Komedjanci/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Komedjanci
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1935
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii

J. I. KRASZEWSKI
KOMEDJANCI
. . . . wszyscy na teatrze. . .
Ja djable lubię teatr, bo jak się zapatrzę,
To mi się czasem zdaje, że ja widzę ludzi. . .
FREDRO. Przyjaciele.
Totus mundus agit histrioniam...
PLAUTUS.

DRUKARNIA ZAKŁADÓW WYDAWNICZYCH
M. ARCT, SP. AKC. W WARSZAWIE
CZERNIAKOWSKA 225



Józef Ignacy Kraszewski by Alphonse-Léon Noël.jpg


Podpis Józefa Ignacego Kraszewskiego (Czarna Perełka page002) vector.svg


JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI
ur. 1812 r. † 1887 r.



BIBLJOTEKA WIELKICH PISARZÓW — Tomy 121-124
J. I. KRASZEWSKI — POWIEŚCI O DAWNYM OBYCZAJU
KOMEDJANCI
M. ARCT, ZAKŁADY WYDAWNICZE, SP. AKC. W WARSZAWIE





POWIEŚCI O DAWNYM OBYCZAJU — Tom I


J. I. KRASZEWSKI
KOMEDJANCI
. . . . wszyscy na teatrze. . .
Ja djable lubię teatr, bo jak się zapatrzę,
To mi się czasem zdaje, że ja widzę ludzi. . .
FREDRO. Przyjaciele.
Totus mundus agit histrioniam...
PLAUTUS.
CZĘŚĆ I
Wydawnictwo M. Arcta logo2.jpg
1935


WYDAWNICTWO M. ARCTA W WARSZAWIE







Stendhal powiedział, że powieść być powinna „zwierciadłem przechadzającem się po gościńcu“. Zawsześmy to określenie jego mieli na pamięci, z dodatkiem, iż zwierciadło wypukłem lub wklęsłem być może, jeśli sztuka wymaga tego. — Wszystkie powieści nasze współczesne, z owych lat, z których „Komedjanci“ pochodzą (1850 — 1854), oparte są na rzeczywistości, z niej wzięte — odbija się w nich wołyński świat, na jaki się długo patrzało — nie tworzyliśmy nic, studjowaliśmy wszystko. Tu i owdzie zwierciadło użyte było tylko wklęsłe lub wypukłe — nigdyśmy się nie porywali na malowanie ludzi i sfer, nam nieznanych, któreby odgadywać było potrzeba. I jeśli mają dziś jaką wartość te opowiadania, ciągną ją całą z tej trochy prawdy, jaka się w nich mieści. — Żadna prowincja nie miała więcej oryginalnych typów, więcej w sobie żywotności — nad tę. Czuć było w niej zasoby wielkie, które się tylko rozwinąć nie mogły, wśród nieprzyjaznych im okoliczności. — Największa rozmaitość charakterów, usposobień, wychowania i ukształcenia składała tę społeczność, w której i z dawnych żywiołów wiele i nowo wyrobionych niemało się obracało. — Od szlachty Owruckiej do półpanka w pałacyku, od książąt, palących w piecach u żydów, do dorobkiewiczów z brylantami na palcach, nie umiejących pióra utrzymać, — mieliśmy tam wszystkiego poddostatkiem.
Dla powieściopisarza był to obfity materiał, tak obfity, iż do jednego marszałka w Latarni sześciu się przyznawało, że za wzór służyli. — Denderów w „Komedjantach“ miał też ten zaszczyt, iż go zastosowywano do kilku mu podobnych. Był to najlepszy dowód, iż autor stworzył go z rysów pojedyńczych i nie myślał o fotografji.
Pierwsza część „Komedjantów“ wyszła w Petersburgu, a później w wydaniu powtórnem razem z drugą (napisaną o rok potem) — w Warszawie. — Dwa tylko tomy miały dwie edycje. — O tłumaczeniu żadnem nie wiemy.

Drezno, 1873. Sierpień.

J. I. Kraszewski.







Jak wszystko dawne, znikają powoli i nasze stare dworki szlacheckie, poczciwe słomiane strzechy, skryte pod cieniem lip odwiecznych. Dziś myśmy wszyscy panami potrosze, zaprawdę nie wiem dlaczego: może dlatego właśnie, że bardzo na panów krzyczymy. Nie byłoby to logiczne, ale byćby mogło naturalne. Każdy z nas chętnie wywołuje przeciwko arystokracji i arystokratom, tam nawet ich widząc, gdzie ich niema. Każdy z nas potem chętniej jeszcze radby panów małpować.
Dworek szlachecki, to starych cnót siedlisko spokojne, przetwarza się powoli na pełną pretensji niesmacznej willę, pałacyk; lipy otaczają się trawnikami, grzędy ustępują miejsca angielskim ogrodom, pasieczka rusza do lasu, gołębie na folwark, stajnie chowają się za bzy, tok zawstydzony usuwa się nabok daleko, a monumentalna brama stara, drewniana, przedzierzga w chatkę szwajcarską, która i chatką nie jest, i szwajcarską być nie może.
Nie grzech to zapewne, że piękno lubimy i chcemy się niem otoczyć; ale dowodem jest wielkiego ubóstwa, że, nie umiejąc stworzyć pięknego z naszych własnych elementów, naśladujemy tylko niedołężnie, co gdzieś stworzyli sobie obcy. Obczyzna, niestety! stary to nasz grzech, z którego spowiadamy się nieustannie, a poprawić nigdy nie możem! Co do mnie, ja kocham stary szlachecki dworek miłością, jaką mam dla poczciwych dawnych czasów, gdy to więcej jeszcze byliśmy sobą; witam ostatnie pamiątki przeszłego życia ze czcią i głową schyloną, jakbym witał konającego gladjatora; a myśląc, jak za lat kilkadziesiąt zniknie z ziemi wszystko dawne, serdeczny mnie żal przejmuje. Dworek szlachecki dzisiaj już być poczyna monumentem.
Jeszcze przed laty trzydziestu, więcej mieliśmy tych szarych, poważnych domostw o wysokich dachach, o pierzastych kominach, o szerokich sieniach, stojących jednym bokiem do cienistego ogrodu, drugim do ożywionego podwórza; więcej dworków z ganeczkiem o dwóch słupach rzeźbionych i ławach, o dwóch kominach, otoczonych gospodarskiemi budowlami i poważnie jak szlachcic-rolnik zdającemi się stać na straży wśród pracującej czeladki.
Do jednego to z takich staroświeckich, jeszcze nieprzetworzonych dworków zajeżdżał ostatnich dni skwarnego lipca.... roku, wózek jednokonny z wprzężoną w hołoble klaczą gniadą, spasłą i powolną. Brama, u której stały dwa drzewa rozłożyste i śpichlerz z galerją, otwarta była naoścież; wielki moręgowaty brytan powitał w niej przybywającego i, zakręciwszy ogonem, pobiegł za nim wesoło do ganku.
Na wózku sam jeden siedział w białym kitlu i konfederatce bardzo już niemłody człowiek, z siwym wąsem spuścistym, wygoloną głową i posępną twarzą, surową razem i łagodną, bo się na dawnych obliczach umiała nieraz godzić z dobrocią męska szorstkość i rubaszność marsowa. Stary sam się powoził; rzuciwszy klaczy lejce, zsiadł powoli z wózeczka, a posłuszna towarzyszka przejażdżki, stępo odszedłszy z wózkiem pod stajnię, zatrzymała się u wrót jej i, pewna, że sobie wywoła stajennego, zarżała. Stary, wyraźnie gospodarz domu, usiadł tymczasem w ganku, otarł pot z czoła opalonego, a nie widząc nikogo, spoglądał po dziedzińcu, azali się kto nie zjawi. Po chwilce ukazał się biegiem śpieszący parobczak, który zaraz ku stajni się skierował.
— Słuchajno, Hryćku, mosanie, — rzekł stary — co to u was, jak wymiótł, nikogo nie widno! Gdzie ten duda gumienny?
— A koło żniwiarzy.
— Prawda, tylko go tam nie widziałem; a Janek?
— Powiózł dla nich wodę z beczką.
— Cóżem go nie spotkał? A panienka?
— Z Brzozowską i dziewczętami poszła ot tu, w brzezinę na grzyby.
— W taki upał! Głowę sobie przepali!
— Tylko co poszły, widziałem: jeszcze ledwie do brzeziny może dochodzą.
— Nie lepiej, mosanie, było kazać sobie zaprząc?
— Panienka nie chciała.
— A nie napójże Chorążanki (tak się nazywała) albo jej obroku nie zasyp, — dodał stary — bo to ty, mosanie, gotów na wszystko, aby tobie tylko prędzej wylecieć, a klacz gotowa się ochwacić.
— Czy to mnie pierwszyzna! — odparł Hryćko, ruszając zlekka ramionami.
— Otóż to, że ci nie pierwszyzna ochwacić konia, dlatego ci to, mosanie, się mówi.
Parobczak, zapewne stare grzechy przypomniawszy sobie, w milczeniu już powiódł Chorążankę do stajni, a stary pozostał jeszcze czas jakiś na ławie. Widać na nim było znużenie, z którem zwykle do głowy przychodzą myśli smutne i dumy niepotrzebne; podparł się na dłoni, oczy wlepił w podłogę i wzdychał.
Prócz skrzypiących wrót stajni, prócz lekkiego szumu lip starych i dalekich bardzo odgłosów pieśni żniwiarzy, nic więcej słychać nie było. Cisza letnia, cisza skwarnego wieczora, dodawała majestatyczności przepysznie zachodzącemu słońcu; rzekłbyś, że wszystko umyślnie zamilkło, żegnając pana dnia i ścieląc sobie także łoże spoczynku.
W takich to chwilach sam sobie zostawiony człowiek, jeśli młody, bawi się, jak piłkami, barwnemi nadziejami przyszłości; jeśli stary, przerzuca z westchnieniem zbutwiałe zmarnowanego życia wspomnienia. Zmarnowanego! bo któż nie powie u schyłku dni swoich, że mu zmarniało? Któż wszystko otrzymał, co marzył, kto się otrzymanem zaspokoił? Komuż życie ziściło, co obiecywało, i kto nie pochował na cmentarzu pamiątek niedorosłych serca nadziei?
I stary nasz gospodarz dumał uroczyście, niekiedy tylko nastawiając ucha, czy nie usłyszy głosu córki; ale gaj brzozowy był trochę opodal, pieśń tylko żniwiarzy dochodziła jego uszu i dumanie przeciągało się nieznacznie. Brytan Rozbój, który go powitał u bramy, jeden u nóg pańskich siedząc, kiedy niekiedy dla przypomnienia się liżąc mu ręce, dotrzymywał starcowi towarzystwa milczeniem wesołem. Poruszający się żywo kusy ogon Rozboja, oczy jego świecące, morda ku panu wzniesiona dowodziły tego szczęśliwego usposobienia.
Wiaterek coraz chłodniejszy poruszał żywiej drzew gałęzie, przeleciał, muskając siwy włos gospodarza. Napomniany nim pan Jacek Kurdesz poszukał klucza w kieszeni, by wnijść nareszcie do chaty, gdyż po staroświecku jeszcze chatą tylko nazywał pospolicie swój czysty i ładny domek. Przeszedłszy bardzo skromną pierwszą izbę, w środku której stał pod kilimkiem tureckim stół okrągły kolbuszowskiej fabryki, kilka stołków biało olejno malowanych, komódka mosiądzami ozdobna, stary zegar, gderający powoli schrypłym głosem, a na ścianach wisiały obrazki świętych Pańskich i parę płócien, wyobrażających śmierć Chodkiewicza, niewolę Maksymiljana, odsiecz Wiedeńską i piękną Bednarczankę; dobył pan Jacek klucza drugiego i otworzył izdebkę swoją, tuż obok bawialnej izby będącą. Tu wąskie łóżko, skórą pokryte, nad którem trochę broni i blacha z Najświętszą Panną Częstochowską wisiała, para kufrów gdańskich, stolik i trochę węzełków a gratów zajmowały cały niewielki alkierzyk. Okienko od niego wychodziło na ogród, wysadzony porządnie gruszami i jabłoniami, popodpieranemi i poobmazywanemi gliną starannie, zarosły agrestem, porzeczkami, krzakami malin i truskawek od spodu. Wśrodku, pod starą smolanką, którą wiatr nielitościwie nadłamał, widać było darniową kanapkę.
Stary, wynalazłszy tu swoje „Officium“, związane rzemykiem, i okulary, zabierał się do pierwszej izby na wieczorną modlitwę, gdy żwawy kłus konia ucho jego uderzył.
— A do djabła, mosanie! — rzekł w sobie pan Jacek, żywo kładąc książkę na stoliku i okulary na nią. — Któżby to zaś miał tak jechać? Nie gumienny, bo przed ganek i to nie kłus dropiatego; nie chłop, bo to dużego konia chód wyraźnie, nie...
I słowa mu na ustach zamarły, gdy, pochyliwszy się do niskiego okna, ujrzał na ślicznym wierzchowcu młodego bardzo mężczyznę, a wedle swych wyobrażeń młokosa, który ze sługą w jasnozielonej kurtce, na bułanym koniu kozackim mu towarzyszącym, stawał właśnie przed gankiem.
— Otóż jest, mosanie, — rzekł pan Jacek — sroka ranna wywołała gościa: bo taki sroka nigdy daremnie nie krzyczy; a tu i Franki w domu niema, i Brzozowską licho z domu na te grzyby wyniosło, i ja, jeden jak palec, z tym błaznem Hryćkiem zostałem się sam, a on i szklanki wody, jak się patrzy, podać nie potrafi. Dajże tu sobie rady, kiedyś mądry!
W sieni już było słychać głos i szastanie nogami; stary, rad nie rad, pośpieszał powitać gościa, choć niezbyt ochoczo, z powodu, że był sam jeden, ale serdecznie mu wdzięczen, bo po staremu: gość w dom, Bóg w dom.
— Żeby choć Brzozowska rychło wróciła! — mówił w duchu, biorąc już za klamkę.
Z drugiej strony progu młodzieniec uśmiechnięty, bardzo wytwornie ubrany, stoi niepiękny twarzą, ale świeży i wesół. Z dziwnem wykrzywieniem ust, zakrawającem na szyderstwo, pytał, zdejmując czapeczkę:
— Pan Jacek Kurdesz?
Jestem do usług pańskich in persona, a proszę do środka ante omnia, bo przez próg się nie witają.
Panicz poskoczył do izby, obejrzał się szybko i, pokłoniwszy się powtóre, rzekł dosyć grzecznie, choć dosyć dumnie:
— Miło mi poznać sąsiada; jestem Sylwan Dendera. Ojciec mój przysyła mnie, abym mu ukłon od niego oświadczył, a razem prosił go na przyjacielski obiadek, na niedzielę.
Twarz starca widocznie zajaśniała radością: zniżył się ledwie nie do kolan młodemu paniczowi i, składając ręce, rzekł z przejęciem, tchnącem czasów dawnych szlachecką dla panów czołobitnością:
— Ileż wdzięczności, mosanie, winienem jaśnie wielmożnemu grafowi! Jakże potrafię przyjąć tak dostojnego w mojej chatynce gościa!
Młodzieniec się uśmiechnął, wziął wyciągnioną dłoń starego, wstrząsnął nią poufale i, szukając krzesła, zawołał ze śmiechem niedorzecznie dosyć:
— Jakże pan tu szczupło mieszka!
Starzec cokolwiek oprzytomniał, widząc, że młokos dość go lekko traktuje i, nie tracąc uniżoności dla krwi jaśnie wielmożnej, raźniej przecie i śmielej odpowiedział:
— A cóż, jaśnie wielmożny grafie, mosanie, nie dla nas to, szlachty ubogiej, pałace: człek sobie do słomianej strzechy przywykł.
Młodzieniec roztargniony, muszcząc młodego wąsa, nie wiedząc co mówić, poglądał po kątach.
— Pan tu dawno już mieszka?
— Tum się, mosanie, urodził i zdaje się, że tu i umrę, jeśli Bóg pozwoli.
— Tak sam jeden?
— Juścić niezupełnie sam — ośmielając się i rozgadując, mówił Kurdesz. — Straciłem, prawda, najlepszego towarzysza, świętej pamięci żonę moją, ale mi po niej została córka, pociecha i podpora starości. Miałbym to sobie za szczęście, mosanie, jaśnie wielmożny grafie, przedstawić ją jako gospodynię mojej chatynki, ale, nieszczęściem, wyszła...
Stary chciał już powiedzieć: na grzyby, ale mu się wymknęło: na przechadzkę. Przed panem grafem jakoś się grzybów powstydził.
— Czym tylko w przyległej brzezinie nie spotkał córki pańskiej — niedbale podtrzymując rozmowę, rzekł Sylwan — w białej z różowem sukience, włosy ciemne...
— I bardzo piękna dziewczyna — dodał śpiesznie pan Kurdesz.
Sylwan się uśmiechnął nieznacznie do siebie, kończąc:
— Obok szła podżyła i otyła kobiecina.
— A to Brzozowska, ani chybi — przerwał pan Jacek — i jeszcze dziewki, mosanie.
— Już tam reszty nie widziałem.
Nie wiem, dlaczego młody człowiek trochę się zamyślił; coś zdawał sobie rachować, potem zdjął rękawiczki i, milej nieco uśmiechnąwszy się do starego, prosił o pozwolenie chwili spoczynku.
— Tfu! człek głupieje na starość! — zawołał gospodarz. — A toć mnie pan graf zawstydzasz swoją dobrocią: mnie to samemu należało humillime prosić, żeby koniki choć wysapały się przy żłobie i zęby przetarły. A tymczasem i moja Franka nadejdzie, — dodał w duchu do siebie — i Brzozowska, i podwieczorek choć siaki taki dla tego grafiątka skoncypujemy.
Wyszli tedy na ganek oba, a stary, spojrzawszy na konie wierzchowe, nie odpuścił ich do stajni, póki nie obejrzał. Sylwan był także koniarzem lub go przynajmniej udawał: miał lub chciał mieć tę żyłkę szlachecką, do której moda dodała angielskiego pierwiastku. Poczęli oba oglądać, rozprawiać i rozmowa łatwiej już dalej poszła.
— Pański koń na oko ślicznota: rasowy, krew jest, caceczko, ale do pracy... — zamknął szlachcic — do pracy, mosanie, wolę tego niepoczesnego kozackiego bułanka. To to koń! Wytrzyma dzień cały, choćby mu się nie dać i wysapać: nogi tęgie, skład mocny, żylasty, kość gruba, pierś aż miło.
— A mójże? — spytał hrabia.
— Pański, mosanie, caca lala, ale kto go wie, co on może wytrzymać? Schlasta się we dwie godziny.
— Ta laleczka kosztuje mnie przecie do dwóchset dukatów.
— Bardzo być może i nie dziwuję się temu; ale dla mnie, JW. grafie mosanie, te angielskiego rodu konie jakoś nie w smak: cienkie to, chartowate i, choć może szybkie na krótką metę, ale na wytrwanie wolę nasze wschodnio-polskie. Angielskie za szkłem śliczne, ale co mi po tem, kiedy to chuchać bez miary, a jechać pod strachem trzeba. Ej! kiedyś to i człowiek miał stajnię, mosanie, i wierzchowe niczego, ale teraz...
— Może i terazby się co znalazło? — trochę szydersko zapytał pan Sylwan, mrugając na swego kozaka z poza starego.
— Choćby się i znalazło, to nie do smaku pańskiego — dokończył pan Jacek. — Mam ci to ja siwkę...
— A niechno pan każę pokazać!
— Juściż się jej nie powstydzę: to harna bestja! Ale kiedy to i wyprowadzić po ludzku niema komu! Wola gościa święta! Hej! — zawołał — pokażcieno tu młodszą siwkę; tylko ją weź po ludzku!
Hryćko się zawinął, zarzucił kantar na głowę faworytalnej klaczy gospodarza i piękne to stworzonko ukazało się raźnie, ochoczo, wesoło wychodząc ze stajni, gdyby panienka, co ją na bal wiodą. Pan Sylwan Dendera, który się w szlacheckiej stajence spodziewał niepoczesnego chmyza, zdumiał się, tak że aż kilka kroków naprzeciw siwki postąpił.
Śliczna bo to klacz była! Wschodnia krew czuć się w niej dawała: niezbyt rosła, niezmiernie kształtna, z łbem pełnym wyrazu, z nogą suchą a muskularną, z żyłami wybitnie oznaczonemi po całej skórze, lśniąca, błyszcząca, wymuskana jak pieszczone dziecię, wydawała się przy angliku hrabiego jak piękna wiejska dziewczyna przy wysznurowanej i bladej panience.
Stary Jacek z uczuciem pogładził śliczne stworzonko, które, wąchając, kawałka chleba zwykłego po rękach jego szukało. Hrabia podziwiał, oglądał siwkę i chwalił ją szczerze: nawet trochę zazdrości przebijało się w jego wyrazach, rad był serdecznie znaleźć jaką wadę, ale nie mógł.
Gdy tak koniarzują w dziedzińcu, Franka, córka pana Kurdesza, powraca śpiesznie z brzeziny. Widziała ona i pani Brzozowska, że nieznajomy jakiś piękny młodzieniec na dzielnym koniu pojechał do Wulki. Ciekawość, wreszcie potrzeba pomożenia ojcu w przyjęciu dodała nóg France, za którą ledwie zdążyć już mogła Brzozowska, stara, zdyszana i zapocona, podbiegając a stękając.
— Brzozosiu! na miłość Boga, pośpieszajmy! — co chwilę powtarzała Frania. — Ojciec sobie nie da rady.
— Tak, tak, niech już panna nie bałamuci darmo; niby to ja tego nie rozumiem: kawalera się chce zobaczyć. Nie bójże się, nie uciecze: zastaniemy go jeszcze; nie poco on przyjechał.
— Wyobraź sobie, Brzozosiu, któżby to mógł być? — pytała, pośpieszając, Frania.
— Albo ja wiem? Królewicz może jaki.
— Ty bo żartujesz ze mnie.
— Ale nie, moja śliczna panienko: jakbyś to i królewicza nie była warta?
— No, jakże ci się jednak zdaje, kto to taki?
— A któżby to zgadł!
— Czyś bardzo zmęczona?
— Ledwie się wlokę.
— No, to wiesz co, zostań się trochę z Agatą, a ja z Horpyną trochę przodem pobiegnę.
— O! co na to nie pozwolę, jak Boga mego kocham: jeszcze mi się potem rozchorujesz... dość już i tak lecim! Nie bójże się, nie uciecze.
— Wstydź się, Brzozosiu! Prześladujesz mnie; widziałaś, jaki koń śliczny?
— I chłopiec niczego.
— A za nim sługa.
— Wszystko tak jakoś z pańska: sługa zielono.
Podobnie rozmawiały całą drogę od brzeziny do dworku, a biedna Brzozowska, jak mogła, dreptała, żeby zdążyć za panienką, która ledwieże nie leciała do dworu biegiem.
Cóż dziwnego? Tak było pusto w Wulce, tak smutno i tak rzadko gość do starego szlachcica zawitał. Nowa postać była zjawiskiem tak niespodzianem i dziwnem, że samej Brzozowskiej nóg i ochoty dodawała. My spojrzymy na Franię, na jedynaczkę pana Jacka, piękną polną różyczkę, wykwitłą wśród dzikich zarośli.
Przebywszy młodość w wojsku, nabiedowawszy się na świecie, pan Jacek nierychło wrócił na zagon domowy i nierychło się, już szronem obsypany będąc, ożenił. Niedługo cieszył się swojem szczęściem spokojnem, bo wkrótce żona mu zmarła, jedno tylko zostawiając dziecię. Do niego, jak do ostatniego węzła, co go ze światem łączył, przywiązał się stary szlachcic całą duszą, sercem całem.
Ale jakież być mogło wychowanie pieszczonej jedynaczki w osamotnionej Wulce? Stara Brzozowska, niegdyś przyjaciółka pani Kurdeszowej, dziś rezydentka i gospodyni na jej miejscu, podjęła się wypieszczenia Frani; dopełniła też tego sumiennie i serdecznie, i wyhodowała, wychuchała jedynaczkę jak najlepiej, wespół z ojcem wiecznie niespokojnym, zawsze jeszcze utrzymującym, że dziecię niedosyć było pieszczone. Frania wyrosła na panią samowładną wśród posłusznych poddanych, z których najpierwszym był ojciec: wola jej była rozkazem, uśmiech weselem wszystkich, smutek strapieniem powszechnem. Jednakże ta samowładność Frani miała pewne granice: gdzie chodziło o jej zabawy, strój, rozrywkę, wszystko było na usługi; cokolwiek mogło obchodzić przyszłość, wpłynąć na los, tu już pilne oko ojca czuwało i, z pierwszego sługi, pan Kurdesz wracał do praw rodzicielskich. Ale je czuć dawał z taką miłością, z tak troskliwem baczeniem na uczucia Frani, a dziecię było tak łagodne i wierzyło w ojca, że nigdy nawet nie miało chętki sprzeciwić mu się. Swobodna zresztą jak łania w lesie, wykołysana przez starca, przebujała młodość swoją, nie poznawszy, co boleść i cierpienie. Pan Jacek, choćby go na to stało, nie chciał wychowywać na wielką panią, raz, że potrzebaby nad nauką trochę dziecię pomęczyć, a na to zezwolić mu było bardzo ciężko; powtóre, że dla kobiety nie widział potrzeby innego wychowania nad staropolskie troskliwe czuwanie, by wzrastała czysta, święta, hoża, rumiana i wesoła. Frania też nic wcale się nie uczyła: umiała tyle ledwie, co Brzozowska, która jako tako czytała modlitwy, do których była przywykła na książce, i umiała się dość krzywo podpisać.
Oprócz tego nauczyła ją troskliwa opiekunka pobożnych kilku i światowych tekstów śpiewać, robić pończochę, szyć gładko, sny tłumaczyć, ziółka suszyć, piec baby, pierniki, tłuczeńce i makowniki i t. p.
Pan Kurdesz w głębi duszy był przekonany, że umiała bardzo dosyć.
W istocie, świata i ludzi nie znała bynajmniej biedna Frania, widząc przez świat zaczarowany bajek, podań i cudownych powieści całe czekające ją życie. Po jej główce, jak w skazce, chodzili jeszcze królewicze, przelatywały najdziksze złocone marzenia. Budziła się wesoła, zasypiała spokojna, żaden smutek nie zmarszczył jej czoła; nie miałaż prawa powiedzieć o sobie, że tak być musi, że tak zawsze będzie?
Frania była pięknem dziecięciem, ledwie siedmnastoletniem: czarne duże oczy, włos ciemny prześliczny, płeć trochę ogorzała, ale świeża, starego używszy porównania, jak pączek różany. Usta maluczkie, zęby bieluchne i drobne, ręka i noga kształtna, kibić zręczna, choć nie do zbytku wycieńczona, bo jej dano wzrosnąć i rozwinąć się swobodnie; a przytem śmiała, wesoła, raźna i niewinnie zalotna. Uśmiech nieustannie z kąta w kątek błądził po jej twarzy, pełnej wyrazu dobroci łagodnej i odwagi razem. Nic ją nigdy nie ulękło, nie rozumiała strachu: prawa córka szlachcica, gotowa była zuchwałego skarcić dłonią, z losem się poborykać i kroku nie ustąpić nieprzyjacielowi. Nieprzebrane skarby miłości, poświęcenia, litości i męstwa zebrane były w jej czystej i spokojnej duszy, jak ziarno w bogatym śpichrzu na głodne lata.
Ciekawa a nietrwożna, z koszykiem na ręku wbiegła Frania z Brzozowską i dziewczętami w dziedziniec, a ledwie róg białej jej sukienki u wrót się pokazał, ojciec, zapomniawszy gościa, cały się ku niej obrócił. Za nim i młodzieniec z wyszukaną grzecznością powitał wesołe dziewczę, które, wprost mu w oczy spojrzawszy, usiłowało odgadnąć, co tu tak niezwykły robić może przybylec.
— Otóż i moja Frania! — zawołał Kurdesz. — Chodźżeno, chodź, Franiu, — dodał żywo — mamy gościa. JW. graf Dendera tak na starego swego łaskaw sługę, że przez własnego syna zaprasza go na uroczystość solenną.
Frania uśmiechnęła się wesoło, powtórnie zajrzała w oczy hrabiemu, który naturalnie wzroku nie odwrócił, ani się zmieszał; a źle zrozumiawszy jej niewinną śmiałość i zalotność, wziął ją na rachunek swego imienia i postawy, nie staropolskiej prostoty i uprzejmości.
— A teraz z Brzozowską pomyślcie o podwieczorku — dodał Kurdesz.
Brzozowska, która stała w zachwyceniu, patrząc na ładne hrabiątko i egzaminując łakomie to jego, to sługę, a nieledwie licząc guziki u sukien, odezwała się naiwnie:
— Ale czemże to takiego pana przyjmować?
Pochlebiło to Sylwanowi, który z uśmiechem rzekł:
— Szklanka mleka, kochana pani.
— Oho, co na to, to niezgoda! — zawołał żywo stary. — Tak nie odpuszczę. Co to pan myśli, że u nas herbaty i kawy nawet się nie znajdzie, albo i kieliszka wina starego?
— A możeby co zgotować? — przerwała gościnna Brzozowska. — Kurcząt upiec do sałaty, albo...
— O! ja jeść nic nie będę!
— Tak głodnego nie puścimy — stanowczo odparł szlachcic.
Frania i Sylwan przez czas tej rozmowy ciekawemi mierzyli się oczyma; pierwszy to raz w życiu dziewczę spotkało tak pięknego młodzieńca, który marzenia jej może urzeczywistnił; Sylwan, uwiedziony zarazem pięknością jej i śmiałością, snuł naprędce romans bez ceremonji. Tak bo to zdawało mu się wygodnem mieć sobie niezawodną kochaneczkę, niedaleko od Denderowa, w domku, do którego mógł przyjeżdżać bez fraka i żółtych rękawiczek!
— A teraz prosimy do pokoju — rzekł szlachcic, biorąc pod rękę hrabiego, i trochę nierad upartemu przypatrywaniu się sobie młodych ludzi.
Frania, ledwie kilka słów przemówiwszy, z Brzozowską razem pobiegła przysposabiać podwieczorek.
Już nie wiem, jak i czyją sprawą upiekły się kurczęta, przygotowała sałata i zrobiły pierogi z serem, bo Brzozowska, gorejąca ciekawością i niepokojem, podbudzonym do najwyższego stopnia, latała jak oparzona, pojąc służącego i pytając go o wszystko, co wiedział i czego nie wiedział.
Frania, jak skoro mogła odejść, nie tając się z ciekawością swoją, także pośpieszyła do pokoju, gdzie hrabia palił cygaro, o koniach rozmawiając z panem Kurdeszem. Nie przypuszczając, żeby mogło być inne jakie i przyzwoitsze a lepsze życie nad jej własne, naiwnie poczęła je malować Sylwanowi, który, śmiejąc się w duchu, był rad spotkanej na drodze sielance i wywoływał jej obrazy.
— O! ja bo się wcale nie nudzę, — mówiła mu Frania — latem, proszę pana, chodzimy z Brzozosią na grzyby do brzeziny, jak dziś, a czasem i dalej; zbieramy zioła, robimy sobie co w ogródku; wieczorami śpiewamy i mówimy śliczne powieści i bajki.
Sylwan uśmiechnął się, ale Frania wzięła ten uśmiech za dobrą monetę.
— Zimą jest tysiąc przyjemności także. Tyle świąt, tyle do nich przygotowań, nabożeństwo, motki, płótna i inne gospodarstwo; bo ja jestem, trzeba panu wiedzieć, wielką gospodynią.
— Już co to, to prawda i, nie chwaląc jej w oczy, — dorzucił pan Kurdesz — Frania nie ma sobie równej w każdej rzeczy: czego się tylko dotknie, zrobi doskonale; a jaka z niej wyborna lekarka!
— I ludzie do mnie o dwie i trzy mile przychodzą po rady — przerwała znowu Frania. — Nikt tak doskonale nie leczy febry, nikt tak dobrze nie umie poradzić na stłuczenie.
— Jakże to pani miło być musi — odezwał się, chcąc coś przecie powiedzieć, Sylwan — tyle błogosławieństw, tyle wdzięczności sobie zaskarbiać.
— Nie przeczę, że mi bardzo miło być ludziom pomocą, — śmiało odpowiedziała Frania — a przytem wszak to i obowiązek kobiety.
— I pani się nie nudzi — spytał Sylwan — w tym zakątku?
— Jakżeby to być mogło! — śmiejąc się z tej myśli, odparła Frania. — Tyle zajęcia, tyle roboty; czas tak wesoło upływa, tak prędko.
— A towarzystwo?
— Mam kilka dobrych znajomych, zresztą poczciwa Brzozosia, ojciec. Nigdym nie zatęskniła za większym światem.
Sylwan to się uśmiechał szydersko, to się dziwił w duchu, to się wpatrywał w śliczną twarzyczkę Frani, która już poczęła, biegając jak wiewiórka, krzątać się około podwieczorku. Stary Kurdesz, podbudzony do admiracji przytomnością obcego, szczebiotliwością córki, miał w oczach łzę rozczulenia, w ustach niedokończone dziecięcia pochwały.
Zaledwie wyszła, począł z pełnego serca rozwodzić się nad jej przymiotami.
— Złoto nie dziecię! — wołał, wznosząc ręce do góry. — Co to za serce, a co to za główka! Nieraz mnie staremu jak co poradzi, to się zdumieję, skąd ona to, siedząc w tym zakącie na szlacheckiej zagrodzie, prawie ludzi nie widząc, wziąć mogła? A jaki statek, jaka to pobożność, ile to przymiotów różnych, co ich i zliczyć niepodobna! Potrzeba z nią żyć od rana do wieczora jak ja, żeby to kochanie serdeczne poznać i ocenić.
Wśród tego toku rozmowy dano podwieczorek. Frania sama zapraszała Sylwana, podsuwała mu kurczęta, nakładała pierogów, dolewała śmietany, a uśmiechając się białemi ząbkami, patrząc nań śmiało czarnemi palącemi jak żar oczyma, wprawiała go w niepokój niewysłowiony. Sylwan, wychowaniec miast, cudzoziemiec wśród kraju, elegant z wielkiego świata, ujęty, oczarowany wdziękiem prostego dziewczęcia, to się śmiał z siebie, to się łapał na bardzo czułych grzecznościach dla wieśniaczki, w bardzo znaczących wejrzeniach ku pannie Kurdeszance.
Mimowolnie bytność jego w Wulce prawie do nocy się przeciągnęła i, gdy siadał na koń, wyprowadzony na ganek przez całą ludność dworku, bo i stary Kurdesz, i Frania, i Brzozosia, i Agata, i Horpyna, i Hryćko ze stajni, i gumienny z za węgła, wyglądali wszyscy na pięknego panicza, księżyc już w pełni majestatycznej wypłynął był na niebiosa.
Szlachcic sam chciał strzemię przytrzymać JW. grafowi, ale Sylwan nie dozwolił na to, skoczył dosyć lekko na anglika, dał z nim ogromnego susa i, pokłoniwszy się raz jeszcze czapką i okiem śmiejącej Frani, jak burza wyleciał przez wrota wśród niespokojnych naszczekiwań starego Rozboja.
Za nim Janek, masztalerz pana grafa, pośpieszył także pędem na bułanym, tęgo podchmielony i wesoły jak pan. Ma to do siebie przyjęcie szlacheckie, że tu i pana, i sługi, i konie, i psy, gdyby były, serdecznie przyjmują, karmią, poją i bawią. Byli o kilkaset kroków od dworku, a już Jankowi język świerzbiał i, zbliżywszy się nieco do panicza, chrząknął naprzód dla zwrócenia jego uwagi, a potem szepnął:
— Oto, JW. panie, aż miło!
— Cóż to ci tak miło, Janku?
— Bodaj to bywać po szlachcie, JW. panie, to i koniom, i ludziom wygoda: przyjmują jak rodzonego brata, karmią, poją, chuchają. Wszak to mnie sama panienka i ta jejmość tłusta wynosiły na talerzu pierogi i dwa razy słodką wódką częstowały.
— Wódka, jak widzę, bardzo ci się podobała?
— Nietyle, JW. panie, wódka, bo tego i w karczmie za swój grosz dostać można, a człek z łaski pańskiej niegoły, — jak ludzie...
— A cóż to u nich tak osobliwego znalazłeś? — spytał Sylwan na przekorę.
— Dobre, jak Boga kocham, ludziska. A panienka, a! jak malinka!
— Ładna, myślisz?
— Jużciż nie powie i JW. pan, że brzydka. Ot, jabym panu radził tu i częściej bywać.
— Ho! a pocóż?
— Jak bo to JW. panu ciężko dziś mnie rozumieć!
Sylwan się rozśmiał.
— Jaki bo ty dzisiaj jesteś poufały!
— Kiedy JW. pan pozwala.
— Pleć sobie, pleć, a cóż mi to szkodzi?
— Ot, takbyśmy mieli sobie gdzie wesoło wieczorynki przepędzać, byliby nam radzi. Panna caca, laleczka, ludzie jacyś dobrzy i jabym tu sobie może co znalazł, i wolałbym, jak latać po budnikach i po tej hołocie — szlachcie czynszowej, za ich niezdarnemi dziewczyskami.
— Cicho, głupcze!
— No, a jak cicho, to cicho! — rzekł Janek trochę zmarkocony, że mu kazano milczeć, gdy najbardziej mówić potrzebował. Ale niedługo wytrwał w postanowieniu milczenia i znowu się rozchrząkał i znowu począł półgłosem: — Oj, co panna, to panna!
Sylwan rozśmiał się na całe gardło.
— Chwała Bogu, JW. pan się śmieje, widać, że mam rację.
— No, cóż tedy dalej, Janku?
— A co ma być dalej? Jeździlibyśmy sobie cichuteńko, jeździli, ażby się nam sprzykrzyło.
Sylwan nic nie odpowiedział, a co myślał, porozumiemy lepiej, gdy go poznamy bliżej.



