczne pragnienie samotności, brak środków, którychby użyć mogła dla zbliżenia się do niego i Frani, egzaltowały rozpacz i gniew Cesi. Ojciec widział to, chmurzył się, ale tak wierzył w przebiegłość córki, od czasu jak mu u Farureja pożyczyła pieniędzy, że zaledwie lekkiemi uwagami starał się ją na drogę umiarkowania sprowadzić.
— Co mi tam ten stary, — odpowiedziała ojcu, gdy ją spytał o to — stu takich mieć będę, gdy zechcę.
— Rozmyśl się jednak dobrze, — odparł hrabia — podobnej partji możesz całkiem nie znaleźć; stary chory i bogaty, wartoby go oszczędzać.
— Jeżeli mnie kocha, wszystko ścierpi; jeżeli nie, stałby się tyranem, a ja nie zniosę niewoli.
— Rób, co chcesz, ale pamiętaj, że nam Farurej jest potrzebny i że los rodziny może masz w swoich rękach.
— Nie porzuci mnie, bądź, ojcze, spokojny, tego się nie boję! — zawołała Cesia.
Nic jednak nie czyniła, żeby go przytrzymać.
Gdy się to dzieje między Cesią i jej narzeczonym, hrabia, nie spuszczający oka z kontraktów, począł się niemi szczerze zajmować. Szło mu naprzód bardzo o to, żeby Ciemiernę oddać w dwóchkroć Wacławowi, a od czasu ostatniej rozmowy synowiec się wcale nie zgłaszał. Zygmunt-August był niespokojny.
— Przez kogoby to podziałać na niego? — dumał sobie. — Kto tam bywa? Ktoby to mógł mu dodać ochoty do nabycia? Sam na niczem się nie zna. Dwakroć odrazu zrzuciwszy z karku, ewikcję moją polepszam znacznie, wierzyciele namyślać się poczną i kontrakta przeskoczę. Ale kogo tu użyć? kogo tu użyć?
Smoleńskiego już nie było, hrabiemu przyszedł na myśl Moręgowski. Moręgowskiego używał już do robót podobnych dawniej i dosyć szczęśliwie, zdawało się, że i tu usłużyć potrafi; kazał więc posłać po niego. Pan Józefat Moręgowski był właścicielem maleńkiej cząstki, z dziesięciu dusz męskich złożonej, w Polesiu, do której doszedł z niczego. Zamłodu służył w jakiejś kancelarii, dependował przy adwokatach, posługiwał w wyrobkach prawnych, liznął był praktyki sądowej, znajomości ludzi i środków, jakich z nimi użyć można; a że nie miał wcale sumienia i drwił z tego, co nazywano poczciwością, pragnąc tylko jakimkolwiek kosztem czego bądź się dochrapać, z hołysza już się był dorobił choć nędznego i łzami cudzemi skropionego kawałka chleba.
Nabycie, które go na stopie obywatelstwa stawiło, było poprostu rozbojem, dokonanym na wdowie z kilkorgiem sierot, których Moręgowski wyzuł z ostatniego grosza. Oprócz tego, mając już odpowiedzialność i stosunki szwagrostwa z sekretarzem marszałka w Opiece, pan Józefat spekulację sobie założył na administracjach. Miał w ten sposób w posiadaniu sto kilkadziesiąt dusz i czyhał już na więcej; a że rachunki pisał zręcznie i silnie był popierany przez pana sekretarza, mającego w tem także benefisa swoje, mógł się cieszyć nadzieją, że owe administracje nigdy nie wyjdą z jego posiadania, a dziedzice wkońcu przyjmą jaką taką dopłatę i przyznają mu prawo zupełne do zahaczonych majętności.
Administracja była przemysłem tego zacnego spekulatora, naprzemiany to w powiatowem miasteczku włóczącego się po sądach i kancelarjach, to gospodarującego z żoną na wsi. Jejmość równie była zacną niewiastą, jak szanowny jej małżonek, i we dwoje cieszyli się w przyszłości majątkiem, który niechybnie zrobić musieli. Łzy, narzekania, pogróżki, skargi wydziedziczonych w ten sposób posiadaczów najmniej ich obchodziły. Moręgowski nawet czasami nastręczał się na kije, rozdrażniał nieszczęśliwych i pobudzał do gwałtu, gdyż i ze spraw kryminalnych w takim razie korzystać umiał. Spekulował grzbietem jak uczciwością, a byle się sińce na ruble zrealizowały, dawał się bić, gdzie chciano.
Pomimo tej podłości, pan Józefat miał pozór bardzo dumnego człowieka; głowa, którą się chlubił, dawała mu zarozumiałość pewną, do bezczelności posuniętą. Doszedłszy z niczego tak wysokiego położenia towarzyskiego, ubrawszy się już w szopy, jeżdżąc nejtyczanką, mając koczobryk i nakrycie do stołu srebrne, miał prawo zadzierać trochę głowę do góry. A że niema podobno człowieka całkiem zepsutego, u któregoby na dnie serca jeszcze jakaś resztka niedogniłego nie pozostała uczucia, i w tym niepoczciwcu tlała iskierka szlachetna. Ktoby się to potrafił domyśleć, że pan Józefat umiał być wdzięcznym? Tak jednak było: nielitościwy dla wszystkich i pomiatający ludźmi, tym, którzy mu przy mozolnem na świat wyjściu pomogli, pamiętał ich usługę i starał się dowieść, że miał serce. Z liczby osób, co się do wydźwignienia go z nędzy przyczyniły, był Zygmunt-August, który splątanego w pierwszych chwilach administratora instancją swoją u marszałka poratował i od ruiny wybawił. Pan Józefat tak mu to pamiętał, że ilekroć prawnej jego rady, pomysłu do wykrętów lub pośrednictwa było potrzeba, stawił się zawsze na zawołanie pana hrabiego.
I teraz też, zaledwie go list z Denderowa powołał, kazał zaprząc i żywo na rozkazy Zygmunta-Augusta pośpieszył. Był to mężczyzna lat średnich, zaczynający nabierać już brzuszka, twarzy otwartej, wesołej, uśmiechniętej, otoczonej bujnemi bokobrodami, z niskiem czołem, zarosłem ciemnym włosem podczesanym do góry, na oko tak niewinny i prosty, żebyś go nie posądził o nic, chyba o trochę żarłoctwa. Tymczasem pan Józefat, choć jadł dobrze z cudzego talerza, u siebie w domu żył tem, co mu żona na kominku w alkierzu zgotowała; często ograniczał się cebulą, chlebem i wódką, w poście o śledziu i wodzie gospodarował lub barszczyk z olejem całym był jego obiadem, a dlatego wyglądał jak jabłuszko. Jak tylko przyjechał, hrabia go do oficyny kazał prosić, drzwi pozamykał i, żadnej z nim nie robiąc ceremonji, przystąpił do interesu.
— A! a! ślicznie mi wyglądasz, Moręgosiu, — rzekł, rozpoczynając rozmowę — brzuszek rośnie, twarz się wypełnia i kieszeń zapewne także.
— A cóż, JW. hrabio, pracuje się, haruje ciężko, jak w pługu, ot, biedę klepiemy; aby bez cudzej krzywdy.
Pan Józefat powtarzał ten aksjomat często, tak że niemal stało mu się to przysłowiem.
— Tak jest! — uśmiechnął się hrabia. — Świat szelma, trzeba, jak można, mu się opędzać, żeby poczciwi nie zginęli. Mam interesik, Moręgosiu, powinienbyś mi dopomóc.
— Co JW. hrabia każe?
— Siadajno, pogadamy, a naprzód przyrzekam ci, jeśli się to uda, że ci wyrobię administrację Bardijówki.
— Całuję nogi hrabiego, a toby mi było bardzo na rękę. Ale o cóż to idzie?
— Posłuchaj no! Znasz mojego synowca?
— Hrabiego Wacława z Palnika? Słyszałem, ale nie znam.
— Tem lepiej, tem lepiej. Nie możesz sobie do niego jakiego interesu wymyśleć, żebyś tam u niego był?
— Mogę, mogę! Chce, słyszę, kupić koni: wziąłem stado w remanencie w Mazowcu; sąd kazał je sprzedać za niedoimkę, na kupno nasienia, to mu się z chabetami nastręczę.
— Dobrze, dobrze; pewien jestem, że sobie dasz radę. Jest taka rzecz, że po żonie ma na mnie dwakroć sto tysięcy, awizowali mnie do wypłaty w kontrakta. Mam tam wioskę Ciemiernę, między Wulką po Kurdeszu a Palnikiem Wacława, któraby im zaokrągliła ich mająteczek. Potrzebna im koniecznie; wieś doskonała, niechby to w tych dwóchkroć sobie brali choć z moją stratą, bo im dobrze życzę. Ale to, kochany Moręgosiu, nie wyobrażasz sobie, jak ten Wacław w interesach ospały i tępy, przeraża mnie jego przyszłość, o nic nie dba, traci, na niczem się nie zna! Sam już muszę pracować, aby go dźwignąć. Ot, i tu, potrzeba, żeby ktoś go podpędził, rozruszał, namówił, odmalował mu konieczność tego nabycia, mnie samemu delikatność nie pozwala.
— A dlaczego, panie hrabio? — rzekł, zrozumiawszy rzecz, pan Józefat. — Ja to potrafię.
— Byłem pewny.
— I podejmę się chętnie.
— Dziękuję ci, mój drogi, dziękuję. Dla mnie to, klnę ci się, ze stratą, ale nie mogę patrzeć na tego nieboraka nic nie pojmującego swoich interesów, chciałbym mu dopomóc i nie życzę sobie żadnych z tego zysków, byle jemu zaokrąglić majątek. Bez Ciemiernej niema tam gospodarstwa.
Wpadłszy na tor, hrabia wyuczył swego pomocnika, co i jak miał mówić, dał mu instrukcję doskonałą i do Palnika wyprawił.



Wacław od ożenienia swojego ani się ruszył z miłego zakątka, z gniazdeczka, które usłał z takiem staraniem dla siebie i Frani; ich dwoje wystarczali sobie, a Brzozosia, ksiądz wikary i kilku sąsiadów całe znajomości tworzyli grono. Człowiek bez ludzi obejść się nie może, ale niewielu dobranych wystarczają mu na życie całe, a im bardziej ściśnięte to kółko, im w mniejszem serce się obraca, tem silniej do niego przywiązuje.
Wysoko nie sięgał Wacław, ani chciał szukać w stosunkach zaspokojenia miłości własnej, pochlebienia swej dumie, której nie miał wcale; Frania także, do ciszy przywykła, nie rozumiała innego życia; utworzyli więc sobie byt najszczęśliwszy w zaczarowanym owym domku, w którym nic nie brakło, a każde marzenie urzeczywistniał dostatek. Brzozosi tylko gorzej tu było daleko niż w Wulce, do której często uciekała, nie miała swojego gospodarstwa, drobiu, nie mogła tak władać domem, próżnowała i nudziła się, wzdychając, żeby Pan Bóg dał prędzej dzieci, nad któremiby przewodzić, z któremiby się pieścić mogła. I Frania, i Wacław z nią często z pięknego salonu uciekali do skromnej izdebki, przypominającej im pierwsze chwile poznania, rozkoszne dni spędzone w Wulce ze starym ojcem. Nie wyczerpując szczęścia do dna, Wacław tak dzielił czas, że nigdy jeszcze złowroga nuda pod dach jego nie zajrzała. Frania miała swoje zajęcia: bawiła się książka, słuchała muzyki, którą Wacław tak lubił i tyle jej czasu poświęcał, chodziła około kwiatków i gospodarowała około domu. On miał fortepian, książki, interesa i sumienne spełnianie opieki nad garstką ludzi, zamieszkujących ziemię, którą posiadał.
Płynęły dni w Palniku niepostrzeżone, szybkie, krótkie, zatrważając niekiedy myślą, że tak z niemi przebieży życie. Brzozosia wzdychała, modliła się, czuła potrzebę pogderania, brak nowego żywiołu jakiegoś wśród tej jednostajnej ciszy, i znaleźć go jeszcze nie mogła.
W ten miły kącik jednego poranku wcisnął się nieproszonym gościem pan Moręgowski z mnóstwem pokłonów i uśmiechów, zdziwiony i onieśmielony prze-pychem, który tu zastał niespodziewanie. Jedno spojrzenie na Wacława nauczyło go, z kim ma do czynienia. Zaczął od koni, które miał na sprzedaż.
— Koni potrzebuję w istocie, — rzekł Wacław — ale że się na tem nie znam wcale, poleciłem ich kupno mojemu pomocnikowi i rządcy majątku.
Zbity z tropu Moręgowski powiedział, że się uda do plenipotenta, ale proszony siedzieć, usiadł i rozpoczął rozmowę. Między ludźmi, których nic nie wiąże, którzy nic z sobą wspólnego nie mają i nic mieć nie mogą, zwykle rozmowa bywa najuciążliwszą w święcie męczarnią, jeden z nich musi się poświęcić, a tu los naturalnie padł na gospodarza, zmuszonego wysłuchiwać dowcipnych opowiadań o procesach i administracjach, któremi żył pan Moręgowski. Chociaż często bardzo powtarzał swoje: „aby bez krzywdy ludzkiej“, z powieści tych jednak poznać było można człowieka, który się zbyt surowem nie powodował sumieniem. Wacław uczuł wstręt do tego jegomości, ale milczał przez grzeczność. Od słowa do słowa przyszło do Palnika i Wulki, wreszcie do Ciemiernej i pan Józefat zaczął ją nadzwyczaj wychwalać.
— Ot, tobyś pan zrobił interes złoty, gdybyś choć drogo mógł ją nabyć od stryja.
Wacław prostem jasnowidzeniem jakiemś postrzegł odrazu sidła, które mu zastawiono, przypomniał sobie, że Moręgowskiego widział kiedyś w Denderowie, że hrabia już mu o Ciemiernej napomykał, domyślił się intrygi i, uśmiechając, odpowiedział:
— Nic łatwiejszego, jak nabyć Ciemiernę, był o to już podobno zrobiony układ z nieboszczykiem teściem moim, ale że wypadnie mi wkrótce może cały klucz Denderowski okupić, nie widzę potrzeby się śpieszyć.
— Jakto, cały klucz? — zapytał szlachcic przestraszony i zdziwiony.
— Stryj mój chce go sprzedać, mam jego słowo. Zdaje mi się, że się wyniesie do Galicji.
Na to nic już nie mając do odpowiedzenia, pan Józefat wziął za czapkę i gospodarza pożegnał.
Nie mógł posądzić Wacława ani o umyślny fałsz, ani o podstęp żaden, bo, znając się na ludziach trochę, wyrozumiał jego prostotę; zwątpił więc o dawnym swoim protektorze i, nie zaglądając już do Denderowa, pojechał wprost do żony.
— Klapsit! — rzekł sobie w duchu. — Ratuje się, jak może, ale śmierdzi trupem pan hrabia. Gdyby tak jeszcze kilka lat administracji na jego majątku, człekby się mógł bez krzywdy ludzkiej pięknego dorobić fundusiku; ale to djabła warto, pewnie zaraz z licytacji sprzedadzą. I duża rzecz na moje ramiona.
Hrabia tymczasem, rachując na pana Józefata, powiedział sobie ze zwykłą przebiegłością swoją, że gdy zachwali przez niego Wacławowi Ciemiernę, a potem go zastraszy, że jej już sprzedać nie może, przyśpieszy układy o nabycie i jeszcze coś wytarguje. Wyczekawszy więc dzień i drugi, pchnął posłańca do Palnika z listem do synowca:
„Kochany Wacławie!
Wspominałem ci, zdaje mi się, o Ciemiernie, wioseczce między Wulką a Palnikiem położonej, o którą z nieodżałowanym rotmistrzem Kurdeszem jużeśmy byli się ułożyli. Boję się, żebyś mnie nie chwycił za słowo, gdyż w tych dniach wszedłem o tę wieś w umowę z panem Puciatyckim, który mi za nią daje wyżej dwóchkroć i trudnoby mi już było na dawne ze ś. p. Kurdeszem zagajone przystać warunki. Nie miej mi, proszę, tego za złe, a jeśliby ci Ciemierna była potrzebna, daj mi znać zaraz, możesz bowiem mieć pierwszeństwo. Chciej wierzyć i t. d.“
Wacław, odebrawszy ten list, zastanowił się nad nim, pomyślał chwilę i, jasno widząc, że w tem wszystkiem coś być musi, odpisał stryjowi, że się zupełnie wyrzeka myśli nabycia tej wioski i uwalnia go od słowa, danego Kurdeszowi.
Niecierpliwie wyglądał odpowiedzi pan hrabia, a gdy nadeszła, tak był pewien wygranej, że list rozpieczętowując, świstać zaczął marsza zwycięskiego; stopniami czytając, usta mu się ścisnęły, wydęły, brew namarszczyła się i splunął w gniewie.
— Głupi! głupi! całkiem z rozumu obrany człowiek! Z takimi ludźmi nie wiedzieć jakich używać środków; uparty! zarozumiały! Niech i tak będzie... zobaczymy, kto pożałuje. Nie bierze Ciemiernej, no, to nic nie weźmie i będzie kwita!



O Sylwanie rzadsze coraz od niejakiego czasu odbierano wiadomości, nareszcie hrabia otrzymał sztafetą list od niego, oznajmiający, że się oświadczył i został przyjęty, z prośbą zarazem o zasiłek pieniężny, gdyż wesele, bezzwłocznie odbyć się mające, wielkich wymagało nakładów. Sylwan donosił razem hrabiemu, że małżeństwo to czysto tylko na wyrozumowaniu oparte, na które wdowa nie przez miłość, ale przez szacunek dla niego zezwoliła, wielkie i większe nadspodziewanie przynieść im powinno korzyści. Baron Hormeyer oświadczył narzeczonemu, że nie mogą w tej chwili dysponować znacznemi, jakie posiadał, majętnościami, ze swej strony zapewniał tylko córce do życia swego, po którem dziedziczyć miała wszystko, tymczasową pensję dwudziestu tysięcy reńskich. Wnosił stąd, że kto tak znaczną sumę za tymczasową uważa, nierównie więcej mieć musi; a choć delikatność nie dozwalała mu dowiadywać się o własność wyłączną wdowy, rachował ją na drugie tyle, jeśli nie więcej. Poza tem wszystkiem zostawały jeszcze nadzieje spadku po ojcu i t. d.
Hrabia długo nad listem siedział: niebardzo był rad rozwiązaniu, ale codzień się czując gorzej w interesach, pozbywając Sylwana, spodziewał się być wolniejszym i napisał, że ze swej strony pensją także odpowiednią nowożeńca wyposaży.
— Czy zapłacę, czy nie, — rzekł w duchu — co mi tam szkodzi mu zapewnić! Niech się już żeni: może mniej do mojej kieszeni zaglądać będzie.
Odwrotną więc sztafetą poszły urzędowe listy do barona i jego córki od całej rodziny: pełne czułości, oświadczeń i zaproszeń do Denderowa.
— Jużcić pierwszą ratę zapłaci baron zgóry, — rzekł w duchu ojciec — a chybabym już do niczego był niezdatny, żebym jej nie pochwycił. Sylwan mi winien. Kosztowało ogromnie wychowanie jego, podróże; właściwie, z powodu niego zadłużyłem się po większej części: słuszna, by mnie teraz dźwignął.
W tych myślach pogrążonego zastał hrabiego przybywający Farurej, który jeszcze niezrażony u Cesi szczęścia próbował; ale i teraz znalazł ją kwaśną, nachmurzoną i przyjmującą go tylko wyrazistem ramion ruszeniem.
Dotąd jaśniej nie spowiadano się Farurejowi z projektów Sylwana. ale gdy już list ów, oznajmiający o oświadczeniu i przyjęciu, a żądający posiłków nowych nadszedł, a sztafetę z błogosławieństwem wyprawiono, nie było co robić tajemnic. Hrabia z uśmiechem zwycięskim kazał sobie powinszować ożenienia syna i począł opisywać świetność i nadzieje tego związku.
— Więc się tedy żeni hrabia Sylwan — uśmiechając się i kłaniając po swojemu, rzekł paryżanin, rześkiego nawet przed teściem udając młodzieńca, choć go nogi gorzej coraz pod zimę bolały. — Reçevez mes compliments les plus sincères; ale, z kimże? zapomniałem, czy może nie słyszałem?
— Partja przepyszna, — pośpieszył hrabia — imię piękne, tytuł, fortuna olbrzymia, a panna... to jest wdowa, ale to jak jedno: bardzo krótko żyła z mężem, jedynaczka.
— A! zachwycony jestem, podzielam uczucia radości kochanego hrabiego. Zawszem wiele rokował po Sylwanie... un si bon camarade! Ale któż narzeczona? niezmiernie jestem ciekawy.
— Córka barona Hormeyera, która była za... za... niemieckie nazwisko... nie przypominam sobie... żyli w Wiedniu.
— A imię jej? — zapytał, zamyślając się, Farurej.
— Ewelina.
— Ewelina Hormeyer! — wykrzyknął marszałek — a! byćże to może?
I stary zalotnik, uśmiechnięty przed chwilą, zakłopotany zamilkł, jak nożem uciął, a na fizjognomji jego odmalowało się zdziwienie i wstręt źle pohamowany.
Hrabia postrzegł to zaraz bystrym rzutem oka.
— Znasz ich, marszałku?
— Znam? Nie, to jest, zdaje mi się... słyszałem coś... widywałem ich... czy w Wiedniu, czy we Lwowie, przesunęło mi się to przed oczyma, nie przypominam sobie.
— Widzę, że ich znać musisz, — nalegać począł hrabia — a zatem, szczerze, otwarcie, zaklinam, mów, jeśli wiesz, co to za jedni? Bogaci? Wszak miljonowi: nieprawdaż?
— Bogaci! Tak... sądzę, że muszą być bogaci — wyjąknął Farurej zakłopotany widocznie coraz bardziej, oglądając się, jakgdyby chciał uciekać. Poszeptał coś niewyraźnie i urwał, pragnąc zmienić rozmowę.
Hrabia widział, jak mu się ciężko przychodziło tłumaczyć, przestraszony powstał z kanapy i zawołał, chwytając go za rękę:
— Kochany marszałku! na Boga! mówże prawdę: może go jeszcze czas ocalić!
Farurej obejrzał się, jakby pytał jeszcze, czy ma całą prawdę powiedzieć.
— Ale, — zająknął się — ale bo nie znam ich tak dalece.
— Mów, co wiesz, cóż to są za jedni ten baron, ta jego córka? skąd to pochodzi? Przerażasz mnie milczeniem!
— Nie chciałbym robić plotek, — cicho odezwał się Farurej — ale czemu mi hrabia wprzód o tem nie wspomniałeś?
— Sam nie wiem, dlaczegom wprzódy nie pytał; nie sądziłem, żebyś marszałek wiedział co o nich. Ale cóż to jest? mów, zlituj się, nie trzymaj w dręczącej niepewności. Herb moich naddziadów ma li być splamiony? Poślę sztafetę, polecę sam, może go uratuję, rozerwę.
— Chcesz pan hrabia całej prawdy, winienem ci ją i nic nie zataję, — kłaniając się grzecznie, rzekł stary. — Ale ja wiem niewiele, nie wiem nic pewnego. To, co wiem, obowiązany jestem powiedzieć przyszłemu teściowi i szacunkowi, jaki mam dla familji hrabiego.
— Mówże, kochany marszałku, mów, a rąb mi szczerze — przerwał hrabia, którego oczy iskrzyły się niepokojem i gniewem. — Widzę, że Sylwan się uplątał, a jam go przestrzegał, a jam mu przepowiadał, ja czułem, że to coś podejrzanego, że ten baron Żydem trąci.
— O baronie Hormeyerze zasłyszałem raz pierwszy w Wiedniu, — odezwał się powoli Farurej — był naówczas jakimś urzędnikiem przy dworze i otrzymał był tytuł barona za szczególną protekcją. Skąd pochodził? nikt nie wiedział, to pewna, że długi czas trudnił się dostarczaniem drogich kamieni dla dworu austrjackiego.
— Jubiler! — krzyknął hrabia, bijąc w ręce.
— Coś takiego, coś takiego, — rzekł Farurej — jeździł po Europie, skupował kosztowne kamienie, a że się na nich znał doskonale, wiele też podobno na nich zarabiał. Aleby był tem baronostwa nie doszedł.
— A czemże go się dorobił? — zawołał hrabia — ten Żyd przeklęty!
— Wszak nie mówiłem, że był Żydem? — zapytał Farurej — bo to mogą być plotki.
— Ale te plotki istniały? — zapytał Dendera w rozpaczy.
— O kimże nie gadają złośliwie! — pocieszył go Farurej.
Zygmunt-August pochwycił się za głowę, zaciął usta i padł na kanapę, zasłaniając oczy.
— Mów już wszystko, marszałku, mów: nic mnie nie potrafi obejść teraz.
— Baron tedy Hormeyer miał ogromne stosunki: przysługiwał się wielu i wszedł jakoś powoli w lepsze towarzystwa; ożenił się.
— Z kim? — spytał hrabia.
— Nie wiem: z jakąś córką bankiera.
— Żyd z Żydówką, paradnie! — zgrzytając zębami, mówił Zygmunt-August. — I cóż tedy? przyszły żydzięta!
— Owdowiał, ale mu po niej została córka; wszyscy się na to zgadzali, że to było cudo piękności: dał jej wychowanie najstaranniejsze. Cały Wiedeń latał za śliczną Eweliną.
— I wyszła zamąż?
— Nie, nie wyszła zamąż, — zimno rzekł Farurej — nigdy nie była zamężną.
— A toż co? To coś nowego! Marszałku, zaklinam cię, nie cedź mi po słówku, mów prędko i jasno.
— Zobaczył ją książę F., podobała mu się, pokochał, i...
— I cóż? i co?
— I dano jej później tytuł hrabiny von...
— Tego mi brakło!
— Spostrzeżono jednak rychło, że miłość ta stała się groźną dla przyszłości księcia: chciano go żenić, nie dawał sobie mówić o tem; cały utonął w swem przywiązaniu, miał nawet zamiar, jak mówią, zaślubić morganatycznie piękną Ewelinę, która go szalenie kochała, którą on ubóstwiał do szaleństwa. Użyto więc najenergiczniejszych środków, aby ich rozłączyć. Książę został do Włoch wysłany, a hrabinie rozkazano wydalić się z Wiednia naprzód do Lwowa, potem zagranicę, naznaczając jej pensję dwudziestu tysięcy reńskich dożywotnie.
Dendera, słuchając, siedział blady, coraz to się chwytając za głowę.
— To śmierć! to zagłada! — mówił przerywanym głosem. — To poniżenie, to zguba! To oszukaństwo! Ja nie dam się spełnić tej hańbie, ja lecę, rozwiodę ich: to przyjść nie może do skutku. A Sylwan! Sylwan! Gdzie jego rozum, gdzie znajomość ludzi, żeby się tak mimo przestróg moich dał uwieść i oszukać.
Hrabia milczał chwilę, a potem dodał nagle:
— Nie chcę go widzieć, wypieram się go na wieki! Ale powiedz, marszałku, to więc człowiek bogaty?
— Wcale nie, kiedy już chcesz prawdy, — rzekł Farurej — Hormeyer był nim, ale nieszczęśliwa do kart namiętność wszystko pochłonęła; córka musi go pilnować, żeby się doostatka nie zrujnował. Całym ich majątkiem jest owa pensja 20.000 reńskich, przepyszne srebra, dar księcia, i klejnoty pozostałe z handlu lub z tegoż, co dożywotni ów dochód, wynikłe źródła.
Dendera padł przybity.
— Daruj, hrabio, — dodał Farurej — że tak przykrych wiadomości jestem zwiastunem, ale cóż? Chciałeś całej prawdy, nie mogłem kłamać przed tobą. Powiem ci tylko jeszcze, że to ożenienie nie jest jednak tak złe, jak ci się zdaje, przeniósłszy się do Galicji, możnaby z niego korzystać.
Hrabia nic nie odpowiedział, ale znać było, jak cierpiał: darł na sobie suknie z gniewu, miotał się, jak szalony.
— Dziękuję, dziękuję! — zawołał nareszcie z przyciskiem i iskrzącemi oczyma, konwulsyjnemi ruchy szukając pióra i kałamarza, dzwoniąc razem na sługi i przewracając po stoliku.
— Czas jeszcze: potrzeba temu przeszkodzić; poślę, pojadę, rozerwę. To nieszczęście! To cios, jaki od lat dwóchset rodu naszego nie spotkał! Ja ich znać nie chcę, ja się Sylwana wyrzekam, to głupiec!
Farurej chodził milczący.
— Zresztą — dodał — chociaż to wszystko, com opowiadał ci, pochodzi, zdaje mi się, z najlepszych źródeł, kto wie, może niechęć coś dodała? Uderzyła mnie w czasie pobytu w Wiedniu cudna twarzyczka Eweliny. A! bo też jak anioł ładna! Z tego powodu takem się jej historji dowiedział szczegółowo! Cuda mówiono o jej przywiązaniu do księcia! Po rozłączeniu się z nim, omało z szału i rozpaczy nie umarła.
— Śliczna historja! śliczna żona! — wołał Dendera. — Ot, tośmy się uplątali! I w posagu naszyjnik, sztuciec srebrny i pensja dożywotnia. Daj go katu! Cha, cha!
Śmiał się hrabia, ale ze złością wściekłą; wtem, jakby na przekorę, wszedł służący i świeżo przywiezioną pocztę podał na srebrnym blacie. Drżącą ręką przerzucił ją Dendera, rozerwał pakiet, na którym poznał charakter Sylwana, i upadł w krzesło, wołając:
— Stało się! ożenił się! jadą! Nie mam sposobu ich wstrzymać, są w drodze; jutro, za dni kilka w Denderowie być mogą. A! to jakieś przekleństwo Boże!
— Jakto? Już się ożenił? — zapytał Farurej — już?
— Śpieszył się, żeby mu kto tego skarbu nie wydarł. Głupiec, arcy-głupiec! bałwan! Niechże przepada, niech ginie, niech jedzie, dokąd chce, ja go na oczy widzieć nie chcę. To nie mój syn, wypieram się go na wieki!
— Hrabio! To być nie może, — rzekł powolnie marszałek — wszakżeś błogosławił, wszak prosiłeś!
— To było błogosławieństwo pochwycone, kłamali, oszukiwali nas.
— Ale możesz się narazić, Hormeyer ma silne plecy.
Dendera się zastanowił.
— Cóż mam począć? — zapytał.
— Nie robić z tego wrzawy, milczeć i w milczeniu przecierpieć, co los przeznaczył. Wojować z człowiekiem i kobietą, którzy cię jednem skinieniem obalić mogą, tobie, hrabio, niepodobna. Prócz mnie i ciebie nikt o tem wiedzieć nie będzie; owszem, chwal się losem syna, ja dochowam tajemnicy, il faut faire bonne mine à mauvais jeu! Inaczej tego nie rozumiem.
Zygmunt-August chwilę się zastanowił i pomyślał:
— Masz pan słuszność. Ale to mnie dobija! Dajesz mi słowo honoru, że nikt o tem wiedzieć nie będzie?
— Ode mnie, ręczę, — rzekł Farurej — będę milczał jak grób.
To mówiąc, gdy w bezsilnym gniewie rzucał się jeszcze Dendera, marszałek dość zawsze obojętny, gdyż mu wzruszenie na wątrobę szkodziło i starannie go unikał, przeszedłszy się parę razy po pokoju, włożył glansowane rękawiczki, wyjrzał oknem i, przekonawszy się, że mrok pada, począł się żegnać, unikając dalszych rozpraw i tłumaczeń.
Można sobie wystawić stan umysłu hrabiego; kilku godzin potrzebował na oswojenie się z tym krwawym zawodem, jaki go spotkał, by z twarzą spokojniejszą wyjść do żony i córki z oznajmieniem o weselu Sylwana.
— Ha! — pomyślał naostatku — zostaje mi Farurej, którego doić będę, jeśli go znów głupia Cesia nie zrazi; mam Wacława, któryby powinien być powolnym; mam głowę... a 20 tysięcy reńskich Sylwana, a klejnoty jego żony: zawsze to coś znaczy. Dam sobie rady jeszcze i podniosę się na nogi. Potrzeba tylko głosić szeroko, że Sylwan bierze ośmkroć gotówką, a oczekuje po niej około dwóch miljonów. I to przydać się może.



Minęło dni kilka i szczęściem jakoś na pierwsze gorące wrażenie Sylwan z żoną nie przybył: choroba Eweliny, która nazajutrz po ślubie niebezpiecznie zapadła, wstrzymała przyjazd państwa młodych. Nie brakło jednak zmartwień staremu Denderze, który, zamknięty między czterema ścianami, zębami zgrzytał z gniewu, a wychodząc między ludzi, musiał przybierać twarz pogodną, oblicze spokojne i okazywać się panem więcej niż kiedy, wśród grożącej mu co chwila ruiny. Zbliżał się co chwila Nowy Rok i kontrakty; zewszechstron sypały się znowu żądania kapitałów, a sam hrabia, uprzedzając niektórych wierzycieli i chcąc ich odurzyć, rozkazał rozesłać listy, ofiarując im zwrot sum, od których procentów nawet nie było czem zapłacić. Komedja przynajmniej śmiało i raźnie odegrywała się do końca.
Dodawała zgryzoty hrabiemu Cesia, której nienawiść, wstręt, nielitościwe obejście się z Farurejem codzień stawały się wyraźniejsze i bardziej zagrażały zerwaniem. Stary zalotnik, nękany, wkońcu począł bywać coraz rzadziej, coraz krócej: ochłódł, zdawał się namyślać; a ta w nim zmiana, zamiast opamiętać Cesię, większe w niej jeszcze wybuchy gniewu wzbudzała. Rozstawali się za każdym razem gorzej i marszałek przez kilka tygodni ani się już pokazał.
Hrabia, coraz bardziej niespokojny, posłał wreszcie dowiedzieć się o jego zdrowie. Odpowiedziano mu, że był zupełnie zdrów i wyjechał w sąsiedztwo. Cesia, obrażona przydłuższem milczeniem, ze swej strony poczęła się dowiadywać, co robił, a z badania okazało się wyraźnie, że do młodej jakiejś wdówki począł dojeżdżać codziennie i miał już w głowie nowe jakieś zamiary.
Nie utaiło się to i przed hrabią, bo złe wieści szybkie mają skrzydła; ale, jak mógł, kłamał przed sobą i nie rozumiał, żeby to miało zrywać projekta; sądził raczej, że marszałek chciał tylko zazdrość wzbudzić w Cesi. Napisał więc list grzeczny, zapraszając Farureja do siebie.
Nazajutrz przybył żądany gość w kwaśnym nadzwyczaj humorze, widocznie tylko gwałtem wciągnięty, z miną znudzoną i pogardliwą. Cesia powitała go zimno, choć grzecznie, lecz nie wytrzymawszy, zaraz mu z dumą obrażoną przycinać poczęła. Farurej, nie tłumacząc się, zamilkł.
Po obiedzie zostawiono ich samych. Hrabina tylko usiadła dla przyzwoitości z książką w drugim pokoju. Farurej trzymał się ciągle zdaleka, chodził zamyślony; Cesia poczęła żartować po swojemu.
— Czy pan tak czem zajęty, czy tak chory na te swoje nogi, — spytała z francuska po chwili — że do nas nawet przyjechać nie możesz, tylko raz w kilka tygodni?
— Zdrów jestem zupełnie, — odpowiedział Farurej — powiem pani nawet, że mi nogi bardzo odeszły po smarowaniu doktora Schwarca; nie mam też żadnego pilnego zajęcia, ale obawiam się już naprzykrzać, szczególniej pani.
— Któż panu mówił, że się naprzykrzasz?
— Widzę to dobrze od niejakiego czasu. Pani jesteś zawsze dla mnie tak nielitościwa, tak przy mnie smutna i podrażniona, że pragnę jej zejść z oczu i oszczędzić powodów zniecierpliwienia.
— Dziękuję za tę troskliwość o mnie, — zimno i dumnie mierząc go okiem, odpowiedziała Cesia — lecz skądże to pan tak nagle dopatrzyłeś się teraz tylu rzeczy dawniej niewidzianych?
Que voulez vous? Sama pani postrzegasz, żem stary, dużo patrzę, dużo myślę...
— A! przecieżeś się pan opatrzył! — ze śmiechem wybuchła Cesia. — Delicieux! charmant!
— Tak, pani, — rzekł chłodno Farurej — a zarazem postrzegłem, że pani jesteś bardzo młoda: za młoda dla tak starego człowieka.
— Cóż to? wymówka? Co to jest?
— Nic. To tylko trochę za późne opamiętanie.
— Czemuż tak późne? — chwyciła za słowo Cesia.
Farurej zamilkł, powstrzymał się z dalszem tłumaczeniem, ale rozogniona Cesia wiodła go coraz dalej, jakby naumyślnie.
— Cha! cha! — rzekła — jakiś pan dziś nieoceniony! Cóż dalej, kochany marszałku, co dalej?
— Pani! — rzekł nagle, zatrzymując się naprzeciw niej, marszałek i przybierając minę zarazem smutną i poważną. — Istotnie, zawsze czas postrzec się, gdy kto ma popełnić niedorzeczność. Właśnie muszę panią za jedną, do której się z pokorą przyznaję, przeprosić.
— Za którą? — spytała dowcipnie Cesia, doprowadzając go do niecierpliwości. — Tyle ich było!
— Za jedną i jedyną, zdaje mi się, jaką mam sobie do wyrzucenia: za to, żem śmiał sądzić, iż się pani potrafię podobać, ja stary, niedołężny podagryk; żem ośmielił się mieć nadzieję pozyskać, jeśli nie jej serce, to litość i trochę względu. Była to chwila złudzenia, dziś...
— Dziś się panu otworzyły oczy! que c’est heureux! — przerwała Cesia, śmiejąc się do rozpuku. — A! dokończże pan.
— Dane mi słowo pani zwracam jej z boleścią, ale z przekonaniem, że nie bylibyśmy, nie moglibyśmy być z sobą szczęśliwi. Ja dla pani, widzę to za późno, niestety, jestem całkiem niestosowny: mam jeszcze trochę uczucia i odrobinkę dumy. Znajdziesz, pani, innego, zapewne szczęśliwiej obdarzonego ode mnie.
To mówiąc, Farurej z godnością i powagą ukłonił się grzecznie.
— I cóż jeszcze? I cóż mi pan powiesz jeszcze równie miłego i grzecznego? — spytała Cesia w gniewie, zbliżając się do niego.
— Darujesz mi, pani, żem tak długo zostawał w błędzie, żem ją tak nielitościwie nudził moją figurą. Zwracam jej przyrzeczenie szczęścia mojego i swobodę; spodziewam się, żeś pani choć dziś powinna być ze mnie kontenta.
— Zupełnie, — odpowiedziała Cesia, hamując w sobie wybuch złości — dziękuję panu serdecznie za swobodę i uwalniam go także. Nie wątpię, że pani Halina S. stosowniejszą dla niego będzie partją, ma lat z dziesięć więcej ode mnie i daleko więcej drogiego doświadczenia, którego mi całkiem braknie.
Rzucając ten pocisk ostatni w oczy staremu zalotnikowi, Cesia dygnęła z udaną powagą i wybiegła, drzwi zatrzaskując za sobą. Farurej, trochę zmieszany, wziął kapelusz i wyszedł pożegnać hrabiego.
Potrzeba było i z nim pomówić i jemu zwrócić dane słowo. Trudności swojego położenia nie skrywał przed sobą Farurej; ale to było nieuchronnem: powlókł się więc z posępną twarzą i, nie chcąc odwlekać długo, przybierać się powolnie, woląc odrazu zerwać maskę, przemówił do wcale nieprzygotowanego na ten cios Dendery:
— Panie hrabio! ze smutkiem mi przychodzi wyrzec się chlubnych nadziei ściślejszego połączenia z twoim domem. Panna Cecylja, jakem to już postrzegał oddawna, nie może przywyknąć do mnie: wieki nasze są niestosowne; ja się trochę starzeję.
Zaskoczony tak nagle Dendera spojrzał dziko i zawołał:
— Pozwól sobie powiedzieć, mości marszałku, że ci trochę za późno przyszły te refleksje.
— Owszem, bardzo jeszcze w porę, by pięknej hrabiance nie zawiązywać losu. Zwróciłem już jej dane mi słowo, przyjęła je, uwolniła wzajemnie; rozstaliśmy się bez łzy i żalu.
— Jakto? jakto? ale cóż to się stało? co mogło być powodem? Jakieś chwilowe nieporozumienie?
— Nie, hrabio. Czekałem długo, rozważałem bacznie, uwodziłem się nadzieją doostatka; nareszcie trzeba się było poddać oczywistości: przekonaliśmy się wzajemnie, żeśmy niestosowni dla siebie.
— Ale, panie marszałku, ja na to nie dozwolę. To się tak zrywać nie może, to z ujmą dla domu mojego.
Farurej, uśmiechając się, ruszył ramionami.
— To być musi, kiedy jest; rzecz skończona.
— Ja na to nie pozwolę! ja na to nie pozwolę! Ja poszukiwać będę!
— Jak? — spytał zimno Farurej. — Nie widzę, cobyś pan mógł poradzić?
— Moja córka jest tem skompromitowana: cały świat wie o jej zaręczynach. Tak się to zerwać nie może.
— A kiedy się zerwało — odparł znów z wielką flegmą marszałek.
— Ale to osobista nas wszystkich uraza! Ja, Sylwan, Wacław poszukiwać jej będziemy na osobie pańskiej!
Marszałek, który widać od sąsiadów zasłyszeć coś musiał o powikłaniu interesów Denderowa, zbliżył się do hrabiego.
— Kochany hrabio, — rzekł, kłaniając mu się — to wszystko dobrze, ale wiesz, że się nie strzela do człowieka, któremu się winno pieniądze. Oddasz mi, coś winien, ty i Sylwan przyślecie sekundantów, umówimy się o czas, miejsce i wybór broni i bić się będziemy.
— Bardzo dobrze! bardzo dobrze! — zakrzyczał wściekle Dendera.
— Jestem i będę na rozkazy, a teraz pozwól się pożegnać — rzekł Farurej, biorąc za klamkę. — Mes respects à Madame la Comtesse. Votre seviteur!