Wcale inna, choć nie mniej żywa rozmowa zajmowała w Wulce Brzozosię i Franię. Kurdesz, słów kilka przemówiwszy po odjeździe młodego Dendery, poszedł do swojej izdebki spóźnione odmawiać modlitwy. Naprzeciwko w pokoju Frani zasiadła Brzozosia na kuferku i, wpatrując się oczyma macierzyńskiemi w swoją wychowanicę, okazywała wielką ochotę puszczenia sobie cugli w domysłach i projektach. Twarz jej wydawała niezwykłe poruszenie, usta podrygiwały wśród milczenia, oczy wlepiały się we Franię, ręce tajemniczemi zajęte były gestami; nie mogąc jeszcze mówić do panienki, poczynała już rozmawiać sama z sobą. Niedługo to trwało, bo i jej ciężko było dotrzymać milczenia.
— Otóż chwała Bogu i kawaler! — odezwała się nareszcie, wjeżdżając bramą zwycięską odrazu.
— Gdzie i jakiż to kawaler, Brzozosiu? — spytała Frania.
— Ot, jest! Nie udawajże, proszę. A dzisiejszy?
— Dzisiejszy! Cóż on do nas ma? Jak wiesz, przyjechał do ojca i nic więcej, i tyleśmy go pewnie widzieli.
— Mniejsza o to, z czem i poco przyjechał, ale z czem odjechał, to ja wiem — dodała, znacząco kiwając głową.
Frania się uśmiechnęła i szepnęła tylko:
— Co ci się też śni, Brzozosiu! Zapominasz, co my, a co on!
— Ot, jest! A gdyby to był nietylko graf, ale i sam książę jaki! — obruszyła się gorąco poczciwa Brzozosia, zrywając się z kufra, na którym siedziała. — No, to cóż, to cóż? Albo to hrabiowie i książęta nie żenią się ze szlachciankami? Czy to pierwszyzna?
— Cha! cha! Nieoszacowana Brzozosia już nas i pożeniła.
— No, czemużby nie?
— Ale zmiłujże się, on o tem ani pomyśleć nie może... A...
— A! przepraszam! To jeszcze zobaczymy! Chybaby był ślepy, i z pozwoleniem, nie do niego mówiąc, głupi. Nie pochlebiając, takiej drugiej, jak moja Frania, nie znaleźć jak grzyba nad drogą.
— Zapomniałaś, Brzozosiu, że panowie to insi ludzie; samaś mi o tem mówiła, że u nich inny obyczaj, inny gust i wszystko inaczej jak u nas. Inny świat!
— Inny świat! Bałamucisz. Albo to jest dwa czy trzy światy? Banialuki, Franiu! A co go tu przyniosło, jeśli nie przeznaczenie? Hę? Jak ciebie zobaczył, już ja o resztę jestem spokojna. Otóż mamy sobie kawalera, chwała Bogu, i co się zowie.
Roztropniejsza Frania uśmiechnęła się, nie dopuszczając tej myśli zupełnie, choć ona jej pochlebiała; ale Brzozowskiej już z głowy tego wybić nie było można.
— Skorzystałam — dorzuciła szybko — i wypytałam się tak, niby nic, o wszystko a wszystko, tego pana Janka podpoiwszy odrobinkę. Otóż możeś ciekawa tych hrabiów?
— Ale, moja Brzozosiu, do czego nam to wszystko?
— No, dajmy na to, że aby gadać, cóż to zaszkodzi?
— Tak, to co innego. A cóżeś się dowiedziała, kochana Brzozosiu?
— Tylko słuchaj uważnie. Naprzód, że nasz pan kawaler...
— Nasz! znowu nasz? Moja Brzozosiu!
— A już, że nasz, to nasz, — żywo potwierdziła stara — ale to mniejsza. Ma tedy naprzód ojca, pana grafa. O nim tośmy już i dawniej słyszeli: człowiek bardzo bogaty, wiosek kilkanaście, pałace, ogrody, pieniędzy huk i z miny pan całą gębą.
— Widzisz sama, Brzozosiu, gdzieżby taki pan mógł synowi pozwolić...
— Ale nie przerywajże mi, kochanie, ja nic nie myślę. Widziałam go w kościele, zdaje się, poczciwy człowiek i dobry, łagodny, miluchny, uśmiecha się i kłania do każdego. Potem ma matkę, anioła dobroci, dobrą a przedobrą kobiecinę, niezmiernie przywiązaną do męża i do dzieci. I ta jeszcze ma matkę, wielką panią, bardzo szanowną i poważną, co się zowie, matronę, znać jeszcze, że była dawniej piękna. Znałam ją w młodości, była za kasztelanem Maryckim i mieli niegdyś wielką fortunę. Trzeba wiedzieć, jak ją wszyscy honorują, jak przed nią padają. Oprócz naszego kawalera jest jeszcze córka, śliczna panienka, widujemy ją w kościele; musiałaś uważać, słuszna, poważna blondynka, czegoś niby smutna i dumna, ale jej z tem do twarzy. Mieszkają wszyscy w Denderowie; nieraz może, kochanie moje, jadąc z Wulki do Łasiniec, widzieć musiałaś nade drogą wielki pałac denderowski, w drzewach, w klombach nad stawem. Otóż to tam rezydencja ich pańska.
Frania ruszyła ramionami.
— Ale, moja Brzozosiu, ten twój kawaler, jak sama widzisz, miljonowy pan, hrabiątko; jemu się i nie śni o mnie, a ja...
— Ale mnie się śni i co się śni, to wyśni. Miljonowy czy nie, grafiątko czy książątko, co komu do tego; ja, co wiem, to wiem i kwita.
A widząc, że Frania niebardzo się broni poddawanej myśli, Brzozosia wyszła z pokoiku, zostawiając ją samą, poszła rozmawiać z Agatą i Horpyną, a dziewczę z myślami siadło marzyć w okienku. Wsparta na ręku Frania mimowolnie gnała dumą za pięknym chłopcem, który dla niej był tak grzeczny, może więcej niż grzeczny tylko; przypominała, co jej mówił, zastanawiała się nad tem, jak na nią patrzał, rozbierała przywitanie i pożegnanie i każde słowo, i każdy ruch jego. Wostatku pytała się smutniejsza, poglądając w okno: — Powróci on czy nie? Przyjedzie on znowu do Wulki? Zobaczę go ja, czy już nie zobaczę?
A coś jej mówiło w głębi duszy, że powróci, przyjedzie, że go zobaczy i, koniec końcem, ledwie już nie uwierzyła Brzozowskiej, budując na przelotnych odwiedzinach trzpiota całą zaczarowaną przyszłość. Tak ptaszki, Frani lekkością podobne, gniazda z puchów ścielą, łapiąc je wiatrem z pod skrzydeł; tak dzieci biegną za bańką mydlaną; tak nieraz starsi i rozumniejsi na myślach, domysłach, nadziejach sadzim przyszłość naszą! Wiekuiste dzieci!
My rzućmy marzącą Franię i żywo rozmawiającą Brzozosię, która serjo kłopocze się już, skąd weźmie rozmarynu dla swej panny młodej, a zwróćmy się do starego Kurdesza, którego bliżej poznać potrzebujemy.
Jego wiek i siwizna już go nam w części odmalowały. Zabytek to innego życia, innego społecznego porządku, wyraz innych przekonań i pojęć, wyjątek wśród nowego świata, który nań patrzy z szyderstwem, litością, z zadziwieniem. Jak strój Kurdesza, tak serce i myśli nie do naszych należały czasów. Wśród współczesnych sobie, młodszych od siebie, był on jak człowiek, któryby zasnął na pół wieku i obudził się wśród obcych, nieznajomych. Nikt jego, on już nikogo nie pojmował: tak szybko, dziwnie, piorunowo, wszystko się dokoła przewróciło, zmieniło. Kurdesz żył jeszcze zapasem starym, pamiątkami swemi, modlitwą, miłością dla dziecka, a odrobinę nadzieją, że dawne czasy powrócą. Ale cóż wraca na świecie? — Wiosny tylko i lata, ale nie ludzie i czasy! Jego stary porządek i obyczaj tak mu się wydawał przedziwnym, że się zawsze spodziewał, iż ludzie po gorzkich doświadczeniach do niego i jego niechybnej aryngi powrócić muszą.
Życie jego nie miało w sobie nic nadzwyczajnego: owszem, przeszło jak tysiące innych tamtej epoki. Rodzice, uboga a pracowita szlachta, mieli ich dwóch, a córkę trzecią. Na maleńkiej wioseczce była to gromadka, która starego Kurdesza ojca, cześnika międzyrzeckiego, niepokoiła. Potrzebowali losu i, jak skoro dorośli, ze szkół jezuickich poszli oba młodzi Kurdeszowie w usługi pańskie, na dwory zdawna przyjaznych Kurdeszom familij, pańskiej, jak mówiono, klamki się trzymać. Trzeba wiedzieć, że szlachectwo Kurdeszów było stare, że niegdyś byli to ludzie majętni, a nawet wysoko skoligaceni. Jedna Kurdeszanka była za Kostką, jedna Leszczyńska za Kurdeszem, a dziad ojca pana Jacka miał za sobą kniaziównę Mirską. Przez pamięć tych związków, rody, spowinowacone z Kostkami, Leszczyńskimi, Mirskimi, chętnie się zajęły losem młodych chłopaków, którzy, opuściwszy rychło ojca, poszli dosługiwać się przyszłości swojej. Siostra poszła zamąż młodo, za niejakiego Szczerzeckiego i bezdzietnie zmarła; starszy brat pana Jacka, spadłszy z konia na polowaniu, skaleczał naprzód srodze, chyrlał, powróciwszy do domu i, nabiedowawszy długo, nareszcie życie skończył. Cześnik międzyrzecki, mając już tylko jedynaka, pana Jacka, a sam postarzawszy, wzywał go bardzo do domu, potrzebując pomocy i wyręczenia, ale panu Jackowi zasmakowało życie dworskie i wojskowe.
Nadeszła konfederacja barska. Z panem opiekunem swym poszedł do niej pan Kurdesz: ustąpił potem z kraju z innymi, błąkał się długo i nierychło schorzały, ranny, odarty, ledwie poznany, do rodzicielskiego domku się przywlókł.
Tu już ojca ani brata nie zastał, stara matka tylko sama na Wulce gospodarowała i, mimo niemałych trudności, bijać się z tysiącem kłopotów, dla syna, którego wyglądała uparcie i spodziewała się zawsze, nawet gdy go umarłym głoszono, przysposabiała spoczynek swobodny. Znalazł on Wulkę w najlepszym stanie: zapas wszędzie, dostatek i grosiwa uzbieranego worek niemały. Z żołnierza najlepszy gospodarz, jeśli nie najgorszy. Pan Jacek, wyzuty z nadziei służenia użytecznie krajowi z szablą, począł gospodarzyć zawzięcie, a powiodło mu się nad miarę szczęśliwie.
Stara matka już tylko wypoczywała, modląc się, a codzień narzekając i płacząc, że ojciec nie dożył powrotu syna i nie pobłogosławił mu jeszcze. Pragnęła koniecznie doczekać wnucząt i silnie namawiała na ożenienie; ale pan Jacek nie dawał się przekonać, a nic nie odpowiadając, odszedł milczący zawsze, ilekroć go zaczepiła o małżeństwo. Domyślała się staruszka, że to nie było bez kozery, że gdzieś, jak mówili starzy, na pańskim dworze zaszłapał. Ale gdzie? jak? — żywa nie wiedziała dusza.
Nierychło wreszcie, nierychło jakoś, konfederat pokiereszowany, zeszpakowaciawszy już, dał się nareszcie namówić i ożenił się.
Stara matka, napłakawszy się z radości na weselu, nie doczekawszy upragnionych wnuków, może ze wzruszenia i wielkiego szczęścia, poszła do lepszego życia, do którego ciągle się przygotowywała. Niebawem potem i żona pana Jacka, poczciwa, pracowita a skromna kobiecina, zostawiając mu córkę, świat także pożegnała.
Prawda, że nierychło się do niej przywiązał i ożenił niebardzo ochoczo, ale zato jakże ją kochał serdecznie, jakże jej stratę opłakiwał! Osamotniony wpadł był nawet pan Kurdesz w melancholję, która niemal rok cały trwała, potem widok dziecięcia i skłonność do pracy przemogły. Rzucił się znowu czynnie do gospodarstwa i, tak skutecznie pracując, starzał powoli doreszty. Niemłodo się był ożenił, teraz smutek szybko siwiznę zasiał coraz gęstszą i zmarszczkami poorał szybko.
Na dziecku naprzód, potem na majątku Pan Bóg mu poszczęścił: Frania urosła na śliczne dziewczę, a z Wulki, maleńkiej wioseczki, któraby ledwie innego utrzymać potrafiła, Kurdesz z ładem i oszczędnością uciułał kapitalik, wcale piękny. Wulka niewiele wprawdzie przynosić mogła, ale jakież były i potrzeby jego? Żył tem, co dał zagon własny, mało co kupując do domu, a strzegąc się wydatku gotowego grosza. Jeden wózek i bryczka służyły od niepamiętnych czasów: konie rodziły się w domu, suknie były jeszcze po dziadach, porządek domowy stary, a pieniądz przypływający, wedle starodawnego obyczaju zaklęty, składał się zaraz na kapitalik.
Procenta od niego nie przeżywały się nigdy przy zaprowadzonej oszczędności i skrzętności, dokładano je do sumy i tak powiększała się ona ciągle i coraz znaczniej.
Kapitalik pana Jacka także more antiquo, bo tego pilnował się nasz szlachcic we wszystkiem, wedle tradycyj domowych nie mógł się ulokować gdzie indziej i inaczej, jak u wielkiego pana na prowizji. Rodziny, przyjazne Kurdeszom, skoligacone z nimi, powymierały, pogasły lub oddaliły się z kraju: trzeba było bliżej siebie szukać lokaty, a zawsze u jaśnie wielmożnych. Trafił się w pobliżu graf Zygmunt-August Dendera, szumnie żyjący, obszernych włości dziedzic, którego dom, reputacja, sposób życia, a wogóle państwo olśniły biednego szlachcica i dwakroć sto tysięcy złotych już spoczęły w szkatule hrabiego, dwakroć w pocie czoła zapracowanych na Wulce: przyszły posag Frani.
Pomimo codziennie powiększającego się majątku, życie szlachcica wcale się nie zmieniło, a Kurdesz, kłaniając się do kolan i uboższym, i mniej od siebie wartym paniczom a trzpiotom, uważał się zawsze za najniższego sługę ich i brata. Mało kto wiedział o jego funduszach dokładniej, gdyż Kurdesz nietylko się z niemi nie chwalił, ale je raczej taił. Domyślano się wprawdzie po ścisłej oszczędności, że zapas mieć musi niezgorszy: ale nikt ściślej nie mógł wyliczyć, o ile się jego fortunka powiększyła zabiegami i skrzętnością. Piękna Frania miała już z sąsiedztwa kilku gołych konkurentów do pięknej swej rączki, ale tych pan Jacek bez ceremonji poodprawiał. Zdaleka tylko kręcili się koło niej chłopcy, a stary szlachcic poglądał na nich okiem bacznem, nie dając się bardzo przysuwać do córki. Co się tyczy bowiem małżeństwa, wcześnie jej zapowiedział, że sam nad niem czuwać będzie. Zresztą miała ona zupełną swobodę w domu i za domem i, gdyby z niej korzystać chciwa, przywiązany do niej i zakochany w jedynem dziecięciu ojciec nie śmiałby się może tak surowo, jak obiecywał, sprzeciwiać. Ale dotąd Frania żartowała sobie swobodnie ze wszystkich i wyżej myślą sięgając: bo wszystkie kobiety do wyższości pociąg mają. W tych, co ją otaczali, nie upatrzyła nikogo i zdawała się czekać na swego.
Brzozosia też ciągle jej wróżyła coś nadzwyczajnego i widzieliśmy już, jak niespodzianie wróżbom jej przypadek dał cień prawdopodobieństwa. Staremu szlachcicowi i przez głowę nie przeszło, żeby młode grafiątko mogło z płochą myślą spojrzeć na jego donię. Widział się nadto daleko od Denderów, a zbyt był znowu dumny, by o czemś mógł roić między nimi a sobą podchwyconem i wymodlonem.



W niedzielę przypadały szumnie zawsze i uroczyście obchodzone imieniny hrabiego Zygmunta-Augusta Dendery, na które zdaleka nawet zjeżdżali się chciwi zabawy panowie, półpankowie, szlachta dostatnia i w różny sposób znajomi lub przyjaźni solenizantowi. Dom hrabiego obszerny bardzo i dla gości wygodny. Wszelkiego rodzaju zabawy, a przedewszystkiem karty, dla młodzieży muzyka i tańce, dla starszych gawędka, wino stare i kucharz wyborny nęciły na ten dzień wszystkich dokoła o mil dwadzieścia. Hrabia przywiązywał pewną wagę do tego, żeby mieć w dniu tym jak najwięcej gości; w najlepszym był humorze, gdy ich pomieścić nie mógł i rywalizował z dalekim sąsiadem swoim, równie bogatym panem Zagrobskim z Wilczyna, o to, kto więcej mieć będzie przyjaciół półmiskowych, karcianych i kielichowych u siebie. Nie wahano się nawet, choć to nie jest we zwyczaju na imieniny, zapraszać lepiej znajomych, dla zwiększenia ciżby.
Denderów, stolica Zygmunta-Augusta hrabiego Dendery, od lat pięćdziesięciu podobno uhrabionego w Galicji (gdyż i tam miał dobra, a w Galicji wszyscy hrabiowie i najbiedniejszy już choć Ritter być musi), nazwany został niedawno, by Zygmunt-August miał przyjemność pisać się na Denderowie Denderą, co jakoś brzmi majestatycznie i poważnie. Niektórzy przypominali jeszcze dawne jego miano, niezbyt mile brzmiące: zwał się bowiem Hołochwastowem. Postawiony ogromny pałac z kolumnadą dorycką, założone ogrody, wykopane stawy, urządzone austerje, powznoszone dla oka z facjatami białemi różnego rodzaju walące się ztyłu budowle czyniły tę mieścinę zdaleka czemś lepszem, niżeli była w istocie. Oprócz klucza Denderowskiego, miał jeszcze hrabia dwa inne i dobra w Galicji, o których, z powodu oddalenia i granicy, różni różnie mówili. Byli tacy, co tych dóbr znaleźć tam nie mogli; drudzy małą je wioszczyną odłużoną zwali: hrabia szeroko o swem państwie na Rusi rozprawiał. W życiu, w charakterze, majątku Zygmunta-Augusta Dendery pełno było nieprzebitych tajemnic. Nie będziemy ich przed czasem usiłowali zgadywać; powiemy tylko dla przygotowania nieco czytelnika, że żył na największą stopę, uchodził za bardzo a bardzo bogatego, za spekulatora i miał dotąd kredyt wielki, że postawę miał pańską (głowę do góry), dom pański, wreszcie pozornie był nadzwyczaj otwarty; ale ludzie, bliżej oswojeni, mówili, że skryty był dla najbliższych nawet.
Wedle wiadomości, powyżej nam udzielonych przez dobrze poinformowaną Brzozowską, wiemy już, że miał syna i córkę, żonę i matkę żony, żyjących. Wszystkie te osoby wkrótce bliżej poznamy.
Syn Sylwan już nam znajomy, który zrana dopiero w niedzielę po przejażdżce swej z ojcem się spotkał, wpół siedział, wpół leżał, obyczajem młodych ludzi naszego wieku, na kanapie w pokoju ojca. Poprostu mówiąc, rozwalił się bez ceremonji. Ubrany był w kraciastą krótką kurteczkę, podobne szerokie spodnie i długą takąż kamizelkę; w ustach miał cygaro zagasłe, rękę jedną na boku opartą, drugą we włosach długich i raźnie, szumnie natył zarzuconych.
Ojciec, słusznego wzrostu mężczyzna, barczysty, silnej budowy ciała, chodził z długą fajką po pokoju. Twarz jego bez wyrazu w tej chwili, gdyż w razie potrzeby dopiero przywdziewała maskę stosowną, chmurna była tylko i zasępiona, jakgdyby się nudził.
Blady, z oczyma czarnemi ostro poglądającemi, z podgolonemi bakembardami, trochę podłysiały, z brwią namarszczoną i usty wydatnemi: hrabia, jak widać, usilnie musiał pracować, by sobie wyrobić hrabiowską powierzchowność i fizjognomję, le physique de son rôle. W istocie miał tylko minę miernego aktora na teatrze małego miasteczka. Mowa jego była deklamacyjna, głośna, krzykliwa, niezmiernie stanowczo decydująca, wejrzenie rozkazujące, uśmiech protektorski, chód tragiczny, rzuty głowy bohaterskie. Ubrany w szlafrok jedwabny w złociste kwiaty, na dnie jasnem rzucane, w czapeczkę haftowaną wytwornie, w pantofle tureckie, przechadzał się po dywanie swego pokoju, kiedy niekiedy biorąc do ust bursztyn ogromny cybucha jaśminowego, to znów puszczając go w zamyśleniu. Syn ziewał, zarzucając włosy natył, poglądał na ojca i czekał poczęcia rozmowy, z zaniedbaniem właściwem dobrze wychowanemu młodzieńcowi, który się nauczył szanować tylko jednego siebie i wobec ojca nawet całą swą niezależność i indywidualną stara się zachować swobodę.
— A cóż, hrabio Sylwanie, — odezwał się ojciec, stojąc naprzeciw syna (gdyż ojciec i syn tytułu sobie hrabiowskiego nawzajem odmawiać nie widzieli powodu, nawet w potocznej między sobą rozmowie) — a cóż? Byłeś u mego szlachcica w tej Wulce?
— A! byłem!
— Prosiłeśże go grzecznie, jakem ci mówił?
— Prosiłem! — uśmiechając się i gładząc wąsięta, odpowiedział młody hrabia.
— Ale byłżeś grzeczny? — z przyciskiem zapytał Zygmunt-August.
— Cóż to za pytanie? hrabio!
— Bo widzisz, niezawsze jesteś równie grzeczny, a z tą drobną szlachtą, nie wiesz, jak po szpilkach! C’est si susceptible!
— A czyż nie wiem? Ale się wszystko odbyło wybornie: jadłem przypalone i surowe kurczęta z kwaśną śmietaną, un mets champêtre, z sałatą zalaną słoniną, jadłem pierogi, oglądałem konie pana Kurdesza. Qne voulez-vous de plus?
— No! a chwaliłeśże je?
— Naturalnie! I ma w istocie jedną klacz siwą polsko-wschodniego rodu, bardzo ładną, bardzo ładną.
— A nie darował ci jej? — zapytał stary hrabia.
— Myślałem, qu’il aura le bon esprit de le faire, ale nie.
— Spodziewam się jednak, że ci okazać musiał i radość, i wdzięczność, żeś go odwiedził.
— Jak mógł i umiał, ściskał za kolana.
— Widziałżeś i córunię?
— A jakże i siwkę, i córkę.
— Cóż to za stworzenie: mówią, że to ładne?
— Tak! ładna! jużciż ładna, ale to proste dziewczę, daleko dziksze i mniej cywilizowane, niż garderobiane mojej matki, które czytają romanse pana Sue.
— Spodziewam się — rzekł z uśmiechem ojciec.
— Szlachcic naturalnie przyjedzie.
Cela va sans dire. Dziękuję ci, żeś mnie posłuchał i był grzeczny!
Syn dym tylko puścił, zapaliwszy cygaro, poprawił je, rzucił się głębiej na kanapę i założył nogę na nogę. Ojciec mówił po chwili:
— Będziemy dziś mieli mnóstwo osób różnego stanu, sfery, znaczenia i położenia towarzyskiego.
Syn patrzał tylko, ziewając, i czekał, co mu dalej ojciec powie.
— Mój Sylwanie, — kończył Zygmunt-August Dendera — staraj się być zawsze i wszędzie dla wszystkich uprzedzającej grzeczności.
— Alboż kiedy byłem dla kogo niegrzeczny?
— Tego ja nie mówię, ale jest wiele cieniów i odcieniów grzeczności, mój hrabio.
— Ile osób, tyle grzeczności.
— Masz poniekąd słuszność, ale trzeba być dla wszystkich w swoim domu niezmiernie radym gospodarzem, nadskakującym, uprzedzającym.
— Nadskakującym?
— Może powiedziałem zanadto, — mówił dalej ojciec — ale zrozumiej tylko ogół mojej rady.
— Wszak wiesz, hrabio, — odparł syn niedbale — że w mojem przekonaniu wszyscy są równi, a urodzenie...
— Daj mi pokój z waszemi nowemi teorjami, mnie już nie nawrócisz.
Młode hrabię uśmiechnęło się tylko. Trzeba albowiem wiedzieć, że dla tonu, dla nadania sobie barwy wiekowej, po powrocie z zagranicy, Sylwan grał nieźle rolę demokraty i człowieka postępowego. Na czem u niego zależał postęp, dokładnie nie wiemy; zdaje się, że on sobie sam z tego nie umiał czy nie chciał zdać sprawy. Grał, pił, jadł, hulał jak wszyscy, z tą różnicą, że wszystko to czynił jakoś odniechcenia, znudzony, ziewając i z wielkiemi tony. Mówił przytem wiele o równości ludzi, postępie, duchu wieku, a mimo to rył sobie wszędzie herby: na biletach, na guzikach, na cygarniczkach, na liberji swego grooma i lokaja, na uprzęży koni, strojąc w nie rzeczy, zwierzęta i ludzi. Niższych od siebie (w swem przekonaniu) nie miał za Boże stworzenie; nie wadziło mu to jednak, rozsiadłszy się na kanapie, głośno i bardzo szumnie rozprawiać o postępie, o cywilizacji, o barbarzyństwie naszego kraju, o ucisku włościan, o przyszłym upadku wszelkiej arystokracji. Ale to była farba tylko. Ojciec, któremu pochlebiała ta mniemana w synu wyższość umysłowa i nowe niby a najświeższe doktryny, cieszył się z nich dla Sylwana, jakby się pysznił nowym jego frakiem lub końmi. Pysznił się tedy stary hrabia, słuchając, jak, trzy po trzy rezonując, syn dorabiał się opinji sensata, polityka, reformatora; pozwalał na te niewinne hulanki językowe i podsycał nawet argumenta Sylwana swoją lekką opozycją, kończącą się zawsze wykrzyknikiem:
— Mów ty sobie, co chcesz, jam już za stary, bym zmienił sposób widzenia: i położenie nasze w społeczeństwie, i imię, i związki rodowe obowiązują mnie dotrzymać placu na starem stanowisku mojej familji.
W tej chwili, będąc sam na sam we cztery oczy, hrabiowie, stary i młody, nie widzieli potrzeby w długą się wdawać rozprawę, którą oba już po wielekroć powtórzyli, a która ich nudziła. Ojciec puścił dym z cybucha, syn ziewnął i zamilkli.
— Kogóż się spodziewamy? — spytał Sylwan po chwili.
— Jak zwykle wszystkich — odparł dumnie ojciec.
— A więc tłumu?
— Sto, półtorasta, dwieście osób może, kto wie!
— Taki zgiełk mnie nie bawi — rzekł melancholijnie młody.
— Dziwna rzecz: wy młodzi teraz młodych gustów nie macie.
— Starzyśmy głową i sercem.
— Tem gorzej.
— Tem lepiej, ojcze, nie spotkają nas zawody.
— Cóż z sobą robisz rano? — odwracając rozmowę, przerwał ojciec, nie chcąc napróżno szafować argumentami, które się na wystawę przy ludziach przydać mogły.
— Ja? Albo co?
— Bo ja mam jeszcze liczne zajęcia.
— Pójdę do siebie.
To mówiąc, Sylwan wziął czapkę ze stolika i, nie spojrzawszy nawet na hrabiego ojca, oddalił się, świszcząc piosenkę.
Ledwie wyszedł, hrabia zadzwonił; ukazał się lokaj wygalonowany, w paradnej liberji.
— Pana Smolińskiego!
— Słucham JW. grafa, zaraz...
Drzwi się zamknęły, a po chwilce zawołany wszedł pan Smoliński.
Był to plenipotent i rządca klucza, i totumfacki hrabiego, jeden, co jego zaufanie posiadał do pewnego stopnia, znał jego kieszeń i interesa, z którym często kłócił się hrabia pozornie, ale zawsze w najlepszej żył zgodzie.
Była to figura wszechmocna, przed którą drżeli wszyscy: syn, żona, córka, a najbardziej ci, co mieli interesa z panem hrabią. Hrabia bowiem, mimo wielkiego majątku, jako spekulant, miał też ogromne interesa.
Smoliński był wieku hrabiego, miał lat pięćdziesiąt kilka, mały, chudy, przygarbiony, twarz lisa i wilka zbite i złączone w jedną; pokorny jak żebrak, zły jak pies na łańcuchu, kłamca jak kalendarz. Na łysej głowie troszka włosów bezbarwnych zwijały się pokręcone w różne strony bez pewnego projektu, nie myśląc pokryć nawet dojrzałej brudnej łysiny. Niżej pod czołem, wysadzonem naprzód, błyszczało coś nakształt burych oczek, których wejrzenia złapać było niepodobna; usta pokrzywione w fałdach twarzy się zaszyły, uszy tylko ogromne, białe jak pergamin, sterczały z dwóch stron dobitnie. Wszedł i zbliżył się zaraz, oglądając się za siebie, aż do gabinetu krokiem śmiałym, bez żadnej ceremonji, ukłonów i uniżeń, z miną człowieka, który doskonale jest przekonany, że się bez niego obejść nie można.
— A co? — spytał go hrabia.
— Względem czego?
— Interes z Pęczkowskimi?
— Ułoży się.
— Bardzo krzyczą?
— Jużciż, jakby nie krzyczeli! Ale zawsze tylko na mnie.
— No! to jeszcze nic.
— Tak! to nic, — śmiejąc się i zacierając ręce, rzekł Smoliński — wszystkiemu ja winien.
— Ale trzeba im zapłacić.
— Trzeba i nie trzeba: zgubili oblig, był nieoblatowany. Masz pan zwykły swój sposób na to. Jeśli zapłacimy, to nierychło, a co procentu to ani myśleć dawać.
— Słyszę, że ktoś idzie; wyjdź drugiemi drzwiami, poczekaj w gabinecie, aż cię wezwę.
Smoliński, widać przywykły do podobnych wycieczek za kulisy, uszedł bardzo zręcznie, wyciskając się przez małe drzwiczki, a w tejże chwili lokaj zameldował pana Pęczkowskiego.
— Prosić! prosić! — rzekł hrabia głośno, przybierając minę poważną i biorąc w rękę długi papier i suche pióro, jakgdyby dopiero od pracy wstawał.
Po chwilce wszedł pan Pęczkowski, szlachcic we fraczku, choć to była dopiero godzina dziesiąta, zapięty, w rękawiczkach łosiowych, z czapką pod pachą, zbiedzony, smutny, blady. Poprawił włosów na progu, otarł nogi uważnie, ukłonił się raz i drugi pokornie, niziuteńko, nim wszedł do gabinetu hrabiego.
Hrabia rzucił papier żywo, niby dopiero go postrzegając, rzucił pióro, cybuch i poskoczył, krzycząc dosyć głośno i śmiejąc się swobodnie:
— Kochanego Pęczkosia! jak mi się masz? jak mi się masz!
— Nóżki całuję JW. hrabiego.
— Cóż ty tu porabiasz? jakże się masz? a żonka, a dziatki? co tam słychać?
— Zdrowi, JW. panie. Bardzo dziękuję za łaskawą pamięć.
— No, siadajże proszę: a zdaleka? z domu?
— Z domu, JW. panie.
— Cóż to cię w nasze strony sprowadza?
— A cóż, kiedy nie trochę kłopotu.
— Cóż to jest? Proszę, mów, moje serce, może ci mogę być pomocnym?
— Właśnie do łaski jego...
— Ale mów tylko, Pęczkosiu, co to jest, całem sercem.
— Ot, takie nieszczęście: łaska to Boża, że interes z JW. panem; chciałem podnieść moją sumkę.
— U kogo?
— U JW. pana, bo to...
— A maszże co u mnie?
Szlachcic stanął wryty, osłupiał.
— Daruj, serce, Pęczkosiu, mam tyle zajęcia, nie biorę na procenta tylko dla znajomych i niebardzo pamiętam. Ale zdaje mi się, że przypominam sobie coś; tak, tak! tysiąc czy dwa tysiące rubli.
— Dwa tysiące pięćset, JW. panie.
— Może być, może być... w istocie...
— Niezawodnie, JW. hrabio.
— Nie zapłaciłemże ci w roku przeszłym? — naiwnie zapytał hrabia.
— Nie, JW. panie, opóźniłem się z prośbą moją.
— Ano! cóż? Jeśli masz u mnie, to rzecz święta, idź do Smolińskiego i odbierz...
— Ale, JW. panie, wielki mam kłopot, że mi się gdzieś oblig zawieruszył.
— O, o, o! — długo, przeciągle zawołał gospodarz, kiwając głową — o! cóż znowu! Ty taki porządny, mógłżeś zarzucić oblig? O! to źle!...
— Przypadek, JW. panie, w drodze...
— Jakkolwiek bądź, jest czy niema obligu, skoro ci się należy...
— Pan Smoliński najlepiej wie o tem.
— Ano! to niema kwestji.
— Ale mi robi trudności.
— Zachciałeś! Uchylimy je, to się ułoży, nie frasuj się.
I hrabia usiadł, rozpierając się szeroko.
— Ale — dodał — idźże z tem do Smolińskiego, bo ja, jak wiesz, temi drobnemi interesami wcale się nie zajmuję, u mnie tylko masy znaczą, kieruję ogółem. To się załatwi.
— Byłem właśnie u pana Smolińskiego.
— A cóż?
— Robi mi trudności z powodu obligu.
— To się musi ułatwić, skomunikujcie się tylko. Zresztą u mnie dziś dzień tak pełen zajęcia.
— JW. pan pozwoli sobie złożyć życzenia...
— Dziękuję ci, dziękuję, kochany Pęczkosiu, będziesz na obiedzie, prawda? No! a teraz ruszaj na pewne do Smolińskiego, z nim kończ, serce; prawda, że czasem ciężki i mnie nieraz unudzi swoją regularnością zbyteczną, nieraz mi doje, ale w gruncie dobry człowiek.
— Niebardzo jednak łatwy.
— Wierz mi, to się zrobi, to się musi zrobić. Powiedz mu, że byłeś u mnie.
— Ale kiedy chce, żebym ustąpił. Jakże ja ustąpić mogę, to jedyny moich dzieci fundusik, JW. graf wie sam, żem go w pocie czoła uzbierał.
— Daruj mi, to nie moja rzecz, rób z nim tylko, traktuj; ułożycie się, dacie radę, a wostatku ja mu uszy natrę, żeby cię nie szykanował.
— Gdyby JW. pan był łaskaw polecić mu mój interes.
— Z duszy serca!
Zadzwonił.
— Pana Smolińskiego!
Niebawem wszedł drzwiami zwykłemi, nie od gabinetu plenipotent, ale całkiem to był już inny człowiek: pokorny, potulny, niby przelękły i zafrasowany, niby ogłuszony pracą, a stanął prawie przy progu.
Hrabia odwrócił się do niego nie poufale, jak przed chwilą, ale z tonem rozkazującym:
— Kazałem cię zawołać, — rzekł — mój Smoliński; cóż bo to znowu robisz z Pęczkowskim? Jakieś tam trudności, jakieś ceregiele. Wiesz, że ja tego nie lubię, interes powinien się robić prosto, uczciwie, w dwóch słowach, a Paczkowskiego kochanego szanuję, jestem osobistym jego przyjacielem.
Szlachcic uścisnął i w rękę pocałował hrabiego z radości.
— Kończże to, proszę, bez tych obrotów, bardzo ci to polecam. — I hrabia znacząco chrząknął. Każdy, prócz Pęczkowskiego, poznałby łatwo, co to chrząknienie znaczyło.
Smoliński milczał, aż nareszcie odważył się niby wyrzec z ukłonem pokornym:
— Cóżem ja tu winien, JW. panie, kiedy obligu niema.
— Ale cóż to znaczy, cóż to znaczy!
— JW. pan wie, że ja muszę rachunki złożyć i z wypłat się wytłumaczyć; ja tak wypłacić nie mogę.
— Już jak tam jest, to jest: poradźcie się sobie, pokombinujcie i kończcie, niech Pęczkowski będzie zaspokojony, bardzo proszę...
— Żegnam cię, Pęczkosiu, bądź spokojny.
To mówiąc, hrabia wziął cybuch, papier i pióro, żegnając wierzyciela i plenipotenta.
Zaledwie byli za drzwiami, gdy turkot powozu po brukowanej drodze dziedzińca oznajmił przybycie gościa. Hrabia wyjrzał: sześciokonna zielona poważna kareta, za nią kocz czterokonny i bryka, także czwórką zaprzężona, toczyły się pod pałac. Poznał widać, kogo wiozła, zadzwonił żywo i, zarzuciwszy na siebie surdut z wstążeczką orderową, co go nigdy nie odstępowała i, wziąwszy laskę, pośpieszył na dół.
Przybyła z tą pompą była matka żony hrabiego, na której przyjęcie wyskoczyli wszyscy.
Jaśnie wielmożna z hrabiów Moskorzowskich hrabina Czeremowa. Trzy powozy i czternaście koni wlokły ją jedną tylko i dwór ją otaczający. Po ekwipażach, liberji i krzątaniu poznać było łatwo, jak dalece kazała się szanować i jak ją tu szanowano. Hrabia z odkrytą głową przyjął ją z żoną i córką na ganku, przyklękając prawie i z uczuciem zbyt silnem, by mogło być szczere, ucałował jej pulchną i białą rączkę...
Hrabina mogła mieć około lat sześćdziesiąt, ale trzymała się dobrze i wyglądała na swój wiek młodo, tylko zbyteczna tusza trapiła ją trochę. Żywe oko czarne, dumnem wejrzeniem zbrojne, nosek maleńki i kształtny, usta ściśnięte i zasznurowane z pretensją, drobne rysy wśród ogromnej z wielkiemi wiszącemi podbródkami twarzy nadawały jej wcale dziwną fizjognomję i podobieństwo do znanych bardzo wizerunków sławnej w historji postaci. Dość było spojrzeć na nią, by poznać, jak się wysoko nosiła hrabina, na jakim chciała stać tonie, jak przywykła była grać rolę wielkiej pani.
Przyjęcie zięcia, córki, wnuczki nie wzruszyło jej wcale. Uśmiechnęła się tylko zmęczona i niby czule razem, pocałowała w czoło odniechcenia hrabinę i hrabiankę, kiwnęła głową bardzo zlekka zięciowi i, obwinąwszy się starannie czarnym szalem, zapowiedziawszy niezmierne znużenie, majestatycznym kroczkiem poszła do wyznaczonych sobie na dole w pałacu pokojów. Wszyscy za nią w milczeniu postępowali, otaczając, podtrzymując, drzwi otwierając i wiodąc jak z procesją.
Hrabia, widocznie zimno przyjęty i ani słówkiem grzecznem nie powitany, gdyż przybyła mówiła i patrzała tylko na córkę i wnuczkę, uczuł się trochę dotknionym i, pomimo uniżoności, z jaką pożegnał matkę u drzwi jej apartamentu, znać było, iż szukał tylko powodu okazania, iż zrozumiał przywitanie i zadraśnięty był niem do żywego.
Zostawszy sam na sam w sieni, pomyślał chwilę i wolnym krokiem postąpił ku drzwiom pokojów, do których zajrzał machinalnie, nic nie wiedząc, co robi, roztargniony przeszedł je, zawrócił się nazad i skierował ku oficynie.
Pałac w Denderowie był całą gębą wspaniały: na dawne czasy książęcymby się mógł nazwać; ale dziś, gdy Żydzi mają najwięcej pieniędzy, a książęta prawdziwi są bardzo skromni, powiemy, że i Żydby nim nie pogardził. Gmach to był piętrowy z salonami mozaikowanemi, z gzymsami złocistemi, z ogromną masą kolumn, kornisz, amorków, gipsatur, z meblami kosztownemi, z galerją obrazów dla proporcji jak sala bilardowa, z mnóstwem bronzów i marmurów tandetnych, ze wszystkiem wreszcie, co pałac stanowi. Były w nim apartamenta galowe i codzienne, salony od balów i powszednie, pokoje gościnne wytworne, pokoje państwa, oranżerje przepyszne i co tylko gdzie u panów najrzał Dendera, a potrafił wymałpować. Były niby antyki — zwierciadła przeraźliwych rozmiarów, stuki, kandelabry, stare porcelany, mnóstwo fraszek kosztownych: wszystko to nie żeby dziedzic kochał się w rzeczach tego rodzaju lub ich dla siebie potrzebował, ale że tak było u innych, że to widział gdzieś, że tak kazał zwyczaj.
Dość powiedzieć, że, nigdy nic nie czytając prócz Paul de Kock’a, hrabia od lat kilku poczuł się obowiązanym mieć nawet bibljotekę. Sprowadzono ją ryczałtowo od księgarza, który ostatki swego magazynu w nią wpakował; na dole tylko, gdy poczęli wszyscy kupować stare książki, postawiono herbarz Niesieckiego, Okolskiego, Paprockiego, Duńczewskiego, kilka kronik i trochę starych świstków i panegiryków, aby się i tem można pochwalić. Zresztą z tych wielkich foljałów słudzy darli bezpiecznie kartki do oprawiania świec i na inne pilne potrzeby. Nikt zresztą do nich nie zaglądał.
Idąc do oficyny, hrabia spotkał się z synem.
— Nie byłeś jeszcze, hrabio, u babki? — spytał z przyciskiem nieukontentowania ojciec.
— Właśnie do niej idę — odparł syn.
— Z cygarem?
— Rzucę je w progu.
— Gdzie Wacław?
— Nie wiem. Od kilku dni go nie widziałem.
— Zawsze go niema, kiedy najpotrzebniejszy — rzekł gospodarz i odszedł, ruszając ramionami.
Syn powolnie, poważnie szedł dalej ku pałacowi; ojciec opieszałym krokiem, zamyślony, wracał do swoich pokojów.
Dla bliższego zapoznania czytelników z osobami naszej powieści, powiedzmy jeszcze, kto był ten Wacław, o którego hrabia syna zapytywał.
Wacław, niewiadomego zupełnie pochodzenia sierota, od lat dwudziestu kilku, jeszcze przed ożenieniem hrabiego, zjawił się w jego domu, nie wiedzieć skąd i jak. Dziecię to miało być sierotą, synem jakiejś biednej Francuzki, która do kraju naszego przywędrowała z niem, z powodów nieznanych nikomu i tu go odumarła. Nazwiska nawet matki i ojca nie można dojść było i hrabia, wziąwszy go na opiekę, nazwał Sierocińskim. Powszechnie unoszono się nad wspaniałomyślnością Dendery i sercem jego, wskazując jako dowód miłosierności to dziecko, wychowane starannie kosztem jego i w domu uważane prawie jak pokrewne. Ilekroć kto z jakichkolwiek przyczyn ośmielił się zarzucić hrabiemu ciężkie traktowanie interesów, nieludzkość w obejściu, dumę, nieprzystępność, brak uczucia, tyle razy przyjaciele Dendery odbijali zwycięsko zarzuty, wskazując na Wacława Sierocińskiego i zamykali usta nienawistnym i złośliwym. Pod pewnym względem za ten dobry uczynek hrabia sowite odbierał wynagrodzenie w opinji publicznej. Czyn też to chwalebny przytulić sierotę, dać mu nietylko chleb powszedni, który i pieskom dajemy, ale wychowanie uczciwe, stan pewien i sposób do życia, nie odtrącać od swego towarzystwa, nie okazywać pogardy, nie chwalić się swem dziełem. W hrabi Denderze było to nietylko piękne, ale dziwne.
Człowiek ten bowiem, jakeśmy już potrosze widzieli, nie był wcale jednym z ludzi, zbytecznie przejętych potrzebą dzielenia się z bliźnimi, czem miał, i wylewania się dla nich; owszem, wad przeciwnych a bardzo widocznych miał tysiące, a na czele ich, jak wódz, stał egoizm, podniesiony do najwyższej potęgi: duma ogromna, chciwość niepohamowana; serce miał zimne jak kamień i jak kamień zamknięte. Pozory czułości nic go nie kosztowały, ale uczucia w nim nie było; okazywał miłość z obowiązku dla oka wszystkim, których powinien był kochać wedle reguł powszechnie przyjętych, ale nie kochał nikogo.
Przecież Wacław nie doznał od niego, prócz lekkich czasem przypomnień swojego sieroctwa i napomknień o wielkich dobrodziejstwach, jakich doświadczał, żadnej przykrości, jakiejby po charakterze protektora zrazu domyślać się godziło. Wychował się wprawdzie nie z dziećmi hrabiego, bo od nich był trochę starszy, ale jednak dość starannie i z pewną na rozwinienie jego bacznością. Hrabina sama, niezmiernie czuła kobieta, przywiązana do męża, jak on był do niej przywiązany, to jest zapamiętale, przynajmniej dla ludzkiego oka, nie lubiła tego wychowańca. Sylwan miał go za mało co, bo się, jak on, nie wychował zagranicą i o wielkich kwestjach socjalnych rozprawiać nie umiał ex professo, a miał śmieszną wadę, w oczach Sylwana nieprzebaczoną, że w kraju, co swoje w przeszłości widział wszystko dobrem, pięknem a świętem; wostatku, że nie szydził i z dowcipu Sylwana nie śmiał się, a nie pochlebiał i nie nadskakiwał mu, jak należało.
Sylwan ogłosił Wacława, powróciwszy z Berlina, bez ogródki głupcem.
Wacław nim wcale nie był: wychowany w kraju, bez wielkich, szczególnych, zbytecznych starań, wcześnie uczuwszy, że przyszłość swoją sobie powinien sam zgotować, począł pracować z całą dojrzałością, jaką w dziecinnym wieku często Bóg daje ubogim i pracował jak sierota. To, czego się nauczył, umiał doskonale, dokładnie, a nie lubił się z tem chlubić i popisywać, bo zawsze czuł, wiele mu braknie. Smutny, bo osamotniony, zawczasu stał się człowiekiem i, rzec można, że dzieciństwa nie poczuł, nie poznał: młodość nawet zastała go już poważnym, milczącym, myślącym. a zmuszonym hamować się z każdym popędem, z myślą każdą.
Dodajmy, że miał duszę wielką, rzadki dar Bożych wybrańców, umysł otwarty i serce poczciwe, i aż do zbytku czułe. Wychowanie, położenie, okoliczności wyrobiły w nim uczucie poetyczne, coś marzącego, coś płodnego w przyszłości, co go uczynić mogło wielkim artystą lub poetą. Talent do muzyki zastanawiający zwrócił go do niej i udoskonaleniu się w nim poświęcił wszystkie wolne chwile; ona miała być nadal jego żywotem i żywota chlebem. Lecz gdyby w niej nie widział nawet żadnej dla przyszłości podpory, Wacław byłby muzykiem, bo czuł, że się do tego urodził. Wiemy, jak rozdrażnia młodą duszę to obcowanie ze światem duchów, których językiem, poezją, śpiewem jest muzyka. Wacław, pod wpływem nieustannym swych studjów, rozkołysał duszę i podniósł egzaltację tajemną do najwyższego stopnia; ale egzaltacja ta nie objawiła się nigdy nazewnątrz, chyba wybuchem przypadkowym, jak eksplozja wulkanu. Drogo ceniąc swe uczucia, a bojąc się, by ich świat szyderskim nie przyjął uśmiechem, Wacław krył się z niemi, a milczenie posępne jedynym było znakiem tego stanu błogiego razem i męczeńskiego. Uczucia te były jak dzieci, które w chłód matka starannie okrywa, otula, by mróz ich świeżych twarzyczek nie zwarzył.
Postawa i rysy młodzieńca zdradzały w nim coś wyższego; przy Sylwanie wyglądał, jak posąg natchnionego Apollina obok młodego Satyra; może porównanie mimowolne powierzchowności przyczyniło się do zobojętnienia dla niego hrabiny i jej syna. Oczy miał szare, wielkie i jakby łzą zaszłe; twarz białą a bladą, na którą tylko, jakby płomieniem, występowały i znikały rumieńce; usta małe i kształtne, czoło wypukłe bardzo, włos ciemno-blond; a ogół rysów stanowił całość nietylko wdzięczną, ale nawet oryginalną. Ujrzawszy go, musiałeś się odwrócić i spytać: — Kto to taki? — Nie była to jedna z tych pospolicie ładnych twarzy, jakich tysiące po świecie, ale fizjognomja wyjątkowa, jak wyjątkowy był człowiek. Średniego wzrostu, raczej słuszny niż mały, muskularny, ale nie chudy, w ruchach, w każdym kroku miał jakiś wdzięk wrodzony, coś miłego, ujmującego, co zaskarbia serce ludzkie wprzód, nimeś słowo przemówił, wprzódy, nimeś się dał poznać.
Choć nikt nie wiedział o pochodzeniu sieroty, a domysły były bardzo różne, teoretycy, arystokrację po szlachetności rysów, po małości ręki, po galbie nogi, po twarzy dochodzący, domyślać się w nim mogli krwi najczyściejszej, rasy bardzo poprawnej. Bóg wie, jakie stąd około biedaka przędły się historje! Do wielkich cnót sieroty należała pewna duma, którejby się przecie nikt żywy w nim nie domyślił, ktoby go głębiej, bliżej nie poznał, aż do wywnętrzenia go nie zbadał. Był to bowiem napozór człek pokory niezrównanej, cichy, nie poszukujący ludzi, ustępujący z drogi nawet sługom, grzeczny do uniżoności, a nie dający z siebie gniewu wywołać nawet obelgą. Wszystko to przecie szlachetna jakaś sprawiała duma. Unikał ludzi, bo się lękał ich szyderstwa, grzeczny był, by ich ująć i rozbroić, a obelgi uważał za daleko niższe od siebie i nie mogące go dotknąć. Źle może nazwałem to uczucie dumą, ale jakże je określić?
Wiekuisty smutek na czole Wacława, aż nadto jego położeniem i charakterem dający się tłumaczyć, pochodził także z ciągłego dumania o sieroctwie. Napróżno on dotąd szukał sobie po świecie rodziców lub domysłu o nich; napróżno badał ludzi, dowiadywał się, śledził: jedyny może, coby lepiej mógł wiedzieć o tem, stary pasiecznik, którego żona wychowała sierotę po śmierci Francuzki, jego matki, wysłany został do dóbr hrabiego na Pobereże i tam, jak mówiono, umarł; drudzy twierdzili, że żył jeszcze, ale dowiedzieć się o nim nie było od kogo, a hrabia sam nawet tych śledztw i pytań wychowańca nie lubił i za nie surowo go karcił. Sylwan też się z nich nielitościwie prześmiewał.
Wieść powszechna mało o sposobie, w jaki się dostał do Denderowa, mówiła, a hrabia okoliczności, tyczące się sieroty, wspominał niechętnie, z przykrością, z wahaniem, z gniewem, co tłumaczono zwykle tem, że z dobrego uczynku chlubić się nie chciał.
Wacław pobożny był jak poeta, jak sierota biedny, nie mając ani krewnych, ani przyjaciół, ani równych sobie; bo któż ze znalezionem dziecięciem, z podrzutkiem jakimś porównać się zechce? Jednego tylko znał Ojca wszystkich w niebie, jedną poufałą rozmowę z nim miał w modlitwie.
Smutek, nieszczęście są wielkim dla lepszych dusz do podniesienia się bodźcem: one rozbudzają do życia, one je wywołują, one podnoszą umysł i kształcą serce. Dla wielu nieszczęście zastępuje matkę i kołysze do cnoty! Takiem ono było właśnie dla Wacława, który zżył się z niem i winien mu był, czem został. Ale wyższości młodego człowieka nad otaczających, jego wielkich przymiotów, jego myśli skrzydlatych, nikt z ludzi, co się o niego ocierali, nie znał, nie widział. Dla nich był to bardzo pospolity, głupowaty, roztargniony zawsze, uparcie milczący człowiek, co lubił muzykę. Rzadko słowo, wyrywające się z głębi duszy, dobiegło do ich uszu, a i tego (nie spodziewając się) znaczenia nie pojęli lub nie dosłyszeli nawet.
Ktoś jeden tylko był w Denderowie, co czasem, czasem i rzadko bardzo okiem politowania, zajęcia niby, rzucił na Wacława, ale ukradkiem, ale jakby jałmużną, a nigdy przy ludziach. I za to przecie biedny Wacław wieczną wdzięczność przysiągł w sercu hrabiance Cecylji.
Lecz nim poznamy hrabiankę Cecylję, zdaje mi się, że po starszeństwie wprzódy się musimy zaprezentować jej matce i bliższą z nią zrobić znajomość. A zatem: pani hrabina! Pani hrabina!... Znacie zapewne wiele na Bożym świecie kobiet fałszywych, bo ich, jak mężczyzn fałszywych, jest wiele; wątpię jednak, żebyście kiedy widzieli taki typ fałszu, jakim była hrabina. Typ ten tem był znakomitszym w swoim rodzaju egzemplarzem, że nikt ją o nieszczerość, o kłamstwo, o udawanie nie posądzał. Pozornie (oprócz dla wtajemniczonych) był to wzorek cnót towarzyskich, była to kobieta jak anioł łagodna, przywiązana do swoich prawie namiętnie, litościwa do egzaltacji, cała w uczuciu, cała w sercu, a w głębi czcza próżnia w piersi zastępowała to ognisko życia, które się sercem nazywa. Biło tam coś cicho, powoli, czasem gorąco, ale komu? — Mnogiej liczbie wybranych i nikomu razem.
Wszystko w niej było wyuczone, wyrachowane, skłamane od westchnienia do łez, od radości do konwulsji; równie doskonale umiała w potrzebie zapłakać i rozśmiać się, dostać spazmów, zachorować, patrzeć i nie widzieć, nie słuchając, posłyszeć. Tak silnie władała sobą, że nieraz potrafiła w potrzebie pozwodzić lekarzy nawet, udając chorobę. Zimna jak lód, obojętna na wszystko, co się jej nie tknęło, umiała otoczyć się blaskiem mnogich nimbusów. Już czterdziestoletnia, wyrobiła sobie piękność wcale jeszcze zajmującą i niepospolitą, melancholiczną, oryginalną; zaoszczędziła swe oczy, kibić, uśmiech, usta, włosy i, jak pospolicie ludzie, co sercem nie żyją, wcale się nie zużyła. Miała napozór jeszcze wszystkie młodości powaby, aż do dziecinnego czasem trzpiotostwa, aż do naiwności, prześlicznie granej: i niekiedy znowu obwijała się w smutek pociągający, w łzawe atmosfery zamyślenia, zdając się mówić: Żałujcie mnie!
Zalotna w miarę, jakby sama o tem nie wiedząc, naturalnie jakoś, zręcznie umiała choćby pięciu razem wodzić za sobą i wszystkich, nie budząc w nich zazdrości, zaspokoić w różny sposób, nie dając postrzec oczom obcym żadnego ruchu, żadnego wejrzenia, wymierzonego ku jednemu tylko. W towarzystwie odegrywała doskonale rolę najwyżej podniesionego uczucia miłości dla matki, która dla niej była w istocie mniej niż obojętna, szalonej miłości dla dzieci, czułości dla męża, sympatji gorącej dla przyjaciół, grzeczności wyrazistej, przejętej dla wszystkich. Nikt też powszechniej lubiony (nie mówię kochany) nie był nad nią, wielbiony przez niektórych i żałowany przez wielu; wielu bowiem uważało, że z hrabią, człowiekiem zimnym, dumnym, zajętym sobą tylko i spekulacjami, kobieta, tak niezmiernie czuła, szczęśliwa być nie mogła. Ona wszakże przy ludziach okazywała dla męża przywiązanie pieszczotliwe, które on podobną monetą odpłacał.
Wobec ludzi cóż to także była za córka! jaka matka! Cesię swoją nieustannie całowała w czoło, okrywała ją zapobiegliwie od chłodu, biegała za nią, każdy jej krok śledząc, czule podgderywała za najmniejsze narażenie zdrowia; zato, gdy były sam na sam z sobą, nie przemówiła do niej lub zimną przebąknęła przestrogę, a co gorzej, czasem gorzkie czyniła wymówki. Syn, którego w istocie więcej lubiła niż córkę, napozór był dla niej obojętniejszy; nie chciała bowiem pokazywać, co czuła i, jakby z systemu, choć to było skutkiem bezmyślnym dziwnego usposobienia tej kobiety, kryła zawsze głęboko prawdziwą myśl swoją, nie chcąc jej dać w ręce ludziom: rzekłbyś, uczennica Talleyranda.
Hrabina Eugenja, mimo swych lat czterdziestu podobno i kilku, o które bliżsi tylko znajomi posądzić ją mogli, strojna, żywa, wesoła melancholijnie, tańcująca jeszcze, śpiewająca; muzyczka, filozofka, powszechnie była admirowana i ceniona wysoko. Tłumy wielbicieli otaczały ją zawsze. Dowcip wielki, znajomość świata, pochwytane wlot wiadomostki, z któremi zręcznie pochwalić się umiała, rozmowność wreszcie łatwa czyniły ją w każdem towarzystwie pożądaną. Niezmiernie zręczna i przytomna w konwersacji, nigdy nikogo nie obwiniając, uniewinniając wszystkich, uchodziła za osobę pełną taktu, choć cały ten takt zależał na panowaniu nad sobą, na wiadomości, co przy kim i jak powiedzieć, i na starannem ukrywaniu, co się wewnątrz niej działo.
Przy tak zimno-zręcznej matce, przy dumnym a obojętnym ojcu jaką mogła wyrosnąć Cesia? Bóg nie dał jej czulszego serca, ani uczuć gwałtownych; wychowanie zgasiło wszystko, co się nawierzch wydobyć mogło innem rozwinieniem. Zgasła, nim rozpłonęła młodością. Była to stara panna w siedmnastym roku, pani siebie, pani swych wejrzeń i wyrazów, czyniąca już, jak matka, wszystko z wyrachowaniem i ceniąca najwyżej to, do czego przywykła: zbytki, bogactwo, próżnowanie, błyskotliwe znaczenie u świata, hołdy ludzi, a swobodę dostatków.
Cesia nie miała w sobie zarodu namiętności gwałtownych, ale, choć potłumione, były w niej instynkty żywotne; w innem ognisku postawiona, wychowana w innej sferze, byłaby się wykształciła inaczej. Lecz mogłaż wyrosnąć żywą i naiwną dziewczynką wśród sznurówek, które na nią kładły obyczaje domu i charaktery otaczających? Dusza jest jak światło: odbija się i mnoży, spotęgowuje, gdy ją otaczający odbijają; w kirem osnutem kole świeci blado i przygasa.
Smutne było jej życie: do nikogo pomówić, z nikim się zbracić. Zrzadka rówieśnice jej, panienki, jak ona młode, ukazywały się w Denderowie i to na krótko; matka sam na sam prawie do niej nie mówiła, ojciec całował w czoło tylko przy gościach i to gdy ich było wielu. Zabraniano jej związków z cokolwiek niższymi, przyjaźni tak potrzebnych młodości i niewinnych nawet stosunków z rówieśnicami. Wysznurowana tylko Angielka, przedtem guwernantka, dziś dama do towarzystwa jej dodana, która dobywała u nas do czasu zebrania tysiąca pięćset dukatów, by z niemi powrócić do Anglji i otworzyć sklepik w City, niewiele do uczennicy się przywiązująca, jak uczennica do niej, obojętna na wszystko, co się wkoło niej działo, najbliżej była Cesi i najantypatyczniejsza dla niej.
Wacław był od roku pobytu w Denderowie nauczycielem muzyki hrabianki, ale przez dumę, przez uczucie tego, co był winien domowi dobroczyńcy, ani śmiałby podnieść oczu na uczennicę swoją. Ona pierwsza z nudów może, może z uczucia jakiego, może z ciekawości zatopiła wzrok, pełen zagadnień, w głębię łez pełnych oczu Wacława. Iskra to była budząca życie, choć sama go w sobie nie miała. Cesia próbowała, jak młody myśliwiec, trafności swych strzałów. Wacław nic nie pokazał po sobie, ale w nim burza zawrzała. Burza ta grzmiała na dnie tylko jego serca. Cesię gniewała nieczułość młodzieńca: podwajała rzutów oka, dwuznacznych słówek, przedłużała godziny nauki; ale wszystko nadaremnie.
W oczach ludzi traktowała go Cesia, jak hrabianka sługę; nie spoglądała nawet na niego, nie powiedziała mu grzecznego wyrazu, nie uśmiechnęła się nigdy, raziła często jeszcze gorzkiemi przycinki, a przed ojcem i matką szydersko odzywała się o nim. Nikt się też niczego z tej strony nie domyślał.
Ale co się działo w duszy Wacława, Bóg tylko jeden wiedział, a on drugi.