Cesia chodziła niespokojna i zapłakana z gniewu po swoim pokoju, gdy ojciec wpadł do niej z tak obłąkanym wzrokiem, tak poruszony, zajadły, zmieniony, że ujrzawszy go, cofnęła się z przestrachem.
— Co to jest znowu? — zawołał. — Chcecie mnie żywego wpędzić do grobu? pragniecie śmierci mojej? Co za nowe napadło cię szaleństwo? Coś zrobiła z Farurejem, który zrywa?
— Ja? Ja nic nie wiem.
— Tyś mu dała powód.
— Powtarzam ci, ojcze, to kaprys starca. Ale dlaczegoż ma to nas tak bardzo obchodzić?
— Nas to gubi! Ożenienie Sylwana, zerwanie z Farurejem — to są ciosy nie do przeniesienia. Kto cię teraz weźmie, godna swojej matki córko?
— Ojcze! Jam temu niewinna. Farurej stara się o Halinę.
— Niewinna! Wszyscy niewinni, a któż winien? Dlaczego ciągnęłaś go wprzódy, odpychałaś potem przez niepojęte jakieś dziwactwo? Szydziłaś ze starego i pomiatała nim, jak dzieckiem: zraziłaś go. Więc wy mnie chcecie zabić? wy mnie chcecie zabić! Ty, twoja babka, twoja matka, Sylwan... wszyscy, wszyscy spiknęliście się na spokojność moją!
Cesia zamilkła. Hrabia chodzić zaczął żywo.
— Pisz do niego, rób, co chcesz, niech powraca.
— To być nie może.
— Być nie może! A więc bić się z nim będę ja, Sylwan, Wacław; zabijemy go. To wstyd nowy, śmiech ludzki, hańba: trzeba umierać ze sromu; ja tego nie przeżyję, ludzie nas wkrótce palcami wytykać będą. Ten zjawiony z pod ziemi synowiec, — mówił dalej sam do siebie — ta konfiskata majątku, to zamążpójście Czeremowej, ożenienie Sylwana, te zniszczone najpiękniejsze nadzieje: to wszystko nad siły moje. Ludzie z radością patrzą na mój upadek, na upokorzenie, cieszą się z nieszczęścia, którego los i oni sami są sprawcami. Nie mam się gdzie obrócić, zewsząd mnie ściga cios jakiś.
I, odwróciwszy się do córki, zawołał nieprzytomny:
— Bądźże przeklęta... ty, on i wy wszyscy!
To mówiąc, wybiegł z pokoju Cesi, przeleciał puste i osmutniałe salony i począł błądzić po podwórzu, nie postrzegając, że się na dziwowisko ludzi wystawiał; gdy nadbiegający sługa dał mu znać, że przysłany z bliskiej poczty umyślny oznajmił o przybyciu Sylana.
Za pół godziny z żoną w Denderowie być mieli.
Ten drugi cios, zamiast dobić, oprzytomnił hrabiego.



Cicho, w zamkniętym kościele odbył się ślub Sylwana z Eweliną; za świadka służył baron i dwóch przyjaciół nowożeńca: nikogo nie proszono na wieczór, i około dziesiątej w wielkim salonie Hormeyera pozostał tylko hrabia z młodą żoną swoją. Od rana już wdowa czuła się tak słabą, że ojciec, który ją znał dobrze, jakby przewidując następstwa wielkiego wzruszenia przy obrzędzie, nikogo na to wesele nie prosił. Jakoż ku wieczorowi stan się jej wielce pogorszył, opanowała ją niespokojność, gorączka, częste zaczęły napadać mdłości i pierwszą czynnością Sylwana, jako męża, było biec po doktora.
Przybyły, jeden z najznakomitszych lekarzy w Warszawie, nie ograniczając się zewnętrznemi oznakami choroby, długo badał pacjentkę, zapisał jakieś uspokajające lekarstwo i nakazał spokój najzupełniejszy, a nadewszystko unikanie wszelkiego widoku, któryby ją mógł drażnić.
Baron więc pożegnał Sylwana ściśnieniem ręki, dając mu do zrozumienia, żeby się oddalił i nowożeniec odjechał do samotnego swego mieszkania, do którego już nie spodziewał się powrócić tak rychło.
Nazajutrz dodnia był już u barona; lekarz go uprzedził: trzech ich siedziało u łóżka Eweliny, której choroba w ciągu nocy przybrała charakter zatrważający. Gorączka nie dawała się przerwać niczem, przyszedł szał i nieprzytomność, porywała się z łóżka, chcąc biec, śpiewała, śmiała się, płakała, nie poznawała ojca: marzenie ciężkie mózg jej opanowało.
Baron stał u łoża i płakał; Sylwana nie wpuszczono nawet do niej, gdyż Hormeyer przewidywał, że widok jego w tej chwili dla chorej szkodliwym być może. Pomiędzy życiem a śmiercią zostawała Ewelina dni kilka; kilkakroć rozpaczano o uzdrowieniu, a gdy poczęła nareszcie przychodzić do siebie, już jej nie wróciła się przytomność. Zdrowie jej zdawało się w normalnym stanie, odzyskała spokój, siłę, świeżość, wdzięk, tylko umysł pozostał w dziwnego rodzaju obłąkaniu.
Nie był to szał zupełny, ogarniający wszystko, ale jakiś obłęd cząstkowy. Dla obcych chwilami mogła się zdawać przytomną, były godziny, w których nie pozostawało śladu obłąkania, mówiła, śmiała się, bawiła, ale oczy ojca widziały ciągle stan córki takim, jakim był w istocie. Ewelina straciła pamięć wielu wypadków, inne zmieszały się w jej głowie na utworzenie jakiegoś fałszywego życia i szczęśliwości kłamanej. Zdawało jej się, że nie rozłączyła się nigdy z ukochanym, że po ciężkich przeciwnościach związano ich nareszcie ślubem wiekuistym, że chwilowo się z nim tylko rozstała. Czuła się spokojną i szczęśliwszą niż kiedy, przyszłość widziała jasną i pogodną i serce się ściskało, patrząc na to wesele, które okropnem kiedyś przebudzeniem do rzeczywistości skończyć się miało. Zresztą zdrowie jej nigdy lepsze nie było: rumieniec powrócił na twarz, oczy jej czarne poglądały wesoło, chodziła, jeździła, przyjmowała gości i ciągle wybierała się w drogę, do księcia, z którym, jak mówiła, za dni kilka połączyć się miała. Lekarze, zdumieni tą niespodzianą zmianą, nic na nią radzić nie umieli: życzyli podróż, rozrywkę, obiecywali coś w przyszłości, ruszali ramionami i widocznie pozbyć się chcieli chorej, której pomóc nie byli w stanie. Większość ich utrzymywała, że koniecznie potrzeba było wyjechać z nią i odbyć długą drogę.
Położenie Sylwana stawało się codzień przykrzejsze: żona bowiem, nie przyznając go wcale za męża, obchodziła się z nim jak z obcym i, skutkiem jakichś pomieszanych przypomnień, sądziła go bratem księcia. Z iskierką jakiejś nadziei zaczęto się nareszcie wybierać w podróż do Denderowa, a Ewelina nie kryła radości swojej, utrzymując, że jedzie do męża, który na nią czeka niecierpliwie. Skutkiem ciągle w jej głowie zmieszanych marzeń, snów i rzeczywistości, często opowiadała o otrzymanych od niego listach, o przynaglaniu ją do wyjazdu i z dziecinną trzpiotowatością poczęła pakować się do podróży. Baron, patrząc na nią, płakał chwilami; serce ojcowskie mówiło mu, że córka jego już być uleczoną nie może; wyrzucał sobie przeszłość, nie widział nic na świecie, coby ją zastąpić mogło. Sylwan więcej był gniewny, niż smutny: głównie chodziło mu o siebie, o swój los, związany z tą kobietą bezprzytomną, która nie była mu żoną, a zagradzała przyszłość. Bez wiary, uczucia, bez prawdziwej miłości, nie znajdował pociechy w niczem, prócz brudnych szałów, któremi się durzył umyślnie, pragnąc stracić pamięć i przytomność. Próbował już kilka razy opamiętać Ewelinę, przekonać ją, że był jej mężem, że wszystko, o czem marzyła, było tylko złudzeniem; ale ta, śmiejąc się i żartując, odpychała go od siebie, biorąc to tylko za jakąś igraszkę.
W takim stanie wyjechali do Denderowa: baron, córka jego i utrapiony Sylwan, który przewidywał burzę, jaka go od ojca spotkać miała. Ewelina w ciągu podróży była jak najweselsza: cieszyła się nią, mówiła ciągle o mężu i, z dziwną przytomnością i czynnością rozporządzając wszystkiem, przedstawiała ojcu najstraszniejszy obraz szczęścia, opartego na najzupełniejszem obłąkaniu. Nigdy jeszcze tak piękną, tak zdrową, tak wesołą, tak w drobnych rzeczach jasno i rozumnie sądzącą, tak czułą dla siebie, tak ujmującą dobrocią dla wszystkich, nie widział jej baron; nigdy też bardziej nie zakrwawiło się serce jego jak dzisiaj.
Ten stan widocznie, przedłużając się, utrwalając, stając się niejako normalnym i w ciągu swoim logicznym, nie robił najmniejszej uzdrowienia nadziei.
Z ostatniej stacji Sylwan za posłańcem sam pośpieszył przodem do ojca, aby go uprzedzić o swojem nieszczęściu i, o ile możności, złagodzić wybuch jego gniewu. Ze strachem wszedł do pokoju, po którym się hrabia najspokojniej przechadzał.
Widzieliśmy dziwny ów stosunek, jaki ojca łączył z synem: Sylwan przywykły był obchodzić się z hrabią jak z dobrym koleżką, jak z rówieśnikiem mało co od siebie starszym, a na zupełnie jednych prawach w społeczności żyjącym. Hrabia wybuchał czasami po ojcowsku, ale Sylwan upornie się trzymał, nie dając się strącić z raz objętego stanowiska.
Ani radości, ani zdziwienia, ani oznaki przywiązania nie było w ich powitaniu. Sylwan skłonił się, podając rękę hrabiemu po angielsku, ale jej Dendera nie przyjął, cofnął się, namarszczył:
— Pięknie powracasz, hrabio, — rzekł z szyderskim, pełnym boleści uśmiechem — czy choć wiesz, z kimeś się ożenił?
— Zdaje mi się — odparł urażony tą oziębłością Sylwan.
— A mnie się zdaje, że nie. Tak to zawsze się kończy, gdy młodzi nie chcą się powodować doświadczeniem starszych.
— Hrabia już wie o wszystkiem? — spytał Sylwan, sądząc, że mowa o chorobie i obłąkaniu jego żony.
— O! są usłużni ludzie, co wcześnie donoszą o nieszczęściu. — I stary rzucił się na kanapę, zakrywając oczy rękami. — Zgubiliście mnie! zgubili! — zawołał.
— Ale ona wyleczona być może — przerwał Sylwan.
— Jakto wyleczona? Z tej plamy, którą nosi na czole? — zaśmiał się Dendera.
— Z jakiej plamy? — oburzył się syn.
— On nic nie wie! — krzyknął hrabia, zbliżając się do niego — a! nieszczęśliwy!
— O czemże hrabia mówisz?
— Znaszże pochodzenie Hormeyera? Twój ten baron był jubilerem; kto wie, z Żydów zapewne wieść się musi i jarmułkę w herbie nosi: a jego córka, twoja żona...
— Panie hrabio! — zawołał Sylwan.
— Twoja żona, mniemana wdowa, nigdy niczyją żoną nie była: była kochanką jakiegoś księcia.
Sylwan pobladł i wstrząsnął się z gniewu.
— Oszukano mnie, — rzekł osłabłym głosem — ale to być nie może, to potwarz... to zazdrość! Kto śmiał to rozgłosić?
— Święta prawda! — rzekł ojciec.
— Na tem nie koniec jeszcze, — gorzko śmiejąc się, dodał syn, spierając się na stole, bo czuł, że mu się głowa zawracała — żona moja zachorowała w godzinę po weselu, a odzyskując zdrowie, pozostała obłąkana.
Stary Dendera nie rzekł słowa; zgnieciony doostatka, przybity, spojrzał na syna i łza dawno nie widziana zwilżyła mu powiekę.
Jak dzikie, drapieżne zwierzęta, schwytane i wsadzone do klatki, po rozpaczliwych rzucaniach leżą spokojnie, złamane niewolą i upokorzeniem, tak ojciec i syn w tej chwili innymi stali się ludźmi, zobaczywszy przed sobą nieprzebrnioną przestrzeń gotujących się im boleści. Sylwan miał jeszcze tyle przytomności, że opowiedział ojcu stan żony i z rozpaczą zawołał do niego o radę.
Ale co w takiem położeniu poradzić było można!
Sylwan myślał zrazu napisać do barona i zerwać z nim i mniemaną żoną swoją; ale hrabia go powstrzymał.
— Nie, — rzekł — to do niczego nie prowadzi, prócz wystawienia nas na pośmiewisko ludzi. Wszystko, co nas dotknęło, utajonem być może i powinno; cierpmy, ale śmiejmy się twarzą i udawajmy szczęśliwych. Nikt nie ulituje się nad nami, a szyderstwa, a upokorzenia ja znieść nie potrafię. Czy sądzisz, że żona twoja będzie mogła, tak jak jest, znaleźć się przytomnie w towarzystwie?
— Nikt poznać nie może jej obłąkania, jak tylko nie mówi o mężu i przeszłości.
— A więc cicho! Damy bal na wasze przyjęcie, będziemy się chwalić i nią, i twojem ożenieniem; potem wyjedziecie do Galicji. Wszak umrzećby powinna!
Milczeli chwilę; stary Dendera westchnął ciężko:
— Niech nikt — dodał po przestanku — nie pozna po tobie, jak nie wyczyta ze mnie, co się z nami dzieje, hrabio: dobijmy się do brzegu z honorem...
Patetycznie to wyrzekłszy, Dendera dorzucił:
— Możesz, powinieneś chwalić się bogactwem, urodzeniem, talentami, stosunkami familji żony. Udawaj szczęśliwego, inaczej być nie może. Tu w sąsiedztwie nikt prócz Farureja i mnie nie wie o pochodzeniu Hormeyerów; Farurej, choć zerwał właśnie z nami i z Cesią się nie żeni, dał mi słowo, że z sekretu nas nie wyda. A zatem, milczeć, panie hrabio, i śmiać się, choćby z tego śmiechu skonać przyszło. Jedź po żonę, przyjmiemy ją, jak przyjmują Denderowie: niech znają pana z panów ci hołysze! Hej! służba! — zawołał hrabia, jakby ruszony sprężyną.
Zadzwonił.
— Wielkie liberje, wszyscy! W pałacu oświecić salony, oznajmić JW. hrabinie, że młoda hrabina przybywa; kuchmistrza, niech myśli o wieczerzy. Dobyć srebra petersburskie, fornali poubierać we fraki, żeby tego więcej było w przedpokoju. Ten osioł Rumpowski, jeśli nie pijany, niech weźmie ubranie szwajcara i stanie z halabardą około drzwi; jeśli pijany, oblać go wodą, dać mu octu i postawić przy wejściu. Słyszycie, duchem: w pół godziny wszystko być powinno w gotowości, a nie, to sto łóz każdemu. Marszałka dworu do mnie! Pokoje dla państwa młodych: kapki z krzeseł i kanap pozdzierać, wielki pająk rozebrać z koszulki! I nie bawić mi się... W wielkich sieniach i na schodach lampy... trzy powozy, kareta żółta, niebieska i bronzowa po sześć koni zaprząc natychmiast: wyjedziemy przodem naprzeciw państwa młodych! Niech wszyscy widzą! Niech gadają! A prędzej! — wołał hrabia, zacierając włosy i upijając się sam swemi rozkazami jak za dobrych czasów. — Po sto łóz, kto nie będzie gotów za pół godziny! Słyszycie?