Ku wieczorowi tłumnie zaczęli się zjeżdżać goście. Wacław dla pospolitszych, Sylwan dla nieco dostojniejszych, dla najstarszych i najwięcej znaczących hrabia, stali z powitaniem, starając się ich wprowadzić, umieścić, poznajomić, jeśli było potrzeba, i połączyć z towarzystwem.
Mówiliśmy już, jak rozmaitego stanu, wieku i położenia towarzyskiego ludzie napływali w tym dniu uroczystym do Denderowa. W tym roku św. August był jeszcze świetniejszy niż kiedy. Hrabiowskie i książęce mitry, szlacheckie łysiny i wąsy w ogromnej zjechały się liczbie; nie brakło ani tancerzy, ani tancerek, ani graczy do „djabła“, ani preferansistów, ani gadułów, ani żadnego z tych żywiołów, które stanowią zabawę naszą na prowincji.
Nie wiem, czyście kiedy uważali, jak u nas dobitnie dzieli się każde liczniejsze społeczeństwo; nie stan tu, nie godność, ale osobiste usposobienia kierują tem powinowactwem wyborowem. Po godzinie szumnego natłoku, jak w płynie jednym zmieszane różne ingredjencje, poczynają osiadać warstwami ludzie z sobą pokrewni namiętnością. Naprzód kształcą się gronka nieliczne polityków, gadułów, gadułów-gospodarzy, z ludzi, co nie chcą lub nie mogą czem innem się zająć i językiem płacą za gościnę. Jest to klasa najcięższa i najpierwsza osiada na spodzie towarzystwa. Dalej skupiają się młodzi ludzie, zmierzywszy się wprzód dobrze oczyma i wkrótce od wstępu o koniach, o dziewczętach, grze i hulance przełamią się w nowe klasyfikacje, rozdzielając się na stoły zielone, za krzesła kobiet, do fajkarni, do stajni, do kielicha. I tu uważać tylko, kto o kobietach nie mówił, pewnie przy nich zostanie; kto o kartach nie wspomniał, za niemi się pociągnie; kto kieliszka nie zdawał się wyglądać i poczyna od — „nie piję“, ten najdłużej mu dotrzyma.
Nim zabrzmi muzyka, już preferansowi, „nie tracąc czasu“, siadają do stołów, z godną lepszej sprawy gorliwością i zapałem niedorównanym. Za ich przykładem idą ryzykowniej si djabełkowicze, z których każdy przywiózł w bocznej kieszeni od fraka jakie tysiąc rubli na pastwę szatana: tysiąc rubli, którychby nie dał umierającemu z głodu.
Ale otóż poloneza zagrali: ten taniec, poważny jak pochód wojenny, jak procesja, a wesół jak stare czasy, rozpoczyna się. Młodzież wydziela się z łona różnych chwilowych powinowactw, by w sali tańców pozostać. Starzy, co za młodych uchodzićby radzi, pierwsi tu stają i dokazują tem mocniej, im silniej bolą ich zreumatyzowane nogi; żaden młokos, świeżo ze szkół puszczony, nie dorówna skocznością szpakowaciejącym tancerzom.
Po wieczerzy nareszcie skłonni do kielicha kryją się w kątek, by na pamiątkę Sasów i lepszych czasów upić się przyzwoicie, to jest tak, żeby przy swej sile dosiąść bryczki lub powozu i nie powalać kanap ani posadzek, co się niezawsze udaje, bo miarkę przebrać łatwo.
Wśród tego tłumu, gdzie wybór ludzi? — Ja nie wiem. Szukam go wszędzie, mijając wszakże stoliki kartowe, bo to nie wybór, ale wybiorki tylko być mogą; szukam i kręcę się napróżno. Rozmowy zwiastują dziwną czczość umysłową, straszną, bolesną: są to plotki polityczne, dowodzące, że ci panowie od arendarzy swych uczą się jeszcze dyplomacji; są to plotki gospodarskie, dowodzące, że gospodarstwo u nas rutyną bezmyślną i chybił-trafił pociesznem; są to plotki towarzyskie, objawiające brak serca często, częściej brak zupełny głowy. A co za sądy o przeszłości, jakie teraźniejszości pojęcie, jakie rzuty oka na przyszłość: Boże, zmiłuj się nad niemi! Dwóch czy trzech szepcze, czego nie śmie powiedzieć wobec tłumu, boby ich zakrzyczano, a ten szept kilku, niesłyszany, niesłuchany, jest jedynym głosem, godnym uwagi.
Takie to właśnie, o jakiem tu mowa, było towarzystwo w Denderowie. Wielkie salony jaśniały oświecone a giorno, kwiaty, zapachy, muzyka, stroje, gwar, uścisków bez końca, grzeczności do znudzenia, komplementów fury; witania aż do wilgoci posunięte, pocałunki czerwieniące twarze, westchnienia gaszące światła, a wśród tego wszystkiego, w ciemnym przedpokoju, na opuszczonej kanapce, w kątku, ze złożonemi nakrzyż rękoma, z głową na piersi spuszczoną, jeden biedny, osamotniony człowiek. Pokój to przechodni i pusty; w nim Wacław czeka rozkazów hrabiego.
Cesia przesuwa się w różowej krepowej sukni, z bukietem w ręku, przez półcień czarowny witając uśmiechem swoją twarzyczkę w zwierciadle. Wacław zobaczył ją, poruszył się z miejsca, ona się zlękła.
— A! — krzyknęła. — A, to pan!
Odwróciła się. Nadto może była ubrana, by mogła spojrzeć na niego; szła dalej, a z nią myśl jakaś i, jakby coś zamierzając, wpół drogi zwolniła kroku, rzucając na niego długie, długie wejrzenie, które go przeszyło. Potem, wyjmując z ust gałązkę rezedy, upuściła ją, niby gubiąc po drodze.
Wyszła; nie było nikogo. Wacław sądził, że już daleko od drzwi odbiegła, rzucił się i podjął tę gałązkę rezedy, jak złodziej, juk zbójca, chwytając tę zdobycz... Jakże się przeląkł, jak pobladł, gdy podnosząc głowę, ujrzał ją czatującą za drzwiami i śledzącą skutków swego podstępu. Ledwie podchwycił tę nieszczęśliwą rezedy gałązkę, gdy Cesia uradowana, zwycięska, ani już spojrzawszy na niego nawet, uszła do salonu lekka i wesoła... Było to pierwsze jej zwycięstwo: wiedziała, że ją kochał, wiedziała, że rozkochać mogła.
Wacław pozostał wpół zabity, gniewny na siebie, że nie przewidział podstępu, zrozpaczony, że się wydał, szalejąc w głowie, jak się z tego wytłumaczyć, wykłamać potrafi.
— A! — rzekł z bijącem sercem — kłammy, gdy kłamać potrzeba, gdyśmy w świecie fałszu; powiem jej, jeżeli się spyta, żem sądził, iż zgubiła co od stroju, pierścionek, bransoletkę, a gdy się spyta o rezedę, nie przyznam się, o! nie przyznam się, że ją noszę na sercu... Nigdy, nigdy o tem wiedzieć nie będzie, co czuję!...
Niestety! fałszywy to był, choć poczciwy rachunek. Cesia, jako kobieta przebiegła, starsza głową i przeczuciem niżeli doświadczeniem, wiedziała, co widziała, a klęczący, chwytający gałązkę Wacław wyspowiadał się zbyt szczerze, by mógł przed nią resztę utaić.
W salonach oświeconych snuły się czarowne postaci niewieście, a jak królowa balu rozsiadła się w krześle poważnie niegdyś piękna, dziś tylko majestatyczna hrabina Czeremowa w aksamitnej z koronami sukni, w toku z piórem na głowie, w łańcuchu złotym na piersiach, aż pod brodę podsznurowanych, z lornetką w ręku i z tą minką pogardliwą, szyderską razem i dumną, która ma oznaczać panią najwyższego tonu, a dziś przystała doskonale strojnym tylko kucharkom i wyszłym za generałów pomywaczkom.
Obok niej piękna jeszcze pani hrabina Denderowa, melancholijnie wsparta na białem ręku prześlicznych kształtów, wodziła wzrokiem przyćmionym umyślnie po sali, przymilając się i wdzięcząc do wszystkich, nie szczędząc słodkich słówek i niby nie słuchając, a słysząc, co jej szeptał pan Powała, były rotmistrz gwardji, słuszny i potężnych ramion mężczyzna, z wąsem lśniącym i okiem czarnem.
Dalej rzędem już piękne siedziały panienki, a na ich czele weselsza niż kiedy Cesia. Było to przystojne, choć niepiękne, ściśle biorąc, dziewczę, kształtnych rysów, w których, choć charakteru i żywota brakło, było przecie jakieś niespokojne zajęcie; oczu małych, świegotliwych, ruchawych, noska małego i ładnego, kibici zręcznej, postawy wyuczenie dumnej, którą wzięła po babce i ojcu. Twarzyczkę jej pokrywała sentymentalna może, a niechybnie chorobliwa bladość.
Sylwan w czarnym fraku, białych rękawiczkach obcisłych niezwyczajnie, w werniksowanych bucikach, z lornetką w ręku, gdyż oddawna miał zły wzrok, a dobrą ochotę noszenia szkiełka, perorował już wśród salonu o równości stanów i kwestji socjalnej. Słuchali go jedni z dwuznacznym uśmiechem, drudzy z zagawronieniem, inni z podziwem, jako genjusza mierząc ciekawą duszą. Szczęśliwy to kraj, gdzie dość kilka słów cudzych, a szumnych, a jaskrawych, by zyskać opinję wielkiego człowieka, najpochlebniejsze przyjęcie i najgorętsze współczucia oznaki. Często nie trzeba więcej, tylko mówić tak, aby nas nie rozumiano i słowy ogromnemi, a odór, którego doznają, biorą wszyscy za działanie geniuszu. Dość być nic takim, jak wszyscy, żeby zostać znakomitym.
Hrabia z podniesioną głową, choć czoło jego myśl jakaś chmurzyła, zkolei, jako pilny gospodarz domu, obchodził towarzystwo swoje i, jednych klepiąc po ramieniu, drugich po brzuchu, tych całując, tamtych ściskając, innych witając tylko uśmiechem, poruszeniem głowy, poufałem podaniem ręki, częstował wedle stanu i smaku każdego. Co to tam było odcieni w jego mowie: pan, waćpan dobrodziej, asindziej, kochany pan, pan dobrodziej, serce, kochanie i spieszczone imiona leciały dobrane do barwy osób z łatwością i trafnością zadziwiającą.
Pomimo że powinien był cieszyć się z natłoku gości, Zygmunt-August Dendera ciężko tego dnia pracował; dowodził tego kroplisty pot na czole, wejrzenia niespokojne, zamyślenia chwilowe. Wśród swej pielgrzymki od stolika do stolika, od krzesła do krzesła, jakaś myśl żywo go kolnęła i skierował się nagle z uszanowaniem dobrze odcechowanem ku matce swej żony, która, jak na tronie siedząc w swym fotelu, zażywała białemi paluszkami tabakę ze złotej kameryzowanej, z portretem nieboszczyka męża (w stroju szambelańskim dworu austrjackiego) tabakiereczki. Trzeba było widzieć Zygmunta-Augusta, jak się zniżył, jak spłaszczył, jak rzewnie uśmiechnął, całując jej rączkę, podaną sobie dosyć niechętnie. Dostrzegł był bowiem już przy powitaniu złego humoru matki, skierowanego ku sobie, a teraz postanowił się przekonać, czy to było tylko skutkiem znużenia, zmęczenia, głodu, spazmu chwilowym kaprysem lub opierało się na trwalszych jakichś pobudkach. Zachmurzenie dość widoczne, nawet wobec sta osób trwające, utwierdzało go w domysłach, że hrabina z czemś przyjechać musiała. Jakoż po przyklęknieniu, po czułych komplementach mamie dobrodziejce, załamaniu rąk patetycznem i odegraniu pantomimy wyrazistej dla salonu, na co wszystko uśmiechem tylko zimnym i kwaskowatym odpowiedziała hrabina Czeremowa, — Dendera, widząc, że nie wymoże pochlebstwy ani słówka milszego, odszedł z pociechą, że scenę dla parteru odegrał wybornie, ale w duchu zgryziony i przeklinając nieznośną babę.
Od matki pobiegł do żony z atencją młodego małżonka, z nadskakiwaniem zakochanego, chcąc pokazać światu, jak swego anioła kochał. Tu żona mu nie uchybiła: jej uśmiech, wdzięczne podanie ręki, wejrzenie słodkie, wszystko patrzących upewnić mogło, że najwspanialsza harmonja panowała między małżeństwem, któremu dotąd przyświecał jeszcze księżyc miodowy.
Od żony, przechadzając się po salonie, dostał się hrabia do syna, powtórzyć z nim zwykłą scenę o reformach socjalnych. Zastał Sylwana w zapale dowodzącego, że przyszłe pokolenie musi się zamknąć w falansterach (nic mniej) i że jajami jednego falansteru, wedle rachunku Fouriera, zapłaci dług Anglji z największą łatwością. Wprawdzie jakiś szlachcic zarzucił mu, że na tyle jaj nawet pod wielkanocne święta nie znajdą kupców falansterjanie, ale niemniej Sylwan, naburczawszy na szlachcica, który tak mizernych szukał opozycji środków, pozostał przy jajach i falansterze. Ojciec się zbliżył; — był to znak zwykłego boju. Potrzeba było słuchać, jak czule, jak zręcznie ojciec dopomagał synowi do objawienia swych transcendentalnych pojęć o reformie społecznej, popisując się dla większego kontrastu ze swoją dumką, arystokratycznym i rasowym uporem.
— Świat — mówił Sylwan w zapale — dąży do doskonałości i dojdzie do niej.
— Ale pozwólże...
— Proszę mnie wysłuchać; wiek nasz jest wiekiem postępów: zniknie ubóstwo, znikną plagi, jak wojna i mory, człowiek musi być szczęśliwym.
— Co? w komunizmie?
— Nie wyrokuję o formie, jaką przybierze przyszłość: są to zarysy tylko może niedoskonałe, objawiające silne pragnienie ludzkości.
— I chcesz mnie przekonać, że potraficie wszystko i wszystkich zniwelować i zrównać?
— Najzupełniej! Znikną klasy i kasty, których egzystencję i tak już podkopało rozumowanie.
— Stój! stój! To nie dla mnie, ja pozostanę, czem byłem. Nazwij mnie sobie, jak zechcesz, uparcie wierzyć muszę w nierówność ludzi, w coś odrębnego w klasach wybranych. Nie mogę się zaprzeć, dla jakichś tam marzeń, tradycji wieków, bytu własnego, drogich mi pamiątek mojego rodu i pochodzenia, i wszystkiego, co w puściznie odziedziczyłem po przodkach.
Sylwan ruszył tylko ramionami i komedja w ten sposób ciągnęła się dalej: ojciec sprzeczką pobudzał syna, podnosił go i stawiał w świetle; syn dźwigał ojca, nie szczędząc mu kontrastów; oba razem radzi byli z siebie, bo ludzie mówili: — Jednakże to młody hrabia niedarmo jeździł zagranicę, głowa tęga! — A drudzy: — Stary, to pan całą gębą!
Trzeba wiedzieć, że u nas za tęgą głowę uchodzi, kto śmiało bredzi; a za pana, kto o swej procedencji gardłuje.
Wreszcie, rzuciwszy syna wśród grona pilnych słuchaczy, Zygmunt-August odszedł ku gościom i spotkał nagle między nimi znajomego nam Jacka Kurdesza, który, dość przepłoszony i obcy, błądził w tym tłumie jak widmo, ze swą wygoloną głową, konfederatką na szabelce, w kontuszu na wyloty, żupanie atłasowym, pasie lamowym i z wąsem jak mleko białym.
— A, kochanego rotmistrza!
— Nóżki całuję JW. hrabiego, — odparł szlachcic, schylając się — nóżki całuję. Pozwolisz mi JW. pan złożyć sobie najszczersze, z powodu tego dnia uroczystego, życzenia i podziękować za ten honor, jaki mojemu ubogiemu domkowi uczynił syn JW. pana, nawiedzając szlachcica w jego chacie.
Dendera nadzwyczaj serdecznie wyściskał rotmistrza, który go wciąż w ramię całował i niemal za kolana chwytał; potem, uprowadziwszy go trochę nabok, rzekł:
— A co? nie potrzebujesz czasem swojego kapitaliku?
— Jeszczeż to do terminu daleko, JW. panie — rzekł szlachcic, nie dając poznać po sobie intencji.
— Ale ja potrzebowałbym wiedzieć wcześniej, sumka nieszpetna, rotmistrzu!
— E! o tem potem — odparł szlachcic pokornie. — Nie mieszajmy jubilacji dnia tego tak uroczystego rozmową o interesach. JW. pan pozwolisz to odłożyć do powolniejszej chwili.
— A! jak chcesz — rzekł hrabia grzecznie, trochę jednak zmieszany, bo się spodziewał, wedle zwyczaju, innej wcale odpowiedzi i prośby, ażeby kapitał zatrzymał jak najdłużej. Kolnęło go to odłożenie niemiło, a czoło jeszcze się posępniej zachmurzyło.
— Jakże tam gospodarstwo? — spytał, chcąc szlachcica rozruszać.
— At, małe dziedzictwo, wielkie kalectwo, JW. panie, wlecze się to jakoś.
— Zebrałeś już żyto?
— O! nie jeszcze, a tu kalendarz deszcze prorokuje.
— Ja mam już kilka tysięcy w kopach, ale jeszcze na polu.
— I ja niewiele schwyciłem do stodoły.
— No! a w domu tam jak? Bogu dzięki, córeczka zdrowa?
— Do nóg upadam za pamięć.
— Dobra, słyszę, gosposia. Sylwan nie mógł się odchwalić podwieczorku...
Stary pogładził się po łysinie i uśmiechnął mile. Hrabia kończył:
— A śliczna, słyszę, panienka!
— Niczego, JW. panie, ale zwyczajnie wieśniaczka.
— Daj, Boże, pociechę!
I hrabia, uprzejmie objąwszy radosnego rotmistrza, oddalił się od niego, odwołany przez kogoś. Szlachcic poszedł do gawędujących w kątku podtuptanych gospodarzy, przysiadł na rożku kanapy i cum debita reverentia, dla tak znakomitej kompanji nudził się i ziewał, starając mieć minę na wszelki wypadek uśmiechnioną.
Tymczasem rozpoczęły się tańce, które ostatecznie podzieliły towarzystwo na warstwy odrębne. Sylwan kierował niemi, zapalczywie lubiąc skoki i naturalnie rej wodząc jako w domu. Matka jego, także namiętna tancerka, nie ustępowała mu w ochocie i niezmordowaniu, a rotmistrz Powała nieustępnie jej pilnował, tak że to nawet trochę w oczy bić zaczynało i stara hrabina szepnęła córce, aby tę partie fixe starała się urozmaicać dla oka ludzkiego.
Postanowionem było w programie dnia tego, że wśród spoczynku po tańcach chwilę miała zająć muzyka: hrabianka Cecylja śpiewać miała cavatinę Belliniego, a towarzyszyć jej miał Wacław. Hrabia, trochę dumny talentem wychowańca, chciał także, by się i on popisał z jakiem solo na fortepianie; czemu choć się bardzo sprzeciwiał i opierał muzyk, nie mogąc wymówić, posłuszny być musiał.
Po polskim, kontredansie, walcu i mazurze, wywołano z ciemnego kątka Wacława i kazano mu towarzyszyć Cecylji do śpiewu. Biedny chłopiec, jakkolwiek powtarzał nieskończoną liczbę razy tę nieszczęsną cavatinę, zmieszany dziś świeżem skompromitowaniem swojem wobec Cecylji, smutny, wymierzonemi zewszechstron na siebie oczyma zbity z tropu, przywiódł śpiewaczkę do niecierpliwości, to śpiesząc, to zwalniając takt w miarę, jak krew żywiej, to powolniej w nim grała. Surowe spojrzenie naprzód, ostre słowo przy końcu, które pokryły szumne oklaski i powinszowania wszystkich (mogłoż być inaczej?) ledwie mu z oczu łez nie wycisnęły.
Ale potrzeba było grać. Hrabia, jakkolwiek posępny, trzymał się planu swojego i zapowiedział wielkim głosem popis swojego wychowańca.
Cóż było robić? — grać musiał.
Ale co zagrać temu roztargnionemu tłumowi, którego połowa niecierpliwiła się, wyglądając dalszych tańców, a druga ani myślała o muzyce? Dla tak nieusposobionych słuchaczy potrzeba było, wzorem innych popisujących się, wybrać coś szumnego, mechanizm tylko zadziwiający wykazującego, zagłuszyć, zatrząść, zadziwić. On nic nie grał z tych wystawnych błyskotek, z tych sztuczek jaskrawych, które są jak żywo iluminowane kramne obrazki, bez myśli, bez kształtu, bez czucia, ale biją w oczy. Zaczął poważny pierwszy koncert Chopina i grał go przepysznie: ale któż go zrozumiał? kto słuchał?
Kilka oklasków z litości i z radości, że dokończył przecie, powinszowania hrabiemu całą były nagrodą wielkiego wysiłku, wzruszenia, strachu i znużenia; potem Wacław wybiegł co prędzej do ogrodu sam jeden i usiadł na ławce pod gankiem, oddychając ciężko, patrząc w oświecone rzęsisto okna salonu i uciskając bijące, rozkołysane serce.
W salonach już się rozpoczął kontredans, a Cecylja, obejrzawszy się ledwie pochmurno za odchodzącym Wacławem, ujrzawszy go, jak szybko uciekał w drzwiach od ogrodu, ruszyła lekko ramionami. Sylwan komuś, chwalącemu przed nim talent Wacława, odparł zimno:
— Tak! tak! coś z tego być może! Chociaż kto, jak ja, słyszał Thalberga, Liszta i Henselta, trzy najpotężniejsze talenta egzekucyjne, smakować w takiej mierności nie może. Dla was i to dobre!
To słówko, głośno rzucone, zabiło Wacława w opinji wszystkich małp, co za wyrocznię nieodwołalną mają człowieka, który z zagranicy powrócił, i nie ważą się sądzić ani własnym rozumem, ani własnem uczuciem wobec cudzoziemskiego, zagranicznego zdania.
Gdy się to dzieje, hrabia ciągle obchodzi swych gości, uśmiecha się, rozmawia, słucha, szafuje grzecznościami; wtem mrugnienie znaczące hrabiny Czeremowej, która powstała ze swego miejsca, wywołało go do drugiego pokoju. Poważnym krokiem sunęła się hrabina do gabinetu, zgóry patrząc na ustępujące przed nią z uszanowaniem tłumy i nisko jej kłaniających się gości.
Weszli oboje do gabinetu, oświeconego tylko lampą alabastrową, w którym tem bezpieczniej było od natrętów, że obok tańcowano. Drzwi do sali stały otworem: każdego wchodzącego zobaczyć można było łatwo, a drugiego wnijścia nie miał gabinet. Chwilę chodziła pani hrabina poważnie milcząca, jakby się przygotowywała, zażywając tabaczkę; potem, niby po namyśle, odezwała się, obracając zwolna do zagryzającego już niecierpliwie usta Dendery:
— Darujesz mi, hrabio, że w takim dniu muszę serjo rozpocząć rozmowę; ale mi jutro jechać wypada, jesteś i będziesz zapewne zajęty, nie zabierze nam to czasu wiele...
— Jestem do usług hrabiny — odparł sucho.
— A więc możemy, choć temu nierada jestem, możemy i musimy się rozmówić; może ci to nieprzyjemnem być może.
— Słucham, co się pani podoba — pochwycił hrabia, dumnie się prostując.
— Hrabio, — rzekła, powolnie cedząc i patrząc mu w oczy — jest rzeczą niezawodną, że źle bardzo stoisz w interesach; pomówmy o tem szczerze i otwarcie.
— Ja! źle w interesach! — oburzył się hrabia i rozśmiał zmuszonym śmiechem. — Któż to pani hrabinie zwiastował?
— Kto? Jest to już nawet głosem powszechnym.
— Gdzie?
— Wszędzie prawie; wiedzą o tem i mówią wszyscy.
— O tem, zdaje mi się, jabym wiedzieć powinien najlepiej — odfuknął hrabia, przechodząc nagle z tonu poszanowania do wyzwolonego i swobodnego, który już się zamienia na szyderski.
— Właśnie od hrabiego chciałabym się o tem prawdy dowiedzieć.
— Nie widzę potrzeby, ani miejsca, ani pory do zdawania pani rachunków — rzekł hrabia sucho. — Zresztą, pozwolisz się pani hrabina spytać nawzajem, jakiem prawem chcesz mnie słuchać liczby z mojego majątku?
„Mojego“ — dodał dobitniej, z przyciskiem.
Hrabina głosem, tonem i mową zięcia dotknięta była do żywego. Brak uszanowania, jakiego dotąd nie doświadczyła od niego, boleśnie ją obszedł; zarumieniona, oddychając żywo, odparła, podnosząc głowę po królewsku:
— Mości panie, majątek ten jest razem majątkiem mojej córki!
— Chyba wnuków, chcesz pani raczej powiedzieć?
— Przecież klucz Samodoły wziąłeś pan po Eugenji.
— Tak! — zaśmiał się hrabia szydersko. — Czterysta dusz z czterykroć sto tysięcy długu, gdy dusza tam nie warta i pięciudziesiąt dukatów!
Hrabina przez chwilę mówić nie mogła, tak się rozgniewała; machnęła tylko ręką i chciała powrócić do salonu, ale się zawróciła jeszcze.
— To kłamstwo! To kłamstwo! — zawołała przerywanym głosem. — Klucz Samodoły, przeznaczony dla córki, był tylko obciążony długiem bankowym przez ś. p. męża mojego.
— A deportata pani, od których płacimy procent?
— Drugi rok jak go już nie odbieram — żywo przerwała hrabina.
Zygmunt-August zamilkł i odparł obojętnie:
— To zapłacę, ale mnie pani nie będziesz słuchać rachunku, bo niema prawdziwie z czego.
— Czy tak już mówisz do matki swej żony? — spytała ze wzrastającym gniewem hrabina.
— Nie mówię w tej chwili do matki mej żony, ale do rachmistrza, który mnie chce liczby słuchać, prawa do tego nie mając, bo mi nic nie powierzył.
— Mości panie!
— Tak, pani hrabino!
— Mniejsza o to, mniejsza o to! — zawołała stara, płonąc niecierpliwością i na twarz rozognioną wiejąc chustką. — Mniejsza o to! Przyszedł czas może i innej liczby wysłuchać waćpana... Moja córka nie jest z nim szczęśliwa!
— Któż to pani zwiastował?
— Dość jest własnych oczu, by to zobaczyć.
— Życzyłbym spytać lepiej hrabiny i z własnych o tem nie sądzić domysłów, a mnie także wybadać, czy z nią jestem szczęśliwy.
— Z tym aniołem! — wykrzyknęła matka, łamiąc ręce; ale wnet pomiarkowała się, że gest ten może być widać z salonu, i poczęła znowu powiewać chusteczką, usiłując przybrać powierzchowność spokojną.
— O aniele i jego skrzydłach, które go czasem za daleko unoszą, radziłbym mnie wybadać! — powtórzył hrabia, szydząc gniewnie.
— Jesteś pan potworą! — rzuciła hrabina ze złością niepohamowaną. — Potworą niegodną, by cię ziemia nosiła!
Chére comtesse, on commence à nous observer! — odpowiedział zimno hrabia. — Nous ferons bien de passer au salon.
To mówiąc, podał jej rękę, wdzięcznie się pochylając: a że był u drzwi samych, musiała ją przyjąć i tak z niezmiernemi pokłonami, uśmiechami, komplementami i synowskiem poszanowaniem odprowadził ją, buchającą gniewem, a wywdzięczoną napozór, do porzuconego przed chwilą krzesła.
W kwadrans potem, pod pozorem bólu głowy, pani hrabina Czeremowa odeszła do swych pokojów, pontyfikalnie znowu przez niego odprowadzana aż do drzwi. Ból głowy! Ileż to ten ból głowy nie pokrywa dramatów, kończących się nim i rozpoczynających, ile tajemnic, ile grzechów! Co to za skarb drogi niewidoczna choroba, którą wziąć można i zrzucić z siebie, ile razy potrzeba!
Zaledwie powrócił do salonu, rzekłbyś, że to był dzień feralny: służący szepnął na ucho hrabiemu, że w bocznym pokoju czeka na niego z pilnym interesem Smoliński. Złą to jest prawie zawsze wróżbą, gdy kto do kogo przychodzi z papierem w ręku: rzadko papier zwiastuje dobrą nowinę, bo dobre wieści w życiu człowieka nieliczne, najczęściej ta karta tajemnicze niesie kłopoty, frasunki, przypadek, nieszczęście, zawikłanie jakieś, jeśli nie cios nieuleczony.
Hrabia, postrzegłszy Smolińskiego, który go w tym dniu i godzinie tak pilnie wzywał, stojącego z papierem w ręku, pobladł i prawie gniewnie zawołał:
— Przecież wiesz, jak dziś jestem zajęty. Mogłeś z tem poczekać do jutra rana.
— Ani godziny! — rzekł Smoliński posępnie.
— Cóż to jest?
— A cóż ma być: naturalnie nieszczęście.
Hrabia zadrżał i stracił gniew i przytomność. Jeszcze nie wiedząc, co go czekało, chwycił się za głowę i upadł na krzesło.
— Mówże prędko, mów!
— Abramson...
— Abramson zbankrutował i mój załóg przepadł!
— Tak jest.
— To być nie może!
— Urzędowe oznajmienie i sekwestr na klucz Słomnicki.
Dendera nie rzekł ni słowa, tylko spojrzał w czarne okna i zamilkł jak ściana: usta mu zapadły, zacisnęły się, czoło pofałdowało, zestarzał w mgnieniu oka.
— Co mam robić? — spytał Smoliński.
— Co sobie chcesz.
— Pozwoli pan hrabia choć po czasie przypomnieć sobie, że zawsze byłem tym załogom przeciwny, że zawsze mówiłem...
Ale hrabia w myślach zatopiony nie słuchał.
Smoliński ze zwykłą swoją bezczelnością wmawiał mu fałsz; jego bowiem zręcznej insynuacji winien był Abramson, że mu dano załóg, od którego płacił po dukacie z duszy hrabiemu, a po trzy złote Smolińskiemu. Teraz gdy Abramson zbankrutował, Smoliński obawiał się przypomnienia, że często słówko za nim rzucił i uprzedzał wymówki, zapierając się przeszłości. Trzysta dusz przepadło za sześć tysięcy złotych, zapłaconych zgóry hrabiemu, i tysiąc danych do kieszeni plenipotenta. Żyd, ze skarbu kilkadziesiąt tysięcy rubli chwyciwszy, uciekł do Brodów.
— Co mam robić? — powtórzył, zukosa spoglądając na hrabiego, Smoliński.
— Idź, kpie, i powieś się na gałęzi — odburknął, nagle wstając, Dendera i, nie rzekłszy słowa więcej, wyszedł do salonów, otarłszy tylko czoło, a usiłując przybrać postawę wesołą i spokojną.
Ktoby go zobaczył wchodzącego do rzęsiście oświeconego pokoju tańców, nigdyby się nie domyślił, że niósł z sobą tajemnicę tak wielkiej wagi, od której mógł los całej jego rodziny zależeć. Uśmiechający się znowu, ledwie trochę bledszy, spotkawszy u drzwi prawie Jacka Kurdesza, wziął go zaraz nabok.
— Wiesz, kochany rotmistrzu, — rzekł — trafia mi się doskonała spekulacja; nie chcesz być ze mną do spółki?
— Cóż to takiego? Jeśli wolno spytać się hrabiego.
— Wyborna! Doskonała i pewna spekulacyjka! Podradzik pełen nadziei! Sto na sto! Masz dwadzieścia tysięcy do spółki?
— Gdziebym ja mógł mieć taką sumę gotówką? — odparł pan Jacek, nie zmieszawszy się natarczywością i już jakby podejrzewający cokolwiek. — Czy to nam szlachcie trzymać takie kapitały w szkatułce?
— Szkoda! Mógłbyś łatwo ledwie nie grosz na groszu zarobić.
— Szkoda! Ale...
— A nie wiesz tak jakiego uczciwego człowieka z zapasem?
— Panu hrabiemu nietrudno będzie o tak małą sumkę.
— Ale bo tu wszystko na pośpiechu: czas ucieka, Żydzi godzą.
— Wszak pan rotmistrz Powała podobno pięćdziesiąt tysięcy pozawczoraj gotówką odebrał od brata i właśnie go kwitował, gdy byłem w powiatowem mieście.
— Masz rację, wezmę u niego.
I hrabia posunął się dalej. Żona jego właśnie tańcowała z panem eks-rotmistrzem, który był w tak różowym humorze, widząc się bliskim osiągnięcia serca JW. hrabiny, że byłby rodzonego ojca oddał dla niej, dla pochwalenia się potem między kolegami dawnymi tak umitrowaną zdobyczą. Hrabia w intermedjach tańca klapnął go po ramieniu przyjacielsko.
— Słówko! — rzekł z uśmiechem.
— Co każesz, hrabio? — uśmiechając się sympatycznie, zawołał rotmistrz.
— Kieliszek starego wina.
Cela n’est pas de refus.
— A zatem po kontredansie.
— Właśnie go kończymy.
I ujęli się pod ręce, a pan Powała śmiał się z łatwowierności męża, a hrabia śmiał się zawczasu z rotmistrza, widząc go w usposobieniu takiem, że niczegoby odmówić nie potrafił.
Weszli do pokoju, w którym był stół pokryty butelkami: hrabia z pod obrusa dobył zapleśniałą bańkę węgrzyna, samym swym kształtem nie do dzisiejszych należącą czasów.
Vous m’en direz des nouvelles — rzekł, mrugając.
— Tokaj stary.
— Stary, ośmdziesiątletni tokaj, zobaczysz.
— Zdrowie solenizanta!
— Dziękuję ci, rotmistrzu! — dodał żywo z wesołą twarzą i śmiechem dobrodusznym. — Nie wszyscy mi jednak, jak ty, dziś winszują.
— A! są, co lepiej to może umieją, ale pewnie nie tak szczerze.
— Cha, cha! Różnie się trafia! Miałem dziś właśnie jedno bardzo oryginalne powinszowanie.
— A cóż to takiego, panie hrabio?
— Wyobraź sobie, rotmistrzu, nieokrzesanego brusa, który, przed rokiem na klęczkach wyprosiwszy sobie u mnie, żebym przyjął jego sumkę na procent, dziś obrał sobie dzień moich imienin, by mnie napaść o jej oddanie.
Mais c’est bête!
C’est absurde! I złapał mnie naturalnie zupełnie niespodzianego, nieprzygotowanego. Oburzony, kazałem natychmiast Smolińskiemu choćby u Żyda wziąć i zaraz tego miłego gościa uspokoić: tak mnie to poruszyło.
— Cóż to za sumka? — spytał rotmistrz.
Une misère de 30.000 florins.
— Chcesz, hrabio, to ci jutro przyślę.
— Alboż możesz mieć gotowe pieniądze? — spytał hrabia z dobrze udanem zadziwieniem i niedowierzaniem.
Rotmistrz się uśmiechnął z niejaką dumą.
— Jutro ci przyślę, hrabio.
— Twoje zdrowie, rotmistrzu. Bardzo dziękuję ci za uczynność... uwolnisz mnie od kłopotu... Jeszcze kieliszek...
— Nie warto mówić o tem.
Zagrano walca i pan Powała, rozbijając się, poleciał do hrabiny, a Zygmunt-August, powolniej za nim idąc, szeptał w duchu:
— Mam trzydzieści tysięcy. Jutro biorę pocztę i jadę z niemi do Żytkowa. Wyrobię się, muszę się wyrobić: główna rzecz była dostać na to pieniędzy. Biedne rotmistrzysko! jaki młody! a takie wąsy!
I rozśmiał się pocichu.