Bardzo mi przykro, że od tak wspaniałego nowożeńców przyjęcia oderwać muszę czytelnika, który się może spodziewał być na wieczorze w Denderowie, i przeniosę go z sobą do bliskiego powiatowego miasteczka, do lichej izdebki, pomalowanej w kraty żółte na tle niebieskiem, w której stoliczek czerwono bejcowany, łóżko pełne słomy i siana powygniatanego, dwa stołki i parawanik płócienny, nie licząc na ścianach „Zimy“ i „Ognia“ rylca owego sławnego Borowskiego, który tyle dla ścian karczemnych pracował, całą są zastawą i ozdobą.
Ale powieść jest jak życie: przechodzim w niej najróżniejsze koleje, migają zdumionym oczom najsprzeczniejsze obrazy, z pałacu musimy przeskakiwać do karczmy i od hrabiów do hałastry. W opisanej izdebce, której atmosfera przejęta była wyziewem przykrym przepalonego pieca, mającego zagasić swąd kadzidła i szkaradnego tytuniu, siedzieli przy stoliczku na krzesłach i łóżku trzej mężczyźni, śniadający dwoma śledziami z cebulą, butelką wódki, bułką i jakąś żydowską w obrzydliwym sosie pływającą potrawą bez nazwiska. Znać było ludzi, wcale w doborze środków nie wybierających, niewymyślnych i nie dbających ani o czystość, ani o elegancję. Jeden talerz służył im wybornie na troje, jeden widelec spełniał troistą także posługę: nie było serwetki na stoliku, a zastawa pochodziła od gospodyni Żydówki. Pomimo to humor trzech śniadających panów był jak najwyśmienitszy: śmieli się do rozpuku, nie zważając, że ich śmieciły i rozmowę z drugiej izby sąsiedniej, drzwiami tylko nieszczelnemi, na haczyk krzywy zapiętemi, oddzielonej jako tako, słyszeć było można doskonale. U drzwi stał w kożuszku służący, uśmiechający się z pańskich konceptów, Żydek myszures i wcale ładna Żydóweczka, grzejąca się przy piecu.
Dwóch z tych panów dawniej już znamy: są to niegdy rządca w Denderowie Smoliński i Moręgowski, ów wzorowy administrator; trzeciego witamy po raz pierwszy. Ten trzeci, który siedział na łóżku i zajmował najwygodniejsze miejsce, a głosem i śmiechem towarzystwu przewodził, był ogromnego wzrostu atleta, dosyć otyły, lat pod czterdzieści mieć mogący, niebrzydki z twarzy, nieco łysawy, z wąsem nad wargą zawiesistym. Twarz jego znamionawała na pierwsze wejrzenie człowieka, któremu się bardzo dobrze na świecie działo, który przywykł do powodzenia i śmiało maszeruje drogą życia, pewien, że mu się nic stać nie może. W maleńkich czarnych oczkach jego wiele było żywości, sprytu i złośliwości, ale wargi mięsiste, odęte, czoło niewyniosłe nie obiecywały, by się podnieść mógł nad pospolitą praktykę codziennego życia, nad robotę około grosza. Głowa nieco śpiczasta mogłaby, wedle Galla, posądzać go o dumę, co zresztą wyraz ust potwierdzał. Ubrany był po podróżnemu w węgierskim kożuszku, a cygarnica wyglądała mu z kieszeni na piersiach.
Wprawdzie poufale przestawał z towarzyszami swymi, panem Smolińskim i Moręgowskim, ale znać było z protekcjonalnego tonu, że się za daleko wyżej na szczeblach towarzyskiej drabiny od nich położonym uważał.
Ci panowie ostrożnie żartowali z niego, a on ich nie szczędził wcale. Śniadanie widocznie było jego kosztem podane i on też przy niem gospodarował i zajadał najwięcej. Tym jegomością, tak szczęśliwym i kwitnącym, tak wesołym i rumianych policzków, był sędzia Piotr Słodkiewicz. Nikt z pewnością nie wiedział, skąd pochodził i z jakiej strony świata przywędrował; zjawił się od bardzo dawna z tysiącem jakimś rubli, z głową niegłupią, z wielkim zapasem śmiałości, a dziś był panem trzech wiosek, do tysiąca dusz mających, bez długów i banku. Jedni powiadali, że był synem jakiegoś kuchmistrza, drudzy mieli go za dziecię książęcej jakiejś faworyty; ale pan Piotr wywiódł się śmiało z dziadów i pradziadów szlachcicem, został sędzią i tak mówił o sobie, jakby od dziesięciu przynajmniej pokoleń chodzili w karmazynowych szarawarach. Miał nawet ogromną pieczęć herbową z capem u góry, z oślą głową na tarczy i z jakiemś godłem, które złapał nie wiem gdzie, a którego, że było po łacinie, rozumieć nie czuł się obowiązanym. Jak do tego majątku przyszedł, nie umiano sobie wytłumaczyć. To pewna, że wziął był dzierżawą część w Buzowie, że ją we dwa lata kupił i zapłacił gotówką, że w krótkim przeciągu czasu Buzów cały stał się jego własnością, a następnie Szarówka i Półbiedy.
Śliczne to były folwarki, w przepysznej ziemi, z lasem, z wodą, z młynami, ze wszystkiem, co taką posiadłość czyni korzystną i dogodną; a Słodkiewicz gospodarzył na nich pracowicie, zabiegle i szczęśliwie, tak że co rok powiększał kapitały i groził rozprzestrzenieniem się jeszcze w bardzo krótkim czasie. Ale też jak począł gospodarować w kożuszku, tak dotąd nie zrzucał go: mieszkał w dworku ekonomskim, rządcy nie trzymał, sam po folwarkach nieustannie jeździł, najmniejszą się drobnostką zajmował, nigdy gości nie przyjmował, tylko herbatą w zielonych szklankach i krupnikiem na utłuczonych talerzach; czterema mierzynami podróże odbywał, a o grosz tak się jeszcze targował, jakby dwóch w kieszeni nie miał.
Od niejakiego jednak czasu, zwłaszcza od wyboru na sędziego, Słodkiewicz, jak się zdawało, poczynał nabierać pewnej ochotki do dźwignienia się i stania w szeregu dostojnych obywateli powiatu. Bywał z wizytami wszędzie, ubierał się przystojniej, a w towarzystwie dawał się słyszeć, że gdyby chciał, toby niejednego zakasował. Majątek rzadko zupełnie przerobi człowieka: zawsze na nim zostawi piętno pochodzenia i pierwsze lata przebyte w pracy i uniżeniu; jeśli umysłem się nie dźwignie, duma nie poradzi. Trudno znów było o bardziej zardzewiałego, mniej otwartego w świecie i prościejszego w gruncie nad niego człowieka. Słodkiewicz nic, prócz hreczki i rubla, nie rozumiał: świata tyle znał, co się go między chatą chłopa a karczmą żydowską nauczyć można; z języka francuskiego tylko Monsiu i bon ton rozumiał; z muzyki kozaka, a z książek kalendarz i sennik.
Wielce wątpliwe było, czy kiedy do szkół chodził: przynajmniej się to po nim nie pokazywało wcale. W towarzystwie lepszem, przyzwoitszem, czuł się jak okradziony i albo przesadzał uniżonością, albo grzeszył gburowatością. To też najulubieńszymi dla niego byli jego sfery ludzie, jak Smoliński i Moręgowski, naprzykład, z którymi się wcale nie kłopotał ani o dobór słów, ani o pomysły, ani o obejście. Zaspokajał się też najprostszemi rzeczami w życiu z ochotą. Zbytku nie znał ani go rozumiał: wódkę prostą razem z furmanem pił przy karczmie, strawę żydowską zajadał z apetytem, a z dziewczętami wiejskiemi gotów był całemi dniami prowadzić rozmowę, nie nudząc się wcale.
Jedną miał wadę ten tak we wszystkiem szczęśliwy i powszechnie ceniony człowiek: kobieciarz był niepohamowany, ale nie sięgnął nigdy okiem i żądzą nad wiejskie Horpynki, Żydóweczki domów zajezdnych i garderobiane, bywające z wizytą u Dobrodzieja w Buzowie. I w tem jednak okazywał ostrożność największą i oględność na jutro: wszystkim bowiem stosunkom swoim drzwi domu zamykał i kochanki swe odwiedzał, ale ich do siebie nie przypuszczał. Stara gospodyni i młody chłopak, z pastucha wzięty, cały dwór jego składali. W chwili gdy go poznajemy, już pan Słodkiewicz, przeszedłszy trzydziestkę, poważniał powoli: zaczynał się ustatkowywać i dawał sobie wmawiać przyjaciołom, że, mając tysiąc dusz czystych, powinienby o losie pomyśleć.
Ten los, dorozumieć się łatwo, była to żona; ale pan Słodkiewicz, jak skromny był w żądaniach innych, tak od czasu otrzymania tytułu sędziego zdawał się do wysokich aspirować rzeczy. Wdzięcznie nań patrzały, nie mówię już, szlachcianki, do których chętnie stroił zaloty (ale na pusto, bo się żenić nie myślał), nawet córki dziedziców sąsiadów, nawet ta pani Halina, wdówka, o którą teraz starać się poczynał Farurej. Słodkiewicz ani zważał na zaczepki i nie można było odgadnąć, gdzie uderzy, choć wszyscy się domyślali, że wkrótce w konkury pojedzie. Zatargował był nawet cztery szpakowate konie u Icka w miasteczku, mówił już o koczyku, który na fabryce oglądał i targował sukno szaraczkowe na liberję.
Najpoufalsi jego przyjaciele: Moręgowski i Smoliński, oba sąsiedzi i dobrze do niego temperamentem i obyczajami dobrani, właśnie sobie potrosze żartowali z kawalera na wydaniu.
— Co to, panie, pan sędzia! — wołał Smoliński, mrugając okiem na Moręgowskiego. — Albo to jemu trzeba się bardzo kłaniać i długo targować: gdzie uderzy, to go przyjmą z ucałowaniem rączek!
— Spodziewam się, spodziewam! — odparł pan Słodkiewicz. — Tysiąc dusz! Waćpan wiesz, co to wołyńskich tysiąc dusz z remanentami: to miljon kilkakroć, mosanie! To fortuna! hę! A kto tu się pochwali, żeby grosza długu nie miał? Jeszcze taki jeden i drugi tysiąc zapaśny! hę? No! a takoż nie jestem stary i nie tak to brzydki.
— Surko, serce! — podchwycił Moręgowski do Żydóweczki, pod piecem stojącej, odzywając się — co mówisz o tym panu? hę? Nieprawdaż, że tęgi chłopiec?
Żydóweczka zarumieniona odwróciła twarz.
— A co mnie do tego?
— No, a kto lepiej o tem od ciebie wie, kiedy już od dwóch lat sędzia do tego domu zajeżdża?
Zaśmiał się Smoliński.
Służący skrył się za parawan, myszures począł gębę zatykać, a sam pan Słodkiewicz odezwał się do Sury:
— No, Suro! sądź: jak ci się zdaje?
— I! dajcież mnie panowie pokój! — ofuknęła się ze zbytnią obraźliwością Żydówka, dowodząc, że się do czegoś poczuwała.
— Coś w złym humorze, — rzekł Moręgowski — widać to wina pana sędziego. Ale wracając do ożenienia: taż to, dalipan, czas.
— Ja to sam widzę, że czas, — rzekł Słodkiewicz — cóż, kiedy mi się nic nie trafia.
— Jakto, nic? A pani Halina, wdówka?
— Co mi po wdowie. Wiecie przysłowie: u wdowy chleb gotowy, ale nie każdemu zdrowy; a jej się podobno marszałkową być zachciało i starego Farureja naciąga! Z Panem Bogiem!
— Farurejże zaręczony z hrabianką — odezwał się Smoliński.
— Już się rozwiedli!
— Doprawdy?
— Jakem poczciw. Ożeni się z Haliną: wdowy dla takich starych to najlepsza zwierzyna.
Słodkiewicz się rozśmiał.
— A pan bo wysoko mierzysz widać, — rzekł Moręgowski — bo panien huk, jest w czem wybrać.
— Albo to nie mam prawa wybierać? — odpowiedział Słodkiewicz. — No! co myślicie: tu dla mnie niema partji w sąsiedztwie! ot, co powiem!
— O! znowu! — zawołał Smoliński — czy nie nadto?
— Jużciż mi musi coś wnieść. A chcę pięknej i z dobrej familji: choć jedną mi taką pokażcie...
Towarzysze zamyślili się, ale w głowie ich nic się nie znalazło odpowiedniego.
— Ot, kiedy Farurej zwinął kominka, — rzekł na żart Smoliński — to do hrabianki Denderówny jak w dym. Panna śliczna, i taki hrabianka, i grosz jeszcze jakiś będzie po niej, choć hrabia nadszastał na hrabstwo.
— A co to waćpan myślisz, — obrażony żartobliwym tonem Smolińskiego rzekł Słodkiewicz — do trzech nie gadaj: gotówem się posunąć.
— Ej, zaś! — kręcąc głową, przerwał dawny rządca — chyba Denderów nie znacie: im potrzeba francuszczyzny, tytułu, państwa i grosza: na resztęby nie patrzyli.
— A jak mina i grosz, to myślisz niedosyć? — zawołał Słodkiewicz widocznie dotknięty. — Tytuł można sobie kupić, francuszczyzna aby kiwał głową jak gadają, a czasem Monsiu, a rozśmiać się, jak się drudzy śmieją: jakbyś ją miał. Nie święci garnki lepią. Cóż mi tak bardzo braknie? Myślisz, że to ja nie wiem, w jakich interesach twój pan hrabia? Lepiej od ciebie, bat'ku! Klucz Słomnicki mu skonfiskowali, Czeremowa zamąż poszła, synowczyk trochę zdoił, wierzyciele się upominają: taki zięć, jak ja, bardzoby im się przydał, z woreczkiem! ha!
— Ano, co! poły zakasawszy, to i ruszaj! — krzyknął Moręgowski — nuż się uda: a ta pan Słodkiewicz z grafianką żonaty, to już ani przystępuj!
Sędzia nadął się i namyślił.
— Żart żartem, — rzekł — a gdybym tylko chciał?
— Jużto bez żartu — przerwał Smoliński, dobrze znający Denderów — o tem ani myśleć.
— Czemu ani myśleć? — ofuknął Słodkiewicz.
— Pan nie wiesz, co to za ludzie: ta to inny świat! Sambyś nie wiedział, na którą stanąć nogę.
— Oj, oj! Inny świat! inni ludzie! — począł urażony Słodkiewicz — jaki mi znawca! A cóżto? czy po dwie gęby mają? czy na czterech nogach chodzą? czy skrzydłami latają? Albom to ja już razy ze trzy w Denderowie na imieninach nie był? albo to twój kiepski graf u mnie z wizytą nie bywał, kiedym sprawę jego miał sądzić? Jakbym tylko chciał, takbym się z jego córką ożenił, jak i drugi! Aj waj, aj waj! grosse fanaberie!
Smoliński głową pokiwał tylko, a Moręgowski rozśmiał się z niego i przez politykę zaczął potakiwać Słodkiewiczowi; wtem dał znać myszures, że konie były zaprzężone i przyjaciele się rozstali: ale Słodkiewicz całą drogę do Buzowa myślał o hrabiance.
Nie był on tak dalece ograniczony, żeby różnicy między sobą a tymi ludźmi nie widział, ale dla niego pieniądz był wszystkiem: sądził, że największe nierówności położeń zasypać nim można. Obudzona urzędem i dostatkiem duma mówiła w nim coraz głośniej; czuł się obrażony żarcikami Smolińskiego i, przybywszy do domu, tak chodził a dumał, tak sobie swój stan w korzystnych barwach odmalować umiał, że wreszcie pocichu zakończył:
— Otóż na złość temu staremu trutniowi popróbuję, a jak zechcę, to mi się uda, i musi się udać!
Nie czekając, we dwa dni potem, pan Słodkiewicz, trochę się oporządziwszy, na zwiady pojechał do Denderowa. Było to już po przybyciu Sylwana z żoną, a że tego dnia rozprzężone zostało towarzystwo wyjazdem Sylwana w sąsiedztwo i chorobą Cesi, hrabia przyjął gościa w swojej oficynie.
Znał on dobrze Słodkiewicza pod względem majątkowym i, jako kapitaliście, uznał stosownem nadskakiwać: bo kto może przewidzieć, czyje pieniądze na co się przydadzą? Dendera miał cześć dla pieniędzy głęboką i wyrozumowaną. Z tego rodzaju przybyszem potrzeba było odegrać komedję całkowitą i na skinienie pana służba poprzywdziewała liberje, wyszły najaw srebra, wystąpiono z całym ceremonjałem dni galowych.
Słodkiewicz, z początku trochę zmieszany, biorąc to przyjęcie za dowód szacunku, rozdobruchał się, ośmielił i usamowolnił aż do zbytku. Zkolei to go strach porywał i kłaniać się chciało imponującemu hrabiemu, to, przypomniawszy sobie, co miał w kieszeni, nadymał się i rozpierał. Ciągu i logiki w jego postępowaniu z hrabią nie było, ale Dendera nie dawał poznać po sobie, że to widział, choć w duchu śmiał się serdecznie z dorobkiewicza.
Przy śniadaniu, po wódce, pan Piotr puszczać się już zaczął i w koncepta, i w głośne śmiechy, i w coraz poufalszy z hrabią stosunek: ale, że byli sam na sam, a pieniądze w nim szanował, pozwalał hrabia na wszystko.
Miło było panu Słodkiewiczowi rozeprzeć się na hrabiowskiej kanapie i, z panem grafem fajkę paląc, rozmawiać „ty a ty“: pochlebiało to jego dumie, a jednak dla podtrzymania się na tym stopniu, ciągle sobie musiał w duchu powtarzać:
— Jakbym ja chciał, albobym to tego wszystkiego nie miał, hę? Toć i ja taki pan, jak i on, albo lepszy? Pewnie lepszy!
Hrabia nazywał go wprawdzie: mój panie Słodkiewicz, ale tą poufale-pogardliwą formułką, nie czując jej znaczenia, wcale się sędzia nie urażał. Dendera rad był go zbadać, bo nie przypuszczał wizyty bez interesu w takim człowieku, a nietylko się domyśleć, ale nawet przypuścić nie mógł, co Słodkiewicz miał w głowie; łechtał jego dumę na wszelki przypadek i już poczynał próbować, czy się nie uda wycisnąć pieniędzy od dorobkiewicza.
— Żebyś też wiedział, mój panie Słodkiewicz, — mówił do niego — co to ja mam teraz za kłopoty. Szczęściem pozbyłem się jednego, tego starego dudka Farureja, który się był do hrabianki uczepił; ledwie nie ledwie jakoś go odprawiliśmy. Ale syn mi się ożenił: musimy te austrjackie grandessy przyjmować.
— Ha! ha! — zaśmiał się Słodkiewicz, który mało co rozumiał.
— Wystaw sobie, — mówił dalej hrabia — taż to ten jego teść to wielka figura. Kuzyn księcia Szwarzenberga, miljoner, kawaler wszystkich orderów, wielki koniuszy!
— Psi ha! — rzekł Słodkiewicz — koniuszy... psi ha!
— Jakkolwiek dom nasz i książąt udzielnych się nie powstydzi, — rzekł hrabia — ale mam kłopot z tymi Niemcami, bo to wymyślne, przywykłe do przepychu: ani temu dogodzić! A sług! a koni! Wiesz, panie Słodkiewicz, że Sylwan po niej weźmie jakie ze trzy miljony, nie licząc precjozów i sreber: jedynaczka! Postawił się wysoko: mają mu dać urząd przy dworze austriackim.
— No, no! — monosylabami tylko odzywając się, przerwał Słodkiewicz.
— Ależ mnie to kosztowało, — kończył hrabia — strach! nie uwierzyłbyś: te starania, ekwipaże, bale, liberje; co tylko miałem, tom w to włożył! To nie tak, jak u nas, polskich magnatów! Powiadam ci, że z pięćkroć w to wpakowałem.
— Ba, ba! — rzekł znowu sędzia — pięćkroć... parę wiosek!
— I to jeszcze pod same kontrakty! Zważaj pan, panie Słodkiewicz. A póki zrealizuję papiery banku londyńskiego i weksle na Amsterdam, któremi posag płacą, potrzeba na to z pół roku!
— Pfiu, pfiu, zapewne! — ogałuszony mówił sędzia, udając, że rozumie. — Londyn i Amsterdam, to gdzieś daleko!
— No! jużciż mam aż nadto na kontraktowe interesa, — dodał hrabia — ale niemniej mi trudno. Nie wiesz gdzie jakiej sumki? Wziąłbym na krótki termin.
— Nie wiem, — odparł sędzia — w ziemię się to gdzieś pochowało. Pieniędzy ani widać.
— Zły znak, gdy kapitały się kryją! Kapitały w ruchu, w ruchu być powinny!
— Tak! w ruchu, — potwierdził Słodkiewicz — zapewne, że w ruchu, koniecznie w ruchu. Na to one kapitały.
— A sam tam nie masz coś zapaśnego? Jakiego dziesiątka tysięcy rubli? coś w tym rodzaju?
— Tak dalece nie: człowiek w dorobku, — pośpieszył zafrasowany trochę sędzia — wszystko moje powkładałem, a odebrać trudno, dochody ciężkie.
— I masz słuszność! To tak jak ja, — zawołał hrabia szybko — co mam, zaraz w coś wkładam, niecierpię leżących pieniędzy.
Pomimo grzeczności, Słodkiewicz się rozśmiał; ale śmiech jego głupowaty był tego rodzaju, że go sobie, jak chcąc, tłumaczyć było można. Hrabia ciągnął dalej:
— Jak sądzisz: jakie będą kontrakty?
— Spodziewać się sanny — odparł niewinnie Słodkiewicz.
Dendera wkońcu niecierpliwić się zaczynał, nie wiedząc, czemu przypisać długą i uprzykrzoną wizytę i nie dochodząc jej celu.
— Co to jest? — rzekł w duchu — czego przyjechał i czego mi na karku siedzi? Może chce kupić którą wioskę?
Zaczął więc z innej beczki: ale i z tej się nie udało; a sędzia, do mroku tak wytrzymawszy hrabiego i wysłuchawszy jego przechwałek cierpliwie, odjechał nareszcie, nie dawszy mu się zbadać.
Bliższe przypatrzenie się Denderom, co było powinno zrazić zuchwałego Prometeusza, to mu jeszcze dodało odwagi. Daleko więcej się lękał, zajeżdżając przed ganek, niżeli gdy się ujrzał za bramą.
— Hrabia grzeczny, — mówił sobie — bardzo grzeczny! a jak przyjmował! I o córce nawet filut stary napomknął, to znaczy, że zwąchał odrazu, o co idzie. Jużciż po lichabym jechał, gdyby nie w swaty? Widoczna rzecz, że pójdzie jak po maśle: bylebym chciał, to się ożenię z hrabianką i pokażę temu kpu Smolińskiemu, że mnie stać i na taką żonę! Tylko, że to potrzeba będzie po francusku, po nowomodnemu koperczaki stroić; ale jakoś to będzie, niby to umizgi nie jedne na całym świecie. Cała rzecz umieć spojrzeć, rozśmiać się, odchrząknąć, przygarnąć, wziąć w kupę, w rączkę pocałować, a reszta plewa! Chybaby oszalała, żeby mnie nie chciała. Potrafię się znaleźć, potrafię. Moszko frak zrobi, rękawiczki kupię, kapelusz jest nienoszony: od sześciu lat dwa razym go miał. Nic nie braknie. U Icka konie kupię i pojadę, dalipan, pojadę! Niech zna Smoliński! Co to on sobie myśli, że ja na woskowanej posadzce języka w gębie zapomnę? Ale! ale! Pan Piotr Słodkiewicz!... żonaty z hrabianką Denderówną! Jaśnie Wielmożna Piotrowa z hrabiów Denderów, sędzina Słodkiewiczowa! Toby było pięknie! niczego! A to może być! jak Boga kocham, może być, bylebym chciał! O, o! mnie nie odmówią! Głupiby byli! Muszą dać! ho, ho! ja to wiem!
I marzył tak, jadąc na nejtyczance ku domowi, a co dalej, a co dłużej, to mocniej się upewniał tysiącem rozumowań, że powinien, może i musi starać się o hrabiankę. Gdyby nie Smoliński, myślby mu ta zapewne nie przyszła: teraz z głowy już jej sobie wybić nie umiał.