W przestankach tańca rozmawiano, a jak szerokie sale, jak różne twarze, jak niepodobni do siebie byli goście, tak dziwnie też niejednakie były rozmowy. Szczęściem leciały każda w inną stronę, nie spotykając się z sobą, nie obijając o siebie.
W tym samym gabinecie, w którym przed chwilą hrabia z matką swej żony tak przykrych kilkadziesiąt słów zamienili z sobą, z którego tak poruszeni odeszli; siedzieli teraz na kanapie: Sylwan, palący cygaro, i hrabia Walski, jak Sylwan wychowany zagranicą, bogatszy od niego, koniarz także, młody jak on, jak on scudzoziemczały, ale mający nad nim tę wyższość, że, bardzo będąc zepsuty, nie dognił jeszcze do serca. Powłoka w nim tylko przez zetknienie się ze zgnilizną zepsuta była, reszta miała jeszcze życie.
Walski nie lubił Sylwana, Sylwan uważał za potrzebne mieć tak pokaźnego przyjaciela. Czyż raz potrzebujemy, jak on, przyjaciół, jak ozdobnych fraszek tylko, żeby się pochlubić nimi? Rzadko dobieramy ich dla serca, częściej dla oka. Chcemy mieć przyjaciela bogatego, pięknem zowiącego się imieniem, dobrze wychowanego, aby z niego o nas ludzie sądzili. Walski się nudził i chętnie przyjmował serdeczności Sylwana, choć z nim nie sympatyzował: już dla zabicia czasu, już przez angielską jakąś obojętną dumę. Sylwan też nadskakiwał mu w cztery oczy, żeby mieć prawo potem wobec stu osób mówić do niego: — Mój Karolku! — i, wziąwszy go pod rękę, szeptać i śmiać się.
Gdy usiedli na ustroniu, a tak przecie, żeby cała młodzież widzieć mogła, że hrabia Sylwan z hrabią Karolem poufale coś szepcą (bo z sali do gabinetu przez drzwi otwarte widać było wszystko), przemknął się stary pan Jacek Kurdesz mimo drzwi i naturalnie hrabia Karol zapytał:
— Cóż to za stara podgolona czupryna?
— A! a! wyśmienity szlachciura, właśniem ci o nim miał mówić.
— O nim?
— O nim i nie o nim tylko, ale tak jak, bo o córce.
— Ma i córkę? Jest tutaj?
Quelle idée! To sobie prościuchna dziewczyna, ale śliczna jak dzika róża.
— Porównanie nie nowe, ale barwne — rzekł Karol, puszczając dym półgębkiem do góry.
— Wystaw sobie, — kończył Sylwan — coś tak niewinnego, tak prostego, tak naiwnego, jakby w powieści, jakby nie na naszym świecie, gdzie dwunastoletnie dzieweczki już intrygować poczynają. Kibić trochę silna, ale kształtna bardzo, twarzyczka śliczna, uśmiech bardzo wdzięczny.
— Oho! wpadasz w zapał, poetyzujesz: czyżbyś się miał w tej prościuchnej dzieweczce zakochać?
— Zmiłujże się! Zakochać! C’est beaucoup dire, ale myślę o czemś...
— Naprzykład?
— Myślę sobie zapracować na miłe wspomnienie.
— Jakże to, hrabio?
— Rozpocząć z nią romansik naprędce, bez konsekwencji.
— Bez konsekwencji! — rozśmiał się Walski z dziwnym wyrazem smutnego jakiegoś politowania. — A potem? — spytał.
— Cóż potem? Nic.
— Nie pojmuję takiego projektu, bez konsekwencji!
— Jakto! Cóż dziwnego? Piękna, młoda, oryginalna, bo dzika i prosta, zajmuje mnie, bawi. Jeżdżę, jesteśmy szczęśliwi, a potem się sobie rozstajemy, mając dosyć.
— Jak to wybornie obmyślano! Pamiętaj tylko, kochany panie Sylwanie, — protekcjonalnie dodał Walski — że ze staremi podgolonemi czuprynami kończą się podobne plany często na kobiercu, to jest: albo na batogach, albo u ołtarza.
— Cha, cha! On mnie za kolana ściska, sam mi chciał córkę koniecznie pokazać.
— Dzikie, jak widzę, masz wyobrażenie o ludziach.
Sylwan się uśmiechnął z zarozumiałością młodzieńczą.
— Spodziewam się, — rzekł Walski — że to, coś powiedział, jest to tak sobie żartem.
— Nie, to projekt stanowczy, serjo, bardzo serjo.
— Pozwólże, bym ci w porę przyszedł z radą.
— Najchętniej, byłeś mi nie odradzał.
— Powiem ci tylko proste, pewne, z doświadczenia wyciągnięte aksjoma.
— Z doświadczenia własnego? — szydząc, zapytał Sylwan.
— Na ten raz z cudzego tylko może; zresztą z jakiegokolwiek bądź, to pewno, że z doświadczenia.
— Słucham pilnie i posłusznie.
— Radzę więc, a naprzód: nie wdawaj się nigdy w miłostki z projektem zerwania ich jutro; nie znasz siebie, nie znasz kobiet i nie możesz przewidzieć okoliczności. Nic łatwiejszego jak zacząć, nic trudniejszego jak skończyć i zerwać...
Sylwan rozśmiał się po swojemu.
— Jestem trochę starszy od ciebie, — rzekł Karol — słyszałem o wielu podobnych przygodach, chociażem się w nie nie wdawał. Ja, jak wiesz, potrzebowałem dotąd atłasowej sukni, koronek i pachnideł, żebym się mógł zakochać; dla mnie ideał musiał być strojny, musiał być sfrancuziały, musiał być z mojego świata; nie poglądałem nawet na szlachcianki, bo czerwone ręce i ogorzała twarz...
— Alboż myślisz, że moja tak wygląda! — zakrzyknął Sylwan. — Rączka jak z marmuru...
— Tem gorzej! Słuchaj dalej. Słyszałem o niejednej podobnej przygodzie, zawsze się one smutnie kończą. W naszych salonach równa gra: te panie wiedzą doskonale i znają, z czem do nich przychodzim, nie rachują na nas więcej, niż należy. Gdzie indziej, w sferze niższej, twoja miłość wywoła zaraz marzenia ślubu i dozgonnych węzłów. Gra nierówna. Będziesz zdrajcą, a być zdrajcą zawsze nieciekawa. Miłość zaś, kończąca się trywjalnie, krzykliwie, wrzaskliwie, gorsząco, nic potem! Parafjańszczyzna!
— Ty bo, Karolu, myślisz widzę, że ja nie mam sumienia, żebym uwiódł i porzucił, bez serca, bez...
— A cóż? Ożeniłbyś się?
— Gdzież znowu! To rzecz inna; ale nie możnaż załagodzić i nagrodzić inaczej?
— Nagrodzić zdradę, zawód taki i spękane serce i życie?
— Bierzesz to ze strony tragicznej, której zwykle podobne związki nie miewają. Mnie się zdaje, że to się dziś nigdzie tak już nie bierze. Frania moja musi dobrze wiedzieć zgóry, że się z nią ożenić nie mogę.
That is the question. Właśnie może myśleć przeciwnie.
— No, no! Dość tego! Jesteś widzę w humorze przeciwieństwa.
— Przyznam ci się, że czupryna pana Kurdesza nie rokuje mi nic dobrego dla ciebie; a że za kolana ściska, to nic nie dowodzi; palnie cię potem batogami, jak należy, rozciągnąwszy kilimek. Ma więcej dzieci? Ma ona siostry?
— Nie, jednem jedna.
— To jeszcze gorzej!
— I nie tak szlachcianka ubożuchna, jak ci się może wydawać. Smoliński mi mówił, że mają dwakroć sto tysięcy zgórą u mojego ojca. Wioseczka krom tego bez długów i coś pewnie jeszcze w szkatułce.
— Tem gorzej, a gorzej! — dodał Karol. — Nie radzę ci się w to wdawać, albo skończysz na ożenieniu, albo na awanturze.
— Ba, nie takim głupi!
— Wypadnie ci zostać podłym lub głupim, a wybór, przyznam się, niełatwy.
— Na jakiegoż to moralistę napadłeś tego wieczora? — spytał Sylwan trochę zmieszany. — Musisz sam gdzieś być w tęgich obrotach, kiedy ci się na taką surowość względem mnie zebrało.
Karol westchnął tylko i nic nie odpowiedział.



Zygmunt-August przysiadł do żony, korzystając z figury, do której w tej chwili pochwycono rotmistrza, nieodstępnego jej cavaliere servante.
Ma chérie! — rzekł zcicha.
— Co każesz, Guciu? — spytała, przechylając się bardzo wdzięcznie, pani hrabina, tak, żeby ruch jej wykazał pięknie utoczoną kibić.
— Powiedz mi, proszę, co to jest twojej matce?
— Mojej matce?! Zdaje mi się, że ją głowa boli.
— Nie wiesz nic! Robiła mi dziwne zapytania, ledwie nie wymówki...
— Tobie?! — z dobrze odegranem zdziwieniem spytała żona. — Est-ce possible?
— Zdaje mi się, — poważnie kończył Zygmunt-August — że na te wymówki nie zasłużyłem.
— Jakiegoż były rodzaju?
— Różne, i wostatku i za ciebie.
— Za mnie?! — mieszając się nieco, sentymentalnym półgłosem, odrzekła Eugenja. — Nie pojmuję tego.
— Zdaje mi się, żem na nie nie zasłużył!
— Czyżem kiedy dała poznać po sobie choćby najlżejsze nieukontentowanie?
— Miałaś czas poznać mnie i ocenić!
Mon cher, inutile de dire, que je n’y suis pour rien... Nie pojmuję nic...
Małżonkowie czule uśmiechnęli się do siebie. W uśmiechu hrabiego była skryta niecierpliwość i gniew, w hrabiny jakaś obojętność, osłoniona rozczuleniem. Patrzała już gdzie indziej.
— Powiedz więc matce swojej...
— Ale naturalnie... nie troszczże się o to...
Wtem nadbiegł rotmistrz Powała, a hrabia z intencją umyślnie natychmiast wstał, spojrzał tylko na żonę i, przemówiwszy coś do przybywającego, śpiesznie się pod pozorem jakiegoś pilnego zajęcia oddalił.
— A, jakiż głupi! Jakiż głupi! — mówił w duchu rotmistrz.
Hrabina z gniewem spostrzegła to nagłe odejście. Szybkie oddalenie wiele bardzo mówiło, a więcej jeszcze szyderskie, rzucone zukosa wejrzenie. Była odgadniona, zbadana i wzgardliwie rzucona na pastwę rotmistrzowi. Krew pierwszy raz może w życiu zawrzała w niej tak silnie, że rumieniec na twarz wystąpił, a dowcipne jakieś zapytanie, które w tej chwili wysmażył rotmistrz, rozbiło się o jej ucho nieposłyszane i poszło w świat bez odpowiedzi.
Cesia czatowała u drzwi nie na Wacława, bo on był tylko dla niej próbką, rodzajem trupa, na którym się uczyła potrzebnej anatomji serca, ale na wyjście hrabiego Karola Walskiego, z bratem jej siedzącego w gabinecie. Cały wieczór już strzelała do niego, a nie doczekawszy się skutku, była niecierpliwa i gniewna. Nareszcie wyszedł pan Karol, zimny, roztargniony, obojętny i, powiódłszy okiem po sali, wstrzymał się nieco we drzwiach, niedaleko Cecylji, która, jak widzimy, dobrze obrachowała korzyści obranego przez siebie miejsca. Sylwana, ledwie się ukazał, zaraz zabrano do tańca, a hrabia Walski został w progu i sama grzeczność wymagała, żeby coś przemówił do Cesi. Ona spotkała jego ledwie poczynające się na ustach słowa wejrzeniem i uśmiechem tak silnie przemawiającemi, że gdyby nie poważne roztargnienie i smutek Karola, byłby musiał zadrżeć aż do głębi. Był to uśmiech i wejrzenie dzieweczki, której pilno dowieść, że wyszła z dzieciństwa; siłą ledwie im dorównać może uśmiech i spojrzenie starej zalotnicy.
— Możeż to być, żebyś pani już odpoczywała?
— Godziż się, żebyś pan nie tańcował?
— Ja nigdy, lub tak jak nigdy nie tańcuję.
— Dlaczego?
— Trzeba być bardzo młodym, żeby się tak wesoło wykręcać.
— A pan chorujesz na starość i na byronowskich bohaterów?
— Nie pani! — odparł trochę zdziwiony śmiałością Karol. — Mam daleko rzeczywistszą chorobę w sobie, nie potrzebuję jej sobie tworzyć.
— A cóż to za choroba? Wszak nie podagra, jak u pana podczaszego?
— Dotąd nie, ale coś daleko gorszego.
— Byłażby to febra, z którą miss Lucy pięć lat już się pieści i rozstać nie może?
— Coś gorszego nawet od febry.
— Doprawdy, gorszego? Już nic domyśleć się nie mogę.
— Bardzo pani winszuję.
— A, a! Ja się nie potrafię domyśleć, a pan nie zechcesz mi się zwierzyć?
— Doprawdy! Nic ciekawego, stare dzieje.
— Tem lepiej! Ja tak stare dzieje lubię!
— Moja historja nieciekawa wcale: nudzę się tylko.
Cesia, która się oświadczenia była gotowa spodziewać, zaczerwieniła się z niecierpliwości i gniewu.
— Brzydka choroba, — odparła z przymuszonym uśmiechem — ale pan wiesz, że teraz wszyscy bardzo wierzą w homeopatję, i miss Lucy ciągle mi o jej zasadach prawi. Jej winnam, że wiem, co to jest. Choroba w homeopatji leczy się drugą, silniejszą chorobą.
— Rozumiem: każesz mi pani szukać drugiej, może gorszej?
— Byle innej.
— Wolę pierwszą.
To mówiąc, niespodzianą żywością Cesi zajęty Karol usiadł przy niej, spojrzał na nią z uwagą, jakby ją widział raz pierwszy i po chwilce dodał:
— Życzysz mi pani podagry czy febry?
— Zostawiam to do jego wyboru; obie pozyskują się łatwo: pierwsza kieliszkiem, druga zaziębieniem.
Vous étes bien aimable! Wolę jeszcze nudy.
— Co do mnie — mówiła Cesia — nie znam nic nudniejszego nad człowieka znudzonego, a miarkując z tego, jakie na mnie czyni wrażenie, domyślam się, jak będąc ciągle z sobą, musi się sobie naprzykrzać.
— Dziękuję za komplement — szczerze się śmiejąc, odparł Karol — i uciekam.
— Możesz pan pozostać. Rzadko widuję znudzonych. Dla rozmaitości nie szkodzi i to zobaczyć. Après tout — c’est étude.
To mówiąc, gdy właśnie kolej przychodziła na nią tańcować i wybrać do figury, podała rękę Karolowi. Ten wyszedł na środek, ale pieszo i powoli pokręciwszy się po sali, rozmawiając i nie dając rozżywić, wrócił wkrótce do kątka i gawędy. Cesia ścigała go niezmordowanemi oczyma: niecierpliwił ją. Bardzoby się mylił, ktoby z tego sądził, że Karol ją zajął. Chciała go tylko podrażnić i sił swoich na nim doświadczyć. Wacław od kilku godzin nie był już dla niej triumfem: trudnoż ubogiemu, nieznanemu marzycielowi zawrócić głowę zwysoka rzuconem wejrzeniem? Ale Karol! Karol, co świat przewędrował, co tyle widział, tyle przeżył i zapewne przekochał, gdyby się zajął, Cesia byłaby już siebie pewna: byłby to dla niej patent maturitatis.
Gdy tu się tak wesoło bawią w serce i spojrzenia, Wacław, siedząc na ganku sam jeden, śledzi kroki Cesi. Widział jej rozmowę z Karolem, widział wejrzenie i uśmiech z goryczą, z bólem, który zna tylko ten, co kochał i był miotany zazdrością wściekłą, i pastwił się sam nad sobą, szydząc z siebie.
Błyskawice gniewu, chęci zemsty, to znowu bezsilna rozpacz, łzy i żal miotały nim kolejno. Rzucał się i upadał osłabły, a przewalczywszy tak długą chwilę, już się był ku ogrodowi zawrócił, chcąc oderwać się od tego zabójczego widoku, gdy Cesia wybiegła na ganek.
Ona go spostrzegła w świetle, rzuconem na kolumnę, o którą był oparty, i wyszła umyślnie pod pozorem ochłodzenia, stając w progu naprzeciw niego.
— A, to pan tu! Po nocy! Sam jeden! Co tu robisz?
— Odpoczywam i patrzę.
— Nie rozumiem, jak się można było zmęczyć tak niegodziwem towarzyszeniem mi na fortepianie, którego panu nigdy nie daruję.
— Przepraszam panią, ale tak byłem zmieszany.
— Pan nigdy nie potrafisz dać koncertu. Czegoż się było mieszać?
— Nie wiem. Z tego się nie wytłumaczę.
— Mam jeszcze inną i większą wymówkę — kończyła nielitościwa. — Co znaczyło podjęcie tej gałązki?!
— Ja?... Ja?... — Wacław struchlał.
— Proszę mi się z tego dziwnego postępku wytłumaczyć.
— Sądziłem, żeś pani co innego, droższego zgubiła. Widząc coś upadającego, myślałem, że to była bransoletka, spinka. Chciałem podnieść, by jej oddać.
— To co innego! — odparła Cesia i, oglądając się dokoła to na salę, to na ganek, spytała: — Znasz pan hrabiego Walskiego? Jaki to miły człowiek!
Umyślnie dręczyła biednego. Wacław już nic nie odpowiedział. Czuł, że był igraszką płochego dziewczęcia, a kochał je — cierpiał i milczał.
Cesia rzuciła mu wejrzenie wyuczone, długie, silne, płomieniste, zabójcze, jakby pętlę na głowę dzikiego konia, i szybko poszła do pana Karola. Chciała tego pochwycić, ale i pierwszego nie mogła puścić jeszcze. Był jej do dalszych doświadczeń potrzebny.
Córka godna była matki.
Wacław rzucił się w ogród, którego drzewa szumiały posępnie, w dziwnej będąc sprzeczności swą powagą, ciemnością i głuchym szmerem, podobnym do szumu modlitwy w chórze zakonników — z krzykliwą muzyką sali balowej.
Z jednej strony był pałac oświetlony, rzęsisto pałający, z którego wszystkiemi otwory wyrywało się światło, wonie, dźwięki! Z drugiej ogród ciemny, pusty, tajemniczy, smutny, niebo czarne, księżyc blady i natura, wielki ów obraz tysiąckroć widziany, tysiąc razy nowy.
Wacław czuł tę potężną sprzeczność dwóch światów, dwóch żywotów, sercem poety i oderwał się na chwilę od siebie, tonąc w myśli odtworzenia muzykalnego tej wielkiej i pięknej sprzeczności.
— Co za symfonja! — zawołał. — W jej środku moje serce miotane rozpaczą i cierpieniem: w jedną stronę weselne dźwięki obcego mi świata, który na mnie nie patrzy, który mnie odpycha, który mnie zaledwie darzy litością; z drugiej cicha natura, spokój, pieśń słowika, kochanka i ojca, szum drzew, mruczenie wody, daleka pieśń pastusza, daleki hymn pobożny i głosy pustyni, stokroć powabniejsze od gwarów piekielnego ich wesela. Ta cisza obwija mnie, utula i kołysze, jak matka. Lecz na to potrzebaby Beethovena z jego genjuszem młodym, symfonji pasterskiej i heroicznej, z jego myślą wieszczą, z potęgą w jej oddaniu, z uczuciem owładnionem, podbitem i posłusznem, któreby lało się w formy mu wystawione, całe, pełne, silne. Weber tylko, tylko Beethoven dokazaliby tego. Berlioz stworzyłby harmonijny chaos — ja — śmieszność.
I usiadł zdaleka dumać: a obraz pięknej Cesi w białej sukience, z jej szatańskiemi oczyma, zamigał nad nim, uśmiechając mu się i drażniąc go.
Gdzieś wdali za drzewami słychać było trąbkę pastuszą, grającą powoli smutną pieśń tradycyjną, odwieczną, którą się lasy, jak dziś, od pięciuset i od tysiąca lat rozlegały. Ta pieśń oderwała poetę od świata rzeczywistości i pochwyciła go w marzeń objęcie.



Nazajutrz rano pełno jeszcze było wczorajszych gości w Denderowie, ale ci się powolnie rozjeżdżali; nikt nietylko nie wiedział, ale się nawet nie domyślał smutnej prawdy, którą późno w nocy Smoliński przyniósł na wiązanie hrabiemu: ścisłą bowiem nakazano zachować tajemnicę.
Rotmistrz z regularnością wojskową przysłał zaraz zrana 30.000 złotych. Powozy były upakowane do drogi, a hrabia czekał tylko rozjechania się ważniejszych gości, by pocztą pośpieszyć na ratunek klucza, już sekwestrem zagrożonego. Załóg (kaucja) miał w sobie pewne niedostrzeżone nieformalności, które może umyślnie weń wciśnięto, starając się, by na nie uwagi nie zwracano przy przyjęciu; teraz one właśnie posłużyć miały na wywikłanie się z odpowiedzialności.
Jak świt, hrabia się już naradzał sam na sam ze Smolińskim. Bo nie kładąc się spać nawet, skoro gości rozprowadził po kwaterach i powsadzał do powozów, pośpieszył pracować ze swym rządcą i plenipotentem.
Smoliński miał minę posępną i często pstrykał ostremi odpowiedziami hrabiemu; hrabia mu też nie żałował grzeczności, przekąsów i grubych nawet połajań. Mimo to szły narady swoją drogą, wedle pospolitego przysłowia: „sprawa sprawy nie tamuje“.
Pan i plenipotent znali się bardzo dawno: razem umoczyli ręce nie w jedną brudną robotę, zachodziło więc pomiędzy nimi jakieś tajemnicze braterstwo, które wprawdzie tylko sam na sam objawiało się widocznie, ale niemniej było trwałe i znaczące.
Smoliński ostre prawdy mówił panu hrabiemu, hrabia łajał Smolińskiego bez ceremonji; znali się jak łyse konie i wzajemnie przebaczali sobie swoje defekta. Próbowali się odrwić czasem, ale mimo przebiegłości obu, kolejno im się to tylko udawało, tak równych sił byli. Smoliński czasem udarł hrabiego, hrabia podszedł czasem plenipotenta; ale cicho, sza! Zgoda: świat o tem nie wiedział wcale i trzymali się za ręce.
Wobec ludzi Smoliński był najniższym sługą Dendery i stawał w progu tylko pokornie.
Jak świt, bocznemi drzwiczkami wszedł zaufany pełnomocnik do hrabiego, który napół rozebrany siedział na kanapie, rozparty, zamyślony, smutny, trzymając dla proporcji tylko cybuch w ustach, z którego nie pali.
— A co? — rzekł do wchodzącego. — Trzeba nam myśleć o interesach.
— Myślałem całą noc, ale cóż tu wymyśleć?
— Stary z ciebie osieł, mój Smoliński — rzekł Dendera. — Ja nie myślałem, a wymyśliłem i mam już radę.
— Ciekawym! — trochę obrażony tą wyższością wybąknął Smoliński.
— Widzisz, że z ciebie na wiek wieków będzie cymbał, choć zęby zjadłeś na interesach. Załóg jest nieprawny.
— Jakto, JW. panie? — pochwycił plenipotent.
— A tak, mości Smoło! (tak go nazywał w chwilach wesołości lub gniewu hrabia) szukasz po obłokach, a nie widzisz, co pod nosem.
— Cóż tam za nieprawność?
— Wiesz przecie, że ja nie miałem jeszcze „odkazu“ na ten majątek, a zatem zakładać go, prawa dostatecznego mi brakło.
Smoliński osłupiał trochę.
— No! Źle kaucję przyjęto.
— Cóż z tego, że ją przyjęto bezprawnie; niech ci pokutują, co przyjmowali.
— Ależ oni nam łaskę zrobili.
— Niech kpy jakieś łaski nie robią przeciw prawu. Jadę do Żytkowa i wyrobię, co potrzeba, tylko mieć muszę na to pieniądze. Co mamy w kasie?
— Wczoraj ostatnie pięćset złotych oddałem w moc pensji hrabiemu Sylwanowi i dwieście hrabinie; zostało sześćdziesiąt sześć, groszy dwadzieścia.
— Siedźże sobie z niemi, ja na drogę dostanę.
— Ale tu grubego grosza potrzeba, bo u nas wszystko się wprawdzie robi, ale robota drogo kosztuje.
— Jak myślisz? 30.000 dosyć będzie?
— Do zbytku.
— No, to mi wystarczy!
— Ale skądże je wziąć?
— Spytaj lepiej, skąd wziąłem.
— Jakto? Już są...
— Już są.
— Ale skądże, u licha?
Hrabia, mimo strapienia, uśmiechnął się zwycięsko.
— Prawdziwie, — rzekł dotknięty Smoliński — ludzie są osobliwszej łatwowierności.
— Kto ma ustaloną opinję i kredyt...
Smoliński ruszył ramionami.
— Proszęż hrabiego, dla kogo mam oblig przygotować?
— Panu rotmistrzowi.
— Co? Jeszcze Kurdesz dał?
— A, nie, nie Kurdesz! Temu nawet zaległy procent potrzeba dziś wypłacić jak najregularniej, żeby się nie zgłaszał o kapitał, ale panu rotmistrzowi Powale.
— O, cóż u licha! Nie domyśliłem się! — zawołał Smoliński, śmiejąc się. — To co innego!
— Jakto co innego, trutniu! — cały w płomieniach poskoczył hrabia, zaciskając pięści. — Mów mi zaraz, z czegoś się rozśmiał? Co myślisz? Co to jest? Jakie co innego?
Smoliński odparł spokojnie, spluwając:
— Jużciż to co innego, bo to nie interes, ale przyjacielska pomoc.
I przycisnął na wyrazie: przyjacielska.
Hrabia ruszył ramionami, ale wewnątrz wrzał.
— Coś zrobił z Pęczkowskim? — spytał, odwracając rozmowę.
— Niepospoliciem go zażył. Wszak trzeba nam na procent dla Kurdesza około dziesięciu tysięcy.
— Na dziś rano, koniecznie! Bo Kurdesz, pamiętaj waćpan, dopilnował się dobrze: ma oblig krepostnyj, a to nie żart. Stary póty gładki, póki wierzy. Rozdrażniwszy go, nie żartować.
— Ej! nie takim, jak on, dawaliśmy rady!
— No, ale cóż z Pęczkowskim?
— Co? Zażyłem go z mańki, powiedziałem mu tak: masz waćpan do wyboru, albo oblig na prostym papierze, zamiast zgubionego i pokwitowanie nas przed aktami, bo inaczej nic nie damy; albo odnowienie obligu, wziąwszy kontrrewers na wypadek odszukania zgubionego, ale nam pan musisz dodać 10.000 dla zaokrąglenia sumki.
— I cóż, Smołko? co? — uśmiechając się, spytał widocznie uradowany hrabia.
— A cóż? Stękał, kwękał, piszczał, prosił, nudził, durzył, gniewał się trochę i pojechał nareszcie po te 10.000.
— No, toś chwat! Wracam ci activitatem.
— Prawda! ha!
— Oddaję ci sprawiedliwość, masz moją łaskę! — dodał hrabia.
— A więcej co? — spytał Smoliński frantowato.
— O, chcesz więcej! Sto złotych gratyfikacji.
— Pieniądze teraz drogie i rzadkie, — przerwał plenipotent — wie pan hrabia co: ot, prosiłbym o asygnację na parę koni do Słomnik, ja tam sobie parę szkapek wybiorę. Moje klacze się poźrebiły.
— Filut! To ty sobie weźmiesz...
— Rozumie się, co będę mógł najlepszego.
— No, no! Bierz cię licho. Za interes z Pęczkowskim warto: dałeś dowód niepospolitej zręczności.
— Jużto, — przerwał Smoliński, wiedząc że hrabia lubił dosyć choć niezgrabne pochlebstwo — jużto przyjmując, co mi słusznie należy, muszę się i hrabiemu dziwić. Dwa interesa wśród balu tak obmyśleć, to trzeba głowy Sa...yna!
— Patrzcie trutnia! Dopiero dziś przekonał się, że mam głowę!
Smoliński rozśmiał się na całe gardło.
— A teraz — rzekł hrabia — jeszcze słówko. Powiedz mi, — przystąpił do niego bliziuchno i głos zniżył — skąd ta stara kwoka, hrabina Czeremowa, rozumiesz, skąd ona mogła przewąchać, że my nie jesteśmy w tak złotych interesach, jak sobie ludzie myślą?
— Alboż co?
— Ba! co myślisz! Wczoraj mi poczęła prawić komplementa słono-gorzkie, na które jej potrafiłem odpowiedzieć. Wyobraź sobie, że śmiała mi wyrzucać Samodoły, dane mojej żonie z długiem bankowym i swojemi deportatami, od których procent płacę.
— Żartowała staruszka.
— Śliczne żarty! A sobie jednakże zostawiła ośmset dusz czyściuteńkich.
— I dlatego nie wypadało jej drażnić, panie hrabio.
— Nie mam co starej oszczędzać: wiem dobrze, że idzie zamąż, a kto ją weźmie, nie oplącze się darmo.
— Kto, kto! Hrabina Czeremowa?
— Jak ci mówię.
— Ej, to żarty!
— Nie, wcale nie żarty; bierze sobie ubogiego, młodego, ładnego chłopaka, któremu resztę majątku chce zapisać, czy podobno sprzedać. A ja z posagiem żony zostanę na Samodołach. Wymówki, czynione mi wczoraj, były podobno tylko powodem wyszukanym do kłótni, żebym jej nie mógł dokuczać i odradzać, ale ja może znajdę na to sposób.
— Oj, i to niedobra nowina! — rzekł zasępiony Smoliński. — Ale sześćdziesiąt przeszło letniej babie iść zamąż!
— Co chcesz? Znudziło się próżnowanie, a ma się jeszcze za piękną i za młodą; kupi baronostwo temu chłystkowi. Ale to na stronę. Com się chciał pytać: czy tu już chodzą jakie wieści niedobre o moich interesach? Powiedzno mi szczerze.
Smoliński podumał.
— Prawdą a Bogiem, chodzą różne pogłoski, panie hrabio; ale jak to u nas, o każdym radzi mówią, że jest zrujnowany, a jednak fortuny, choć podpierane szkarpami, trzymają się, więc ludzie czasem i prawdzie wiary nie dają.
— Jednakże już gadają...
— Alboż o kim nie mówią podobnie? Zawsze to tak bywało.
— Masz na to dowody?
— Nie daleko szukać: Kurdesz się pono skrobie i myśli już podnosić kapitał; Pęczkowski truchleje, inni niemal w ręce całują.
— To źle! Jak się jeszcze dowiedzą o sekwestracji na Słomniki, opadną mnie ze wszystkich stron pozwami; zginę!
— E, nic to! Wyrobimy się jakoś, ale już potrzeba będzie miedzianem czołem i zuchwale, bez dzisiejszych zaklinań, ceremonij i udawań.
— Tego bo ja nie chcę.
— Będziemy musieli.
— Drugi interes, mój Smoliński. Żonie mojej, Sylwanowi i Cesi i Angielce ani grosza pod niebytność moją. Powiesz im, że, w pośpiechu wyjeżdżając, nie zostawiłem żadnej dyspozycji. Jeśli gwałtownie potrzebują, niech u ciebie pożyczą, zapłacą procent.
Smoliński się rozśmiał naiwnie.
— Ale zawsze pożyczka z kasy i procent do kasy.
— To się rozumie. Ale czegoż ty, Smoło, się śmiejesz? — zawołał oburzony znowu hrabia. — Cóż to w tem złego? Musiałem się wycieńczyć na te pensje dla nich, dobrze coś z tego odkroić. Nie bierze się od nich więcej nad dwa i pół procentu miesięcznie, jak Żydzi, pół procentu dla ciebie, a reszta do kasy.
— Znam już oddawna tę manipulację.
— Nikomu pod moją niebytność nie płacić nic; to druga reguła.
— I ta nienowa.
— Jeśliby kto chciał co dać, bierz i z mocy plenipotencji skrypt wydawaj; jeśliby się jaka formalność upiec mogła ze względu na przyszłość, nic złego; zawsze trzeba pamiętać, żeby się było czem ratować.
— Brać choćby najwięcej.
— Choćby najwięcej.
— A z temi pieniędzmi co robić?
— Zatrzymać do wyraźnej mojej dyspozycji.
— Cóż robić w Słomnikach?
— W kluczu Słomnickim, nim go sekwestr uchwyci, jeśli się wyrobić nie potrafię, co tylko da się uratować, brać i wywozić; bydło zaraz odpędzić, owce, miedź zabrać do Denderowa, sterty za granicę denderowską poprzewozić i pozrzucać, z lasu sprzedać Żydom do Żytkowa, co tylko sprzedać się może.
— Ale jeśli się wyrobim, jak pan graf ma nadzieję, do czegoż to wszystko?
— Jeśli się wyrobim, to dobrze, nie zaszkodzi jednak ostrożność: trzeba wszystko przewidzieć.
— Zapewne, cóż szkodzi ostrożność!
— Na Sylwana, jeśliby gdzie szukał kredytu, pilne mieć będziesz oko; Żydom powiedzieć, że nie ma rezygnowanej schedy i jest bez żadnej ewikcji, a ja cudzych długów płacić nie myślę.
— To tylko procent powiększy. Żydzi zawsze dadzą.
— A, jeśli zechcą, niech sobie zresztą dają.
— Więcej nic nie ma pan hrabia do rozkazania?
— Przypominam ci tylko, kochany Smoło, że procent Kurdeszowi potrzeba dziś zapłacić. Zresztą zrób, co można, żeby dostać jak najwięcej, a wydać jak najmniej pieniędzy: to prawo ogólne.
Smoliński się ukłonił, uśmiechnął i wyszedł; hrabia, wpół ubrany, drzemiący trochę ze znużenia, upadł na sofę.
Około południa kocz jego upakowany leciał już pocztowym gościńcem do gubernjalnego miasta.



Sylwan kierował się w brzezinę, w której raz pierwszy spotkał Franię, ale teraz sam już bez Janka. Kurdesz tymczasem, odebrawszy procent i wedle zwyczaju ofiar o wdawszy Smolińskiemu źrebaczka (bo co rok coś mu dać było potrzeba przy odebraniu procentu), odjechał do domu, niebardzo się troszcząc o podniesienie kapitału.
Na pierwszy raz nikogo nie zastał młody hrabia w brzezinie, do Wulki należącej, i daremnie parę razy przez nią przejechał; ale Frania nalegała dnia tego na Brzozowską, żeby pójść na grzyby i ból tylko w nodze poczciwej towarzyszki przeszkodził do uprojektowanej już przechadzki.
Sylwan pojechał z chartami, znudził się i powrócił do domu w kwaśnym humorze, przysięgając sobie, że nigdy już więcej nie pojedzie, powtarzając nieustannie, że ta niewdzięczna dziewczyna niewarta jest jego zabiegów.
Ale we trzy dni znowu na gniadej angielce swej ruszał do brzeziny sam jeden. Los, który chętnie płata ludziom figle i często im też robi przysłużki, które figlami pachną, chciał, by tego dnia Frania z Agatą tylko i Horpyną poszła sama na grzyby, właśnie ku drodze od Denderowa. Dziewczęta puściły się w las nieopodal od drożyny, a Frania, na wywale usiadłszy, odpoczywała zarumieniona, gdy Sylwan ukazał się na ładnym swym koniu. Uśmiechnął się nieznacznie, gdy ją zobaczył, ona się strwożyła, choć nie przysiągłbym, że marzyła, iż przyjechać powinien.
Widząc, że Frania wstaje z kłody, podskoczył żywiej ku niej i spytał wesoło:
— Co pani tu robi?
— Wyszłam na grzyby — odpowiedziała naiwnie.
— Ten lasek musi w nie obfitować, — odparł Sylwan — a to dla mnie bardzo szczęśliwie, bo i ja często przez niego przejeżdżam.
Frania się ogromnie zarumieniła na nowo, nie wiedziała, co odpowiedzieć, spojrzała mu w oczy, jakby z nich chciała poznać, czy mówi szczerze, czy żartuje; a nie widząc, jak tylko zimny uśmiech na twarzy młodzika, zawczasu triumfującego, uczuła się ogarniona jakimś przestrachem niewysłowionym: ukłoniła mu się niezgrabnie, zawróciła żywo w las i znikła.
Sylwan, który dłuższej spodziewał się rozmowy, nie wiedział, co począć z sobą: postał chwilę, myśląc, że powróci, wreszcie skrzywiony zaciął konia i pojechał. Przebył lasek, ku Denderowu się kierując, potem zawrócił jeszcze, przejechał drożynę parę razy, sądząc, że Franię spotka i posunął się aż na ścieżkę, którą iść miała do domu, chcąc ją tu napędzić.
Ubodła go obojętność wieśniaczki; obrażony pragnął się za nią pomścić. Ale i tu jeszcze mu się nie udało: ujrzał bowiem Franię w towarzystwie dwóch dziewcząt naprost ścieżką przez ściernie żytnie idącą do dworku, a gonić jej mu nie wypadało. Zły, gniewny, znowu poprzysięgając sobie, że już nie wróci więcej, wściekle pogalopował do domu. Koń jego zmęczony, on sam zły i kwaśny, stanęli u ganku oficyn o mroku.
W Wulce Frania i Brzozowska siedziały na kufrach i rozmawiały pocichu we cztery oczy. Frania nie miała dla swej towarzyszki tajemnic, a Brzozosia je też, gdyby jakie i były, doskonale wyciągnąć umiała. Zaraz się wydało, że w lasku spotkała Frania Sylwana, wydało się, co mówił: że dziewczę uciekło, że on potem po gaju błądził, że go Agata widziała na drodze ku Wulce.
— Otóż już ani chybi amant! — zawołała Brzozosia, plaskając w dłonie. — Prawdę mówiąc, kochanie, ja się tego zawsze spodziewałam, ale teraz już pewna! Wczoraj kładłam kabałę razy sześć: wyżnik czerwienny raz po raz przy damie winnej stawał z prawego boku. To już taki widocznie przeznaczenie.
— Ale, moja Brzozosiu, to grafiątko.
— Jakby to grafiątko zakochać się nie mogło.
— Taki młody, moja Brzozosiu, głowa roztrzepana.
— Tem lepiej, że młody.
— A w dodatku ojciec, matka nigdyby nie pozwolili.
— To stare historje, moje kochanie! Czytałam i słyszałam o tych ojcach, co to nie pozwalają; ale to zawsze kończy się na tem, że się muszą przekonać i radzi nie radzi pobłogosławić. Zresztą chybaby byli obrani z rozumu, gdyby pozwolić nie chcieli: a gdzież u licha co lepszego znajdą?
— A nie pytasz, Brzozosiu, nawet, czy on mi się podoba?
— Cóż? albo nie?
— Dziwuj się, jak chcesz, ale coraz mniej; wcale nie tęsknię za nim.
— No! ale możeż być, żeby taki śliczny, młody...
— Nie przypatrzyłaś mu się; gdy się uśmiechnie, wydaje się straszny: ma coś nieszczerego.
— Imaginacja! imaginacja! przywidzenie! Ale to tak zawsze z początku! Najlepszy znak, kiedy się panna kawalera boi: niezawodnie pójdzie za niego. To już nigdy nie chybi. Powiem ci, Franiu, i jam to była dawniej, pókim się w to sadło nie rozlała, dosyć hoża. Cześnikowicz na mnie bardzo patrzał, choć byłam ubogą dziewczyną: a nietylko on, ale i pan Paweł, i pan Remigjan nieboszczyk smalił do mnie cholewki, a muszę ci się przyznać, że dla Remigjana miałam słabość. Takie bo śliczne imię i chłopiec był gdyby dąb. Bywało jak krzyknie na żart, to się szyby w oknach zatrzęsą. Otóż powiem ci, kochanie, że w początku ani mi się śniło, anim na niego patrzeć nie chciała, a potem tak mnie za serce pochwycił, że nie było rady... Ale taki woli Bożej widać nie było...
I westchnęła, a Frania rozśmiała się nieznacznie.
— Otóż ci jeszcze powiem, serce, — mówiła dalej — jeśliby ci się kiedy przydarzyło go spotkać tak jak dzisiaj, poco uciekać? Trochę sobie pogadać, trochę pobzdurzyć, pożartować nie grzech, zdaje się, młodemu. Niechno się panicz rozpatrzy, a ja taki ręczę, że będziesz hrabiną.
— Ale, moja Brzozosiu, nuż to jaki zwodnik i żartowniś, co się tylko chce naśmiać z biednej dziewczyny.
— Jezu Chryste! Cóż bo ty, Franiu, gadasz, a któżby to mógł pomyśleć, z ciebie! z tej malinki! z tego złotego jabłuszka! z tego aniołka!
Frania rozśmiała się, rzucając na szyję Brzozosi.
— Nie psuj mnie, proszę — odezwała się wesoło.
— Dzieciństwa bo ci się snują po głowie, Franiu moja; ja mu dobrze w oczy patrzałam, to młode i dobre jakieś chłopczysko... No... i kabała sześć razy wypadła. Taki musisz być grafinią!



Pomimo że hrabia Sylwan dał sobie uroczyście słowo nie jeździć mimo Wulki, trafiało się jakoś zawsze, że tamtędy szła droga w tysiące miejsc, do których koniecznie jeździć musiał. Kilka razy jakoś, nie uważając, zabłądził na tę drożynę, a raz koń znowu był tak zmordowany, że zsiąść musiał z niego i pieszo przejść przez lasek.
W oddaleniu mignęła mu się biała sukienka pomiędzy brzozami i, naświstując na psa, nawołując go, choć z sobą nie wziął z domu, Sylwan puścił się żywo w kierunku różowo-białego zjawiska. Trafił tylko na Horpynę; Frania bowiem, postrzegłszy to natręctwo, wolała wybrać inną drogę, niż spotkać się z nim wśród lasu.
Sylwan, zakręciwszy się po brzeźniaku, zawrócił się za nią i naturalnie wreszcie spotkać ją musiał.
Powitali się jak dawni znajomi, chociaż Frania widocznie mocno była wzruszona, a Sylwan dosyć zniecierpliwiony.
— Dobrywieczór pani.
— Dobrywieczór panu.
— Pani tu znowu na przechadzce?
— Tak; to bliziuchno od domu, najczęściej tu wychodzę.
— Jakże się ma pan rotmistrz?
— Mój ojciec? Dziękuję panu bardzo, zdrów zupełnie; pojechał dziś do plebanji i właśnie czekam na niego, bo ma tędy powracać.
Skrzywił się trochę Sylwan; ale korzystając z chwili, wesołą począł rozmowę. Frania, proste dziewczę, ale nie brakło jej dowcipu; a przy odrobinie życia, dwoje czarnych biegających młodych oczu jakże są wymowne, gdy im i białe ząbki, i uśmiech, i ruchy, i wszystko, co je otacza, dodaje wdzięku i wyrazu! Słyszymy nieraz to nawet, czego te oczy nie mówią. Sylwan, który ten romans poczynał w projekcie ukończenia go i uczynienia bardzo nieceremonjalnym a poufałym, dziwił się sam sobie, że onieśmielał przy dziewczęciu, które otaczał urok jakiś, niepojęty dla niego. Gniewał się na szacunek, którego nie mógł nie uczuć dla niej.
Tego wieczora zaczęli i skończyli od pan i pani, i obojętnej całkiem rozmowy, gdy wózek pana Kurdesza zaturkotał w samą porę zdaleka. Frania pozo-stała na miejscu na drodze; Sylwan dosiadł angielki i puścił się w cwał ścieżką poboczną, aby uniknąć spotkania ze starym rotmistrzem, o którego zdrowie przed chwilą tak się czule rozpytywał.
Franię to oburzyło nie bez przyczyny; nie pojmowała, dlaczego chciał robić tajemnicę z przypadkowego spotkania i chwilowej rozmowy.
Wkrótce, turkocząc coraz bliżej, wózek się ukazał nareszcie ze spasłą Chorążanką, poważnie idącą w hołoblach, i rotmistrzem, który wedle zwyczaju sam, jadąc, powoził. Ujrzawszy córkę, zatrzymał się stary, posunął trochę, poprawił siano i wskazał jej miejsce przy sobie.
— Pewnieś się nalatała dosyć, musisz być zmęczona — rzekł łagodnie. — Siadaj, to cię do domu odwiozę.
— Jabym poszła piechotą, kochany ojcze!
— Siadajno, siadaj! Ceregielów nie rób. Chorążanka jeszcze i nas dwoje pociągnie.
I Frania lekko skoczyła do wózka, sadowiąc się przy ojcu. Po zapytaniach o plebana, o drogę, o dom i robotników koło domu, których Franka widziała, wypadło coś powiedzieć o panu hrabi, bo właśnie dlatego, że on robił tajemnicę ze swej wycieczki, ona jej ścierpieć nie mogła.
— A wiesz, tatku, kogo już drugi raz spotykam w brzezinie?
— O! kogoż? wilka czy zająca?
— A! proszę zgadnąć.
— Psa albo wilka, co? — rzekł stary, śmiejąc się.
— Ale nie! — śmiała się Frania. — Wcale coś innego; proszę zgadnąć koniecznie.
— No! kogoś z sąsiadów... z sąsiadek... ale nie z bliskich.
— Starego czy młodego? — zagadnął Kurdesz.
Frania mimowolnie się zaczerwieniła.
— Młody! — odezwała się ciszej.
— O! to sęk, nie zgadnę; mów lepiej odrazu, bo się nie ofiaruję liczyć wszystkich młokosów, co ci naprzełaj zabiegają.
— Otóż spotkałam... hrabiego Sylwana.
— Co? z Denderowa?
Stary zagryzł wargi, zamyślił się, a wzrok jego ożywiony zwrócił się na córkę. Potem pocałował ją w czoło.
— Bóg zapłać! — rzekł — za to, że mi mówisz szczerze, co cię spotka, bo trzeba wiedzieć, moje serce, że to nie bez kozery. Panicz tędy nie ma nigdzie drogi i przysięgnę, że podjeżdża umyślnie.
— Jakto? dlaczegożby?
— Ba! dla twoich ładnych oczek, moja Franko! Ale ostrożnie z paniczami tego kalibru! ostrożnie! Frant wyrachował, żeby się ze mną nie spotkać; a mówiłże z tobą?
— A jakże i dość długo.
— I gdym najeżdżał...
— Obrócił się ścieżką w las.
Kurdesz pokiwał głową i uśmiechnął się.
— Mądry on, — rzekł zcicha — ale i ja nie głupi. Ho! serce, niedarmo wpadłaś mu, widzę, w oko; a że kawaler ożenićby się nie chciał, starać się nie raczy. Chciałby ciebie cichaczem rozkochać, a potem porzucić, jak to oni umieją. Ale zobaczymy, co z tego będzie.
— Jakto, ojcze? — spytała śmiało naiwna Franka. — Mógłżeby on tak podle, tak nikczemnie...
— Słuchaj, dziecko! — rzekł stary z wyrazem głębokiego uczucia. — Ty tak znasz świat, mospanie, jak ja wiem, co się na księżycu dzieje. Panowie wszyscy niemal tacy jak on; dla nich my, szlachta drobna, na usługi, na uciechę, nic więcej; oni myślą, że nam wszystko zapłacić można. Strzelbie, koniowi i panu nie wierzyć. Gdyby miał uczciwe myśli, czyżby, proszę cię, mospanie, nie przyjechał, jak się godzi, do nas do domu, nie pokłonił się ojcu? A to szuka ciebie i kryje się w lesie jak złodziej, nic potem...
Frania zarumieniła się znowu: pojęła ona trafność uwag ojcowskich i oburzyła na młodzika.
— Nieprawdaż? — spytał konfederat.
— Ja nie wiem — szepnęła Franka.
— Więcej już do tego lasku wara! Jeśli paniczowi wpadłaś w oko, no, to znajdzie nas w chacie, mospanie. Jeśli się tylko swego ojca boi, na to może być rada; est modus in rebus; ale jeśli myśli z nas sobie żarciki stroić, zobaczymy, kto tu kogo na dudka wystrychnie. Niechże ci Bóg, mosanie, Franiu, zapłaci za to, żeś mnie tak poczciwie ostrzegła. Kto wie, wielkie nieszczęście grozić nam mogło przez tego chłystka!
Szlachcic, jakby myśl straszną otrzepnął z siebie, podniósł głowę, pokiwał nią i, podpędziwszy klacz, rozmawiając swobodniej z Franią, która odzyskała wesołość, śmiała się i czuła bezpieczną pod zasłoną ojcowskiego ramienia — zajechał tak przed ganek i, Chorążankę poklepawszy jak zwykle, do stajni odprawił.
Wiadomość o podjazdach tatarskich hrabiego tak starego opanowała, że się z Rozbojem nie przywitał nawet, nie posiedział na ławce; a zawoławszy Franię i Brzozowską, wszedł zaraz do pokoju naprzeciw. Brzozosia, tak ekstraordynaryjnem wezwaniem stropiona, bo nigdy o tej godzinie powoływana nie była, wpadła jak burza i stanęła, poglądając to na ojca, to na córkę.
Kurdesz wyjrzał za drzwi, pogładził wąsa, poprawił włóczkowego pasa i rzekł do Brzozosi, pałającej już niepohamowaną ciekawością:
— Moja serdeczna panno Marjanno!
Na tak niezwykłe powitanie Brzozosia otwarła ogromnie gębę i, spodziewając się czegoś nadzwyczajnie dziwnego, oczy otworzyła także, ręce obie podniosła, stojąc jak w słup obrócona Lotowa żona.
— Moja serdeczna panno Marjanno, — powtórzył stary — gdybyś też raz w życiu, przez przyjaźń dla nas, potrafiła język za zębami utrzymać.
— I pluń, panie rotmistrzu! — z oburzeniem odparła, odwracając się, Brzozosia. — Cóż to znowu? alboż to jaką zrobiłam plotkę? co to jest?!
— Plotkę nie plotkę, znam twoje serce złote, szanuję cię, to dosyć powiedzieć, jak moją nieboszczkę; ale prawdą a Bogiem, język ci często świerzbi.
— Ale cóż to jest u kaduka! — gorącując się i burcząc, przerwała Brzozosia. — Cóż to za jakieś dziś nie wiedzieć skąd i czego wymówki?
— Ale to nie wymówki, to tylko przyjacielskie przestrogi.
— Cóż to jest? Skąd? co? naco? poco te przestrogi?
— Co jest, mospanie? To ważna sprawa, a w niej in primis...
— Któż u licha ten Inprimisz? Ja żadnego nie znam. Inprimisza żadnego nie było tu i niema.
Kurdesz się rozśmiał serdecznie, a Frania za nim.
In primis znaczy toż samo, co naprzód.
— Więc cóż naprzód, rotmistrzu?
— Naprzód potrzeba milczeć jak słup...
— Ale jakże milczeć, kiedy niewiadomo co i jak?
— Posłuchajże, mospanie.
— Toż słucham, słucham już, aż uszy więdną.
— Święci się coś zkosa na prawo, że hrabiątkowi, co to tu był, podobno w oko wpadła Frania.
— A co? a co? a co? nie mówiłam! — krzyknęła Brzozosia, przyskakując kolejno do Frani i do rotmistrza. — A co? Nie na mojem stanęło?
— Alboż co?
— Ja to odrazu mówiłam, że mu w oko wpaść musi.
— Komu?
— Ona jemu, on jej. Dalibóg!...
Kurdesz ruszył ramionami.
— Toście mówili i przedwcześnie, i niepotrzebnie.
— Nie ucz mnie pan, to już sądzono.
— Sądzono, nie sądzono; paniczowi nasz domek śmierdzi, nie chce się poczciwie starać; chciałby sobie tylko figlami potajemnie dziewczynę ułowić, a potem szast nogą i kłaniam uniżenie.
— Chowaj Boże! chowaj Boże! — przerwała Brzozosia. — Gdzie zaś! Skąd zaś!
— Skądże to wiesz, panno Marjanno?
— Skąd wiem, to wiem, ale to pewno, że sześć razy kabała mi wypadła...
— E, dałabyś pokój temu głupstwu!
— To u niego i kabała głupstwo! — łamiąc ręce, z komiczną zgrozą zawołała Brzozosia.
— Słuchajże mnie waćpanna: oto już drugi raz dziś panicz w lasku Franię spotyka, szuka jej widocznie, zawiązuje rozmowę; szczęście tylko, że Frania ma rozum i mnie zaraz o tem powiedziała.
Brzozosia, choć ruszając ramionami, zamilkła.
— Paniczowi chciałoby się widać bez pana ojca, bez uczciwego starania, romansów nowomodnych po pańsku.
— Ale cóż, panie rotmistrzu?
— Ot, co, mospanie, panno Marjanno: Frani aspanna nie puść odtąd krokiem od siebie i bez siebie, a z przechadzek do lasu kwita. Spacerujcie po ogrodzie albo gdzie w drugą stronę, tak, żeby was nie spotkał. Jeśli szczerze kocha, niechże się po ludzku stara.
— A zapewne! I zobaczysz, rotmistrzu, że przyjedzie, jak Boga kocham; co sądzono, tego nie przekiwać.
— Oj, nie! — rzekł stary. — Raz może, dwa może, ale nie nam to do hrabiów oczy podnosić: oni, jak Żydzi, tylko się z sobą swatają i żenią.
Brzozowska poskrobała się w głowę.
— A jak się zniecierpliwi i porzuci? — spytała z bojaźnią.
— No, to jechał go sęk! — zawołał rotmistrz. — Cóż to moja córka ma sobie żebrać męża? Mosanie, albo to my nie taka szlachta jak drudzy, jeśli nie lepsza? Czy to ja po niej nie dam i Wulki, i dobrego grosza pod poduszkę? Albo to ona kulawa, garbata czy szpetna, żebyśmy się z nią prosili i wdzięczyli jak suczka na przewozie?
— Co to, to prawda, kochany rotmistrzu!
— Więc motus.
— Jaki motuz? — spytała ciekawa Brzozosia.
— Cicho!
— A! rozumiem: motuz, węzeł, jak węzłem gębę zawiązał — dobrze! A jak sobie zresztą chcesz, rotmistrzu! Taki hrabiątko nasze i nasze, jakem żywa: nigdy mi sześć razy zrzędu na jedno kabała nie wypadła darmo; pomyślcieno: sześć razy!