Cesia od przybycia swojego z Warszawy, a szczególniej od zerwania z Farurejem, niepodobna była do siebie: upokorzenie ją gryzło, niepowodzenie zabijało. Dręczyła się nie tak smutkiem, jak wielkim na świat gniewem.
Wacław żonaty! ona panną! ona dla niego już niczem i ani nadziei pomszczenia się nad człowiekiem, który śmiał ją odrzucić! Mylę się, miała zawsze nadzieję, miała myśli tysiączne; a zmuszona czekać z niemi i pory wyglądać, tem mocniej zapalała się chęcią postawienia na swojem. Z ustąpieniem Farureja plan pociągnienia kuzynka obudzeniem jego zazdrości upadł zupełnie; ale nie możnaż było znaleźć kogo innego? Wacław nie mógłże ostygnąć dla Frani? rozwieść się nawet z nią dla Cesi? Tysiączne na to były sposoby. Chodziło tylko o to, jak się znów zbliżyć do niego. Od powrotu Sylwana Denderów osmutniał jeszcze, a że młody hrabia wcześnie dał znać Wacławowi, żeby do wyzdrowienia żony jego nie przyjeżdżał, Wacław z Franią nie śpieszyli się z odwiedzinami: im tak dobrze było w Palniku! Brzozosia nawet, w niedostatku śpiżarni, kur, motków i swojego gospodarstwa, już sobie była zajęcie znalazła. Potrosze i dawniej lubiła leczyć wiejskich swoich znajomych, a teraz wyszła na zupełnego lekarza. Nie było niebezpieczeństwa, gdyż szczególniej ziół ku temu używała i w silniejsze się nie wdawała środki: a rumianek, mięta, kwiat lipowy, suszone poziomki i rumbarbarum składały jej ulubioną apteczkę. Ale zato z jaką to spełniała gorliwością, jak na każdej twarzy szukała oznak choroby, jak ją wmawiała niekiedy, żeby zaadministrować szklankę rumianku lub dobrą dozę senesu! Wedle jej pojęć, na nic innego chorować nie było można, tylko na żołądek; każdej słabości upatrywała w nim i najpilniej starała się o dobry byt tego „gospodarza“. Zakarmiała, poiła, okadzała, smarowała i tak jej z tem było dobrze, że wkońcu pozwoliła sobie wątpić, czy doktorowie są na świecie potrzebni.
— Wydrwigrosze, — mówiła, coraz nabierając śmiałości — a tak się na tem znają, jak koza na pieprzu! Aby żołądek był zdrów, to grunt! Dalipan! wszystko czmuty! Szklanka mięty albo rumianku. Pokomponowali nie wiedzieć jakie choroby i nazwiska! Tfu! czyste brednie! ludzi tylko durzą! Zapisze tam jakiegoś dyweldreku, to chorobę zrobi, choćby jej nie było! Jak zaczną temi kolumelami, temi mamoniakami kurować, pewno, że człowieka zdrowia zbawią. Święta to rzecz rumianek i lipowy kwiat. Czemu chłopi zdrowi? — Bo tych lekarstw i doktorów nie znają! Oj, dałabym im, dała!
Tak nowy sobie żywioł znalazłszy, Brzozosia w nim szukała zajęcia i przestała się nudzić, niekiedy tylko gderząc na Franię i Wacława, jeśli ich nie smutnymi, ale bodaj tylko więcej milczącymi zobaczyła.
— Dziękowalibyście Panu Bogu, — mówiła — kiedy wam dobrze; a co wam braknie? Chyba ptasiego mleka! Chyba gwiazdki z nieba czy kafelka z pieca się zachciało. Jedz, pij, ta popuszczaj pasa! Porzućcie bo ten głupi frasunek!
Dni upływały w Palniku jednostajne a szczęśliwe. Szczęście jednostajnem być musi: ono nie pojmuje, nie wygląda, nie pragnie zmiany i chroni się jej jak wroga. Nieraz najmniejsza okoliczność, grożąca zatruciem im chwil kilku, przestraszała Franię i Wacława. I nie zdziwim się, że zajeżdżający przed ganek powóz z Denderowa musiał zniepokoić oboje. Była to sama jedna Cesia, którą ciekawość, rozdrażnienie, może inne jakie uczucie, w głębi serca utajone, przywiodło wreszcie do Palnika, pod pozorem odwiedzenia państwa młodych. Widok tego tak do niepoznania przekształconego domku, świeżego, pięknego, smakownego, wywołał w niej zaraz uczucie zazdrości.
— I wszystko to — rzekła w duchu — dla jednej takiej Frani, która tego ani użyć, ani ocenić nie potrafi. Doprawdy Wacław jest śmieszny! Co też on tu porobił!
Zdziwienie większe opanowało ją jeszcze, gdy weszła do środka i zobaczyła ten przepych, pełen artystycznego wykończenia, którego wyobrażenia nie miała. W Denderowie wszystko było wspaniałe, kosztowne, bijące w oczy. Tu największy komfort łączył się z nieporównanym w wyborze smakiem, barwy były doskonale dobrane, wszystko jednoczyło się w udatną całość, zewsząd patrzała sztuka, z poza której nie widać już było tandety i rzemiosła. Cesia oceniła łatwo smak, z jakim domek w Palniku był urządzony i poczuła, że taki kątek milutki piękniejszy był od udawanego denderowskiego przepychu. Zamiast olbrzymiego zwierciadła w złoconych ramach, odbijającego nagą ścianę, wisiały tu śliczne, pełne myśli obrazy. Zamiast serwisów, porcelany i japońskich brzuchatych naczyń lub chińskich bałwanków, śliczne statuetki i grupy bronzowe.
— A! dobrze to być bogatym jak on! — zawołała do siebie. — Szczęśliwa ta Frania, ale czyż ona to czuje, pojmuje, rozumie?
Myliła się Cesia, sądząc, że jej niedostateczne wykształcenie dawało prawo do silniejszego lub trafniejszego uczucia sztuki. Ona bawiła się nią, jak cackiem kosztownem; naiwna i poczciwa Frania pojmowała sercem i odgadywała lepiej myśl, która ożywiała utwory artystów. Nieraz Wacław podziwiał, jak z tej dziewiczej duszy prostego dziecięcia wioski trysnął żywy promień pojęcia, jak, nic nie znając, wszystko uczuć i instynktem piękne odróżnić, porównać i wybrać umiała.
Wacław i Frania pośpieszyli przeciw gościowi z uprzejmą twarzą, ale z niepokojem w sercu. Zastali Cesię robiącą przegląd salonu.
— Jakże to tu u was ładnie! — odezwała się — jak znać wszędzie artystę! A co kwiatów, a co miłych drobnostek!
— Starałem się, — rzekł Wacław — żeby mi Frania za Wulką nie tęskniła.
— Wszak mam tu i Wulkę! — zawołała Frania. — O! trzeba Wacława, żeby tak o wszystkiem pamiętać!
To mówiąc, gosposia poprowadziła Cesię, by się jej swoim prostym pokoikiem pochwalić, a raczej przywiązaniem męża, który o tem pomyślał.
— Co za pomysł oryginalny! — zagryzając usta i zukosa wzrok rzucając na Wacława, uśmiechnęła się Cesia. — Mais c‘est charmant de contraste!
Nieznacznie tak Cesia obejrzała dom cały, mówiąc sobie:
— Mogłam mieć to wszystko i miłość jego w dodatku! mogłam... nie chciałam!
Uwodziła się biedna. Ten widok szczęścia współzawodniczki napawał ją goryczą. Udawała jednak wesołą i miłą, starała się zbliżyć do Frani. Wacław, który czuł w powietrzu jakieś niebezpieczeństwo, czuwał i nie odchodził od nich krokiem. Cesia dla niego była poufale czułą, serdeczną, zalotną, prawie do obudzenia zazdrości. Wszystko to wcześnie obrachowała, ale spokoju Frani naruszyć nie potrafiła; ta znowu nadto wierzyła w Wacława i zbyt go kochała, żeby posądzać mogła. Niepokój w uczuciu już jest złym zawsze znakiem. Kto wątpi o drugim, powątpiewa o sobie. Zazdrość jest zwiastunką zdrady. Przyszła do towarzystwa cała woniejąca apteczką Brzozosia, chmurnem okiem poglądając na pannę hrabiankę, ku której żadnej nie czuła sympatji. Cesia mówiła wiele, szczególniej o Denderowie, o Sylwanie, o jego żonie, o jej chorobie, badając, jakie to wrażenie czynić będzie na Wacławie.
— Wiesz, Franiu, jak niebezpiecznego masz męża? Biednej Sylwanowej tak głowę zawrócił, że przyjść do siebie nie może!
Mówiąc to, spojrzała na Franię, która zarumieniona siedziała, ale Frania po chwili zakłopotania odezwała się z uśmiechem:
— Przynajmniej ja się temu nie dziwuję!
— I nie jesteś zazdrosna?
— Nie! byłabym nią, gdybym choć na chwilę posądzić mogła Wacława. Ale cóż on winien, że dziwne podobieństwo jakieś naraziło go na tę przykrość... na tę boleść.
Cesia ruszyła ramionami.
— Zbyt jesteś dobra! O! ja na twojem miejscu byłabym bardzo zazdrosna. Sylwanowa, jak anioł, piękna, a mężczyźni, jak szatani, są zmienni.
— Nie wmówisz mi strachu, — odpowiedziała Frania — ale żal mi, żal serdeczny tej nieszczęśliwej kobiety! Ona tak kochać umiała.
— Ale w jakimże stanie przyjechała? — spytał Wacław. — Czy w istocie tak niebezpiecznie jest chora?
— Patrz, Franiu, jaki ciekawy! — rzuciła Cesia. — Bez żartu — dodała — pod wielką tajemnicą wam powiem, że źle jest bardzo: rumiana, świeża, wesoła, zdrowa na oko, ale... całkiem nieprzytomna. Nikt o tem nie wie, ale tak jest: biednego Sylwana nie poznaje... codzień się pyta o jego brata, codzień się go spodziewa i my go codzień obiecujemy.
Frania z niejaką obawą spojrzała na męża.
— Wyobraziła sobie, że nie z Sylwanem, ale z nim ślub wzięła! — zawołała Cesia. — Zmiłujcie się, tylko nikomu tego nie opowiadajcie: ojciec tak pragnie utaić to nieszczęście nasze!
Frania i Wacław posmutnieli.
— Ona szczęśliwa, — dorzuciła Cesia — ale my z nią?! Patrzeć na tę twarz uśmiechnioną, wesołą i ciągle wyglądającą przez okno tego, którego niema na świecie. Patrzeć na Sylwana, na ojca, na matkę, i co za przyszłość!
— Szczęściem, że choć pani długo na ten smutny widok poglądać nie będziesz. — odezwał się, usiłując rozmowę odwrócić, Wacław — wszak termin wesela się zbliża!
— Czyjego? — spytała Cesia, mimowolnie się rumieniąc.
— Twojego z marszałkiem?
— Ja zamąż nie idę! — trochę gniewnie ofuknęła się hrabianka. — Stary mój narzeczony był tak łaskaw, że mnie od danego uwolnił słowa... O! starałam się też o to! Jestem wolna jak ptaszek, — dodała, śmiejąc się z przymusem — choć ojciec mocno się gniewał!
— Przepraszam, że o tem wspomniałem, — odezwał się Wacław — alem doprawdy o niczem nie wiedział.
— Wielką mi tem sprawiłeś przyjemność, — odpowiedziała Cesia, usiłując okazać wesołość — byłabym się i sama pochwaliła oswobodzeniem. Miałam go dosyć! ale na chwilę uległam naleganiu ojca, nie mogąc mu się oprzeć.
Chwilę trwało przykre milczenie: przedmioty rozmowy się wyczerpały. Cesia tylko, nie spuszczając celu z oka, rzucała tu i owdzie kąsającem lub mogącem niepokój wywołać słowem. Widok tego szczęścia, tej swobody, tego wesela, jak zgryzota, ją męczył.
— A! jak oni szczęśliwi! — powtarzała w duchu — jak Frania się obyła z tą atmosferą zbytku i dostatków, jak nic zachmurzyć ich nie może! A Wacław! niegodny! żadne wspomnienie nie zostało w jego piersi!... Ha, poczekam! przyjdzie kolej i na mnie. A teraz... trzeba się poprzyjaźnić, zbliżyć, serdecznie do Frani przywiązać.
Ostatni projekt poczęła od pierwszych tych odwiedzin przyprowadzać do skutku Cesia. Czuła była dla Frani, serdeczna nawet dla Brzozosi, którą sobie ująć potrafiła, bratersko-poufała z Wacławem, kryjącym w sobie jakąś obawę, jakieś przeczucie, ale wstydzącym się zarazem podejrzeń, którym oprzeć się nie mógł. Rzuciwszy ziarna, mające później plon wydać, Cesia, nareszcie obejrzawszy wszystko, znalazłszy jakiś dobry powód powtórzenia wkrótce bytności w Palniku, odjechała, przykre po sobie zostawiając wrażenie. Jakkolwiek Frania wierzyła mężowi, ciężko jej było pomyśleć, że ktoś inny na świecie tak do szaleństwa, jeśli nie jego, to obraz jego pokochał; smutno jej było z tą myślą podziału, Cesia umiała różnemi sposoby wywołać niepokój z jej duszy. Wacław także posmutniał, przez litość, ze strachu, bo widział w bliższych z Cesią stosunkach groźbę dla swojej przyszłości.
Musiał przestrzec Franię i wylać przed nią obawy serca. Brzozosia, trochę ciekawa, niepotrzebnie go podsłuchała, a wytrzymać nie mogąc, gdy na Cesię narzekał, wsunęła się do pokoju.
— Jużto pozwól sobie pan powiedzieć, — odezwała się — że nie wiedzieć bo czego obawiacie się tej hrabianki: taż to jakieś dobre stworzenie! a taka grzeczna! a taka wesoła! Coście to do niej upatrzyli?
— Kochana panno ciwunówno, ja ją znam dawno: nic nie szkodzi być ostrożnym.
— Ale dałbyś pan pokój! ot i dobrze, że się ona tu do nas zbliżyła: czasem, dalibóg, u nas nudno; przynajmniej przywiezie z sobą świeżego powietrza, pogada, pośmieje się, pożartuje. Ktoby się tam jej obawiał! A co ona nam zrobi? Ciekawam!
Wacław się rozśmiał, Frania także.
— Jużciż was nie poróżni: a co jej z tego? Strach niepotrzebny: pluńcie i porzućcie.
Nietyle słuchając rady panny ciwunówny, ile pewni serc swoich, Frania i Wacław uścisnęli się w milczeniu, a Brzozosia poklasnęła jak zawsze tej oznace czułości: bardzo bowiem lubiła serdeczność między małżonkami.
— Ot, tak! to co innego! — zawołała. — Na psa urok! Kiedy się kochać będziecie, co wam kto zrobi, ciekawam? A tobym im oczy wydrapała! I taki się wam przywidziało, że ona wam źle życzy: ktoby Frani i Wacława nie kochał, toby był wart piekła!



Gdy tak jednostajnym trybem życie płynie w Palniku i w Denderowie, hrabia Zygmunt-August przysposabia się do kontraktów, namyślając się, czy mu wypadnie zachorować mocno lub nie na nadchodzący termin, gdy Sylwan szuka rozrywki w myślistwie i odnawia stare w garderobie hrabiny znajomości, Cesia snuje czarną przędzę przyszłości, a Ewelina w oknie wygląda przybycia męża, baron odjechał na czas jakiś do Galicji, a hrabina Eugenja zaczytuje się w romansach, z których już w życiu żadnego nie zrobi użytku, — pan sędzia Słodkiewicz niepomału myśleć zaczął o staraniu się o rękę Ceci. Ciągle sobie powtarzał:
— Co temu Smolińskiemu w głowie: jak zechcę, to się ożenię. Mam tysiąc dusz! Mam tysiąc dusz!
Wmówiwszy sobie, że to się udać może, sędzia jął się odważnie do przygotowań; a choć z rublem bardzo mu się było przykro rozstawać, zajrzał do woreczka, odżałował i począł ekwipowanie.
Wiedział tyle, że się w starym fraku i bryczką starać o hrabiankę nie wypadało. Oddajmy mu tę sprawiedliwość, że odważnem okiem spojrzał w przepaść wydatków, sobie dotąd nieznanych, a dziś nieuchronnych i koniecznych. Człowiekowi, który chodził w kożuszku i jeździł bryczyną, takie mnóstwo rzeczy potrzeba było! Kupił konie, koczyk, szory, przyjął służącego, a Moszka sprowadziwszy, przez tydzień się z nowego i starego obszywał, pewien, że wystąpi nadzwyczaj elegancko. Szczególniej rachował na jeden frak granatowy z guzikami żółtemi, który nazywał bon ton, i na granatową także z nadzwyczaj bogatemi wyszywaniami węgierkę, do której same potrzeby do dwóchset złotych kosztowały. Rękawiczki białe zamszowe wyprano tylko, buty zrobiono na miejscu, zwłaszcza że szewc mu się zaklął, że je po warszawsku potrafi uszyć. Ubrawszy się dla próby, Słodkiewicz, który się nigdy jeszcze tak pięknym nie widział, uśmiechnął się do lusterka.
— Frysz chłopak! Tysiąc dusz! Zobaczymy! — mruknął do siebie. — Znaj, panie Smoliński!
Nazajutrz, wybrawszy się uroczyście, ruszył do Denderowa: w drodze namyślał się już tylko, jak począć. Dwoistą miał przed sobą ścieżkę, a nie wiedział, której się jąć było bezpieczniej: czy pannę w śmierć rozkochać, czy starą fozą naprzód o pozwolenie starania prosić hrabiego. Słyszał, że po świecie i w ten, i w inny sposób się to odbywało.
— Pannę zobaczę: bo jużciż na ludzkie gadania spuścić się nie mogę; a nuż krzywa? To się trafia. Nawet powiadają, że to teraz tak bestje gorsetami sztukują, że ani dojrzeć; ale ja mam oko! ho, ho! Jeśli mi się spodoba, powiem hrabiemu: ot, tak, jasno, pięknie, wyraźnie. A co mam taić?
Zajechawszy do pałacu przed samym obiadem, Słodkiewicz zastał w sali kilka osób gości: hrabinę, hrabiankę i starego Denderę. Wpadł do pokoju, nadając sobie najniezgrabniej minę, jaka mu się zdawała do ubrania najstosowniejszą: głowa do góry, czub wgórę, piersi nieco naprzód, ręka lewa, zaokrąglona zręcznie, utrzymywała kapelusz odświeżony, nogi nieco wtył, usta uśmiechały się, oczki mrużyły, a pewność siebie nadawała mu piętno tak wysokiej śmieszności, że zebrani goście, gdy wszedł, o mało nie parsknęli. Sylwan, nie żenując się wcale, poczynał go zaraz przy powitaniu, jak ciekawe zwierzę, ze wszystkich stron oglądać. Stary hrabia szukał po głowie, coby go tak często sprowadzać mogło, a że mu nic nie był winien, domyśleć się nie umiał.
Słodkiewicz, choć kilka razy mocno się na posadzce pośliznął, parę razy kapelusz upuścił, zębami rękawiczki zdjąwszy, zasiadł w fotelu przy hrabiance.
Byłby nawet rozpoczął niezwłocznie rozmowę, rzucając się śmiało w odmęt konkurów, gdyby sprężyny krzesła, do których nie był przywykły, nie zrobiły mu w początku trochę niepokoju. Obejrzał się kilka razy, czy mu kto figla nie płata, czując się podniesionym do góry, popróbował uniknąć tej wygody i, ruszywszy ramionami, obrócił się do Cesi.
Gdyby nie smutek i gniew w duszy, hrabianka dawnoby nieocenionego oryginała prowincjonalnego wzięła za cel żartów. Ale teraz nie miała do nich ochoty. Ona i Sylwan spoglądali tylko na siebie, jakby ubolewając, że interesa ojcowskie takie im sprowadzają figury. Pomimo że Słodkiewicz łatwą sobie wyobrażał rozmowę z pannami, gdy przyszło do Cesi się odezwać, nie wiedział, od czego zacząć.
— Jak na początek wiosny, porę mamy niczego! — rzeki nareszcie, sądząc, że to dalej pójdzie.
— Co? — spytała Cesia.
Potrzeba powtórzenia po raz drugi tego zdania zmieszała Słodkiewicza; ale śmiało, walcząc za prawdę, aksjomat swój wyrzekł powtórnie.
— W istocie! — odpowiedziała Cesia — ale czyż to już początek wiosny?
Sędzia, który nie pojmował życia bez kalendarza, zgorszył się zapytaniem.
— A jakże, — rzekł — taż tylko co nie widać, jak skowronek zaśpiewa.
Skowronka wyraźnie umieścił, jako istotę mogącą wprowadzić rozmowę na tor poetyczniejszy.
— Ale djable ładna! — rzekł w duchu. — Trochę blada! Niczego! niczego: toby się poprawiło!
— A ja myślałam, że to jeszcze zima, — odpowiedziała Cesia, ziewając — u nas zima trwa od lata do lata. Tak chłodno — wstrząsnęła się.
Słodkiewicz nie zrozumiał.
— Bredzi! — rzekł w duchu — czy tak jej edukacji nie dali, że o wiośnie i jesieni nie wie? A to dziwna rzecz, a po francusku szwargocze!... — Pani się zapewne zajmuje ogrodem, gospodarstwem?
— Ja? Gospodarstwem? — śmiejąc się, zawołała Cesia — a toby było przedziwne!
— To jest gospodarstwem ogrodowem! — dorzucił sędzia.
— Dość lubię kwiatki — miarkując się, odpowiedziała hrabianka. — A pan?
— Ja także! bardzo! Mam nawet w jednym folwarku bardzo ładne astry, które mi się dostały remanentem i grosza nie kosztują... A! i piwonje! Ale mi zawsze dziewczęta pozrywają.
— Szczególniej szkoda piwonij, — żartując, odezwała się Cesia — pan musisz je lubić?
— A jakże! — odparł Słodkiewicz. — Choć to tam, my gospodarze, nieżonaci!
— To pan jesteś nieżonaty? Do tej pory nieżonaty? — spytała niby zdziwiona Cesia.
— Nie miałem czasu, — rzekł sędzia — proszę hrabianki: ta to tysiąc dusz na mojej głowie, gospodarstwo; a chcąc się żenić, to wiele zabiera czasu.
— Pan masz tysiąc dusz?
— Tysiąc jedenaście płci męskiej, tysiąc dwadzieścia i trzy żeńskich, trzy piękne folwarki, gorzelnia.
— Proszę pana i dotąd nieżonaty! — zawołała Cesia, żartując tak serjo, że Słodkiewicz, ujęty łatwością rozmowy, ani się domyślał, że z niego nielitościwie drwiła.
— Już też, proszę hrabianki, — rzekł uczuciowo Słodkiewicz — czuję codzień więcej potrzebę starania się o dozgonną towarzyszkę życia. Smutno mi, tęskno samemu — westchnął, westchnęła i hrabianka.
Sędzia się ośmielił.
— Bylebym mógł znaleźć kogo, coby mi się podobał.
— I komubyś pan się podobał — dodała Cesia.
— A tak! — poprawił się Słodkiewicz.
— Choć to sympatje bywają zwykle wzajemne — mówiła nielitościwa panienka.
— Bywają wzajemne — powtórzył sędzia, dziwiąc się, jak szło gładko. — No! tobym się zaraz ożenił. Domu nie mam, ale toby się zrestaurowało. A reszta, aby pieniądze! aby pieniądze! Czy nie za daleko zajechałem? — spytał się w duchu sam siebie. — Ale mnie widocznie ośmiela.
— Ja pana poswatam! — odezwała się Cesia, której na myśl przyszło nastręczyć mu pannę ciwunównę.
Rozśmiał się Słodkiewicz z ukłonem, ale wtem hrabia, który się nie bez przyczyny obawiał, żeby córka nie posunęła się za daleko w swych żartach, ujął za rękę i odprowadził sędziego.
Przy obiedzie potrzeba było wielkiej wstrzemięźliwości, żeby się nie śmiać z nieszczęśliwego pana Piotra, który na potrawy patrzał ze zdumieniem i nie dawał sobie rady z niemi, póki go przykład nie nauczył, co czynić wypadało. Nakońcu, gdy wodę do ust podano, wychylił ciepłej filiżankę całą, a Sylwan parsknął; ale krzesła wstających zaszumiały i nikt tego nie słyszał. Zapach cytrynowej skórki uwiódł tak niebacznego!
Na cygara poszli do oficyny. Sylwan swoich gości do siebie zaprosił, a hrabia, zawsze podejrzewając jeszcze Słodkiewicza o jakiś interes, poprowadził go z sobą, ażeby się zbyć co prędzej.
Wypiwszy kilka kieliszków wina, trochę weselszy i śmielszy daleko, sędzia szedł z mocnem postanowieniem proszenia hrabiego, aby mu o rękę córki starać się dozwolił. Podano fajki i Dendera się zamyślił. Słodkiewicz coś opowiadał, coraz to swoje tysiąc dusz wspominając nawiasowo. Wreszcie wstał i, na jednej przechylając się nodze, zagaił sprawę:
— Jaśnie wielmożny hrabia pozwoli mi... to jest... tyle mając szacunku dla ich domu... wedle starego zwyczaju... silne przekonanie... chociaż przed sobą nie taję... byłoby dla mnie wielce zaszczytnem...
Słodkiewicz, tak zwykle wymowny i przytomny, nie wiem, skutkiem wina czy ciepłej wody, tak się zmieszał, że chcąc powiedzieć jakoś wszystko razem, nie powiedział nic wcale.
Hrabia rozśmiał się dobrodusznie: pochlebiało mu bowiem zmieszanie szlachcica przed jego obliczem, a nie domyślał się jeszcze, o co chodziło.
— No, mój kochany panie Słodkiewicz, — rzekł tonem protekcjonalnym — śmielej, śmielej. Cóż chcesz?
— To jest, — począł drugim nawrotem Słodkiewicz — że jabym chciał się żenić.
— A czemuż nie! Bardzo dobrze! — zaśmiał się hrabia.
— Tysiąc dusz! To piękna rzecz. I kapitały!
— I kapitały! I to rzecz bardzo piękna.
— Czas wreszcie o postanowieniu pomyśleć.
— Łysina przypomina! — rzekł, uśmiechając się, hrabia. — Choć jej jeszcze masz mało, ale sama pora!
— Człowiek pragnąłby wziąć co z dobrego domu.
— Naturalnie — poparł hrabia, nie wiedząc jeszcze, do czego sędzia zmierza. — Krew! krew! to grunt!
— I gdybyś JW. pan był łaskaw, — omylił się Słodkiewicz — a pozwolił mi starać się...
— O kogo? — niespokojnie spytał Dendera.
— O hrabiankę! — rzekł wreszcie Słodkiewicz.
— O moją córkę! — wykrzyknął hrabia — o moją córkę!
I twarz jego, dziwnie zmieniona na chwilę, skrzywiła się śmiechem szyderskim, którym wybuchnął, kładąc się na krzesło i trzymając za boki.
— O moją córkę! Pan Słodkiewicz! O moją córkę! A! to przedziwne! to nieoszacowane! to doskonałe! to wyborne!
Sędzia stał osłupiały, spadłszy odrazu z trzeciego piętra.
Hrabia śmiał się i śmiał, nie mogąc powstrzymać, ale z oczu jego zaiskrzonych gniew buchał: pomiarkował się nareszcie, przyszedł do siebie i zbliżył się do Słodkiewicza:
— Mój panie Słodkiewicz, skąd ci taka myśl przyjść mogła? Przyznaj się, ktoś ci ją poddać musiał?
— Ale ja mam tysiąc dusz, — odezwał się obrażony — cóż to? dlaczegóżbym... co to ja gorszego?
— Mój drogi, na Boga, nie chcę cię na śmiech wystawiać, ale to coś tak dziwnego, że nie wiem, jak ci to na myśl przyjść mogło! Jesteś sobie sędzia Słodkiewicz, masz tysiąc dusz, masz kapitały, wszystko to wybornie; ale ażeby sięgnąć do hrabianki Denderówny — daleko! Znam twoje pochodzenie (sędzia się zaczerwienił), wiem jak przypadłeś do grosza; jużciż to śmieszna, moje serce, pretensja, chcieć ci się bratać ze mną! Nikomu nie powiem, żeś taką niedorzeczność popełnił; ale sam widzisz, że to śmieszna pretensja.
Gdy to mówił hrabia, Słodkiewicz miał czas i rozgniewać, i zebrać na odpowiedź.
— Panie hrabio, — rzekł — jestem szlachcic, mam majątek. Zdaje mi się, że nie powinienem był obrazić pana, myśląc o jego córce.
— Ale zmiłujże się! pomiarkuj! Tobie chcieć się łączyć z familją historyczną w chwili, gdy Denderowie połączyli się z całą magnaterją austrjacką.
— No, to i ja jestem magnat, choć nie austrjacki! — zawołał Słodkiewicz. — Niebardzo się też tego szczęścia będę napierał! Mnie te apostoły niepotrzebne.
Wziął za kapelusz. Hrabia postąpił krok.
— Nie gniewajże się, mój Słodkiewicz, — rzekł protekcjonalnie — jak się zreflektujesz, sam osądzisz, żeś zrobił głupstwo. Cesia ci się podobać mogła, no! ale to wysokie progi, na twoje nogi!
— Wysokie progi — z ukłonem wynosząc się szybko za drzwi, mruknął Słodkiewicz. — Wysokie progi! Tak, tak! No, no! zobaczymy, czy ich nie potrafimy ociosać! Czekaj, stary! Chyba żyć nie będę, to ci to podaruję! Łajdak Smoliński!
To mówiąc, w największym gniewie z Denderowa odjechał.



Hrabia siedział sam jeden i rachował: wielki aktor nie zrzucał do ostatka ubioru swej roli i, konanie czując w duszy, dogrywał, jak rozpoczął, z pogodną twarzą nieszczęsnej sceny swego życia. Wszystko się rwało, niszczało w jego rękach, psuło się, nikło: za późno postrzegł, że nikogo prócz siebie nie potrafił oszukać. Świat oddawał mu jeszcze jakąś cześć obojętną, nałogową; ale już z wejrzeń jego miarkować było łatwo, że uśmiech szyderski w każdym się skrywał ukłonie: słuchano, gdy się chwalił, ale kłamstwa przekwitały bezowocowo. Pomimo rozgłaszań o skarbach i nadziejach synowej, wierzyciele cisnęli się wszystkiemi drzwiami: brakło nareszcie wymysłu, środków nowych i Dendera widział się, jak zwierz przyparty do drzewa, oskoczony psami, zmuszony bronić się tylko z instynktu bez nadziei ocalenia. Sto razy rozpoczynał rachunek i po stokroć dochodził do jednego wypadku: z całej fortuny, mozolnie dźwigniętej do kolosalnych rozmiarów, zostawało zero okrągłe. W najszczęśliwszych przypuszczeniach mogło się ocalić jakie sto, półtorakroć sto tysięcy, lecz czemże to było dla hrabiego Dendery?
Wszystko go zawiodło: przyjaciele, ożenienie syna, Wacław, córka, a co najgorzej własne rachuby. Kłamać już zaczynał sam sobie, dodając ducha, ale czuł, że to do niczego nie prowadzi.
Po odprawieniu Słodkiewicza, hrabia dni kilka wydychać go nie mógł: nie powiedział nikomu o tem, ale był boleśnie dotknięty.
— Słodkiewicz do Cesi! — powtarzał. — Jakże nisko upaść musiałem, kiedy ten dorobkiewicz, syn jakiegoś Kozaka, śmiał pomyśleć o mojem dziecięciu! Padam ofiarą mojej dobroduszności, — dodawał, grając przed samym sobą komedję jeszcze — nie popełniłem żadnej nieuczciwości i to mnie zgubiło! Na świecie wiedzie się tylko łotrom, prostą drogą idąc, nie można się spodziewać zajść daleko. Przecież Wacław, dla którego uczyniłem tyle, — rzekł sobie Dendera, będąc pewien, że dlań istotnie wiele zrobił — powinien mi dopomóc. Krew nasza, ma miljony, ocalić mnie musi: potrzeba mu się przyznać, niech ratuje...
Namyśliwszy się, że ściśnionem sercem ruszył do Palnika Zygmunt-August, gdzie dotąd okoliczności różne być mu nie dozwoliły. I on na widok cichego szczęścia wśród dostatku uczuł to ściśnienie serca, którego doznała Cesia, które nieraz goryczą napełniało Sylwana, gdy o Wacławie myślał. Nie brak mu było grzeczności, nie stracił ani humoru, ani przytomności umysłu: chwalił, zalecał się, gosposię w ręce całował. Wreszcie, wysypawszy pochlebstw bezliku na wszystkie strony, wziął Wacława do jego pokoju.
— Słuchaj, — rzekł do niego, gdy pozostali sami — niespodziana tu przywodzi mnie potrzeba: w ręku twoim los naszej rodziny. Nie będę kłamał przed tobą, jestem zrujnowany... ratuj... ratuj honor rodu!
Wacław zbladł, zaskoczony tak znienacka, zamyślił się, ale doświadczenie kazało mu być ostrożnym.
— A posag Sylwanowej? — zapytał.
— Zmyślenie, — rzekł Dendera — pensję jej dano, nie posag. Konfiskata klucza Słomnickiego, nieurodzaje, spekulacje, w które mnie wplątał Smoliński, nareszcie moja własna dobroduszność i zbytek delikatności stawiają mnie dziś nad brzegiem przepaści.
— Ale czemże ja hrabiego poratować mogę? — otwarcie rzekł Wacław. — Nie jestem w stanie dać mu majątku, chybabym sam się go wyrzekł. Przyszłość własna, dziś z losem żony spojona, nie dozwala mi ofiar, na jakiebym się zdobył może, nie mając obowiązków. Sylwan i tak mi jest dłużny, co miałem, tom użył na kupno papierów, ulokowałem w bankach lub rozporządziłem tem ostatecznie.
— Ja wiele nie żądam, — rzekł hrabia — często jeden szczęśliwy obrót postawić może na nogi człowieka. Sylwan mnie zrujnował, kontrakty pod bokiem, a grosza nie mam w kasie.
— Jakież są żądania hrabiego? — spytał Wacław.
— Nadzwyczaj skromne, — odpowiedział Dendera — weźmiesz u mnie Ciemiernę w dwóchkroć lub skwitujesz mnie z tej sumy przed aktami, zaspokajając się honorowym skryptem prywatnym.
— Ciemierna może niewarta tyle, ale...
— Zmiłuj się, dla ciebie warta!
— Biorę więc Ciemiernę, — rzekł Wacław — nie patrząc i nie targując. Jest to grosz Frani, ale ja jej, co tu straci, zapewnię z mojego.
Hrabia ścisnął go za rękę z uczuciem, pierwszy raz w życiu postrzegłszy, że gdzie podstępna komedja na nic się nie przydała, tam otwarte postępowanie doprowadziło go wprost do celu, bez mozołu i zabiegów.
— I pożyczysz mi sto tysięcy gotówką — dodał Dendera, widząc, że z Wacławem szło tak łatwo.
— Nie mam ich...
— Nie masz? no! to mniejsza: o Ciemiernę kończym jutro, pójdzie echo, to mi w interesach pomoże.
— Rzecz skończona.
Z rozweseloną twarzą stary frant powrócił do domu. Znowu rozpoczął rachunki i już widział w nich większą dźwignienia się nadzieję. Przyszła mu na dobitkę myśl szczęśliwa szukania dóbr do nabycia dla Sylwana.
— Poślę po Smolińskiego, — rzekł — to papla, a głupi: przez niego się rozniesie, że majątek chcę kupić i ludzie mi się będą prosić z kapitałami, ale u nikogo nie wezmę! nie wezmę! Powiem, że z pieniędzmi nie mam i tak co robić!
Natychmiast więc konny kozak ze dworu z bilecikiem pojechał do Smoły, a dawny rządca i pełnomocnik, ciekawy, poco tam mógł być potrzebny, pośpieszył do pryncypała.
— A co, Smoło! — zawołał na niego hrabia, przybierając twarz rozweseloną — ani się domyślasz, co się święci! Choć cię dobrze znam i wiem, żeś kręciel...
Smoliński się ukłonił.
— Zbytek łaski pańskiej.
— No, no! nie żartuję, że się bez ciebie obejść nie potrafię. Słuchajno! nie wiesz jakich znacznych dóbr na sprzedaż?
Smoliński wielkie wytrzeszczył oczy i uszom nie chciał wierzyć. Hrabia tymczasem bajkę jak najprawdopodobniej w głowie układał.
— Bo widzisz, — rzekł pocichu — z tymi Hormeyerami to jak z Żydami sprawa: mówię o teściu Sylwana. Bogate to, na miljonach siedzi, ale gdzieś zwąchali, że moje interesa zawikłane...
— Istotnie trochę zawikłane — szepnął Smoliński.
— I posagu mi dać nie chcą, aż go zaraz na kupionej ziemi im nie zahipotekuję. Patrz, jacy rozumni. Nie w ciemię ich bito!
— No, no! — trochę niedowierzając, ale kombinując w głowie okoliczności, zawołał Smoliński. — A dużych to dóbr potrzeba?
— Na półtorakroć sto tysięcy rubli. Widzisz, Smoło kochany, głupi oni są: bo byle im ewikcja, dadzą potem plenipotencję Sylwanowi, wsuniemy im pozwolenie wzięcia w banku i ja się zaraz pożywię.
Smoliński, który tak całkowitego, olbrzymiego kłamstwa nie przypuszczał, spojrzał w oczy hrabiemu i chciał z nich na mocy dawnej znajomości wyczytać, czy to być mogła prawda; ale Dendera tak mu się zamaskował, że Smoliński wkońcu dał się uwieść i w głowę się poskrobał.
— Toby się upiekło ślicznie! — rzekł.
— I upiecze się, — podchwyci! hrabia — tylko mi co wyszukaj: dam ci porękawiczne po rublu z duszy; a prędko, a gładko.
Smoliński się ukłonił, obietnica dobiła go.
— Ja zaraz szperać pocznę, czy się co nie trafi — rzekł. — Ale, ale... — zająknął się.
— No, co tam za „ale“.
— Już kiedy tak, to się taić nie będę.
— A cóż tam za tajemnicę masz zanadrą?
— Pan hrabia znasz Słodkiewicza? — rzekł po przestanku eks-rządca.
— Znam go trochę.
— Nie wiem, co on tam ma do hrabiego.
Dendera śmiać się zaczął.
— Co ma, to ma: mnie to wiedzieć. A cóż?
— Ten łotra kawał spiknął się na pana hrabiego.
— On! jak?
— Wszak on długi nabywa na Denderowie i przysiągł, że do licytacji doprowadzi!
Hrabia pobladł.
— Długi na Denderowie! — zawołał. — Ja płacę każdemu, kto zażąda! Mam w kasie sto tysięcy, na kontrakta Wacław mi dał weksel do swego bankiera bez ograniczenia: któż śmie zbywać moje długi!
— Wszyscy je zbywają...
Hrabia zmieszał się jeszcze bardziej.
— Jakto, już nabył?
— Przeszło półtorakroć: dziś pojechali do Palnika.
— Co? do Wacława?
— Tak jest i te dwakroć chce kupić.
— To rzecz skończona: dałem mu Ciemiernę.
— W dwóchkroć? — spytał Smoliński, uśmiechając się.
— A co myślisz: wziął w dwóchkroć i jeszcze podziękował! Głupi! kapitalnie głupi: trzeba tylko wiedzieć, jak z nim gadać!
— Jak Boga kocham, — zawołał eks-rządca — z hrabią niema co się borykać! Sto razy było kuso, zawsze JW. pan staniesz na nogi!
Dendera uderzył się w czoło.
— Bo głowa jest! — rzekł dumnie. — Ale mów mi o tym przeklętym Słodkiewiczu... Nie możnaby na niego użyć jakiego środka... to łajdak... To mnie mocno niepokoi: gotów mi szyki pomieszać... Spłacę go, to prawda, ale zawsze to mi zrobi różnicę... Nie możnaby?...
— Nic nie można, — odparł Smoliński — zaprzysiągł się, że choćby miał stracić kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy rubli, na swojem postawi.
— Czegóż on chce? — spytał hrabia, mieszając się coraz bardziej.
— Albo ja wiem? — ruszając ramionami, szepnął Smoliński.
Dendera żywo zaczął się przechadzać po pokoju, aby pokryć niespokojność, która go opanowała.
— Słuchajno! — rzekł do Smolińskiego. — Ty wiesz, o co poszło temu...
Smoliński się rozśmiał i usta zakrył.
— A, francie, wiedziałeś o wszystkiem!
— I wyprorokowałem, co z tego będzie...
— Ale bo mnie ten twój Słodkiewicz nie zrozumiał: rozgniewał się, poleciał... Słuchaj, — pocichu począł, zbliżając się do niego — powiedz mu, niech do mnie przyjedzie, możemy się porozumieć, pogadamy... coś... A teraz żegnam cię, Smoło, — zakończył Dendera, czując, że dłużej ukryć nie potrafi wzruszenia — pamiętaj, o co cię prosiłem... pamiętaj...
Eks-rządca cicho wyniósł się za drzwi.
Jak tylko wyszedł, Dendera padł na kanapę, sił mu już brakło do walki. Strach paniczny, strach jakiś przeczuciowy wstrząsać nim począł: chwycił się za głowę, ściął zęby i nieruchomy, jak wkuty, pozostał w niemej rozpaczy. Kilka godzin upłynęło, nim przyjść potrafił do siebie. Być zmuszonym, jemu! traktować ze Słodkiewiczem, gburowi dozwolić starać się o rękę córki! poświęcić dumę rodową i arystokracyjne swe pretensje obawie ruiny! Tego hrabia przenieść nie mógł, czuł się tak upokorzony, tak zgnieciony, że śmierci zapragnął.
— Ha! dziej się wola Boża! — zawołał, dźwigając się sił ostatkiem. — Nie pierwszy to ja, nie ostatni na coś podobnego zgodzić się muszę... Niech się osioł stara: ugłaszczę go, ale wprzód umrę, nim pozwolę na to, żeby gbur ów sięgnął po rękę Cesi... Ja nie wiem, co za nieszczęście wplątało się w losy nasze: pijmy czarę do dna, choć niezasłużoną!
Nazajutrz potwierdziła się nowina, udzielona przez Smolińskiego: hrabia posłał od siebie dla dowiadywania się o nabyciach i przekonał się, że korzystając z czasu, sędzia pokupował co najniebezpieczniejszych jego wierzycieli. Złowroga cisza panowała nad Denderowem: nikt nie dokuczał, ale widmo Słodkiewicza z obligami w ręku stało wciąż groźne przed oczyma hrabiego we śnie i na jawie. Czekał niecierpliwie skutku narady ze Smolińskim, przybycia nieprzyjaciela, a nic nie widać było... Nareszcie po kilkotygodniowem oczekiwaniu zjawił się eks-rządca, ale sam jeden. Hrabia tak był niecierpliwy, tak stracił ostrożność swą zwyczajną, że przeciw niemu do sieni wyleciał.
— A co, Smoło? — zapytał, miarkując się i poczynając od mniej ważnego. — Jest jaki majątek?
— Majątek się znajdzie, byle pieniądze — odparł Smoliński.
— Masz co?
— Będzie Hulajkowszczyzna, 800 dusz; Przeręby, dusz 500, Siemionówka...
— Ale to wszystko małe! — wykrzyknął hrabia, czekając, czy sam Smoliński nie powie co o Słodkiewiczu; a widząc, że ust nie otwiera, wostatku sam zagadnął. — No! a Słodkiewicz? widziałeś go?
— A, widziałem! — pocichu odparł Smoliński.
— Kiedyż przyjedzie?
— On bo nie myśli przyjechać — pocichu rzekł eks-rządca.
— Jakto? dlaczego?
Przykro się widać było Smole tłumaczyć: skrzywił się, począł czmychać.
— At! ani chce słuchać! — wybąknął.
— Prosić trzeba pana Słodkiewicza! — wybuchnął z gniewem hrabia — i nie raczy... ha! ha!
— To głupi człowiek! — rzekł Smoliński.
— Widać to, niema co i mówić; ale nie szczędź mnie waćpan, mów, jak to było?
— A cóż, JW. hrabio, — ozwał się stary wyga — pojechałem do niego wprost z Denderowa, pragnąc jak zawsze służyć panu; zrazu nie chciałem go wbijać w dumę i tak kołowałem, chcąc się dowiedzieć, co on sobie myśli. Ale i nic gadać z nim, szkoda gęby... Zajadł się, zaklął. Już słyszę do 40.000 rubli nabył.
— Oszalał! — krzyknął hrabia — nieprawnie!
— O! on formy wie. Wziął przelewy legalne i powiada, że jak pieniędzy na termin nie odbierze, proces wytacza i do licytacji Denderów doprowadzi.
Rozśmiał się hrabia, ale cicho, ale niezręcznie, ostatkiem siły. Smoliński spojrzał tylko i przeczytał w jego twarzy — ruinę.
— Powiedzże mu, jeśli się z nim zobaczysz, mój kochany Smoło, — odzyskując przytomność, rzekł hrabia — że z niego kpię i prosiłem cię, żebyś mu to powiedział.