Było to we wtorek. Środę, czwartek i dni następne, ufny w potęgę swych niezliczonych wyższości i przymiotów, dzień po dniu Sylwan jeździł do brzeziny; widziano go z Wulki i rotmistrz uśmiechał się pod wąsem; w piątek nawet wysłał chłopaka, żeby go spytał, czy nie zabłądził. Skorzystał z tego hrabia i, dawszy mu dwa złote, chciał się dowiedzieć, czy kto we dworze nie chory; ale parobek zaręczył, że wszyscy zdrowi jak ryby. Hrabiątko kwaśne pojechało do domu.
W niedzielę Frania z Brzozosią krytą bryką staroświecką, z parobkiem w nowej świtce na koźle, pojechały do kościoła. Kurdesz został w domu, domyślając się, że tam się z niemi Sylwan spotka. Prorokowała to i Brzozosią, a Frania nie bez ciekawości, wchodząc, rzuciła okiem po kościele. Hrabia stał za ławkami, ukłonił się jej nieznacznie i już go nie postrzegły, aż wychodząc dopiero. Spotkał je u drzwi. Brzozosią drżała z niespokojności i zarzuciła go zaraz pytaniami, uśmiechami, bijąc łokciem w bok Franię, ile tylko miała siły.
Frania ze spokojem dziewiczym odpowiedziała mu swobodnie na kilka zapytań, wesoło, raźnie uśmiechając się i poglądając, a odżywiając się tak zręcznie i tak szczerze razem, że paniczowi przygotowane frazy na ustach zamarły. Najgorzej strapiło go to, że Frania nagłos mu powiedziała:
— Mój ojciec bardzo żałował, że się we wiórek z panem hrabią nie spotkał: chciał go prosić na podwieczorek.
— Co u licha! — rzekł w duchu. — Albo to zdrada, albo nadzwyczajna powolność. Więc zaraz mu o mnie powiedziała!
Trochę złego humoru napędziła mu ta wiadomość i podrażniła go niewymownie, gdy ją wziął na rozwagę; w dodatku, wobec wszystkich dystyngowanych osób sąsiedztwa, z łaski Brzozosi, która go bez ceremonji zatrzymała, musiał z niemi pozostać długą chwilę w przedsionku kościelnym, w towarzystwie dwóch niepocześnie ubranych szlachcianek, z których jedna miała minę fasy z rozwieszonem na niej odzieniem i nastrzępiona była w sposób bardzo śmieszny. W dodatku, wśród szeptów, śmiechów i wskazywania palcami młodzieży i kobiet, Sylwan podsadzić musiał do bryki odwiecznej Brzozosię i Franię, a Brzozosia, że jej to w oczach całej parafji niezmiernie pochlebiało, tak powoli siadała do bryczki, tak umyślnie starała się przedłużyć tę chwilę triumfu!
Nareszcie, uwolniwszy się od tej pańszczyzny, którą, nie wiedząc czemu, dopełnił, bo się sam na to wściekał, wychwycił się jak z ukropu z tłumu, który nań szydersko poglądał, siadł na nejtyczankę i uciekł zły, jakgdyby się zgrał do grosza.
Całą drogę, nie poznając siebie, łajał się od słów ostatnich, reflektował, karcił, rzucał, gniewał i, przyjechawszy do domu, nie poszedł do pokojów, ale pociągnął z bólem głowy na łóżko.
— Na dzisiejszem basta — rzekł z zapałem. — Niech sobie głupią tę gąskę łapie, kto chce, ja w to śmiecisko więcej ręki nie włożę. Ślicznie! ślicznie! skompromitowałem się dla wieśniaczki, naraziłem się na śmieszność, na wytykanie palcami. Co ludzie powiedzą! co ludzie powiedzą! — Całe sąsiedztwo mnie widziało! Piorunem pójdzie ta nowina po dworach... mogę sobie powinszować...
W istocie nie było dnia tego mowy w sąsiedztwie o czem innem, i rotmistrz Powała śpieszył do Denderowa na obiad, pilno pragnąc historję syna przywieźć matce. Hrabina opowiadanie to zniosła stoicznie, uśmiechnęła się dwuznacznie; ale brew jej zmarszczona i zaciśnione usta dowodziły, że nad tem uczuć musiała. Po obiedzie rotmistrz poszedł do Sylwana na fajkę i gawędkę o koniach, o kartach, ale mu nic nie wspomniał o pannie Kurdeszance i odjechał. Wieczorem zdziwił się wielce Sylwan, gdy go do matki wezwano; nie było to we zwyczaju.
— Byleby nie chciała u mnie pożyczyć pieniędzy — szepnął w duchu zimno, przywdziewając kusy kraciasty surducik. — Wczoraj niepotrzebniem się pochwalił, że wygrałem.
Nie domyślając się wcale, poco go wzywano, Sylwan poszedł do hrabiny. Znalazł ją przechadzającą się wielkiemi krokami po pokoju sypialnym, pełnym woni, błyskotek, kwiatów, fraszek, i wystrojoną jak obraz cudowny.
— A! nareszcie! Dzieńdobry ci i dobrywieczór.
Sylwan przywitał matkę po angielsku: w jego świecie wszyscy byli równi i powitanie okazało poufałość, nie uszanowanie.
— Głowa mnie boli okrutnie! — rzekł, padając na kozetkę.
— I nie dziw! — odparła, śmiejąc się przymuszenie, matka. — Vous faites des folies.
— Ja? cóż to jest?
— Całe sąsiedztwo za boki się trzyma, śmiejąc z ciebie.
— Ze mnie? cóż to takiego?
— Jedyny jesteś! Vous ne nous doutez même pas?
Sylwan doskonale się domyślał, ale udawał, że nic nie wie.
— Jakże, proszę cię, szaleństwa wyrabiasz dla jakiejś tam szlachcianeczki, którejbym ja może za pierwszą garderobianą wziąć nie chciała...
Qui vous a conté cela? To jakieś plotki...
Mais mon Dieu! Wszak Wieluńska była na mszy (hrabina umówiła się, że nie wyda rotmistrza i złoży to na służące). Wszyscy się brali za boki, gdyś z temi paniami rozmawiał i wsadzał je do powozu...
— Wieluńska to mówiła?
— Powiadam ci, wszyscy umierali ze śmiechu.
— Z czegóż? — odparł Sylwan gniewnie. — Nikt się ze mnie nie śmiał i śmiać nie może, bobym to srodze ukarał.
Matka ruszyła ramionami.
— Pomiarkuj naprzód, co robisz. Wobec tysiąca oczu kompromitujesz się w sposób najdziwniejszy dla jakiegoś drapichrósta. C’est inoui! Zapominasz, kto jesteś! Nic nie mówię nigdy za inne szaleństwa, bo mogę ich nie widzieć i nie wiedzieć o nich, a zatem nic mi do tego, ale to już zanadto...
Sylwan się nasrożył.
— Mamo, — rzekł — pojmuję, że to czynisz z najlepszego serca, ale wcale niepotrzebnie, jestem już w wieku...
Hrabina rozśmiała się.
— Lepiej od ciebie wiem o twoim wieku. Chciałam cię tylko przestrzec, bo skandalem się brzydzę. Pamiętaj, co mówią Arabowie: „Zgrzesz sto razy przed Bogiem, Bóg ci przebaczy, ale ani razu przed ludźmi, bo ci tego nie darują“.
Sylwan ruszył ramionami i z niecierpliwością jak zawsze, bo mu najłatwiej przychodziło się zniecierpliwić, okręcił się, nic nie mówiąc, po pokoju.
— Moje dziecko, — odezwała się hrabina poważniej — ayez de la retenue, miej wzgląd na siebie i na nas. Cóż to jest? Wyspowiadaj mi się szczerze.
— Poprostu dzieciństwo, z którego sobie ludzie zrobili historję. Ojciec posłał mnie do tego tam pana rotmistrza, zapraszając go na imieniny. Nie wiem, skąd był ten zbytek grzeczności; podobno ojciec coś mu tam winien. Poznałem więc mimowolnie jego córkę.
— Cóż? tak ładna?
— Ładna! jak wszyscy! Świeża! młoda!
— I zawróciła ci głowę — spytała hrabina. — Nie wielkieby to było złe gdzie indziej, ale ktoś tak niższy od nas położeniem i wychowaniem. Tysiąc stąd kłopotów, plotek; u nich zaraz wszystko zwykli brać na serjo! Staraj się pogrzebać twoją pasję, — dodała z francuska — daj temu pokój!
— Ależ tu pasji niema.
— Choćby to była tylko fantazja!
— Chyba fantazja. Ale cóż złego, żem się z nią przywitał w kościele?
— To tylko nieprzyzwoitość; potrzeba było udać, że się nie widzi.
— O, na drugi raz zrobię to pewnie!
Hrabina nie odezwała się więcej: wsparła się na łokciu i zamilkła; smutna jakaś myśl nią owładła. Sylwan powoli wyszedł i powrócił do siebie w najgorszym humorze.
Biedni byli słudzy, biedne psy jego tego wieczora!



Tego samego wieczora, o mroku nadchodzącym, Cesia siedziała przy fortepianie i brzdąkała na nim jedną ręką, wyciągniona w krześle, trzymając przed sobą na uwięzi Wacława, który myślą biegał gdzieś daleko.
Milczenie przedłużało się już od kwadransa, przerywane tylko piosenką, którą niedbale przygrywała niekiedy Cesia, coraz to oczy ogniste podnosząc na młodego człowieka, któremu oliwy do ognia już nie potrzeba było dawać: płomień był widoczny.
Bo pierwsza miłość zawsze jest jak ogień po długiej suszy wrzucony, straszliwa i pożerająca; później, któż nie zna historji tego uczucia i nie umie się w niem kierować? W początku wszystko w niem tajemnicą, niespodzianem, strasznem, bolesnem, a obok boleści są też i dziwne, wielkie rozkosze, które się już nigdy nie powtórzą w życiu. Pierwsza i ostatnia są najsilniejsze pewnie: jedna chwyta nas jak niespodziane szczęście, ukazując niezgłębione przepaści wiekuistych rozkoszy; drugą obejmujemy jak deskę ratunku, bo po niej niema już dla nas nic: głucha pustynia, cisza, grób i śmierć...
Wacław był w cierpieniach i rozkoszach najpierwszego w życiu uczucia, gwałtownego jak wybuch wulkanu, co wstrzymany w przepaściach ziemi wstrząsa górami i łamie zastygłą jej skorupę. Uczucie to tak silne, bo pierwsze, z którem postąpić sobie nie umiał, musiał taić w sobie, musiał z niem walczyć nieustannie, by nie dać mu się objawić.
Cesia, której to było nie pierwszą miłością, ale próbą uczucia, ale snem przepowiednim, igrała ze wzbudzoną namiętnością, jak się bawi z ułaskawionem dzikiem zwierzęciem pan jego. Gdy ją taił Wacław, wywoływała; gdy okazał, odpychała śmiechem, szyderstwem, podziwem, udanem niepojmowaniem: chciała słów i nie rozumiała ich; zrozumianemi rzucała jak dziecię piłką. Smutny był widok tego cierpienia i tej pańskiej obojętności na nie. Tak czasem wyrostki wiejskie pastwią się nad biednym pochwyconym ptaszkiem, któremu po jednem wyrywają piórku, którego skubią ze śmiechem. Cesia była nielitościwa jak dziecko, dla niej życie maiło się jeszcze tak dziwnie piękne, tak obfite w nadzieje, że się ani myślała w progu jego zatrzymać; ale z nudy, z próżni chwilowej serca szukała sobie zabawki.
— Niech mi pan co zagra! — zawołała nareszcie, wstając. — Tylko proszę co wesołego.
— Cóż pani każe?
— Coś Straussa.
Posłuszny, jak pozytywek, Wacław uderzył w klawisze: walc Straussa pod jego ręką tak wściekły przybrał charakter, iżby go szatani w piekle po wierzchach płomieni tańcować mogli. Nie zmienił w nim ani jednej nuty, ale wyraz tak był straszny, tak burzliwy i namiętny, że Cesia uczuła nagle coś nakształt przestrachu i smutku niespokojnego.
— A! czyż to wesołe? Zlituj się pan.
— To walc Straussa.
— Innego!
Inny walc był znowu smutny jak płacz, łkania, jęk i boleść, tęskny, jak rozpacz, wywoływał łzy, płynęła pieśń melancholijna, jak wstęga czarna: rzekłbyś, że to krzyk zranionego do głębi serca. A jednak był to walc Straussa, ale przezeń, jak przez pierwszy, przezierała biedna, zraniona dusza.
Cesia się zachmurzyła, zamyśliła: widocznie poczynała się gniewać prawie.
— Jak to pan dziś grasz nieznośnie! — zawołała z wyrazem niechęci. — Walc jeden straszny, drugi łzawy: nie umieszże pan żadnego wesołego? Graj pan polkę, nie polkę-mazura, ale polkę wesołą.
— Nie rozumiem, dlaczego pani chcesz w sobie dziś pobudzić wesołość, gdy jej sama posiadasz tak niewyczerpane skarby.
— Doprawdy? pan tak myślisz?
— Tak jest.
— Ależ wesołość powierzchowna czy nie ukrywa czego czasem?
— Czasem kryje obojętność i chłód, i to podobno najpospoliciej.
— Nie myślę, żebyś pan miał prawo o tem sądzić i mógł o tem wyrokować.
— Przepraszam panią. Zapytany mówię, co myślę.
— Najgorszy zwyczaj, panie Wacławie: nigdy się nie powinno mówić, co się myśli; ale... przepraszam, zapomniałam, że pan nie jesteś kobietą.
— I dla mężczyzny przyda się ta rada. Co pani grać mi każe?
— Na miłość Boga, co wesołego.
— To tak trudno.
— Trudno! trudno! Wszakże to pierwsza z brzegu szejne-katarynka potrafi.
— Właśnie dlatego, że nie mam szczęścia być szejne-katarynką...
— Bądź pan nią na chwilę: zobaczym, ile masz mocy nad sobą?
— O to pani chodzi?
— Gdyby.
— A więc gram...
I znów odezwały się klawisze, a polka wyrwała się z pod palców Wacława tak świeża, tak strojna, tak namiętnie pusta, tak śpiewna i śpiewająca, że w oczach Cesi stanęły salony oświecone i tancerze w białych rękawiczkach, i szepty tłumu wielbicieli... i cały świat jej marzeń pustych, szalonych, piętnastoletnich. A grał Wacław z takim wyrazem, z taką trzpiotowatością, jakby sam tańcował na upragnionem długo weselu.
— Brawo! brawo!
— Cóż teraz pani powie o mojej mocy nad sobą?
— Wielka, ale krótka jak polka. A teraz graj już pan, co chcesz.
— Dzięki Bogu!
I począł z sonaty Chopina ten znany dziś tak powszechnie marsz pogrzebowy, z którym chyba drugi marsz beethovenowski porównać się może. Wdzięk u obu melancholijny jeden. Beethoven tylko pisał swój, starym już podobno, obrobił go, wystudjował, wypracował umiejętnie, oszlifował diament. Chopin wylał z serca, co w niem miał: naiwnie, poprostu, bez kunsztu prawie, jak Homer śpiewał, sam nie wiedząc o tem, że tworzył razem arcydzieło pomysłu i formy.
Cesia patrzała na Wacława i zdało jej się, że widzi zapalone pochodnie, długi szereg księży w czarnych kapach, trumnę ubogą na marach prostych i plączących krewnych... Płacz ich powolny, tęskny raczej niż rozpaczliwy, chrześcijańską boleść, co ma pociechę w niebie, malujący i poddany woli Bożej.
— A, dosyć tej elegji! — zawołała, przerywając. — To ten nieznośny pański Chopin, którego cierpieć nie mogę nawet w jego mazurkach. Są to mazurki filozoficzne, transcendentalne, Bóg wie co; a wszędzie smutek, a wszędzie taki gorzki smutek, jakby pieśń wygnańca...
— Smutek dusz wyższych, co zawsze wśród szczęścia nawet tęsknią do niebios.
— Dziękuję za komplement: ja, co nie tęsknię, nie mam honoru należeć do dusz wyższych.
— Pani może tęsknoty swej tylko pokazać nie chcesz, boś nadto dumna, a wreszcie tak młoda. Któż tęskni tak młodo?
— Pan zawsze masz mnie za małe dziecko.
— Nie pani! o, nie!
— Graj pan wlazł-kotek za karę...
— Co pani każe... ale wlazł-kotka...
— Tak, to właśnie.
— Żarty czy...
— Doprawdy, chcę wlazł-kotka.
— Istotnie?
— Tyle razy powtarzam.
Posłuszny, ale smutny i zniechęcony, zagrał jej Wacław z tego tematu, tak ciasnego, coś dziwnego, fantastycznego, zamieszanego, burzliwego, jakiś taniec czarownic z chichotem puhaczów i szumem wichrów... Dziką począł tę fantazję, urywał, chwytał temat, przerabiał go, łączył ze śpiewem, z którego naigrawać się zdawał, i bawił się z nim, jak niedźwiedź, zmuszony igrać z łańcuchem, na którym go wodzą.
Nareszcie skończył: a dwie łzy w ciemności potoczyły się niewidziane po jego twarzy. Chciał odejść, ale Cesia nie życzyła sobie sama pozostać.
— Czegóż pan się tak śpieszysz?
— Wie pani, że odjeżdżam.
— Pan odjeżdżasz? Dokądże to?
— Jadę... w świat.
— Cóż to? żarty dla rozczulenia mnie?
Pierwszy raz myśl rozstania zupełnego na wieki przeszła główkę Cesi pustą i czuła jakby ściśnienie serca, jakby smutek, jakby żal w zarodzie jeszcze nierozwinionym. Przywiązujemy się do ofiar pierwszych naszych namiętności.
— To nie są żarty, — dodał Wacław — moja przyszłość cała jest w mojej pracy; dość długo byłem dla państwa ciężarem, dość im winienem i tego nigdy nie zapomnę; czas wreszcie samemu o własnych siłach pójść szukać chleba.
— Tylko chleba?
— Tylko chleba! Mogęż roić o czem więcej? Możnaż dziś dobić się sławy obok mistrzów tylu? A! gdyby choć chleb czarny w ciszy, spokoju, ustroni; ale i o ten kawałek suchy, jeśli nie polany łzami, potrzeba będzie dobijać się walką z braćmi sierotami losu i gryźć jak o kość. To los, co mnie czeka.
— Ale pan nie pojedziesz.
— Owszem pani, muszę jechać i pojadę.
— Będziesz czekał na powrót mego ojca.
— Hrabia pisał mi, żebym wyjeżdżał i ma mi dopomóc w Żytkowie, gdzie już na mnie czeka.
— Powrócisz przecie do nas?
— To Bóg wie jeden. Któż powiedzieć może: powrócę? A potem dlaczegóż i czegóżbym powracał. Wdzięczność moja wytrwa dla was i zdaleka, a państwu jam niepotrzebny. Zawołacie mnie kiedy, przybiegnę posłuszny, jak pies do dawnego pana; ale w waszem życiu czemże ja jestem? Jednym z tych, których macie mnóstwo za pieniądze: czemś pośredniem między sługą a nudnym i z łaski przyjmowanym sąsiadem.
— Pan o nas źle może sądzisz...
— Nie. Rozmierzam tylko bacznie i bez złudzenia, co nas dzieli i dzielić będzie wiecznie, co mnie oddala od państwa i co się nigdy przełamać nie da. Jeśli będę potrzebny, zawsze przyjdę, choćby pieszo, choćby o kuli wam służyć.
— Pamiętaj pan, — przerwała pusta Cesia, zwracając rozmowę, żeby ukryć trochę uczucia — że gdy zatęsknię za wlazł-kotkiem, wezwę pana choćby ze stolicy, żebyś mi go zagrał.
To mówiąc, poskoczyła z miejsca i odeszła.
Wacław śpiesznie otworzył drzwi ogrodu i wybiegł szukać w chłodzie i cieniu drzew, w widoku miejsc, znanych mu od dzieciństwa, uspokojenia, siły, rezygnacji.
Potrzeba było te miejsca opuścić, a my nędzni niewolnicy tak przyrastamy do ziemi. Pod tym względem jesteśmy rośliną, co przytknięta do gruntu ujmuje się go i chwyta, by żyć. I my, w młodości zwłaszcza, chwytamy się każdego kątka, w którym chwila życia nam spłynęła, czepiamy się do niego, by cierpieć potem, gdy nas los przesadzi na ziemię nową. Wacław żegnał zkolei kątek każdy, choć nigdzie nie uśmiechnęły mu się uczucia przyjazne, choć wszędzie przecierpiał od dumy, obojętności, wzgardy, szorstkości otaczających; ale miejsca cierpień są nam równie drogie, jak ozłocone szczęściem. Któż nie płakał po długiem więzieniu i czule nie wspominał go swobodny? Wacław szedł przez ogród i napawał się widokiem miejsc, które chciał zapamiętać na zawsze, bo myślał, że już do nich nie wróci, a były mu drogie. Trochę marzeń miłosnych, tych marzeń, co, jak drobne maku nasionka, umieją wysoko wyrastać i bujnie rozkwitnąć, zdobiły jeszcze i urokiem swym opromieniały każdy kątek. Były to, jak sny, jak w chwilach usypiania dzikie obrazy, nieurzeczywistnione nadzieje; ich olbrzymiość i zarysy mgliste stanowiły piękność.
Kochał Cesię, a z dwuletniej miłości zostawała mu przy rozstaniu gałązka rezedy, zdjęta z posadzki, której się zaprzeć musiał, kilka słów dwuznacznych i wiele gorzkich płochej dzieweczki pocisków, które utkwiły głęboko.
Ogrodem zbliżył się ku stawowi, błądził długo nad jego brzegiem i, smutniejszy niż kiedy, powrócił do swojej izdebki, która pełna była upakowanych już rzeczy, pusta, smętna i duszna. Wrócił zrozpaczony o przyszłości, idąc w świat rozczarowany bez tych zwykłych nadziei młodych, bez marzeń sławy, czując, że nań oczekują walki, niedostatek, upokorzenia. Wszystko to przewidział, wszystkiego był już spróbował. Obojętny, z nadzieją tylko jedną, że sztuka, którą kochał, będzie mu pociechą, szedł posłuszny losowi z zawiązanemi oczyma, mówiąc sobie:
— Na wszystkom gotów, co mi los zdarzy.



Cesia starała się zobaczyć z Wacławem na wyjezdnem, bo od tego wieczora zawitał do niej smutek, dotąd nieznany, i jakieś uczucie, które tłumaczyła sobie litością tylko. Nazajutrz spotkała go jeszcze u matki; wyszła do ogrodu potem, ale już Wacław, pożegnawszy wszystkich i nie chcąc przedłużać ciężkich dla siebie chwil rozstania, popędził w tumanie kurzu ku nieznanej, a strasznej jak przepaść przyszłości.
Cesia podumała chwilę, wsparta na ławce w ogrodzie, poszła od sali do fortepianu i grać nie mogła: klawisze ją parzyły, miejsce gorące jeszcze było jego bytnością ostatnią, niepokój budził się w niej niepojęty, łzy cisnęły choć spychane do powiek, dziwnem osłupieniem otwartych. Usiłowała się przemóc i nie mogła. Nazajutrz dopiero żal stał się lżejszy, potem została tęsknota tylko, potem... Ale nie łapmy ryb przed niewodem: przyjdzie nasz niewód na te tonie.
Sylwan gniewał się tylko na siebie, że, tak niezgrabnie wziąwszy się do romansu z panną Kurdeszanką, wszystkich oczy uderzył, rozśmieszył sobą, wywołał plotki i sprowadził na siebie wymówki. Skompromitowany powinien był zerwać wszystkie stosunki, ale miłość jego własna zbytecznie nad tem bolała. Porwać się, nic nie dokazać, a w dodatku ludziom być pośmiewiskiem! tego znieść nie mógł: młoda jego duma i wysokie pojęcie o swych przymiotach oburzały się na to. Chciał teraz pomścić się głośno, uwieść i porzucić; wołałby był, żeby go przeklinano, niż żeby z niego szydzono. Tak biedny miał przewróconą głowę, a serce zamarzłe!
Ale napróżno łamał sobie tę biedną głowę nad sposobami wyjścia zwycięskiego z tej matni, w którą się uwikłał; nie widział żadnego. Gniewał się i złościł. W takiej dyspozycji umysłu powracający przez Denderów z dalszej wycieczki hrabia Karol Walski go zastał.
Sylwan przyjął przyjaciela z radością, rozbawił się przy nim; a z polecenia wyraźnego matki, podprowadzając go do siostry, zatrzymując, łapiąc, gdy sam na sam wieczorem pozostali, zwierzył się doświadczeńszemu z całej swej przygody i dalszego jej toku bardzo szczerze, bo i wstydu, i gniewu, i chęci zemsty nie ukrył.
— Zamiast rady — rzekł Karol — powiem ci historyjkę nauczającą, tylko mi daj słowo, że jej powtarzać nie będziesz.
— Ale cóż znowu? myślisz, żem plotka?
— Słuchaj więc. Znam zbliska w moich stronach młodego człowieka, który, jak ty, powiedział sobie, zobaczywszy młodą szlachcianeczkę, córkę ekonoma:
— Cóż szkodzi pokochać się trochę, zabawić, rozerwać, a potem... Któż myśli, co potem będzie? — szepnął sobie — jakoś to będzie.
Poczęła się tedy łatwa znajomość, łatwe między młodemi uczucia, coraz bliższe stosunki, a pan Strzemba, ojciec panny...
— Co ty mówisz? A toż Strzemba jest u was ekonomem! — żywo przerwał Sylwan.
Karol się trochę zarumienił, ale odzyskując odwagę i przytomność, wstydził się kłamać dalej.
— Słuchajże tem uważniej, bo to moja własna historja. My, panowie, wyobrażamy sobie wszystką, co niżej nas, ledwie człowiekiem, nie przypuszczamy, by poza naszą cywilizacją powierzchowną było i mogło być serce, obyczaje, myśli i uczucia. Lekko cenim sobie ludzi i błądzim co krok...
— No! ale cóż się stało z panną Strzembówną?
— Strzemba nic nie mówił, dom otworzył z zaufaniem, ledwie nie z zaproszeniem; znalazłem tu dziewczę, którego tęskna twarzyczka mnie ściągnęła, a które odrazu uszanować musiałem, bo było tego warte. Nie po naszemu, nie po francusku wychowana, nie tak jak my mówiąca, od pań naszych daleko poważniejsza, wszystko biorąca serjo i uważająca za szczere, pobożna, poczciwa...
— Daruję ci resztę litanji, — przerwał Sylwan — widać dobrze udawała, ale ty chyba kobiet nie znasz?
— O! gdybyż udawała, — kończył Karol — nie miałbym na sumieniu ją zwodzić; ale szczerego i wierzącego nam zawieść, zdradzić, to zbrodnia!
— Ba, takie zbrodnie!...
— Nie wahałbym się za nie powiesić.
— No! cóż dalej?
— Wplątałem się tedy w miłostki, z których już wycofać się i wybrnąć było niepodobna, bom, myśląc się tylko zabawić, zakochał naprawdę.
— Jakież z ciebie cielę! Daruj, hrabio, ale w pannie Strzembównie?!
— Może i cielę, ale stało się, jak ci mówię.
— Cóż tedy dalej? Bo to dla mnie żywa nauka.
— Dalej? Dalej po dwóch leciech odwiedzin powtarzanych i ściskających się coraz stosunków, gdym siły nie miał jej opuścić, ani w łeb sobie strzelić, hrabia Karol Walski, herbu Topor, ożeniłem się potajemnie z panną Strzembówną.
— Co ty mówisz! — zakrzyknął, porywając się, Sylwan. — Jakto? Tyś doprawdy żonaty?
— Jak mnie widzisz; a w dodatku szczęśliwy przez nią. Ale słuchaj końca. Ożenienie nie jest rzeczą tak łatwą i prostą, jak się niejednemu zapalonemu młodzikowi zdaje. Gdy rodzice mówią: wybieraj ze swego stanu, gdy cię rozsądkiem zimnym i nudnym kierują, nie są to słowa bez znaczenia i gderanie dumy lub uporu. Ożenienie łączy nas nie z jedną kobietą, ale z całą nową rodziną, z całym drugim, jeśli ona do drugiego należy, światem. Przez nią spokrewniasz się z ludźmi, z którymi żyć nie możesz. Tak i ze mną; jestem szczęśliwy z panną Strzembówną, ale Strzembowie! A! Strzembowie! Strzembięta! Strzemboszęta! Strzembów krewni i powinowaci, koligaci i familja: bo rodzaj Strzembów jest zawsze niesłychanie płodny i rozrodzony... Tu już sił i cierpliwości braknie!
— Prawisz mi rzeczy niepojęte i do wiary niepodobne, kochany Karolu! Byćże to może?
— Jest, jak ci mówię. Przypominam ci tylko nawiasowo, że krom nas dwóch nikt o tem nie wie; pamiętaj, że jeśli się wygadasz, śmiertelnie mi zaszkodzisz i śmiertelnie mnie obrazisz...
— Ale bądź spokojny, nigdym się jeszcze niechcący nie wygadał w życiu. Pozwól mi się trochę całej tej z Tysiąca nocy historji podziwie. Jakto? ty! ty! którego uważałem za mentora i mistrza, tak olbrzymie i heroiczne zrobić mogłeś głupstwo?
— A co więcej, przyznaję ci się do niego. Właśnie, żem je zrobił, nikt nade mnie skuteczniej poradzić ci nie potrafi: ab uno disce omnes.
— Co ja, tobym nigdy nic podobnego nie uczynił.
— Jestżeś pewnym, że nie pokochasz lub pewnym, że potrafisz z zimną krwią zostać podłym?
— Ale zlituj się! Tysiąc jest sposobów środkowych... Strzemba byłby wziął dla córki dziesięć tysięcy posagu i wydał ją zamąż.
— Alem ja ją kochał!
— Otóż w tem właśnie jest wielkie niedarowane głupstwo.
Karol ruszył trochę wzgardliwie ramionami.
— To prawda, — rzekł — mam głupie serce i to mnie, jak ty nazywasz, zgubiło. Ty jestżeś pewnym, że go nie masz?
— Ja? nic a nic!
— Jeśli tak, przyznam ci się, tyś straszny człowiek.
— Tak! dla kobiet.
— Mnie się zdaje, że kto nie umie kochać kobiety, nie potrafi przyjaciela.
— Filut; Chciałbyś mnie widzieć razem z sobą w jednej kozie; ale nie! nie! Ja sobie dam radę...
— Życzę ci, cofnij się, póki pora.
— Cofnąć się, żeby się śmiano ze mnie?
— Wołałbyś, żeby płakali?
— Zdaje mi się.
— Boję się, żebyś sam nie płakał.
— Ja?! Ale któż dobrze wychowany płacze?
Karol od stóp do głowy zmierzył Sylwana i ruszył tylko ramionami.
— Mój Sylwanie, — rzekł — oducz się twoich burszowsko-lwich pojęć o człowieku i młodości. Serce jest warunkiem życia.
— Ale cóż ma za związek serce z podobną intrygą?
— Bez serca, jest to brudna, zwierzęca namiętność.
— Cha! cha! Doprawdy, od czasu jakeś się ożenił, pogłupiałeś, kochany Karolu! Jesteś moralny jak Marmontel i prawisz o sercu nieznośnie, jak stary romans ośmnastego wieku.
— Bo mnie serce boli — odparł Karol.
— A ja go jeszcze nie czuję w sobie i wolno mi, spodziewam się, użyć tej drogiej chwili młodości...
— Używaj! Bóg z tobą!



Po tej rozmowie Sylwan, któremu matka nakazywała zatrzymać hrabiego Karola, będąc przekonana, że jest nieżonaty i pragnąc go zbliżyć do Cesi, naśmiawszy się pocichu z tego dziwnego składu okoliczności, nie zapraszał już uparcie Walskiego, który zaraz odjechał. Hrabina ostre za to wymówki czyniła synowi, ale zniósł je, język trzymając za zębami, i tajemnicy przyjaciela nie wydał. Śmiał się tylko w duchu. A wśród rozmów, śmiechów, wśród salonowej zabawy, myśl tylko jedna tkwiła w nim ciągle: chciał się koniecznie, koniecznie pomścić i wstyd swój powetować świetnem zwycięstwem.
Na kim? spytacie, na sobie za niezręczność? — Nie, na biednej Frani niewinnej i na Kurdeszach. Ale smażył sobie głowę, a sposobu, wiodącego ku temu, znaleźć nie umiał; po długich rozmysłach postanowił nareszcie brnąć dalej, jechać do Wulki pod pozorem kupna siwej klaczy rotmistrza.
Znaleziony powód odwiedzin niezmiernie go ucieszył. Mając gotowy pretekst, co najprędzej chciał myśl przyprowadzić do skutku: kazał konia osiodłać, zostawił Janka szczebiotliwego w domu, a sam, umyślnie skierowawszy się wprzód w inną stronę, aby ludzie kroków jego nie śledzili, zaroślami przedarł się do Wulki.
Była to godzina wieczorna; rotmistrz, wedle swego letniego zwyczaju, siedział w ganku na ławce.
Ganek dawniej u szlachcica, w ciepłą porę roku, był najulubieńszem jego schronieniem; nie było tu tak duszno jak w izbie; widać z niego całą gospodarkę, bo często i łany, a zawsze drogi i ścieżki, całe obejście gospodarskie, gumna, obory i folwarczne budowle. — W ganku łatwiej znalazł pana wieśniak, rozmówił się z jegomością przechodzący ekonom; sam jeden siedząc, nie był tu samotny, wzrok jego czuli wszyscy. Bocian mu klekotał na starej olszy, rżały w stajence koniki, gruchały gołębie, a z sąsiedniego kościółka dzwonek godziny dnia przypominał. U nóg rotmistrza legiwał stary Rozbój, towarzysz jego, ilekroć pieszo za próg domu się ruszył. Często Brzozosia wyszła zprzeciwka i, stanąwszy na progu, rozpoczynała gawędę; często Frania siadała przeciw niego z pończochą; czasem idący ze stajni parobczak stanął do rozmowy, gumienny oparł się na chwilę o słup i wyspowiadał się z dziennych robót, których doglądał; a tak dzień w ganku upływał wesoło i czynnie. Tu, wyniósłszy stół, nakrywano nieraz do obiadu, podwieczorku, wieczerzy; tu miały miejsce obrady wiejskie, którychby ciasny domek szlachecki nie objął, gdy cała na nie stoczyła się ze wsi gromada; tu przyjęcie wianków, odbieranie włóczebnego, powinszowania i prośby.. Wieczorem późniejszym, gdy zmrok zapadał, a w izbie ciemnieć poczynało, stary sodalis marianus z książeczki mógł czytać jeszcze w ganku i domówić resztę pacierzy.
To też miejsce, które tu zwykle zajmował pan Kurdesz, znaczne było na ławie i poręcz jej nawet wyślizgała się od opierania, a nikt z domowych przez uszanowanie, choć pana nie było, nie śmiał zasiąść w jego uprzywilejowanym kątku.
Rotmistrz siedział w ganku na swej ławce i rozmawiał z panną Marjanną, która, ręce założywszy na piersi, oparta o uszak, przypominała mu stare czasy, marzyła z nim razem o lepszej przyszłości, gdy pan Sylwan ukazał się we wrotach na koniu, a Rozbój rzucił się, ujadając silnie, przeciwko niezwykłemu gościowi. Zrazu Kurdesz nie poznał przybywającego, ale panna Marjanna, której się śniło w nocy, że kładła wianek rozmarynowy na czoło swej Frani, domyśliła się odrazu i krzyknęła, zatykając sobie usta:
— Święty Boże! Dalibóg to on!
— Co? kto? — zapytał Kurdesz.
— A hrabiątko!
To powiedziawszy, nie czekając dłużej, kopnęła, trzaskając drzwiami za sobą i wpadła do Frani zdyszana, ledwie słowo przemówić mogąc, przyciśniona wzruszeniem i tak zmieniona, że Frania, spojrzawszy na nią, w pierwszej chwili wielkiego jakiego nieszczęścia się dorozumiewała i zerwała się z krzesła równemi nogami.
— Co to się stało, panno Marjanno?
— Co? on! dalibóg on! dalibóg on! jak Boga kocham! słowo daję, on! on! — krzyczała Brzozosią w niepohamowanym zapale.
— Kto on? co? — spytała Frania.
— Ale on! Franiu, on! jak Boga kocham! Gniady, na szaraczkowym koniu, chcę mówić szaraczkowy surducik, koń gniady, na czole strzałka, w ręku biczyk śliczny. Poznałam go: bez ogona, w żółtych rękawiczkach.
— Koń w rękawiczkach! — parsknęła ze śmiechu dziewczyna, która się już domyślać poczęła, o co chodziło.
— Czegoż bo udajesz, że mnie nie rozumiesz? On! hrabiątko twoje, przyjechał, jest, ubierz się ślicznie. Przyjechał! A widzisz, na mojem! Widzicie! Nie mówiłam? I ty, i ojciec nic nie rozumiecie świata i ludzi! Ja się na tych rzeczach znam dobrze. Już kiedy co powiem, to niedarmo: ot taki przyjechał.
Wtem — Brzozosiu! Panno Marjanno! — rozległo się z ganku, i Brzozosia, choć w pretensjach trochę, z wielkiej niecierpliwości nie poprawiwszy nawet czepeczka i włosów nieco rozsypanych, rzuciła Franię, a pobiegła do Kurdesza.
Po chwilce wróciła, ale powolnym krokiem, zamyślona i widocznie gniewna; weszła do pokoju swej panienki i skrzywiona przemówiła, ruszając ramionami:
— Niechże sobie robi, co chce, ja się już nie mieszam do niczego.
— Cóż to znów stało się, panno Marjanno?
— A cóż ma być? Byłam tego pewna, że twój ojciec zmaluje jakieś cudactwo! Chce robić po swojemu, i powiedział mi na ucho, że panicz przyjechał tylko klacz tam jakąś kupować, więc żebyś ty nie wychodziła do niego do pokoju, tylko ja sama. Widziałże kto tak kawalera przyjmować? Wszystko popsuje. Ale co mnie do tego! Róbcie sobie, co chcecie, ja ręce umywam. Pan rotmistrz, jak sobie pościele, tak się wyśpi.
I obrażona, zniechęcona, poczęła się Brzozosia przechadzać po pokoiku, poprawiając powoli ubioru i włosów, zaglądając do zwierciadełka, wiszącego na ścianie.
Frania, trochę niechętnie, ale z pokorą dziecięcia, które tak kocha ojca, że mu wierzy ślepo, przyjęła rozkaz rotmistrza; zaczęła się była ubierać, ale, usłyszawszy od Brzozowskiej o dyspozycji, usiadła w krześle i, choć trochę rumiana, trochę roztargniona, choć przysłuchując się rozmowie, która ją z ganku dochodziła, robiła dalej zaczętą albę do kościoła. Brzozowska wciąż chodziła i gderała:
— Starzy nie powinniby się w to wdawać, a nam to zostawić. Kto to widział pannę ukrywać! Śliczna rachuba! Ale co mnie do tego? To pewna, że rotmistrzowi zmyję głowę, jak hrabiątko pojedzie. Ale niech sobie robi, co chce, niech robi! Zobaczymy, jak pokieruje.
Frania milczała, nie mieszając się do rozmowy Panny Brzozowskiej samej z sobą; panna Marjanna gderała:
— Ani się mnie spytał! ani poradził! Szach-mach! Ni z tego, ni z owego, niech nie wychodzi! Dlaczego? Że niby to dla konia przyjechał? No, to cóż? Zwyczajnie, nie powie odrazu: przybyłem starać się o względy panny Franciszki! Ale mnie nic do tego, niech sobie robi, jak mu się zamarzy.
— Moja Brzozosiu kochana, — przerwała Frania po chwili — ojciec musiał sobie pomyśleć, dlaczego to robi.
— At, zamarzyło mu się! Panicz zwyczajnie nie wiedział, co powiedzieć, i udał, że mu się siwka podobała, że chce się potargować. Kto to tego nie rozumie! Stare figle! Ojciec zaraz bierze to za dobrą monetę i powiada mi, kiedy przyjechał do siwej, to mu tylko siwą pokażę. Gadajże z nim! Widział kto co podobnego?!
— A to może i dobrze, — odpowiedziała Frania — jeśli nie do nas, tylko do siwki przyjechał, pocóż ja mam wychodzić?
— Ale bo to nawet niegrzecznie! Kto to widział, jak chłopską narzeczoną, w komorze córkę chować!
— Ojciec tak chciał, cóż robić, Brzozosiu! Jużciż nie taję, żebym wołała wyjść i pogadać, i pośmiać się; ale z rotmistrzem, wiesz, po żołniersku, trzeba słuchać, co powie.
— Ej, to nam, kochanie, ale nie tobie! Ty go, jak zechcesz, na włosku prowadzisz. Ale rób sobie, co myślisz, ja cię nie chcę buntować. Choć to pewna, że nicby ci nie powiedział, choćbyś i wyszła.
— Ale mnie także, moja Brzozosiu, nie wypada się śpieszyć bardzo przeciwko niemu, kiedy nie do nas, tylko do siwki przyjechał.
— O, jużto wy z ojcem oboje ciągniecie coś bardzo mądrze! Ciągnijcie sobie, jak chcecie, ja się więcej do niczego nie mieszam. Pójdę tylko, zadysponuję i wyreguluję podwieczorek, i ręce umywam...
Jakoż, gderając jeszcze, wyszła Brzozosia.
W ganku siedział stary Kurdesz, doskonale udając, że się ani domyśla, poco pan hrabia przyjechał. Klacz stała wyprowadzona, a rozmowa toczyła się o koniach. Rotmistrz niesłychanie pokorny, grzeczny, przyjmował JW. grafiątko, nie wspominając nic o siebie, ani o córce nie mówiąc, tylko o koniu. Wynosił wysoce zalety rodu siwki, jej matki, babki, ojca i dziada, jej sióstr i braci, i cenę siwki podnosił do wysokości bajecznej.
Sylwan, w bardzo fałszywem położeniu, kręcił się jak w ukropie: co chwila spoglądał zukosa, czy gdzie Frani nie zobaczy, a zapytać się o nią nie śmiał.
Siwka stała przed gankiem, a stary woźnica z ogromnemi po uszy wąsami, co niegdyś służył szeregowcem w konfederacji razem z panem swoim, umiejętnie ją pokazywał, przebiegał z nią, puszczał, wstrzymywał, głowę jej podnosił i niesłychanie zachwalał. Rotmistrz, począwszy naprzód od siwki, nie dał zejść rozmowie z koni i, coraz nowe o nich dykteryjki wyciągając jak z rękawa, coraz nowe czyniąc postrzeżenia, przywodząc przepisy, chwytał swojego gościa, by mu nie dać nic powiedzieć, coby w inny tor rozmowę sprowadzić mogło.
Brzozosia kilka razy przeszła przez sień, zukosa rzucając okiem na Sylwana, a widząc go posępnym i znudzonym, ruszała ramionami i szeptała do siebie:
— Ani chybi, że go zrażą. Ale jak sobie chcecie, ja ręce umywam! Do niczego się nie mieszam! Właśnie jemu konie w głowie! Biedne chłopczysko!
— A zatem — kończył rotmistrz — gdzie pan graf każesz klacz prowadzić: czy do Denderowa, czy do stajni?
— Jakto? Pięćdziesiąt, ani grosza mniej, to ostatnia cena? — spytał dość obojętnie Sylwan.
— Powiem panu grafowi, mosanie, — przerwał Kurdesz — że za jej babkę, kula w kulę taką, wziąłem od majora pruskiego, co jeździł za remontą, ośmdziesiąt dukatów i jeszcze w dodatku spodnie i kaftanik z jeleniej skóry, który mi się bardzo u niego spodobał. To prawda, że mi się ten figiel na nic nie zdał, bo Niemiec, choć się wydawał człowiek korpulant na oko, cienki był jak komar i ani w jego pluderki, ani w jego piszczałkowate rękawki wleźć nie potrafiłem. Matka siwki służyła mi lat ośmnaście, aż do tego przypadku...
— Tego, co mi pan opowiadał — przerwał Sylwan.
— Alboż opowiadałem?
— Tak jest. Napoili ją zgrzaną.
— Otóż to, ten gbur Hryć, istny Hryć, panie, był przyczyną jej śmierci. Nigdy na niego patrzeć nie mogę bez obrzydzenia, jak na zbójcę. Jeszczebym ją miał.
— A czterdzieści dukatów?
— A! JW. grafie, dla niegobym to uczynił pewnie, ale jeszcze żadna klacz z tego rodu za te pieniądze nie poszła; miałbym to sobie za grzech moją ulubioną oddać taniej od mniej pokaźnych sióstr i braci. Proszę spytać pana Powały, czy mi za siwą klacz w siedmiu latach, z białą nogą nawet, co już jest choć u siwej feler, nie zapłacił pięćdziesiąt dwa dukaty na Jurja w Ciunapowie na jarmarku.
— Przyznam się panu, że to mi się wydaje za drogo.
— No, a zatem do stajni!
— Pozwolisz mi pan namyśleć się dni kilka i rozkalkulować?
— Kilka dni? Czemuż nie! I owszem. A teraz, może co przekąsimy, proszę do chaty.
I, z ceremonją wiodąc naprzód gościa, wszedł rotmistrz do pierwszej izby, gdzie tylko Brzozosię z kluczami od szafy w kwaśnym humorze i stół już nakryty zastali. Sylwan, który się spodziewał Frani, doreszty się zachmurzył, nie postrzegłszy jej. Szlachcic był w wyśmienitym humorze, grzeczny aż do przesady, gadający do utrudzenia i zapraszający do jadła po staroświecku, to jest natrętnie.
Podwieczorek był zastawiony wielce przemyślnie. Brzozosia pojęła, że drugi raz dać tych samych potraw nie wypadało: zamiast kurcząt, wystąpiła z dzikiemi kaczkami na buraczkach i, zamiast pierogów ze śmietaną, dała kartofelki posypane zieloną cebulką i oblane masłem. Oprócz tego na staroświeckiej porcelanie zbieranej drużyny były różne przysmaczki, począwszy od młodej kukurydzy aż do starego piernika, a flasza opleśniałego węgrzyna towarzyszyła flaszce wódki starki, złocistej jak oliwa, i butlowi marcowego piwa.
Sylwan jeść i pić nie raczył: zdało mu się ze złego humoru nie kosztować nawet; prosił tylko o szklankę mleka z razowym chlebem, podziękował za resztę. Brzozosia szepnęła, kiwając głową:
— Nawet jeść nie chce!
Rotmistrz, bynajmniej tem niezmieszany, o mleku i chlebie powiedział historyjkę z czasów konfederacji barskiej. Znienacka spytał Sylwan Brzozosię o Franię; ta nie wiedziała, co mu odpowiedzieć, i zabierała się znaczącym sposobem ruszyć ramionami, gdy szlachcic uprzedził ją, żywo się posunąwszy:
— Bardzo JW. panu dziękuję za pamięć. U siebie, u siebie zajęta... Zwyczajnie wieśniaczka, zawsze za robotą, nie to, to owo.
Sylwan na tak wyrazistą odpowiedź już więcej nie pytał o nic; wkrótce pożegnał gospodarza zachmurzony i zabrał się do odjazdu, zły okrutnie na siebie, że pojechał; na rotmistrza, że go tak przyjął sucho.
Jeszcze w ganku przypomniał mu stary, że do dwóch dni czekać będzie odpowiedzi i, naschylawszy się niemal do kolan, nakłaniawszy w progu, za progiem, na schodku, na ścieżce, w bramie, nachwaliwszy konia, odprawił hrabiątko.
Frania z okna tylko wyjrzała za odjeżdżającym, z jakiem uczuciem, nie wiem. A gdy zniknął za bramą, wybiegła zarumieniona do ojca, który, na starej dłoni sparłszy czoło, zadumany siedział na swojem miejscu.
Poznał ojciec, że córce nie było po myśli jego rozporządzenie, i domyślił się jej żalu, nim posłyszał wymówki.
— Ojcze, cóżeś to mnie, tak jak zakonnicę, zamknął?
— Usiądźno, moje dziecko, i posłuchaj — odparł szlachcic spokojnie.
Brzozowska za drzwiami ukryta słuchała.
— Spodziewam się, serce moje, — mówił rotmistrz — że nie możesz wątpić o przywiązaniu ojca do ciebie, o tem, że ci najlepiej życzę. Otóż, com robił i co zrobię, to pewnie dla dobra twojego, choć czasem może ci to być z przykrością. Wybij to sobie z głowy, żeby taki gagacik chciał się z tobą żenić: rozmiłować się czasu nie miał i nie mógł, chce mu się tylko na wiatr poumizgać, ciebie pobałamucić i, zdaje mu się, że pod słomianą strzechą wszystko wolno... Ale pókim ja żyw, mosanie, na to nie pozwolę. Myślał, że mnie tak wyprowadzi w pole, starego wróbla na plewę; przyjechał konia kupować, a to komu innemu chciało się zajrzeć w ząbki. Lepiej się z sobą, moje serce, podrożyć, pozna, żeśmy nie lada obdartusy, którym pańska łaska lepiej smakuje od własnego spokoju i uczciwej sławy; inaczej będzie musiał śpiewać, jeśli co serjo myśli. A ty, serce moje, poco się nim masz próżno zajmować, albo sobie głowę nabijać Bóg wie czem, kiedy tu jeszcze skóra po lesie chodzi i podobno na wierzbie gruszki.
— Jak się wam podoba, ojcze, — odpowiedziała Frania — jak wola wasza, ale mnie się zdaje, że nie byłoby nic zaszkodziło, choćbym była i wyszła. Byłabym potrafiła może tak go przyjąć, jakby tylko do klaczki nie do mnie przyjechał.
— No, to drugi raz, jeśli panicz przyjedzie, wyjdziesz sobie, ale teraz to i lepiej, że się tak stało, choć wiem, że Brzozosia, mosanie, dobrze mnie tam musi oporządzać.
Brzozowska, deus ex machina, z furją wyleciała z za drzwi, ręką machając.
— A co to, to jak Boga kocham prawda, niema co mówić, panie rotmistrzu. Pan też, Bóg wie co, wyrabiasz z wielkiego rozumu i licho wie, naco się to przyda. Co to przeciwko sądzonemu człowiekowi się borykać?
— Ale któż ci, moja panno Marjanno, powiedział, że tak sądzono?
— Kto powiedział, to powiedział, ale że tak jest, przysięgnę.
— Cóż ty poradzisz na to, że ja w kabałę nie wierzę?
— Ja też mówię, powiadam, panie rotmistrzu, róbcie sobie, co chcecie, ręce umywam, do niczego się nie mieszam, o niczem wiedzieć nie chcę. Ale że inaczej, to inaczejby to było, gdybym ja tem pokierowała!
— O! inaczej! ani słowa — rzekł rotmistrz.
Frania zaperzonej Brzozosi rzuciła się, pieszcząc, na szyję.
— Moja Brzozosiu, — odezwała się cicho miluchnym swym głosem — nie gniewaj się tak bardzo: jeśli sądzono, jak powiadasz, wszak to nie minie.
— Ale pocóż daremnie przeszkadzać?
— Nie przeszkadzam, — rzekł Kurdesz — tylko po mojemu, po staremu, ostrożnie, ostrożnie. A na zgodę, panno ciwunówno, tabaczki.
Znał rotmistrz słabość do swej tabaki panny Brzozowskiej i upodobanie jej w tytule, jakoż, mimo gniewu, wyciągnęła rękę i wzięła szczyptę dobrą, powtarzając jeszcze zcicha (był to daleki grom po burzy):
— Ja się do niczego nie mieszam, róbcie sobie, co chcecie.



Powrót Sylwana do domu był dziwnie smutny i śmieszny: gniew jego bezsilny, z którym ukrywać się musiał, zniecierpliwienie, rozdrażnienie dochodziły do najwyższego stopnia. Szczęściem nikt w domu nie wiedział, dokąd jeździł i z czem powrócił.
Zaledwie przybył, służący za służącym wpadać poczęli do niego, pilno wzywając go, ażeby natychmiast szedł do matki.
Pośpieszył Sylwan, pomiarkowawszy, że to wezwanie tak niezwyczajnie pilne, nie musiało być bez ważnej przyczyny; kto inny byłby się może zatrwożył, on się tylko zadziwił trochę.
Znalazł hrabinę rozciągnioną na kanapie z listem w ręku otwartym, pomieszaną, z oczyma dziwnie jaśniejącemi, z twarzą zmienioną, przerażoną, wywróconą jakiemś świeżem wrażeniem. Zaledwie wszedł, kazała mu wyjrzeć za drzwi, czy ich kto nie słucha i wyciągnęła ku niemu, milcząc, list, który trzymała. Sylwan poznał charakter ojca.
Hrabia donosił, że, pomimo największych starań jego, klucz Słomnicki, dany Żydowi jako kaucja, został za jego bankructwo przez skarb skonfiskowany; sam o tem uwiadomił żonę, żeby ją ta nowina, zboku nadchodząc, zbytecznie nie przeraziła i dość obojętnie cały ten interes traktując. Donosił jednak, że ta wielka strata pociągnąć musi za sobą pogorszenie reszty jego interesów, że potrzeba było rezygnacji, cierpliwości, wytrwałości i t. p.
Hrabina, nie spodziewająca się nigdy nic podobnego, której całą pociechą życia był zbytek, wytworność i zalotność, nie pojmowała, jak znieść potrafi tak straszliwą zmianę położenia swego i grożącą jej ruinę. Dochodziła prawie do rozpaczy: Sylwan stał w początku osłupiały i zdumiony.
— Ale, moja mamo, — rzekł po chwili, przychodząc do siebie — wszakże nam pozostaje Denderów, klucz Samodoły i coś jeszcze w Galicji.
— Ty nie wiesz, — porywając się, przerwała hrabina — ty nic nie wiesz, nie znasz interesów naszych. Ojciec twój w swych spekulacjach i obrotach nikomu się nie zwierzał, nikogo nie radził, nikomu nie mówił całej prawdy. Ruina nasza, ruina zupełna wisi nad nami...
— Ale to być nie może, — odparł Sylwan żywo — ktoś, taki jak my, zrujnować się nie może; zostanie nam zawsze...
— Zostaną nam długi, hańba i nędza! — zawołała szybko hrabina, tuląc twarz w dłonie. — Przywyknienie do zbytku z ubóstwem.
— Kochana mamo, — wrzucił Sylwan — to rozpacz i przedwczesna, i zbyteczna: widzisz rzeczy z dziwnej i fałszywej strony. Cóż dla nas strata kilkukroć stu tysięcy? Głupstwo!
— Wieszże, co mamy?
— Kilkanaście wsi, imię ładne i kredyt ogromny, on ne se ruine pas avec cela.
Hrabina ruszyła ramionami.
— Wierz temu, jeśli chcesz, ufaj, jeśli ci się podoba: zobaczysz! zobaczysz!
I poczęła płakać pocichu.
Syn przechadzał się po pokoju, obojętny napozór, ale coraz bardziej niespokojny. Wieść ta, jak trunek wypity, rozbierała go powoli.
— Mamyż jaki ratunek? — spytał.
— Cóż ja wiem? — odparła matka. — Co ja wiem! nic nie wiem! Ten człowiek wiecznie wszystko krył przede mną: ani co mamy, ani co nam zostanie, nie rozumiem; czuję tylko wielkie wiszące nad nami nieszczęście.
— Jeśli mama nic nie wie, a ojciec pisze, byśmy byli spokojni, zdaje mi się, że na niego spuścić się można. W ostatnim razie posagowe dobra twoje są nienaruszone...
— Tak, to ostatnia nadzieja, kąt i przytułek, — zawołała hrabina — ale pomiarkuj! Rzucić Denderów, wyrzec się życia, do któregośmy przywykli, zakopać się na wsi i być wystawionym na wstyd, na upokorzenie upadku, o! ja tego nie zniosę.
— Zapewne, że to przykro, ale znieść będziemy musieli. Nie widzę nawet potrzeby opuszczać Denderów. Zabiorą tamten klucz, cóż robić!
— Ale na Denderowie są długi ogromne!
— To być nie może!
— Spytaj Smolińskiego. Jeden szlachcic, nie wiem kto tam taki, podobno Kurdesz z Wulki, ma sam dwakroć sto tysięcy.
— Jakto! ten szlachciura! dwakroć!
— A wielu, wielu innych mniejsze sumki.
Sylwan się zamyślił, w głowie mu się zmąciło, w duchu rzekł tylko sobie:
— No! to się będę musiał bogato ożenić! Jeśli mama chce, — odezwał się głośno — dowiemy się czegoś więcej: poślijmy po Smolińskiego.
— Czy przyjść zechce?
Sylwan pogardliwie ruszył ramionami.
— To go każę za uszy przyprowadzić! — zawołał dumnie. — Zadzwonił żywo. — Prosić tu pana Smolińskiego zaraz, zaraz!
W przerywanej rozmowie wyczekiwali dobre pół godziny, nim rządca-plenipotent, w tej chwili widać mocno zajęty, nadszedł nareszcie. Z miną prawie zuchwałą, roztargniony i bez tych upokorzonych ukłonów, które się zwykle jeszcze za progiem rozpoczynały, stawił się z widoczną niechęcią i lekceważeniem.
— Mój panie, — rzekł do niego Sylwan zgóry — oto jest list ojca: zabierają nam klucz Słomnicki; chcielibyśmy wiedzieć, ja i moja matka, jaki jest stan interesów naszych; nikt o nich lepiej nie może wiedzieć od pana.
Smoliński głową pokiwał, zażył tabaki i odrzekł spokojnie:
— A cóż, niema co taić: interesa złe, bardzo złe.
Hrabina lekko wykrzyknęła, Sylwan tylko brwi namarszczył.
— Jakże to być może? — spytał. — Przy takim majątku, takich szczęśliwych, jak powiadano, spekulacjach.
— Długoby to o tem mówić, — odparł rządca — majątek prawda spory, ale i długów niemało.
— Ale przecież w najgorszym razie Denderów zostać nam może?
— Jeśli się nikt o swoje dopominać nie będzie.
— Możeż to być, byśmy tak źle stali?
— Tak jest, tu niema co kłamać: w Denderowie nawet ciężko się będzie ostać. Jeśli klucz Słomnicki zabiorą, ruszą się wszyscy wierzyciele hurmem; a jak poczną szturmować, a trzeba będzie ich płacić, nie wystarczy dla nich tego, co jest.
— Ależ klucz Samodoły mojej matki?
— I na nim jest połowa długu bankowego, a od drugiej połowy płaci się procent hrabinie Czeremowej.
Głuche milczenie nastąpiło po tych słowach, wyrzeczonych ze zbytnią otwartością i bez żadnej ogródki, nago malujących fatalne położenie Denderów.
— Wreszcie co tu mam państwu w bawełnę obwijać, — rzekł Smoliński — koło interesów źle bardzo: kredyt nadwątlony, bo go nadużyto, i Salomona rozum tu nie poradzi. Wielka bieda.
— Prawdaż to, — dodał Sylwan — że jeden, naprzykład, jakiś tam pan Kurdesz, ma u nas dwakroć?
— Jakże nie? Kilka dni temu, jakem mu procent zaległy wypłacał.
— Dwakroć! — powtórzył Sylwan. — Szlachcic, taka suma! do czego to jemu!
Na ten naiwny wykrzyk, uśmiechnął się Smoliński nieznacznie.
— Okrągło dwakroć; rotmistrzowi Powale należy się trzydzieści, pięćdziesiąt Pazurkiewiczom; inni mają po 20, po 30, po 10, po 15; a tych, co po trzy, po cztery, po pięć tysięcy i zliczyć trudno.
— Masz pan bilans interesów naszych? — spytał Sylwan.
— W głowie tylko, panie hrabio, i ręczę, że się o pięćset złotych nie pomylę; zredukowawszy wszystko, licząc remanenta, zostanie około połowy Denderowa.
Sylwan pochwycił się za głowę, hrabina upadła na kanapę drżąca, Smoliński, widząc się niepotrzebnym, a że mu było pilno, bo się już na wszelki wypadek poczynał pakować i wybierać zawczasu, wysunął się pocichu bez wszelkich ceremonij.
Dobre pół godziny trwało milczenie, przerywane tylko paroksyzmem spazmów hrabiny i pasowaniem się z sobą Sylwana, który zaglądał ze wszystkich stron w przyszłość, a zewsząd widział ją czarną i nieprzebytą pustynią. Pieniądz-słońce nigdzie jej nie oświecał.
Pracować nie umiał całkiem, do niczego nie był usposobiony, jeden zawód wojskowy otwarty był przed nim; ale wygodnisiowi, przywykłemu do próżnowania, nienawykłemu do uległości, samowolnemu i dumnemu, ani podobna było pomyśleć o wojsku.
Cesia weszła na tę scenę niespodzianie i, widząc brata wzruszonym i chmurnym, a matkę we łzach i boleści, nie mogła pojąć, co się im stało tak nagle. Nikt do niej nie przemówił w początku; ledwie spytany Sylwan odpowiedział krótko i niegrzecznie:
— To do ciebie nie należy!
— Ale to do wszystkich należy zarówno! — przerwała, powstając, hrabina z jękiem bolesnym. — Jesteśmy zrujnowani! Cała nadzieja w mojej matce...
— Cóż się stało? — spytała Cesia, śpiesząc do matki — cóż to się stało?
— Ojciec pisze, że nam zabrano klucz Słomnicki; Denderów odbiorą wierzyciele, nie zostaje nam prawie nic...
Cesia stanęła zamyślona, usiłując pojąć groźbę tych słów, których w początku dobrze nie zrozumiała, ale prędko podniosła głowę. Młodość dziewczęcia ma więcej wrót nadziei: łza jej nawet nie pociekła; niespodziane nieszczęście, jeszcze nierozebrane, nagłe, niepojęte, jak trucizna szybko połkniona, nie miała czasu zrobić skutku.
Sylwan się powoli opamiętywał.
— Kochana mamo! — rzekł — najpierwej pamiętajmy na godność naszą: il fant faire bonne mine à maiuvais jeu! Niech się ludzie z nas nie śmieją, niech nie widzą, że cierpimy. Nie zmieniajmy trybu życia naszego, śmiało idźmy dalej, a mam nadzieję, że z tego wybrniemy. Łzy do niczego nie służą.
To mówiąc, wyszedł.
Ale pomimo dobrej rady, sam powlókł się bezsilny do swoich pokojów, przewracając w głowie wyrazy listu ojca, słowa Smolińskiego, rachuby, nadzieje. Nie mogąc podołać temu wszystkiemu, wiele wiary mając w ojcu, powiedział sobie wkońcu:
— Damy jakoś temu radę; tacy panowie, jak my, nie upadają. Od czegóż szlachta? Nie możemy stracić kredytu, jeśli nie stracim śmiałości. Dopóki będziemy mieli odwagę brać, będą nam pożyczać. Jednym płacąc, od drugich biorąc, przetrwamy do ożenienia. A cóż łatwiejszego, jak mnie ożenić się bogato? Młodość, imię, wychowanie, twarz, mam wszystko... wróci się nam fortuna!
To mówiąc, rzucił się na kanapę, usiłując mary zniszczenia i ubóstwa odpędzić; zapalił cygaro i począł zkolei myśleć: to o starym Kurdeszu, o którego dwóch krociach się dowiedział, to o sobie, to o ojcu, to o Frani, i, w tych myślach znużony, zdrzemał się nareszcie.
Tymczasem we dworze rychło plotki szybko rozlatywać się poczęły; szeptano o nieszczęściu jakiemś, o ruinie i wszyscy ludzie poczynali, jak wśród pożaru, każdy myśleć o swojem i o sobie. Taką jest biedna ludzka natura: niebezpieczeństwo najczęściej nie spaja, ale rozprzęga. Hrabina myślała o swoim kluczu, Cesia o swojej młodości, Sylwan o ożenieniu, słudzy każdy o nowej służbie lub zapewnieniu sobie gdzie kątka. Smoliński zawczasu co lepszego pakował, wysyłał rzeczy, wywoził się i urządzał tak, by go przyaresztować nie było można.
Ci, co jeszcze nic nie wiedzieli, już się czegoś dowiadując, szepcząc, szukając, niespokojni biegali i mnożyli nieporządek wszędzie. Dwór cały przedstawiał obraz nieładu, a niebytność hrabiego, którego skinienia wszyscy słuchać byli przywykli, powiększała jeszcze ten stan rozprzężenia.
Po sąsiedztwie już wieść stugębna poczęła się rozchodzić o zabraniu na skarb za kaucję klucza Słomnickiego. Pierwsi dowiedzieli się o tem Żydzi w Żytkowie, gdzie hrabia próżno pracował nad unieważnieniem załogu. Pan Pęczkowski w drodze do miasteczka spotkał kupca, który mu jak najśpieszniej objawił o ruinie hrabiego. Biedny szlachcic porwał się za głowę, łzy potoczyły mu się z oczu i, jak szalony, poleciał na radę do sąsiadów i znajomych. Widzieć owoc pracy całego życia pochłoniony w jednej chwili i tak marnie, nie dziw, że rozpacz porywa! Biedny Pęczkowski z kilkorgiem dzieci, z frasobliwem w dodatku usposobieniem do stękania, bo zwykł był lękać się i kłopotać nawet, gdy nie było czego, odchodził prawie od przytomności, nie mogąc sobie darować, że jeszcze dziesięć tysięcy dopożyczył, o Bożym świecie nie wiedząc, gdy już sekwestr rozciągano. Był właśnie niedaleko od Wulki i pośpieszył do rotmistrza z tą przerażającą wiadomością, aby się wspólnie naradzić nad tem, co czynić wypadało, wiedział bowiem, że rotmistrz daleko znaczniejszą sumę miał u hrabiego.
Kurdesz, swoim zwyczajem, był w podwórku i rozmawiał z gumiennym, gdy Pęczkowski nadjechał i, ledwie zsiadłszy z wózka, pochwycił go za rękę, wprowadził do pierwszej izby, a obejrzawszy się dokoła, z wyrazem rozpaczy, ze łzami w głosie, z boleścią zawołał:
— Rotmistrzu! wiesz, co się dzieje? wiesz okropną nowinę?!
— Cóż takiego?... Austrjacy!...
— Zginęliśmy z kretesem!
— Gdzie? co? jak? — spytał spokojnie stary. — Cóż to się stało, kochany panie? Uspokójno się! nie mieszaj! O czem chcesz mówić?
— Wiesz, że ten szatan Dendera bankrutuje! Już mu za kaucję zajęto klucz Słomnicki, a reszta majątku ledwie na wierzycieli wystarczy!
— Co bo pleciesz?
— Ale tak jest! Abramko jedzie wprost z Żytkowa: sekwestr na Słomniki niezawodny; wyrabiać się chciał kręciel, ale ze skarbem nie mógł. Jeszcze bestja u mnie dziesięć tysięcy, wyjeżdżając, wysmoktał! Niechże łzy moje i łzy moich dzieci, i praca moja spadnie na jego duszę!
— Uspokój się, panie Kasprze! — kręcąc wąsa, rzekł pan rotmistrz. — Siadaj, pogadajmy porządnie. Tu nie kląć trzeba, ale radzić. Niema się tak dalece czego lękać. Choćby mu klucz Słomnicki zabrali, ma czem odpowiedzieć z Denderowa: ma tam coś i po żonie.
— O, ba! żona się nie pisała do skryptów!
— To mniejsza.
— Ale pan masz coś grubo u niego?
— Dwakroć, kochany panie Kasprze!
Pęczkowski schwycił się za głowę, pochylił do ziemi i krzyknął. Rotmistrz, choć zbladł i zmieszał się niespodzianą nowiną, ale nie widać było, żeby na niej uczuł zbytecznie. Zdawał się spokojniejszy daleko od Pęczkowskiego, przeszedł się po izbie, zamyślił i dodał:
— A zresztą wola Boża! Jest jaki taki grosz, dla mnie i dla Franki wystarczy. Przynajmniej kto się o nią starać będzie, pomyślę, że ją szczerze kocha, nie na grosz poluje. Mam przecie oblig i ewikcję dobrą.
— Co pomoże z takim mataczem?
— Toć prawda! I dlatego to sobie mówię zgóry: wola Boża! wola Boża! choć za serce dobrze ścisnęło, widzieć tak całego życia pracę, z pozwoleniem, w błocie. Ale to przepaść całkowicie nie może, tylko się zmitręży. Waśćże masz, mosanie, oblig dobry?
— Ledwiem wykołatał nowy na prostym papierze! Ale to moja dola zawsze taka! Licho nadało, gdzieś zawieruszyłem dawniejszy skrypt: miałem kłopotu dość, wodzili mnie, durzyli i Smoliński, nim mi odnowił oblig, kazał się dobrze posmarować, a hrabiemu dopożyczyć 10.000. Widzicie, com wprzódy stał na liście z r. 1829 i datę długu miałem dobrą, to teraz będę ostatni, bo mój skrypt nowy, świeżuteńki.
— E! kochany sąsiedzie! — odpowiedział stary Kurdesz z rezygnacją szlachcica dawnych czasów, klepiąc go po ramieniu. — Oto widzisz, więcejbym od ciebie stracił, a zdaję się na wolę Bożą: nie potrzeba się strachać, bądźmy dobrej myśli. Dendery djabli nie wezmą, mosanie, wygrzebie się, popłaci, unikając wstydu; zresztą ma z czego odpowiedzieć, choćby sam poszedł z torbami. Tymczasem nie rozgadujmy licha, nie straszmy ludzi; mnie o to chodzi, żeby mi się moja Franka o biedzie nie dowiedziała, boby nieboraczka płakała, a tu niema czego. No! a gdybyśmy i stracili, chleba kawałek zostanie. Pan Bóg dał, Pan Bóg wziął, imię Jego błogosławione!
— Dobrze to wam mówić, — gorąco zawołał Pęczkowski — co macie jedno dziecko, wioskę i jeszcze kapitalik może; ale mnie! ale mnie! — dodał, podnosząc się i unosząc. — O, ci panowie! ci panowie! gdzie u nich serce! gdzie sumienie! A, niech ich piekło pochłonie! bodajbym był ich nigdy nie znał, z ich szóstym procentem! Bierze z nich każdy, nie pyta, jak odda, a potem wykręci się sianem; a że szlachcic bez chleba z torbami pójdzie, co jemu do tego, byle on jeździł karetą i miał się czem zasłonić: czy kondyktem, czy fartuszkiem jejmości, czy jakim tam djabłem. Ale ze mną nie pójdzie tak łatwo! Będę krzyczał, będę łajał, będę ich w kościele bodaj pozywał przed ludźmi o moją krwawicę; pójdę z prośbą na tych szelmów bodaj do samego imperatora i uzyskam sprawiedliwość!
Pęczkowski poddawał się prawdziwej rozpaczy: chodził jak szalony, rozbijając się o stoły, tłukąc o piec, o komin, wybladły, niepodobny do siebie, przestraszając swem obłąkaniem. Stary rotmistrz, ledwie cokolwiek poruszony, zdawał się spokojnym widzem tej sceny. Wziął nareszcie pana Pęczkowskiego za obie ręce i posadził gwałtem prawie na kanapie.
— Mój kochany sąsiedzie, — rzekł — nie frasuj się tak; ludzie mnie mają za wielkiego prostaka, za starego rębacza, ale ja trochę i prawo rozumiem. U nas bo, mosanie, nie było dawniej szlachcica, coby go nie polizał. Wszyscy mieli procesa, każdy cytował statut, nawet panie nasze, moja nieboszczka matka, świeć jej Panie, w potrzebie bywało i korekturą pruską w oczy sypnąć umiała. Otóż powiem panu, mosanie, między nami, że nasza sprawa nie jest tak bardzo zła. Denderowa, żeby jak, wystarczy; ja mam dwakroć i jestem najważniejszym wierzycielem: przy mnie trzymając się, waćpan nie stracisz ani jednego szeląga, a ja waści, mosanie, nie opuszczę...
Pęczkowski o mało nie rzucił się do nóg staremu, który go podchwycił.
— Dlaboga! co waćpan, mosanie, robisz? — zawołał. — Jestże za co dziękować? Ręka rękę myje, noga nogę wspiera; porzuć te ceregiele, a dla konkokcji tego djabelskiego strapienia nie napilibyśmy się kieliszek starej wódki, hę?
Pęczkowski byłby wypił smoły. Przystał ochotnie na propozycję rotmistrza i, dawszy się jakoś ukołysać, jął tylko z rozwiązanym językiem wysypywać wszystkie zdrady panów, którzy szlachtę porujnowali; wszystkie komisje, eksdywizje bezecne i likwidacje tych paniczów z mitrami, co biorą pieniądze sami, a plenipotentom za siebie obliczać się każą i w pocie czoła zapracowany grosz obcinają na swoje fantazje, przegrawszy go w karty lub puściwszy na swawolę. I było czego słuchać, bo na naszym Wołyniu świeżych i martwych dość jest podobnych przykładów.
Późną nocą wyjechał Pęczkowski z Wulki i nazajutrz miał zaraz do rotmistrza Powały, jako do interesanta, udać się; ale Powała już dniem wprzód o sekwestrze klucza Słomnickiego był zawiadomiony.
Rotmistrz, który niedawno z wojska powrócił, nie miał pojęcia interesów: hrabiego wyobrażał sobie, jak gmin, miljonowym panem, hrabinę bóstwem i aniołem, do którego zbliżyć się pragnął; wtem nagle spadł z empireum do otchłani na wieść, przesadzoną jeszcze, o stanie interesów hrabiego. W dodatku mógł sobie sam przypisywać swą szkodę, gdyż nieproszony, niedziękowany, pożyczył z dobrej woli 30.000 na świstek.
Wprawdzie w części był za to wynagrodzony niezmyślonem (sądził) przywiązaniem hrabiny, którego miał stanowcze dowody, tak dalece, że jeszcze nie śmiejąc się niemi chwalić, już jednak, gdy o niej była mowa, wzdychał bardzo znacząco. Pomimo to, trzydzieści tysięcy zapłacić za obojętność mężowską, zdawało mu się za drogo, a co gorzej, wyjść na dudka! Boż to wszystko miało minę okrutnie śmieszną! Westchnienia hrabiny, ślepota i udana dobroduszność hrabiego nie wynagradzały straty tak wielkiej. Rotmistrz, ochłonąwszy z gniewu i podziwienia, nagadawszy się do siebie i wypaliwszy ze sto fajek jedną po drugiej, zawołał wreszcie, pocieszając się:
— Hę! zresztą niech mi się zdaje, żem przegrał! A to dług honorowy, na świstku, przecież przepaść nie może.
To powiedziawszy, położył się i począł świstać walca, ale świstanie często westchnieniem przerywał. I leżał tak pół dnia, gdy kozak z Denderowa przybył z bilecikiem.
Hrabina zapraszała na herbatę.
— Wszystko się wyjaśni, — rzekł, spoglądając w lustro — jakoś to będzie; wostatku napłoszę go pojedynkiem, jeśli nie odda.
Tymczasem, jak to wszędzie bywa, a może u nas więcej niż wszędzie, niezmiernie przesadzone i coraz olbrzymio rosnące wieści latały po reszcie sąsiedztwa. Bogaty u nas jest zaraz dziesięćkroć-miljonowym, byle miał kilkanaście tysięcy rubli w zapasie; ledwie się komu noga powinie — bankrut odrazu i nikt już nie pożyczy grosza. Tak teraz było z hrabią: wczoraj miljonowy i spekulant, nazajutrz był zrujnowany; mówiono, że zabrano mu klucz Słomnicki, że żona oddzieliła się ze swojem, że Denderów z przyległościami rozdzierają wierzyciele i że hrabia pójdzie z kijem i torbą. Byli i tacy, co się już wybierali na licytację sprzętów i ruchomości do Denderowa i zamyślali o kupnie przyległych im wiosek. Wypadek ten stał się przedmiotem wszystkich gawęd w sąsiedztwie, najdziwniejszych projektów i najdzikszych domysłów.