Gdy się ta burza gotuje na Denderów, życie w nim na włos się nie zmieniło, nie zmniejszyła wystawa; a dla zdaleka patrzących hrabia był zawsze owym wielkim panem, co dawał bale i gasił przepychem całe sąsiedztwo. Dla gości miał twarz wesołą, w salonie zdawał się miljonerem, mówił o groszu z pogardą i dalekie osnuwał projekta, jutra nie będąc pewien. Sąsiedzi, ciekawi poznać młodą hrabinę, zjeżdżali się tłumnie, pokazywano im ją niekiedy, ale z niezmierną sztuką i staraniem, żeby się przed nimi z jej obłąkaniem nie wydać. Zwykle Sylwan szukał powodu, żeby nie być w salonie. Ewelinę wprowadzano w dobry humor, a gdy mówiła o mężu, wszystkim się zdawać mogło, że wspomina o Sylwanie. Zresztą Cesia i hrabina tak jej słowa tłumaczyły, że nikt w nich nie widział nic niezrozumiałego i nie domyślano się, co to szczęście kryło w sobie łez i przekleństw, strapień i goryczy. Młodzi ludzie zazdrościli Sylwanowi tak pięknej i bogatej żony; unoszono się nad jej wychowaniem i wybornym wielkiego świata układem: nikt nie posądził, że cały ten obraz był kłamany!
Sylwan grał komedję, jak drudzy: wstydził się, że został oszukanym i musiał szczęśliwego udawać, tak jak Cesia rozpowiadała, że dopiero się uczuła swobodna, gdy się Farureja pozbyła, tak jak stary hrabia kupował majątki.
Ale gdy się rozeszli z salonu, gdy oczy obcych nie ciężyły nad nimi, ileż to łez gorzkich wylało każde z nich, przeklinając los, gdy siebie tylko przeklinać było powinno! Żaden związek serdeczny nie łączył ich z sobą, żadne z nich nie podzieliło się wywnętrzeniem przed drugiem: każdy dźwigał swój ciężar samotnie. Sylwan, zobojętniały dla żony, którą gdy się nią chwalić nie było potrzeba, opuszczali wszyscy w jej pustych pokojach na górze, poruczając ją staraniu sług i jedynej towarzyszki, która jej nie odstępowała; Cesia chodziła czasem śmiać się z obłąkanej, potakiwać jej lub rozdrażniać ją; stary widywać jej nie chciał, matka niecierpiała. Mąż większą część czasu spędzał na zabawach w sąsiedztwie, na polowaniach, hulance, umizgach lub na sofie w swoim pokoju, drzemiąc i paląc cygaro.
Jedno o drugiem niewiele wiedziało i syn o sprawy ojca, ojciec się o czynności syna nie troszczył. Spotykali się zimno, rozstawali obojętnie, ani usiłując wybadać, co komu ciężyło, ani myśląc dopomóc. Ruina wisiała nad Denderowem, a Sylwan pojęcia nie miał, co im groziło. Wychowany w kłamstwie i fałszu, uwierzył, że był wielkim panem i żył stosownie do tego; trochę pieniędzy, zachwyconych u Hormeyera, zrobiły mu kredyt, ciągnął więc nim, nie frasując się o jutro.
Nadeszły nareszcie kontrakty. Hrabia rozmyślał długo, czy zachorować, czy nie, co robić? Nie chciało mu się leżeć w łóżku, nie pojechał więc, nie posłał nikogo i został w domu, urągając się burzy. Prawda, że dziś ciężko się było od niej wywinąć, bo niemal z jednym Słodkiewiczem pozostawało do czynienia: tak się bowiem uwinął, że prawie wszystkie hrabiowskie długi miał w kieszeni.
— Niechże pozywa, — rzekł sobie hrabia — kiedy wojna to wojna, wyrabiać się będę. Rok potrwa proces, mogę krzyczeć, zapłacę; przeciągnę i będzie mądry, jeśli za lat trzy licytacji doczeka się. A tymczasem i ho, ho! tymczasem osioł, król albo ja umrę!
Mówił to, ale znać było, że został przywiedziony do ostateczności: on, co dotąd kazał się prosić o przyjęcie pieniędzy, tak na nie polować umiał, teraz musiał uciekać się do wybiegów, pieniać po sądach i przyznać się prawie do niewypłacalności. Tłumaczył się, ale już nie tak gładko.
— Wielka rzecz podstępem kogo zgubić! Gdyby w banku angielskim zażądano razem brzęczącej monety za wszystkie jego weksle, musiałby zbankrutować! To spisek niegodny! Zresztą miło mi, że, prześladowany, czyste przynajmniej zachowałem sumienie!
To mówiąc, uderzał się w piersi z ruchem teatralnym. Interes ze Słodkiewiczem tę miał jeszcze dlań dobrą stronę, że, wymawiając się nim, mógł hrabia nie płacić nikomu.
— Gdyby nie ten człowiek, gdyby nie ten pieniacz, bądźcie panowie pewni, że zadośćbym uczynił zobowiązaniom: ten prześladowca zmusza mnie do zawieszenia wypłat; ale mu dowiodę fałszu, nielegalności i podstępu.
W takiej kaszy, której sobie nawarzył nieszczęśliwy Dendera, codzień krytyczniejszy widząc koniec, doczekał się powrotu barona Hormeyera. W nim był jeszcze ostatni promyk nadziei, słaby wprawdzie, ale jedyny: tonący się brzytwy chwyta. Z nim jeszcze, z obcym, grać było można swą rolę. Dendera powitał go smutny i wraz z przybyciem jego począł nadzwyczajnie być czułym dla synowej, której od kilku miesięcy nie widział. Ale baron, od osób ją otaczających dowiedziawszy się, jakie życie wiodła w domu męża, nie dał się uwieść pozorem troskliwości i przywiązania.
— Żyd musi mieć pieniądze, — rzekł sobie hrabia — mają klejnoty, srebra: niech zastawi, niech sprzeda; powinien nas ratować!
W kilka dni spotkali się oko w oko dwaj zapaśnicy: hrabia dumny i pewien siebie, baron chłodny i pokorny. Dendera zaczął od odmalowania mu prześladowania, którego padł ofiarą: zrobił z tego historyjkę tragiczną, umalował ją, powiększył i po półgodzinnej przemowie, wysłuchanej przez Hormeyera z cierpliwością przykładną, zakończył prośbą o ratunek: żądał tylko pół miljona.
Niemiec ani drgnął, ani się zadziwił, ani dał poznać po sobie, co odpowie: milczał, wahał się, nareszcie dobył z piersi głosu:
— Panie hrabio, — rzekł — małżeństwo syna pańskiego nie daje mu żadnego prawa do mojej kieszeni, zawarte w nieszczęśliwych okolicznościach, zerwać się musi. Córka moja nie znalazła ani w niem, ani w was serca i litości, jakąby zjednała nawet u obcych. Za cóż mi płacić każecie?
— Za imię, które nosicie! — z dumą, wspaniałości pełną, lakonicznie rzekł hrabia.
Baron ruszył ramionami.
— Nie staraliśmy się o ten honor i nie dobijaliśmy się o połączenie.
— Myślisz waćpan, — rozgrzewając się, rzekł hrabia — że ja nie wiem, kto wy jesteście?
Baron się rozśmiał posępnie.
— Doprawdy? — rzekł.
— Wiem wszystko! — wymówił hrabia.
— I wiesz pan zapewne, że jestem rodem z Lipska, że ojciec mój był jubilerem, że żona moja była córką bankiera, a córka jest wdową po księciu. Pozwalam panu rozgłosić to, gdy mu się podoba.
— A nacóżeście udawali to, czem nie jesteście?
— Byliśmy, czem jesteśmy, nic więcej; a w dodatku miło mi wyznać, żem najniższym pańskim sługą.
Baron ukłonił się i wyszedł, a Dendera nie miał już go czem gonić prócz przekleństwa.
Tegoż dnia Hormeyer kazał się przysposabiać ludziom swoim do podróży, a wiadomość ta silnie wstrzęsła całym Denderowem. Nie mówiąc już o stracie dochodów hrabiny Sylwanowej, szło o to, jak się przed ludźmi ze zniknienia jej wytłumaczyć!
Sylwana nie było w domu. Natychmiast kozak poleciał po niego z ustnem poleceniem, ażeby bez zwłoki się stawił, dla najpilniejszej sprawy. Nieprzywykły do posłuszeństwa czyjejkolwiek woli, młody hrabia na ten raz, jakby przeczuł potrzebę powrotu, siadł do powozu i pośpieszył do domu.
Zastał ojca, który, swoim obyczajem, po pierwszem wzruszeniu szukał już w głowie środków skorzystania z wypadku, który im groził.
— Słuchaj, Sylwanie, — zawołał w progu Dendera — nie mamy co skrywać przed sobą tego, co boli: potrzeba się naradzić i działać wspólnie. Baron Hormeyer wywozi twoją żonę.
— Niech ją wiezie! — obojętnie rzekł Sylwan. — A cóż mi to szkodzi?
— Co ty mówisz? Zrujnowaliśmy się na to ożenienie, które nam grosza nie dało: jeżeli jejmość ma ochotę umierać, a umrze pod naszemi prawami, weźmiesz po niej spadek legalny, siódmą i czwartą. Z siódmej się nie pożywisz, ale czwarta z klejnotów i sreber może nas podłatać. Oprócz tego, póki ona tu, mamy prawo do dochodów, a przyznam ci się, że tego potrzebujemy, bo źle jesteśmy w interesach.
— Źle w interesach? — spytał Sylwan. — Pierwszy raz to słyszę!
— Boś słyszeć i widzieć, i pomagać mi nie chciał nigdy — odparł hrabia.
— Nic nigdy nie miałem w ręku; przynajmniej, hrabio, mnie obwiniać nie możesz.
— Ale twoje ożenienie, twoje ożenienie!
— Kilka tysięcy dukatów nie rujnuje takiej jak nasza fortuny.
— Kilka tysięcy! śnisz, hrabio. Ale wróćmy do Hormeyera. Wyjeżdża, nie możemy wypuścić twojej żony, nie powinniśmy; wskazałem ci, dlaczego. Oprócz tego, co ludzie powiedzą? To być nie może. Musimy ją zatrzymać. Niech sobie baron jedzie do stu tysięcy... ale nie ona, nie ona.
Sylwan uderzony był praktycznym i innym poglądem ojca na skutki odjazdu i pierwszy może raz w życiu zgodził się na to, czego żądał. Wyszli więc oba do barona, który, nie zważając na nic, doglądał wyboru w drogę.
Milcząco, grzecznie przyjął ich Hormeyer, ale sam słowem nie zaczepił.
Hrabia naprzód wystąpił z oracją.
— Panie baronie, — rzekł — mówiłem i powtarzam to wraz z synem moim, że nie tamując swobody pańskiej i jego chęci podróżowania, synowej mojej na odjazd pozwolić nie możemy.
— Ja żony nie puszczę — dodał Sylwan.
— Chcesz, żeby tu pod nielitościwym, niegościnnym dachem waszym, opuszczona, zapomniana umarła — odezwał się baron głosem wzruszonym. — Jacyż ludzie jesteście, gdzie są serca wasze? Mieliścież litość nad nią? Nie dziwię się starszym, ale ty...
— Cóż pan chcesz, bym z warjatką siedział? — odparł Sylwan.
— Szanuj pan wolę Bożą, która mnie i ciebie dotknęła! Nie oszukiwaliśmy cię, nie pociągali, opieraliśmy się owszem, zezwolili niechętnie, któż mógł przewidzieć, jak się to smutnie skończy!
— A gdy się skończyło tak smutnie, — dodał hrabia — już tu nie czas płakać i rozczulać się. Sylwan nie puszcza jej jako żony i, choć koło niej nieodstępnie siedzieć nie może, mości baronie, zarzucić mu nie potrafisz braku serca. Właśnie, że ten widok go jątrzy i goryczą napawa, siedzieć przy niej nie może. Ale to mniejsza: inną ja mam kwestję jako ojciec familji, jako stróż ich przyszłości. Myśmy się podrujnowali na to ożenienie i zerwać go tak nie możemy, waćpan wywieziesz córkę, a my mamy zostać ze stratą, jakąśmy ponieśli?
Baron podniósł oczy od walizy, w której papiery jakieś układał, i smutny śmiech skrzywił mu usta.
— A! otóż jesteśmy na gładkiej drodze: trzeba się wam wykupić!
— Waćpan mnie dotykasz osobiście! — krzyknął hrabia. — Co to za mowa?
— Mowa jasna i zrozumiała, nic więcej: nazywam rzeczy po nazwisku; wpadliśmy w zasadzkę i okupu z nas chcecie, nieprawdaż?
— Zostaliśmy oszukani! — dumnie rzekł hrabia — zawiedzeni boleśnie, dotknięci!
— Naco słów tyle? Mówmy jaśniej, może się porozumiemy.
— Ja żony nie puszczę! — przechadzając się, dorzucił Sylwan, który ze znużenia poziewał.
— Nasze straty pieniężne są ogromne — począł hrabia. — Sylwan się zrujnował.
— Nie potrzeba było bogatych udawać! — gorzko się uśmiechając, zawołał baron.
— Zresztą, — zawołał hrabia — gdy kobiecie, nie mającej nazwiska ni stanu, uczciwe imię dajemy na okrycie jej przeszłości, mości baronie, to coś warto!
— O! przekupnie! przekupnie! Wszystko przedają, a mnie, żem klejnotami handlował, nazywacie Żydem! Czemże wy nie handlujecie? Wstydem, imieniem, sumieniem, spokojem!
Hrabia udał, że nie słyszy i nie rozumie, Sylwan mruczał swoje:
— Nie puszczę! Żona moja! Mam do tego prawo zupełne, wezwę pomocy legalnej, to żona moja!
Gdy się tak targują, a baron niespokojny przerzuca papiery swoje, boczne drzwi pokoju otwarły się i Ewelina wbiegła do ojca. Któżby się potrafił domyśleć, spojrzawszy na nią, że pod tą powierzchownością wesołą, dziecinną, świeżuchną, kryła się boleść tak głęboka, spowita szałem niewyleczonym. Jakże jej było ślicznie po podróżnemu ubranej: w maleńkim czepeczku, z kluczykami u pasa, z kapelusikiem w ręku, wesołej, uśmiechnionej i żywo krzątającej się około pakunku. Hrabia i Sylwan spojrzeli na nią: ona ich przywitała jak obcych zdaleka.
— Nareszcie — odezwała się srebrnym głosikiem — nie będziemy państwu dłużej siedzieć załogą: jedziemy, jedziemy, a ja radabym, przyznam się, już tu nie być i na skrzydłach stąd odlecieć! Tak dawno go nie widziałam!
— My panią nie puścim — odezwał się niby grzecznie, na ojca spozierając, stary Dendera.
Ewelina wzięła to za żart i uśmiechnęła się tylko. Baronowi łza ciekła po twarzy, ale milczał.
— Ojcze! wszystko gotowe, jedziemy! Konie kazałam zaprzęgać, ja się tu duszę, powietrze tak ciężkie, tak mi tu obco, tak się czuję daleko od tego, za czem tęsknię!
— Pojedziemy, dziecko moje, za chwilę, ale zostaw nas samych: mamy ważne sprawy.
Ewelina spojrzała po twarzach wszystkich, posmutniała i zbliżyła się do drzwi. Sylwan spróbował się zbliżyć do niej.
— A pan — spytała go pocichu — czy jedziesz z nami do swego brata księcia?
— Ja? Nie wiem.
— Zostajesz tu! a! umrzesz: tu tak nudno! Jedź z nami! jedź z nami!
— Ewelku! serce, zostaw nas, — niecierpliwie zawołał baron — każ pakować, każ zaprzęgać, bądź gotowa: za chwilę cię zabieram. Jedziemy.
Z podskokiem, obejrzawszy raz jeszcze całe towarzystwo rzutem oka, pełnem napozór przebiegłości, baronówna, uśmiechnąwszy się, znikła, drzwi zamykając za sobą.
— I nad nią, nad tym aniołem ze złamanemi skrzydłami, nie mieli litości — szepnął baron. — O! zbójcy! — Obrócił się do hrabiego. — Rozpoczęliśmy targ, kończmyż go, — rzekł zimno — wieleście panowie stracili? Co kosztuje honor noszenia imienia waszego? ile za mieszkanie? co za jedzenie? wiele za doznany zawód? Zapłacę rachunek!
Dendera podumał.
— Mości panie, — rzekł — to są wyrazy, które zmyć będzie krwią potrzeba!
— Czem się panu hrabiemu podoba! O tem potem, a teraz, odjeżdżając, proszę o rachunek!
Hrabia się mieszał.
— To nie jest sposób traktowania z takim ludźmi, jak my! — zawołał. — Sylwan, jako teścia, szanować cię musi; ja, gospodarz domu, gościa w tobie widzę: inaczej, panie baronie!...
— Gościa! Z prawdziwie słowiańską przyjęliście mnie gościnnością — odezwał się baron, ciągle układając papiery. — Ale mnie czas jechać!
— Moja żona nie pojedzie, choćbym miał użyć w pomoc władzy sądowej.
— Nieradbym robić zgorszenia i przykrej awantury, — dodał hrabia — ale przestrzegam barona, że posłałem po urzędnika i protestować będzie.
— Mości panowie, — zniecierpliwiony wykrzyknął Hormeyer — ja nie mam czasu grać z wami scen jakichś: rozumiem, do czego to zmierza; rozpoczęliście targ, dobijcie go. Co chcecie? krótko i prędko!
— W ten sposób honor mój traktować nie dozwala! — rzekł hrabia. — Waćpan mnie obrażasz co chwila!
Baron się zżymnął.
— Panie hrabio, — rzekł, rozwijając papier — oto jest mój list rekomendacyjny do poselstwa naszego i do konsulów. Widzisz pan, jak silnie przemawiają za mną. Jesteśmy o mil kilka od jednego z reprezentantów mojego monarchy: odezwę się do niego i wyjadę, kiedy zechcę i jak zechcę. Jeśli się targuję z wami, to z dobrej woli mojej, aby na biedne moje dziecię ukochane nikt nie śmiał narzekać.
Dwaj hrabiowie spojrzeli po sobie. Sylwan, na dany przez ojca znak, wyszedł do drugiego pokoju.
— Mów pan, mów, a żywo! Ile chcesz za hrabiostwo swoje, ile za doznany zawód, ile za koszta starań i wesela: dam, co będę mógł; zapłacę, panie hrabio, zapłacę.
— Straty moje są ogromne! — zawołał hrabia.
— Wszystko się porachować daje.
— Sylwan na tę podróż nieszczęsną kilka tysięcy dukatów puścił.
Baron ramionami ruszył, widząc, że do końca nie dojdą: tupnął nogą zniecierpliwiony i rzekł:
— Mów pan, ile chcesz, żebyś nas wypuścił? Mów, ile chcesz?
Hrabia, nie robiąc już ceremonji, namyślał się tylko.
Z ujmą było dla niego zażądać za wiele i ustąpić, obawiał się stracić znowu, jeśliby baron wyżej taksował swój okup: wielka ogarniała go niepewność.
— Panie baronie, — rzekł czulej, chcąc inaczej zakończyć — czyżbyśmy tak, my, my, których dzieci połączyły się najświętszym węzłem, mówić z sobą powinni?
Hormeyer ruszył ramionami.
— A! srogo i ciężko mnie pan sądzisz, — dodał hrabia — zniosłem od niego i przebaczam rozranionemu ojcowskiemu sercu, czegobym nie zniósł i nie przebaczył nikomu. Podajmy sobie dłonie.
Baron ukłonił się, ale cofnął rękę.
— Niegodzien jestem tego zaszczytu — rzekł szydersko.
— Jabym powinien się żalić i gniewać, nie pan, — mówił hrabia — opamiętaj się pan, rozstańmy się w zgodzie.
— Mówmy o rzeczy — przerwał baron zniecierpliwiony.
— Za kogóż mnie pan masz? — wykrzyknął Dendera — za przekupnia, co wszystkiem frymarczy? Widzisz sam straty i zawody, staraj się je nagrodzić. Ja nic nie wymagam nad to, co święte i sprawiedliwe.
Hormeyer śmiał się przykro i boleśnie: dobył z kieszeni surduta przygotowany pęczek papierów i w milczeniu oddał go hrabiemu, który, przyjmując, nie spojrzał nań. Listy do posła i konsulów poskutkowały widocznie.
W jednem mgnieniu oka na głos dzwonka wbiegli służący barona, przyszła uradowana Ewelina, a ojciec, ująwszy ją pod rękę, w milczeniu, nikomu nie kiwnąwszy głową, poprowadził ją do powozu.
Sylwan spoglądał na ojca, który dał mu znak, żeby milczał. Poszli za odjeżdżającymi aż do ganku, nie mówiąc słowa: powozy już były gotowe. Baron posadził córkę, sam usiadł obok niej i konie ruszyły z dziedzińca denderowskiego pałacu.



Wacława nie było w domu, gdy Cesia, która teraz coraz częściej Palnik odwiedzała, nadjechała wieczorem już do Frani. We drzwiach dowiedziawszy się, że nie zastała brata, jakby temu rada była, pobiegła do izdebki, w której zwykle, dawne przypominając czasy, siadywała Wacławowa z Brzozosia. Ale na ten raz i ciwunówny nie było także: poszła z rumiankiem do bliskiej chaty leczyć człowieka, który uparcie od dwóch dni udawał zdrowego, a po którego twarzy Brzozosia domyślała się choroby.
Dwie panie znalazły się więc po raz pierwszy w życiu same jedne, a dla Frani był to kłopot niemały: instynktowo bowiem obawiała się Cesi i nie wiedziała, jak się z nią obchodzić. Cesia starała się, o ile możności, spoufalić ją z sobą, przyciągnąć, by zajrzeć w to niewinne serce, którego czystości nie wierzyła.
Zręcznie więc korzystając z szczęśliwego trafu, hrabianka tak się zrobiła na ten raz łatwą, miłą, grzeczną, serdeczną, a tak jakoś smutną, że Franię ująć potrafiła. Rozmowa odrazu stała się sióstr rozmową i Cesia, wywołując spowiedź, napozór najszczerzej sama się wywnętrzać zaczęła. Malowała Frani swoje życie, zawody, których doznała, czczość tego świata, w którym żyła: chwyciła ją za serce łzami, które rozdrażnienie i egoizm na rozkazy wywoływały.
— Jakaś ty szczęśliwa, — mówiła Frani hrabianka — jak ci tu dobrze! Aleś ty tego warta, moja droga, i tobie nawet zazdrościć nie można.
— A! proszę cię, — odpowiedziała żona Wacława — nie mów mi tego: czuję, żem na to nie zasłużyła wcale, co mi Bóg dał z łaski swojej, i powiem ci szczerze, że mnie moje szczęście przestrasza.
— Każde szczęście straszne! — dodała Cesia. — W cierpieniu spodziewamy się ulgi, w szczęściu bać się musimy niespodzianych ciosów! A! życie ludzkie nie do zazdrości: każdy ma w swoim kielichu kroplę goryczy, która prędzej czy później usta jego dotknąć musi.
— Święta to prawda — odpowiedziała Frania. — Czasem wśród tego spokoju, którego używam, jak błysk, przebiega mnie strach niewytłumaczony i tulę się pod skrzydła Wacława.
Cesia uśmiechnęła się.
— A! daj, Boże, — rzekła powolnie — żeby cię zawsze równie troskliwie i czule skrzydła te otulały. Mężczyźni, mężczyźni, to ród zdrajców!
— O! i myśmy nie lepsze — przerwała Frania.
— Myśmy lepsze daleko, — dodała Cesia — żadna z nas, choćby kochać nie mogła, nie potrąci tak nogą, co przed chwilą było jej bóstwem; oni, przestawszy kochać, nienawidzą, jakgdyby pomścić się chcieli na nas chwili słabości i chwili szczęścia.
— Zdaje mi się, że się uprzedzasz, — zawołała Frania — różni są ludzie, ale tak ogólnie...
— Jak najogólniej, jak najogólniej o wszystkich to powiedzieć można, niema wyjątku!
— Pozwól na jeden! — zawołała Frania.
— Na żaden pozwolić nie mogę! O! ty nie znasz mężczyzn, ty nie znasz... jego nawet! — dodała pocichu.
— Ja go nie znam! — z podziwieniem wykrzyknęła Frania. — A któż go zna lepiej ode mnie?
— Ktoś! — tajemniczo szepnęła hrabianka.
Chwilę milczały, a Cesia westchnęła.
— Znam go, bom się z nim wychowała, bom nań patrzała od dzieciństwa, bo się nawet kochał we mnie.
— Wiem o tem — rzekła Frania zmieszana.
— Ale nie wiesz, ile w tej duszy, ile w tem sercu, tak na oko prostem i szczerem, niezbadanych tajemnic.
— Przestraszasz mnie.
— Radabym cię przestrzec tylko i uzbroić.
Frani łzy się z oczu puściły, ale je otarła nieznacznie. Cesia zobaczyła je i udała, że nie widzi, mówiąc dalej.
— Powiedz to sobie wcześnie, że Wacław zawsze cię kochać nie może.
— Gdy on przestanie, ja umrę — odezwała się Frania.
— On przestanie, ty przecierpisz i żyć będziesz: trochę ci smutniej będzie na świecie, trochę się rozczarujesz, wypłaczesz i wyjdziesz z tej próby silniejszą.
— A! czyż to próba konieczna?
— Jeśli z kim, to z Wacławem — dodała Cesia. — Ja go znam dawniej i lepiej; łatwo się przywiązuje, ale ostyga prędko! Natura artystyczna, wrażliwa, ale niestała.
Frania patrzyła ciekawie na ożywioną Cesię, która, chodząc po pokoju, zdawała się odkrywać jej całą duszę i mówić z największą szczerotą.
— Nim pokochał ciebie, kochał się we mnie do szaleństwa — kończyła hrabianka. — O! zna go serce moje.
— Aleś ty była nielitościwa dla niego!
— Nie chciałam, by cierpiał nad siły: oszczędziłam jego i siebie. A też miłostki w Warszawie?
— Jakie? — spytała Frania.
— Z Sylwanową.
— Proszę cię, cóż on winien temu?
— O! dla ciebie on zawsze niewinny! Pocóż, przyrzekłszy, że bywać tam nie będzie, jeździł z baronem, grał jej na fortepianie? Gdyby nie Sylwan, rozmarzyłby się był i kto wie, coby z tego wynikło. Sylwan go prawie gwałtem z Warszawy wyprawił.
Frania słuchała, patrzała i serce się jej ściskało: nigdy jeszcze takiej nie doznała boleści — widzieć swój ideał odarty z szat białych, zepchnięty między tłum pospolitych ludzi. A! okropnie to dla serca, co jeszcze nie doznało zawodu i ślepo, dziecinnie, głęboko wierzy w świętość uczuć serca i w niezachwianą ich stałość.
Obie, zajęte tą rozmową, nie spostrzegły, nie posłyszały, jak wśród niej Wacław się zjawił na progu, stanął i mimowolnie wysłuchał słów Cesi. Twarz się jego zmieniła jak pod groźbą śmierci: zadrżał, a widząc łzy Frani, gniewem się wielkim zapalił.
— Pani! — rzekł, nagle występując ku Cesi. — Cośmy ci zawinili, że struć chcesz i zniszczyć szczęście nasze, że siejesz niewiarę i niepokój pod dachem, którego nie znały?
Cesia cofnęła się pobladła i przerażona.
— Godziż się, pod pozorem przyjaźni, przychodzić podpalać i zabijać? Niedośćże jeszcze cierpiałem przez was i dla was? niedość robiłem dla tych, którym nic nie winienem prócz pogardy?
— Panie Wacławie, — przychodząc do siebie, zawołała Cesia, usiłując inaczej obrócić rozmowę — jakże ty bierzesz to, com mówiła? To się nie godzi!
— Kuzynko, mam doświadczenie, nie mogę się omylić. Biedna Frania wzięłaby to może za serdeczną o los swój troskliwość; ja nadto cię znam, bym sobie to dał wmówić. Jakkolwiek niestały, pamięć mam dobrą.
— Przywykłam do tego, — odezwała się, gniew udając, Cesia — że moje czynności są zawsze źle tłumaczone.
Wacław, nic już nie odpowiadając, usiadł przy Frani cały wzruszony jeszcze; Cesia pochwyciła kapelusz i znikła. Nikt jej nie odprowadził do drzwi, nikt nie myślał przebłagać i zawrócić: zmieszana siadła do powozu, który na nią czekał, i wróciła do Denderowa.
Były to jej ostatnie w Palniku odwiedziny.
Łzy Frani łatwo było osuszyć, a Wacław ukołysał przestraszoną opowiadaniem szczerem, szczerszem jeszcze niż kiedy, całego życia swojego. A serce tak wierzyć pragnie i tak je łatwo przekonać o tem, czego pożąda! Przykra ta chwila miała ten dobry i szczęśliwy skutek, że Cesia już się nie ośmieliła więcej zbliżyć do Frani i Wacława: wszelkie stosunki pomiędzy Denderowem a Palnikiem ustały i pokój niezmącony szczęśliwe gniazdko otoczył.



Skończmy nareszcie ten dramat już tak długi, a tak smutny, jednem tylko jeszcze spojrzeniem na główne osoby naszej powieści. Domyśleć się łatwo skutków komedji, odegranej z takim talentem: wywołać mogła oklaski chwilowe, ale nie oszukała nikogo. Napróżno silili się komedjanci: prędzej czy później maska z ich twarzy spaść musiała i odkryć zbladłe i zmęczone oblicze.
W lat kilka po opisanych wypadkach zmienił się do niepoznania Denderów, a ludzi, co go zamieszkiwali, rozpierzchłych po świecie, szukać było potrzeba. Wystawne pałace, wspaniałe herby, murowane ogrodzenia zaczynały już opadać z tynków, okna pozastawiane były deskami: ruina, nigdzie może prędzej jak u nas nie dosięgająca dzieła rąk ludzkich, nachylała je do upadku. I klimat nasz, i lud może dopomagają zniszczeniu, które się dokonywa z szybkością niepojętą. Jeden rok zaniedbania niszczy owoc pracy lat kilkunastu: mury opadają, gniją dachy, trawa porasta wszędzie, tysiące stworzeń zajmuje schronienie opuszczone i wkrótce kupa gruzów tylko pozostaje po wspaniałych budowlach. Denderów jeszcze nie przyszedł był do tego stanu, ale już był na drodze ku niemu.
Widzieliśmy, jak drobna napozór okoliczność ostatni cios zadała fortunie hrabiego; jak z nieszczęśliwych konkurów pana Słodkiewicza wyrosła nienawiść i to, co Zygmunt-August zwał prześladowaniem. Połączyły się razem na zgubę jego w początku chęć zemsty, później chęć zysku. Nabywszy większość długów dosyć szczęśliwie, pan Słodkiewicz postrzegł się, obrachowawszy je wszystkie, że to, co miało być bodajby ze stratą dokonaną zemstą, mogło się stać dlań szczęśliwą wcale spekulacją; a że grosz lubił i dla marnych jakichś przesądów wyrzekać się nabycia jego nie myślał, wziął się całą duszą do roboty.
Rozpoczął się proces, a że hrabia przeciw swemu prześladowcy innych środków użyć nie mógł, prócz starań o zwłoki, prócz zadawania mu nieformalności, a pan sędzia miał stosunki małe, ale silne: interesa denderowskie stanęły na najgorszym stopniu i Zygmunt-August ogłoszony został bankrutem. Trzymał się w początku przy majątku, sumą u barona pochwyconą opłacając wszystkie należności rządowe i unikając administracji, która go dobić mogła. Pomimo całej swojej zręczności, Dendera w interesach szedł drogą fałszywą, zawsze uderzając do urzędników na wysokich posadach, od których pozornie tylko zależało wszystko. Oddawał wizyty, dawał im wieczory, przyjmował, jednał ich: obiecywano mu uroczyście; a tymczasem Słodkiewicz, który pojechał bryczką i trafił do piszczyków, do kancelarji, do sekretarzów, niepostrzeżony swoje robił powoli. Okazywało się zawsze wkońcu, że przyrzeczona panu hrabiemu czynność była niemożliwa, nielegalna, niepodobna. Wielkie pana sędziego związki, wszędzie przez najniższych i niepostrzeżenie działając, dopinały celu, gdy tymczasem Dendera ze swoją karetą i stosunkami nic na nie poradzić nie mógł.
Przyszło do tego, że Słodkiewicz dekret otrzymał, a następnie rozkaz do spełnienia go. Poczęto opisywać majątek, opisywano długo; zaskarżono opis, zrobiono go raz drugi: niestety! ogłoszono licytację! Tymczasem administracja, jako piorun, spadła na głowę hrabiemu, który został zmuszony oddalić się do miasta, bo mieszkać mu już w Denderowie nie było wolno. Jak skoro wielki ten krok dokonany został, nie było ratunku; hrabia postrzegł to sam i usiłował tylko wyratować z powodzi, co było można.
Wywieziono ruchomości, pozabierano kosztowne sprzęty, a resztką znaczenia hrabia, wciąż obiecujący sobie jakiegoś niespodzianego od Opatrzności dźwignienia, odkładał licytację, na którą ostrzyli zęby Słodkiewicz, a z nim cała tłuszcza podobnych ludzi, dzielących się zawczasu łupem po Denderach. Co kilka miesięcy odkładana, spełniła się przecież nareszcie sprzedaż z publicznego targu; ale ją hrabia zaskarżył i ponowić ją kazano.
Ostatecznie klucz Denderowski i dobra inne, oprócz mistycznych majętności w Galicji, posprzedawane zostały dość tanio. Główne fundusze z kilku wioskami wziął Słodkiewicz, parę wsi zahaczył Smoliński, a jedna dostała się Moręgowskiemu. Wacław, namówiony przez hrabiego, żeby majętności te okupił, nie stanął do licytacji, obawiając się posądzenia o jakąś zmowę. Po spłaceniu wszystkich długów, zostało Denderom jeszcze do trzydziestu tysięcy rubli srebrnych na całą rodzinę i na dłużki żydowskie, prywatne lub nieposzukiwane. Było to mniej niż nic. Hrabia mówił o wyjeździe do Galicji, ale osiadłszy w miasteczku, codzień się wybierając w tę podróż, codzień ją odkładając, nie doprowadził nigdy do skutku.
Myślicie, że w upadku przestał grać swojej roli? — Bardzo się mylicie, kochani czytelnicy: strój ten aktora, kto go raz wziął na siebie, do ciała przyrasta.
Hrabia zamieszkał w miasteczku w domu, który szczątkami swej dawnej wspaniałości umiał przystroić bardzo pokaźnie, i przybrał rolę ofiary.
Potrzeba go było słyszeć, jak swe nieszczęście ubierał! Upadek jego był, wedle teorji Dendery, dwóch przyczyn głównych skutkiem: jego nieposzlakowanej uczciwości i spisku ludzi, nienawidzących ostatniego potomka wielkiej i możnej rodziny[1].
— Upadłem — mówił hrabia codziennie gościom swoim — (chociaż to jest upadek tylko pozorny), dlatego żem nie chciał użyć przeciwko nieprzyjaciołom moim środków, do jakich oni przeciw mnie się uciekli: przekupstwa, zdrady, fałszu i upodlenia. To mnie pociesza, że niezaprószonem okiem wgórę śmiało poglądać mogę.
W tę togę udrapowany Zygmunt-August codziennie występował, niemal co godzina nowe tworząc projekta dla odzyskania fortuny, która już przeszła w obce ręce. Podawał prośby, wystawiając się niewinną prześladowania ofiarą; pisał listy i manił się, czekając próżno odpowiedzi.
Żona jego, której część jakaś majętności ocaloną została, ze wstydu porzuciła go zrazu niby czasowo, ale już, jak się zdawało, nie miała powrócić. Cesia pozostała czas jakiś przy ojcu, mając nadzieję w miasteczku złapać kogoś na swe wdzięki, imię i dowcip; ale przy coraz nawet skromniejszych żądaniach, nikt a nikt się nie trafiał. Unoszono się nad jej dowcipem, wychowaniem, wdziękiem nawet, który zyskał na rozwinieniu, ale nie odważał się najgorętszy z wielbicieli obarczyć się żoną, tak straszliwie zręczną i przebiegłą. Oświadczała się kilka razy sama mniej śmiałym, na próbę, ale i ci się cofnęli. Sądziła więc, że zmiana miejsca pomoże. Niema proroka, któremu kraj swój uwierzył, powiada francuskie przysłowie: przeniosła się więc do matki, potem do babki. Tu po dość głośnej intrydze, poróżniwszy małżeństwo, już, już mając wyjść za rozwiedzionego męża, na dwa miesiące przed ślubem straciła go i po śmierci jego znowu do ojca uciekać musiała. Nikt się już nie posunął do niej, a złośliwością pocieszać się musiała, szukając plam na ludziach i wskazując je, aby nie sama jedna wśród nich pstrą się wydawała.
Obawiano się jej jak ognia i dość było ukazania się hrabianki, aby wszystkie rozmowy ustały, porozchodziły się wszystkie czułe pary i twarze najobojętniejszym pokryły chłodem. Cesia grała rolę Charitatis Romanae: pielęgnowała ojca, czuwała nad nim, była ofiarą miłości dziecinnej i w towarzystwie umiała niekiedy wcale nieźle wystąpić jako heroina przywiązana do ojca, gotowa dlań poświęcić życie, jak poświęciła przyszłość, los, świetne partje i t. p. Komedja, jak widzicie, trwała do końca.
Sylwan w początkach trzymał się z ojcem, ale gdy się posprzeczali o sumę, daną wykupem od barona, której stary Dendera zwrócić synowi nie chciał, a syn gwałtownie się dopominał, młody hrabia zerwał stosunki z Zygmuntem-Augustem, osobne zajął mieszkanie, oddzielił się całkowicie. Hrabia nigdy o nim nie mówił (przed obcymi rozumie się) bez westchnienia.
— Nieszczęśliwy! — wołał. — Ożenienie to zgubiło go! Nie widać na nim rozpaczy, ale to właśnie najstraszniejsza! Wolałbym, żeby płakał i ręce łamał, niż gdy udaje obojętność i wesołość. Wszystko mu przebaczam, tak czuję nieszczęście jego! Nie słuchał mojej rady, serce go uniosło!
Sylwana ratowały stosunki z możnymi wielkich rodzin synami, w których towarzystwie dwuznaczne zajmował miejsce: poufałego przyjaciela i rezydenta. Grał z nimi, jadł, pił, mieszkał, zapożyczał się, a tonem trzymał narówni. Gra wostatku stała się jego namiętnością, a po kilku leciech prawie sposobem do życia. Wyjechał z resztką powozów, koni, sług, sprzętów i grosza do większego miasta i tam zamieszkał, otwierając dom kawalerski, ale na stopie bardzo wykwintnej. Codziennie zbierali się u niego tłumnie ludzie najróżniejszych stanów: próżniacy, zbijacze bruków, a czasem biedni niewolnicy namiętności do gry. Grano od południa do ranka na sześciu, czasem dziesięciu stolikach, a w ten sposób sam dochód z kart, które do służących nie należały, dom utrzymywał i na tę wystawę wystarczał.
Oprócz tego Sylwan grał szczęśliwie, ostrożnie, umiejętnie i prawie zawsze wygrywał. Gra porobiła mu niezliczone stosunki: kogoż karty nie zbliżą i nie zrównają w obliczu zielonego stolika? Bywali u niego ludzie najbardziej wyszarzani i najgorszej sławy; ale obok nich kto chciał swobodnie wieczór przepędzić z cygarem w ustach, bez fraka, napić się dobrze i najeść smacznie, ciągnął do Sylwana.
Z największym talentem młody hrabia utrzymywał się na tem śliskiem stanowisku, które jeden tylko krok dzielił od szulerni. Pozostał hrabią i wielkim panem, obyczajem, tonem, sposobem życia, na który cudownie jakoś wystarczało: prawda, że niekiedy z młodych, bogatych, poprzyjaźniwszy się z nimi, z nieporównaną zręcznością korzystać umiał.
Zagadkowa ta egzystencja bez jutra wydawała się spokojnym portem: tak Sylwan wyuczył się jej i stał się panem położenia swego. Przyjmowano go we wszystkich domach, oddawano wizyty, chodzono na obiady i zapraszano; a że istotnie, choć trochę dumny i szyderski, był to człowiek dobrego wychowania i zręczny, w towarzystwie często był pożądany. Dawne nawet owe szermierstwa i popisy, które w Denderowie z ojcem odbywał, stając jako reprezentant postępu przeciw przedstawicielowi starego świata, przydały się w nowem życiu. Sylwan, z miną, obyczajami, próżniactwem i nałogami zbytku pańskiemi, w ustach był demokratą ogromnym. Na tę wędkę wielu się wziąć mogło, ale wara! ktoby to chciał zaraz do życia zastosować. Sylwan pracował tylko nad teorją, praktykę swojej doktryny zostawiał innym, ale tych innych znać nie chciał i nie żył z nimi wcale.
Tak powoli wyrobiwszy sobie stan właściwy, nieokreślony, nieobjęty żadną klasyfikacją, młody hrabia żył dosyć znośnie, a nawet, sądząc z pozoru, szczęśliwie.
Raz tylko jeździł w ciągu tych lat do Galicji, ale z pewnością wiedzieć nie było można, z czem powrócił; wnoszono jednak z tego, że się ani żenił, ani starać myślał, iż dotąd za żonatego się uważał.
Marszałek Farurej utrzymywał, może przez złość ku Denderom, że przez Wiedeń przejeżdżając, widział hrabinę Ewelinę w loży teatru, i dawał się z tem słyszeć, że rodzina dawnego jej kochanka, ubezpieczona teraz jej zamążpójściem od ożenienia, którego się obawiała, nie stawiała przeszkód stosunkom jej z księciem. Szeptano, że hrabina jakąś tam pensję płaciła mężowi, ale to być musiały potwarze, a lepiej o tem dowiedzieć się nie mogliśmy. Baron Hormeyer bardzo był dobrze położony u dworu i miał sobie powierzoną misję do Hiszpanji, dla której bawił po większej części w Madrycie.
Pan Słodkiewicz, nabywszy obdarty już i zaadministrowany Denderów, wszedł w kożuszku do pałacu, rozpatrując się po salach, kiwając głową na znaki, pozostałe po obrazach, bibljotece i lustrach.
— Co ja z tem będę robił? — mówił do siebie. — Jużciż tu mieszkać nie mogę. Stodoła! A po kiego licha mrozić się tu będę? A mur jeszcze porządny!
Myślał, myślał i pałac Żydowi najął na fabrykę sukienną: oficyna poszła w dodatku. Trochę to poprzerabiano, powstawiano warsztaty, pozamurowywano okna i zagospodarowano stosownie.
Ale że ani nowy dziedzic, ani arendujący poprawić nie myśleli, póki im za kołnierz nie ciekło, wkrótce słomiane łaty zjawiły się na dachu, w oknach papier i łuczywo, a w dziedzińcu, że był wielki, Żyd posiał kapustę i cebulę.
Nabywszy nową majętność, złożywszy, co miał, w banku, pan Słodkiewicz pomyślał o wyborze dozgonnej towarzyszki życia. Zamierzał sobie być protoplastą rodu i, na złość Smolińskiemu, który hrabiankę uważał za rzecz niedostępną, wyszukał sobie księżniczki.
Tak jest: ni mniej, ni więcej.
Obok, w małej wioseczce, żył stary już z kniaziów tatarskich pochodzący szlachcic, którego papiery dowodziły, że miał prawo do mitry, ale jej nie używał, bo za ciężka była na jego głowę. Był on posiadaczem czterech chłopów i tak dalece podupadł, że pan sędzia, zamierzając się żenić z jego córką, i sam wywody te popierać musiał, i wyprawę kupował. Wziął hożą dziewuchę, choć z tytułem, ale taką jak sam gospodynię, bo trafiło się u owych książąt, że panna sama wieprzom jeść nosiła. Gospodarzyli zawzięcie i szło im bardzo szczęśliwie, tylko miłostki pana Piotra, w które się puścił znów w rok po ślubie, zatruwały trochę spokój domowy i chmurami okrywały niebo małżeńskie. Pani była zazdrosna, pan niebardzo na to zważał: kłócili się, godzili i dźwigali ciężar życia, wzdychając oboje.
Smoliński wyszedł także na obywatela i, kupiwszy wieś, inaczej nie mówił o hrabi, jak: — stary mój przyjaciel Dendera.
Marszałek Farurej ożenił się z piękną ową Haliną i, wkrótce potem owdowiawszy, wyjechał do Paryża, którego loretki zostawiły w sercu jego i kieszeni niezatarte pamiątki. Po drodze próbowała go łapać Cesia, jakby nie pamiętając i wspaniale przebaczając winy przeszłości; ale stary zalotnik drugi raz nie dał się pociągnąć: ukłonił się, uśmiechnął i pojechał dalej.
Naostatek pozostaje nam jeszcze mówić o Wacławie; ale cóż o nim i o Frani powiemy? Chyba, że byli szczęśliwi, że mieli wiele dzieci, że je Brzozosia kołysała, gderząc, gdy im nie dawano jeść, ile chciały; że się starzeją, nie udając szczęścia, w spokoju i zgodzie, którego i wam życzymy, jeśli komedji grać nie będziecie.

Połonka, d. 18 grudnia 1854 r.

KONIEC.


Przypisy

  1. Historyczne.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.