Najstaranniej, jak być może, przystroiwszy się, rotmistrz pojechał świeżuchną nejtyczanką do Denderowa. Wprawdzie hrabina, od czasu jak się dowiedział o złym stanie interesów hrabstwa, znacznie mu się wydawała starszą, jej zalotność nieco zwietrzałą, ale niemniej tytuł, dowcip, wziętość, jakiej powszechnie używała w okolicy, zdobycz tę czyniły jeszcze niezmiernie ponętną. Więcej zapewne było w tem miłości własnej niż innej; ale ileż to gwałtownych namiętności na niej się tylko opiera?
Aż miło było spojrzeć na wózek i zaprzęg rotmistrza: wszystko jak z igły! Nejtyczanka nie była tą prostą bryczką, jakie to niegdyś pod tem nazwaniem chodziły; ale czemś wytwornem jak cacko, wylakierowanem, wyświeżonem, błyszczącem, śliczniutkiem, że, zdaje się, nie do użycia, ale do patrzenia ją zrobiono. Oparta na resorach, ze spuszczoną budką, z kolorowemi latarenkami, wachlarzami, dywanami, wybiciem sukiennem i jedwabnem, wyglądała na koczyk i tyle co on kosztowała. Cała rzecz, że rotmistrzowi, jako kawalerowi i tężyznie, nie uchodziło jeździć koczykiem, a wolno było używać nejtyczanki. Cztery szpaki jabłkowite, rzekłbyś, rodzeni bracia, choć na różnych kupione jarmarkach, rwały się z krakowskich chomątów z biało-czerwonemi płatami. Z kozła powoził fornal, przerobiony na krakowiaka sukmaną i czapeczką. W uprzęży, w wózku i koniach widać było dawnego wojskowego, tak to ślicznie utrzymane i ze znajomością rzeczy zdawało się dobrane. Chłopaczek, zkiepska po węgiersku wyczupurzony, siedział na koźle przy woźnicy, wyprostowany jak pod miarą.
Nim się rotmistrz wybrał, nim dojechał, nim groblę w Denderowie przebył, szarym już mrokiem stanął pod karczmą, gdzie dopiero wdziawszy wonny frak i poprawiwszy ostatecznie włosy, powolnie ku dworowi zmierzał. Droga wiodła ponad samym ogrodem: furtka od niego wychodziła na gościniec; mijając ją, pan Powała ujrzał hrabinę, która wyglądała i zdawała się go wzywać; wysiadł więc i, odesławszy konie wołyńskim zwyczajem do karczmy (bo tu nigdzie gościnnej stajni, choćby z próżnemi żłobami nie znajdziesz), powitał ją z dosyć smutną miną. Smutek rotmistrza niezmiernie różnie dawał się tłumaczyć.
Hrabina była sama; sama jedna przechadzała się po ogrodzie, właśnie jakby na niego czekała. Pan Powała miał prawo wielce z tego być dumnym: bo któż na jego miejscu nie wziąłby to na rachunek rodzącego się przywiązania, zwłaszcza po pierwszych wyznaniach? A na tym właśnie stopniu był z hrabiną.
Ubrana czarno, wykwintnie, ale skromnie i bardzo do twarzy, miała minkę zafrasowaną, także i smętną, może dlatego, że wiedziała, jak jej było ze smutkiem ładnie, może, iż istotnie czuła w sobie niepokonany smutek. Uśmiechem porozumienia powitała rotmistrza i podała mu rękę po angielsku, długo jej nie cofając, w sposób niezmiernie znaczący. Dłonie ich splotły się uściskiem gorącym.
— Daruj mi pan to wezwanie, to prawdziwe szaleństwo, — rzekła cicho i jakby osłabłym głosem — ale tak potrzebowałam pociechy, tak byłam smutna i cierpiąca... Czuję teraz, żem zrobiła dzieciństwo...
— Także się to nazywa?
— A! jeśli nie gorzej jeszcze! Cóżby świat powiedział?
— Żem przyjechał na herbatę, żem panią spotkał w ogrodzie... nic naturalniejszego.
— Chodźmy, chodźmy!...
Ale choć iść mieli, nie śpieszyli wcale: rotmistrz był w rozczuleniu i wielkiej razem niepewności, jak sobie postąpić; hrabina zadumana; ruszyli krokiem, zastanowili się, milczeli.
— Wiesz pan o naszych kłopotach — dodała pocichu hrabina ze spojrzeniem łzawem.
— Nie wiem. Coś słyszałem, ale mi nikt nie mógł dokładniej objaśnić, a bajek jest tyle.
— Zdaje się, że mąż mój wiele stracił przez nieostrożność.
— Więc to prawda?
— Niestety, prawda! i strata, niezbyt znaczna, inne za sobą może pociągnąć.
Rotmistrz w tej chwili pomyślał o swoich trzydziestu tysiącach, zląkł się trochę, żeby i one pociągnione nie były, ostygł nieco. Hrabina o nich nie wiedziała podobno, bo choć Smoliński je wspomniał, nie uważała, co mówił. Milczeli.
— Któż wie, może na czas będę musiała wyjechać z Denderowa. Ta myśl, — dodała, egzaltując się teatralnie — myśl ta najwięcej mnie boli...
— Mógłżebym pochlebiać sobie? — z żołnierska odezwał się rotmistrz nietęgim konceptem.
Ona spojrzała tylko na pana Powałę i westchnienie wymowne miało dokończyć, czego nie dopowiedziały usta.
— Kto wie, — szeptała — może się już nierychło zobaczymy.
Było to widoczne wezwanie do czułego pożegnania. Rotmistrz, poczciwe człeczysko, choć kochać nie umiał inaczej, tylko po wojskowemu, a pierwszy raz wdał się w romans tego rodzaju, uczuł się poruszonym w sposób wcale nowy; szukał słów na wypowiedzenie swego sentymentu i znaleźć ich nie mógł, a co gorsza, że nie wiedział, czy się godziło być zuchwałym, czy należało być tylko rozczulonym i jak skończyć, aby to było przyzwoicie i z dobrym tonem.
— Wierz mi pani, — rzekł, zdobywając się nareszcie — że ja na tem najwięcej cierpię, ale to być nie może, to być nie może, państwo nie odjedziecie.
— To będzie zależeć od niego, on stanowi o tem.
„On“ — jak zawsze — był to mąż, bo panie zbyt są delikatne, by inaczej jak tą peryfrazą męża wspomniały wobec kochanka.
Szli powolnie ku domowi, ale tak powolnie, tak noga za nogą! Hrabina była melancholijnie wzruszona i tak osłabiona uczuciem, że ciągle chwytała rękę rotmistrza, by się na niej zeprzeć; nareszcie na pierwszej ławce raczej upadła pod brzemieniem uczucia, niżeli usiadła. Ławkę tę otaczała dokoła cienista altana. Rotmistrz w coraz większej niepewności stanął przed nią, nie wiedząc, co począć z sobą w tem tak nowem dla siebie położeniu; nie mógł w żaden sposób zdecydować się, jak postąpić, jak cieszyć i jak kochać. Romanse francuskie i przypomnienia wojskowe latały mu po głowie, radząc coraz inaczej; między młotem a kowadłem, całkiem zdawał się na przeznaczenie i na losy.
— Prawdziwie, to szaleństwo! — szeptała pocichu hrabina. — W moim wieku przywiązanie tak występne, tak gwałtowne, a tak próżne i bez nadziei.
( — Rotmistrzu, — wołał romans francuski — pal strzelistą odpowiedź!).
— Zawsze jest nadzieja — rzekł posłuszny natchnieniu rotmistrz, przyciskając do ust jej rękę.
(To radziły wspomnienia).
— Jaka nadzieja? — spytała nieostrożnie pani.
(Romans podszepnął:)
— Nieopisana, nieokreślona, lecz jest.
(Wspomnienia doradziły się przybliżyć i rękę uścisnąć wyraziście, z zapałem).
— Dla występnych! — zawołała hrabina.
— Występek cały jest moim tylko... — mówił romans przez usta rotmistrza.
— Nie, nie! ja to stokroć winniejsza jestem. Najlepszy z mężów... Zdradzam najlepszego z mężów: ale są przywiązania tak niepohamowane... a takiem właśnie jest moje. Nic nie mając przed sobą prócz przepaści, lecę w przepaść; gdybyż choć podział uczucia był mi nagrodą!
Cała ta mowa była tak wyraźna, że kto inny na miejscu naiwnego rotmistrza, obałamuconego świeżem czytaniem romansów starych, byłby nie potrzebował komentarza do niej; ale pan Powała sadził się na czystą sentymentalność i odciął się wykrzyknieniem tylko.
— Pani! więc wątpisz o mojem uczuciu! — zawołał, podnosząc głos. — Godziż się! godzi się... mamże przysięgać, jakież mam złożyć dowody, ach!
To mówiąc, z porady starego romansu, rzucił się po staroświecku głupiusieńko na kolana, bo przypomniał sobie, że w książkach często bohaterowie padają na kolana przed swemi kochankami i, złożywszy ręce do uroczystej przysięgi, już się ją wyrzec zabierał, gdy Zygmunt-August Dendera, małżonek, ukazał się we drzwiach zacieniowanej altany.
— Brawo! rotmistrzu! — rzekł z przyciskiem — brawo! Dziękuję ci, że panią pocieszasz tak wymownie: grajcie dalej starą komedję, ja nie przeszkadzam.
To mówiąc, gdy hrabina już, krzyknąwszy, mdlała, zbliżył się do rotmistrza i szybko dodał:
— Biegaj po wodę, trzeźw ją, to twoja rzecz, a potem przychodźcie na herbatę, bo już ją podawać kazałem.
I z uśmiechem Mefistofila niespodziany świadek odszedł, jak przybył, niepostrzeżony, pocichu, dyskretnie.
Jak przybył hrabia, nietrudno wytłumaczyć. Śpieszył on do domu już dla pochwycenia ze Słomnik, co się pochwycić mogło, już dla podtrzymania swej opinji i kredytu, sobie tylko właściwemi środkami. Był już na wzgórzu panującem okolicy, gdy rotmistrz jechał ku dworowi; kazał zwolnić kroku, zamierzywszy sobie zrobić niespodziankę obojgu państwu, i w chwilę po kochanku wsunął się tąż samą furtką do ogrodu. Resztę już wiemy. Wysłuchał on całej rozmowy, nawet owego przymiotnika: „najlepszy z mężów“, na który rozśmiał się w duszy. Któraż z żon, co zdradzają, nie szafuje tym czułym przymiotnikiem? Ileż to razy aniołem się nawet nazywa dla kochanka nieszczęśliwy małżonek, w chwili właśnie, gdy wszystko dowodzi, że innegoby sobie życzono? O! nieodgadnione serce ludzkie, o biedne my słabe istotki!
Położenie rotmistrza i hrabiny było nie do opisania... Pierwszy, zbity z tropu obojętnością męża, nie wiedział znowu, co począć; druga, zemdlawszy dla oka, przemyślała, co ma z sobą zrobić. Całe życie doskonale granej komedji na tej jednej scenie melodramatycznej stracone zostało. Wahała się, czy ma zaraz odjechać do matki, czy męża przepraszać, czy stawić mu się ostro i twardo, z wyrzutami i zuchwałem odbiciem wymówek? Rotmistrz w dobrej wierze ją trzeźwił, gdy sam najmocniej potrzebował otrzeźwienia, bo był jak obłąkany. Ledwie oczy poczęła otwierać, gdy hrabia, który o kilka kroków tylko odszedł, zawrócił się ku nim i znowu przybliżył.
— Kochana hrabino, — rzekł — nadto masz doświadczenia, żeby mdleć dla takiej fraszki; nadewszystko nie potrzeba z tego robić historji i zwracać na siebie oczu ludzkich. Proszę panią z sobą i ty, rotmistrzu, musisz nam towarzyszyć.
Powała milczał, zakąsywał wąsy i wargi; spodziewał się bowiem wyzwania, wyrzutów, pojedynku, pobicia może i awantury, w którychby był w swoim elemencie, ale nigdy tak pogardliwego chłodu, takiej zimnej obojętności, na którą wcale nie był przygotowany. Żaden romans francuski nie przychodził mu w pomoc na takie dziwne położenie; bo nowszych nie czytał, a w starych inaczej się te sceny odegrywać zwykły.
— Ludzie cię widzieli, gdyś wchodził, — szepnął mu hrabia — jesteś uczciwy człowiek, nie róbże, proszę cię, awantury, chodź z nami, a o reszcie rozmówimy się potem.
To rzekłszy, mdlejącej hrabinie podał rękę i, raczej wlokąc ją niż z nią idąc, zmierzał ku pałacowi.
— Rotmistrzu, — mówił — proszę o codzienny humor; pani także chciej odzyskać wesołość i przytomność przy najlepszym z mężów. Ludzkie oczy! ludzkie oczy! Zmiłujcie się państwo, nie malujcie głupstwa gorszego niż pierwsze!
Więcej niż słowa hrabiego pomogło przybycie Cesi i Sylwana, którzy ulicą śpieszyli ku nim. Jakby cudem hrabina odzyskała przytomność, żywość, swobodę; rotmistrz trochę odwagi, a hrabia, który się ani na chwilę nie zmieszał, powitał syna:
— Spotkaliśmy się z ukochanym rotmistrzem u drzwi ogrodu i, najosobliwszym trafem, hrabinę także niedalekośmy znaleźli: macie więc mnie, dzieci kochane, i gościa miłego razem.
Rotmistrz się witał, jak po żarzących węglach stąpając; hrabina tymczasem wyrwała się, prosząc, by mogła pójść przodem kazać przygotować herbatę, i znikła. Cesia poszła za nią, mężczyźni zostali sami.
— No, już wiecie zapewne, — odezwał się swobodnie hrabia, rzucając okiem na rotmistrza, któremu cygaro Sylwana dało zajęcie i minę jaką taką — wiecie o mojej stracie?
— Słyszeliśmy — wycedził rotmistrz przez zęby.
— Ha! cóż robić! Odrobię się na czem innem; zażył mnie oszust, to prawda, ale ja mu odpłacę! Zresztą klucz Słomnicki w piaskach po większej części, grunta liche, lasy wyniszczone i strata mniejsza, niżeli się zdaje. Nim sekwestr przyjdzie, doreszty smołę wyrobię, wytnę i wysączę, co się tylko da wycisnąć.
— Zawsze... — rzekł rotmistrz, czując potrzebę coś powiedzieć — zawsze... — i zatrzymał się.
— Zawsze żal, bez wątpienia; ale dla mnie to mniej znaczy. Gdybym chciał, wykupiłbym Słomniki: mam trochę grosza.
Rotmistrz zrobił wielkie oczy.
— Znalazłbym kredyt — kończył hrabia.
Rotmistrz jeszcze się więcej wytrzeszczył.
— Ale to lichota, — dokończył Dendera — niema co o tem myśleć.
Sylwanowi lżej się zrobiło, widząc, że ojciec tak lekko traktował klucz ten i swoje nieszczęście; weselszy poszedł na górę, kręcąc wąsa.
Nie będziemy wam malowali sceny przy herbacie, której hrabina przytomna być musiała, choć doprawdy wartaby była odwzorowania dla wiekuistej pamięci. Rotmistrz, jak tylko przyzwoitość dozwoliła, począł się zaraz wybierać do domu, a hrabia jak najczulej wstrzymywał go, zapraszał, żegnał i wsadził nareszcie do nejtyczanki, głośno życząc dobrej nocy. Sam natychmiast wszedł do pokoju hrabiny.
Byli całkiem sami: ona siedziała w kąciku milcząca, on chodził po pokoju zwycięski, pogodny i całkiem pan siebie.
— Nareszcie — rzekł po chwili namysłu — dwudziestokilkoletnia komedja nasza skończyła się.
Hrabina ust nie otworzyła: studjowała położenie swoje i chciała się przygotować do nowej roli.
— Czasby już dać pokój — kończył mąż — tym ryzykownym jesiennym miłostkom; dzieciom to szkodzić może na sławie i mnie nie pomaga. Dotąd, muszę pani przyznać, miałaś wielki takt we wszystkiem, dziwię się, że szerokie ramiona głupiego rotmistrza mogły panią tak dalece obałamucić, żeś zwykłą straciła rozwagę i ostrożność.
— Proszę nie szydzić przynajmniej, hrabio, jeśli nie litość, jeśli nie szacunek...
— Litość i szacunek! Szacuję tylko wysoki jej rozum, lituję się bardzo nad panią; lituję się nawet oddawna, widząc, że pani wiek, ani doświadczenie nie mogą jej powściągnąć od niepotrzebnych rozrywek. Cóż u licha! trzeba sobie przypomnieć metrykę!
— Jest to pierwszy mój błąd... jeśli to błędem nazwać się może...
— Pierwszy czy ostatni, o tem mnie wiedzieć, hrabino — rzekł mąż. — To pewna, że pierwszy odkryty najaw fatalnie; na inne, a wierz mi pani, że je mógłbym policzyć, przez szpary patrzałem...
— Śmiesz to powiedzieć?
— Chceszże pani, bym liczył i dowody składał?
— O! tak się pastwić! to niegodnie!
— Jakbyś się pani gorzej i niegodniej nie pastwiła nade mną. Myślałaśże, iż to choć obojętnego nie boli? Ale wracam do rzeczy. Zawsze sądziłem, że to się przecie kiedyś skończyć musi, ale widzę, że czterdzieści kilka lat nawet nie są rękojmią mojej spokojności.
— Cóżem winna! cóżem winna! upamiętaj się pan! — zawołała hrabina.
— Jakto, pani?
— Tak jest! Powiedz mi, jaka moja wina?
Hrabia osłupiał i na chwilę zamilkł.
— Wina? — rzekł. — Pani nie wiesz jeszcze?
— Mogłażem zabronić mu kochać i oświadczać się?
— A prawda! — ze śmiechem zawołał Dendera. — To ja jeszcze winienem cię przeprosić, nie obwiniać. Wina i niema winy — dodał szydersko. — Jesteś aniołem! cha! cha! — Ale wnet zmienił głos: — Dość, mówię, tych komedyj. Nie jestem i nie byłem nigdy ślepy; musiałem nim być, póki tylko mogłem, ale basta! dosyć! Widziałem wszystko, przebaczałem częściej niż drudzy; nareszcie przebrało się cierpliwości i pobłażania.
— Więc się rozstańmy...
— Ba! jakby to było doskonale, gdyby to być mogło!
— To być musi.
— To być nie może. Dzieci nasze byłyby zgubione i pani z niemi. Żona moja nawet posądzona być nie powinna, a przynajmniej, jeśli ją posądzają, niech to tylko będą posądzenia, niech nikt nie ma prawa powiedzieć: oto dowody. Odtąd więc racz pani słuchać: dość tych młodości powrotów, romansów i intryg, lub... lub... ręczę pani, że źle bardzo skończymy.
— Śmiesz mi grozić!
— Grozić? nie; ale co mówię, to spełnię do joty. Mogłem darować chociażby winnej, lecz upokorzonej, lecz wyznawającej swą winę żonie, bo takie wyznanie dowodzi żalu, każę się spodziewać poprawy; ale nie przebaczę dumnej a występnej. Całą rozmowę pani z rotmistrzem powtórzyć mogę, bom ją doskonale słyszał. Sądzę, że nie mniej piękne co do stylu i treści były jej ciche szepty wieczorne z panem Hermanem, z panem Juljanem, z panem...
Hrabina dostała gwałtownych spazmów i padła na kanapę bezprzytomna; hrabia bryznął jej na twarz kilka kropel wody, otrzeźwił, a gdy powoli oprzytomniała, dodał bardzo zimno:
— W oczach ludzi i dla świata będziemy, czem byliśmy: bardzo a bardzo kochającem się małżeństwem, bo świat o niczem wiedzieć nie powinien. C’est de rigueur. Zresztą będziemy dla siebie odtąd obojętni i obcy jak starzy znajomi, co już tajemnic nie mają. Dobranoc pani. Jeślibyś chciała odjechać do siebie, — dodał, zawracając się ode drzwi — wolno; ale nie zaraz; musimy wprzód naprawić złe, jakie uczynić może rozgłos o konfiskacie, odżywić mój kredyt, zamknąć usta nieprzyjaciołom... potem... nie mówię... Samodoły są na jej usługi.
Ukłonił się i odszedł.
— A rotmistrz — rzekł, wychodząc z uśmiechem do siebie — nie będzie mi się mógł teraz o swoje 30.000 upominać. Byłaby to z jego strony ogromna niedelikatność, otóż już pierwsza wygrana. Prawdziwie jestem niewdzięczny: czynię wymówki i grożę, gdy powinienbym dziękować. Pierwszy to romans mojej żony, który mi się na coś przydał.



Nadto obchodziła Sylwana przyszłość całej rodziny, żeby łatwo uspokojony miał się już całkiem z nią spuścić na hrabiego ojca. Wprawdzie wypogodzone oblicze starego Dendery i jego zuchwała przeciw pociskom losu postawa wlały już trochę odwagi w syna; ale potrzebował bliżej poznać zamysły ojcowskie i rozmówić się z nim obszernie. Hrabia, odprawiwszy rotmistrza, po krótkiej rozprawie z żoną, pośpieszył do oficyny, gdzie już czekali nań syn i Smoliński, niezmiernie poruszony powrotem niespodzianie prędkim pana, który przygotowania jego do odjazdu mieszał. Zygmunt-August, choć blady, wzruszony i znużony, a dla tych, co go bliżej znali, zburzony, nie okazywał jednak na pierwsze wejrzenie, że go tyle różnych wypadków razem dotknęło tak boleśnie. Miał całą przytomność, całą swą dumę, cały swój zwykły strój i przybór aktorski, z jakim odegrywał rolę życia od początku. Niósł głowę wysoko, dawał rozkazy głośne i gdy ludzie szukali na nim śladów upokorzenia, przybicia, znajdowali podwójną tylko przytomność, siłę i żywość.
Sylwan z cygarem w ustach, wpół leżąc na kanapie, czekał na ojca w jego pokoju; spodziewał się, że z sobą szczerze pomówią i że przypuszczony zostanie do tajemnicy narady o przyszłości.
Wszedł ojciec, rzucił na niego okiem i rzekł tylko:
— Dobrze, żeś przyszedł, hrabio! pomówimy z sobą; lecz wprzód rozbiorę się i fajkę zapalę.
Podzielając zimną krew ojca, syn w milczeniu pozostał na kanapie. Tymczasem Zygmunt-August zrzucał z siebie suknie, uśmiechał się, rojąc coś widocznie i, odprawiwszy sługi, wdziawszy czapeczkę, zapaliwszy fajkę na wspaniałym cybuchu, tak zaczął:
— No! czas pomówić serjo! Jesteś, hrabio, w wieku, w którym nie mam już potrzeby nic kryć przed tobą, nic dla ciebie zmyślać. Powinieneś być moim pomocnikiem, a jako przyszła głowa rodziny, wiedzieć o wszystkiem, co się naszych interesów tyczy. Będziemy więc otwarci.
Sylwan skłonił głową.
— Zabranie nam klucza Słomnickiego jest, mówiąc między nami, wielką klęską, — kończył hrabia — chociaż przed kim innym, prócz ciebie, nie przyznam się do tego, Słomniki, można powiedzieć, były jedynym czystym funduszem naszym i tośmy utracili; na Denderowie mamy długi, które prawie równają się jego wartości; reszta majątku podobnież obciążona. Samodoły, posag twojej matki, z długiem bankowym i deportatami Czeremowej, warte niewiele. Koniec końcem, możemy powiedzieć, że, ściśle się oblikwidowawszy, zostałoby nam, zbiwszy wszystko do kupy, może jakie parę kroć sto tysięcy, co dla nas jest jak nic.
— Bez kwestji, to zupełnie nic! — przerwał Sylwan. — Cóż więc w takim razie poczniemy?
— Cała rzecz nie tracić głowy — mówił stary hrabia — i nie wątpić o sobie; nie mogę w pierwszej chwili zapobiec, by przestrach nie ogarnął wierzycieli, ale tymczasem, qui a terme, ne doit rien; a nim termina nadejdą, musimy zmienić ten stan rzeczy.
— Jakim sposobem? — spytał Sylwan.
Hrabia wstrzymał się w pośrodku pokoju i rozśmiał się z niewymownem szyderstwem.
— Trzeba, żebyś wiedział, kochany hrabio, że niema głupszych stworzeń nad ludzi.
Młody uśmiechnął się tylko: gotów był temu wierzyć, wyjmując tylko, jak zwykle, jednego siebie; bo do siebie nikt praw powszechnych nie zwykł stosować.
— Wszyscy przechodzą ciągle od największej nieufności do nieograniczonego zaufania, ze zwątpienia do ślepej wiary, jak istne dzieci; potrzeba tylko umieć nimi pokierować. — Kredyt mój w tej chwili zachwiany; niech tylko ja nie okażę przestrachu, niech wypłacę komu, niech potarguję, niby chcąc kupić, jaką wioseczkę, zobaczą, że się trzymam na nogach, że się nie proszę, nie kłaniam, nie padam: jutro mi płynąć będą szlacheckie pieniądze jak woda. Całą więc tajemnicą — ufność w sobie doostatka i odwaga.
— A dalej?
— Dalej? Manipulacja bardzo prosta, — mówił ojciec — pożyczam od jednego, oddaję drugiemu: proste działanie arytmetyczne; i tak ciągle. Udaję wielkiego spekulanta, mówię o ogromnych zyskach, trzymam się na nogach i kpię z głupców, co mi wierzą.
Czemuż opisać nie możemy miny, postawy i głosu, z jakim aksjoma wyrzeczone zostało! Hrabia istotnie był w tej chwili podziwienia godnym genjuszem.
— Wszystko to dobrze, — rzekł Sylwan — ale oczywiście potrzeba się nam będzie oszczędzać, potrzeba nowy jakiś plan życiu nakreślić.
— A to właśnie byłoby jak największe głupstwo! — żywo odparł stary mentor. — Owszem, przeciwnie, wystawa, przepych, to środki najlepsze. Kto mnie zobaczy nową karetą, świeżym paradnym jadącego cugiem, powie sobie zaraz: „Nie może to być bankrut, patrz, jak żyje!“ Niechże sprzedam choćby parę starych koni, gruchnie zaraz, że się fantujemy. A zatem odważnie, śmiało i dalej!
— Uwielbiam, hrabio, twoją niezachwianą przytomność umysłu; ale czy to się tak uda, jak osnuje?
— Udać się musi!
Hrabia pochodził chwilę i pomyślał.
— Najważniejszym — rzekł — z wierzycieli moich, bo najznaczniejszą ma u mnie sumę, jest stary Kurdesz; tegobym chciał jakoś ugłaskać, bo szlachcic, choć się nisko kłania, ale kuty na cztery nogi.
— Więc to prawda, że ma u nas dwakroć sto tysięcy?
— Tak jest! Potrzeba pomyśleć: i na niego są sposoby. Wszak byłeś w jego domku?
— Parę razy.
— Nawet parę? — spytał ojciec.
Sylwan trochę zmieszany zamilkł; ojciec się rozśmiał.
— Zdaje mi się, że ci tam dziewczyna w oko wpadła. Cha, cha! krew moja, niema nic złego, a nawet może się to na coś przydać. Potrzeba, żebyś tam był znowu, choćby najczęściej...
— Ja? Ale cóż to pomoże?
— Ba! trzeba szlachcica złowić nadzieją ożenienia, jeśli tak prosty, że się nią da złudzić; czasem i te grube środki, właśnie niezgrabnością swą, są najskuteczniejsze.
— Jakto, mój ojcze? Niedobrze rozumiem ciebie.
— Widzę, że mogę z tobą mówić otwarcie. Bywaj u Kurdesza i umizgaj się do jego córki, rozumiesz? Ja niby o tem nic nie wiem. Szlachcic, połaskotany naszem hrabstwem, nie będzie nas prześladował o dług; ja udam ci ślepego, a gdyby przyszło do rzeczy, masz zawsze mnie w odwodzie za sobą; nie pozwolę ci się żenić i kwita!
Sylwan, jakkolwiek zepsuty, uczuł niejaki wstyd z tego rozporządzenia, upokorzony był rolą majaka, którą mu grać kazano; zamilkł, ukośnem wejrzeniem mierząc ojca, który to mówił z tak zimną krwią, z taką flegmą i bezwstydem, jakby rzecz najnaturalniejszą, najuczciwszą w świecie.
— Możesz tam sobie jeździć, — dodał — możesz nawet czasem westchnąć na moją arystokrację i surowość. Rotmistrz będzie sprzyjał otwartym twoim staraniom; a zresztą spuść się na mnie: chodzi tylko o zyskanie czasu. Panienkę moglibyśmy wydać za kogokolwiek, choćby za Wacława; dla niego byłaby to przepyszna partja!
Wyborny ten projekcik tak w dumę wbijał hrabiego, że mu się aż usta uśmiechnęły. Sylwan, użyty za komparsa, trochę był zawstydzony; ale że mu ten środek dawał w ręce sposób pomszczenia się nad szlachtą, która dotąd śmiała mu się opierać, przyjął go ochotnie.
Po tak otwartem wywnętrzeniu, nie było już co mówić dalej, zamilkli chwilę. Hrabia zadzwonił, by zawołano Smolińskiego; zdawało się to odprawą dla Sylwana, który chciał odejść, ale go ojciec zatrzymał.
— Zostań, hrabio, — rzekł — zobaczysz, jak się robią interesa; trzeba, żebyś się z niemi oswajał.
Sylwan więc pozostał na kanapie, a ojciec wyszedł do pierwszego pokoju, usłyszawszy otwierające się drzwi, chód i chrząkanie, odznaczające Smolińskiego.
Smoliński był w niewesołem trochę położeniu, bo go niespodziany powrót hrabiego schwytał na samych przyborach do odjazdu. Jak z walącego się domu wszyscy uciekają, tak i on, widząc zarysowaną ścianę nad sobą, myślał i poczynał się już wynosić. Hrabia przez swoich szpiegów już o tem wiedział; jadąc, stanął przed karczmą za wioską, gdzie, wedle zwyczaju, Żydka arendarza o wszystko, co się działo, wypytał; udał jednak, że nic nie wie. Tak mu na ten raz wypadało.
— A co! dobrywieczór ci, Smoło! — rzekł. — Widzę, nie spodziewałeś się mnie tak rychło?
Smoliński był zakłopotany widocznie: tarł blade uszy, wykręcał sobie palce, mrugał oczyma, tupał nogami; a zdobywszy się wreszcie na uśmiech, rzekł:
— Cóż, JW. grafie! choć nie spodziewaliśmy się, ale radzi jesteśmy. Cóż nam JW. pan przywozi?
— Naprzód, gadaj mi, czy uratowałeś z klucza Słomnickiego, co było można? Ja konfiskatę potrafiłem na trzy miesiące jeszcze odciągnąć.
— Ratujemy, ale to idzie ciężko.
— Nie rozumiem, co to jest ciężko; powinno iść i musi.
Smoliński spojrzał zpodełba. Hrabia stał, jak Jupiter, poważny i dumny.
— Czyż to nam, panie grafie, tak z sobą mówić? Czy to pan nie wie, co się święci?
— A cóż się święci?
— Jużciż nie wyleziem z tej kaszy, choćbyśmy co ze Słomnik i uratowali.
— Z czego nie wyleziem?
— A z biedy.
— Cóż to waćpan myślisz, że dla klucza Słomnickiego ja przepadnę?
Smoliński spojrzał wielkiemi oczyma. Hrabia się uśmiechał z taką pewnością, z takiem zaufaniem w siebie, że choć Smoliński znał go zdawna, uśmiech ten go uwiódł i zniepokoił. Zachwiał się.
— Cóż JW. hrabia myśli?
— Co myślę? Ratować, co można, i po dawnemu iść dalej.
— Którędy? — spytał znowu szydersko rządca.
— To do mnie należy. Wiele masz w gotówce w kasie?
— Po strąceniu mojej należności...
— A to waćpan już naprzód sobie potrącasz?
— Jestem bardzo potrzebny...
— O tem potem... Wiele jest pieniędzy w kasie?
— Prawdziwie, nie obliczałem się...
— To może ja waćpanu powiem, ile być powinno?
Smoliński rozgniewał się i ruszył ramionami.
— Co to, panie hrabio, daremnie wodę warzyć? Choćby i było co w kasie, cóż to w proporcję interesów? Mam jeszcze półtora tysiąca rubli.
— Co wziąłeś za drzewo, sprzedane Żydowi z Żytkowa z klucza Słomnickiego?
— Dali zgórą dwadzieścia tysięcy.
— Dobrze, to już trzydzieści.
— Ale, JW. hrabio, ja jestem bardzo potrzebny; moja należność...
— Waćpan tu pierwszy nie jesteś, spodziewam się — rzekł z wymuszoną grzecznością hrabia. — Nie bój się, nie stracisz. Ja z sobą mam jeszcze 30.000, których mało co nadwerężyłem, bo w Żytkowie nie było co robić i obszedłem się małem, to stanowi około 60.000. Na pierwszy ogień dosyć będzie, a co dalej robić, pomyślimy.
Wtem właśnie, gdy to mówili, hałas się zrobił w przedpokoju, ktoś się dobijał do hrabiego, wadząc ze sługami. Drzwi rozparły się z hałasem i wpadł pan Pęczkowski, cały zdyszany, fioletowy, nieprzytomny. Oczy miał obłąkane, krwią zaszłe; postawa malowała najżywszy niepokój i rozdrażnienie.
— A cóż to za awantura, kochany Pęczkosiu? jak się masz? — zawołał hrabia. — O tej porze! cóż cię tu sprowadza?
Pęczkowski zimno się skłonił.
— Daruje JW. hrabia, że tak niespodzianie wpadam, ale prawdziwie...
— Cóż to ci się stało, kochany Pęczkosiu? — zapytał hrabia uprzejmie, ale dumnie i poważnie.
— Jestem tak nieszczęśliwy, — zawołał skłopotany szlachcic — że muszę, choć nie chciałbym, naprzykrzać się JW. panu, aby taki interes...
— O cóż to chodzi, mój Pęczkowski? — powolnie zapytał gospodarz. — Co to jest?
— Jestem w takich okolicznościach, daruje JW. pan, ale obciążony familją: w pocie czoła zapracowawszy, nie mogę stracić... Moja sumka jest mi koniecznie potrzebna.
— Jaka sumka? cóżto? miałżebyś już chcieć jej nazad? Wszak ledwie kilka tygodni, jakeś mi ją dał i wziął oblig.
— Ja wiem, JW. panie, że to nie termin, ale w takich okolicznościach; miej JW. pan litość nade mną! Dzieci, żona bez chleba! Nie gub mnie!
Zaczął się plątać i bełkotać niezrozumiale, zaklinać, grozić, płakać i prosić.
— Cóż to tak gwałtownie pilnego? — powtórzył hrabia. — A! a! widzę, — dodał, śmiejąc się do rozpuku i biorąc za boki — to zapewne konfiskata Słomnik takiego ci piotra napędziła? Cha, cha!
Nagle przestał się śmiać i gniewny, poważny obrócił się do zdumionego szlachcica.
— Wiedz waćpan, — rzekł — że niczyich pieniędzy nie żądam i nie proszę, a jeżeli czyje biorę, to mu łaskę czynię! Wiele się waćpanu należy?
Spojrzał na Smolińskiego, stojącego u drzwi.
— Zaraz się obliczę — cicho rzekł rządca.
— Proszę natychmiast temu panu wypłacić! — zawołał Dendera dumnie i nakazująco. — Natychmiast, nie odkładając do jutra, w tym momencie! Żegnam waćpana!
To mówiąc, obrócił się obrażony niby, sapiąc i udając gniew ogromny.
Pęczkowski sam nie wiedział, co się z nim działo. Smoliński nie ruszył się z miejsca i mrugał tylko na Pęczkowskiego, to na hrabiego, nierad będąc tej wypłacie.
— Ale niechże się JW. pan nie gniewa — wybąknął szlachcic. — To w pocie czoła zarobione, uciułane, jedyny fundusik moich dziatek...
— Nie wchodzę w nic, — odparł hrabia — nie masz waćpan ufności we mnie, odbierz swoje i idź z Bogiem; ale że i ja nie mam odtąd ufności w panu, więc tę posesyjkę, którą masz ode mnie, proszę zaraz zdać i wynosić się natychmiast!
— JW. panie!
— Ani słowa! Panie Smoliński! proszę mi tu przynieść pieniądze zaraz! Masz pan oblig?
— Mam. Ale, JW. panie!...
— Bez żadnego „ale“! Płacę i żegnam pana, czas zwykły do rumacji daję i bądź zdrów!
Smoliński, jakkolwiek nierad, poszedł po pieniądze i przyniósł je prędko, kasa była naprzeciw. Hrabia odliczył, w milczeniu oddał, odebrał oblig, podarł go w drobne kawałki i rzucił w komin z pogardą.
Szlachcic tak był obałamucony, zgłupiały, kontent i niespokojny razem, że nie mogąc policzyć pieniędzy, bo mu się w oczach kręciło, schwycił je tylko, wpakował do kieszeni, chciał żegnać, ale hrabia stał tyłem do niego, wyszedł więc pocichu.
— Tak się robią interesa, — rzekł Dendera do syna — płacę mu kilkadziesiąt tysięcy, ale jutro dwa i trzy razy tyle mieć będę, gdy zechcę. Nie mógł mi Pan Bóg zesłać pomyślniejszego wypadku nad tego Pęczkowskiego utrapionego. Byle się dowiedziano, żem prosty oblig zapłacił, będą mi dawać wszyscy, będą mnie prosić, żebym sumki zatrzymał.
Zatarł ręce.
— Ślicznie, wybornie, przepysznie mi się z nim udało! Pęczkowski byłby krzyczał wniebogłosy i drugich buntował, zamknąłem mu gębę; musi przyznać, żem mu się nawet bez terminu uiścił. Zobaczysz, jaki to zrobi efekt.
Wszystko u hrabiego obliczało się, niestety! na efekt tylko.
I nie chybiły na ten raz przepowiednie, bo najpierwszy Smoliński, choć lis szczwany, powiedział sobie:
— Ej! panowie, nigdy to nie przepada! Jak koty: zrzucić ich z jakiej chcesz wysokości, zawsze padają na nogi, wstają i lecą. Musi hrabia mieć resursy i nadzieje ukryte! Inaczej zbiłby się z pantałyku, a trzyma się ostro... Nie czas jeszcze uciekać.
Chodziło o uśpienie starego Kurdesza, żeby się swoich dwóchkroć nie upominał. Hrabia miał podejrzenie, że rotmistrz konfederat nietyle już mu wierzy, co dawniej; myślał, jak go ująć sobie i, chcąc użyć za narzędzie Sylwana, postanowił z nim o tem otwarciej jeszcze i dobitniej się rozmówić. Niespokojny był trochę, że mu syn na pierwszą wzmiankę nic nie odpowiedział; postanowił dotrzeć i dowiedzieć się, jakie było usposobienie Sylwana.
Nie bez wahania jednak i trochę wstydu przyszło mu odnowić już raz wszczętą i na niczem spełzłą rozmowę w tak delikatnym przedmiocie; ale potrzeba była gwałtowna!
Zatrzymał się w swej przechadzce po pokoju naprzeciw syna, spojrzał na niego, jakby go badał, czy spełnić potrafi, co mu poleconem będzie, i tak rozpoczął:
— Wiele, wiele zależy mi na tem, żeby się stare Kurdesisko swoich dwóchkroć nie upominało natarczywie. Mógłby rozbudzić innych, powstając przeciwko mnie.
— Ciężko na to poradzić. Prosić?
— Któż prosi? Zlituj się! Naiwny jesteś zbytecznie, mówiłem ci już o sposobie, w jakim użytecznym mi być możesz.
Sylwan milczał.
— Słuchaj tylko uważnie! Wiem, że ci córka jego w oko wpadła.
Na to zapytanie zmieszał się młody hrabia, sądząc, że ojciec wie już o niefortunnych jego umizgach, zarumienił się, ale udając obojętność, odparł:
— Tak sobie, przystojne dziewczę.
— I trochę ci się chce koło niej poskakać?
— A któż to ojcu powiedział? — żywo spytał Sylwan, zawsze w przekonaniu, że hrabia wie o wszystkiem, choć w istocie stary o niczem nie wiedział: zgadywał tylko, a widząc, że mu lepiej szło, niż się spodziewał, udał zaraz doskonale uwiadomionego i podchwycił:
— Kto mówił, to mówił, a to pewna, że ci w oko wpadła: kontent jestem z tego.
Sylwan ruszył ramionami.
— Właśnie mi tego było trzeba.
— Ale cóż to ma do interesu? — oburzony trochę podchwycił syn. — Przecież hrabia nie myślisz mnie dla mizernych dwóchkroć ożenić?
— Uchowaj Boże! co za myśl dzika! Mówiłem ci przed chwilą! Nigdy na to nie pozwolę. Ale ci przecie wielkiej przykrości nie zrobi, gdy się do niej poumizgasz?
— To co innego.
— Umizgajże się, kochaj, zajmuj nią, bywaj, a ja, gdy się zechcesz cofnąć (byleby to się mogło przeciągnąć), w pomoc ci przyjdę. Stary gotów się odurzyć nadzieją ożenienia, szlachta bywa w tym przedmiocie bardzo głupia, są przykłady; nie zechce mnie rozjątrzać procesem i ze swoim długiem cicho siedzieć będzie. Wypatrzywszy porę, przyjdę rozgniewany, jakbym się dopiero o wszystkiem dowiedział i, oburzony, rozkażę ci zerwać stosunki.
Tę nową lekcję fałszu wypowiedział hrabia z niewypowiedzianą bezczelnością, tak że Sylwanowi, choć zepsutemu wcześnie, twarz krwią się oblała. Obrażony myślą, że go za narzędzie tylko używano, chciał się opierać zrazu, ale namiętność i próżność szeptały w drugie ucho: posłuchaj! Trudna była odpowiedź ojcu na tak jawną radę spodlenia i Sylwan uznał za potrzebne choć dla formy się sprzeciwić.
— Hrabio! — rzekł — toby była nikczemność z mojej strony.
— Nikczemność! słowo! wpadasz w liryzm niepotrzebny. Zważ waćpan, o co tu chodzi: zyskujemy na czasie i ratujemy się od zguby. Zresztą nie radzę panu uwodzić: byłoby to podłością; chcę tylko, byś się poumizgał, nastręczył mu myśl ożenienia, nic więcej. Jeździć możesz do Wulki często, staraj się poprzyjaźnić ze starym, rzuć czasem okiem na córkę: o to tylko cię proszę. Nie przesadzaj gorliwością, bobyś popsuł interes; a w ostatnim razie mamy Wacława na podstawkę.
— A jeśli mi drzwi zamkną przed nosem? — spytał Sylwan, pamiętny ostatniej bytności.
— To być nie może.
— Toby być mogło.
— Nie! nie! Znam ludzi. Kurdesz ma pretensje do rodowitości, do koligacyj, nie osądzi się sam niższym od nas, mogąc dać córce około trzechkroć posagu: myśli pewnie, żeśmy prawie równi... Ładny to grosz trzykroć!
— Spodziewam się, że hrabia nie taksujesz mnie tak tanio.
— Z twojem imieniem, postawą, wychowaniem i główką, kochany Sylwku, — pieszcząco odpowiedział ojciec — powinienbyś wziąć najmniej dwa miljony; ale to później... Nim wyszukamy dla ciebie dziedziczki, któraby Denderów oczyścić mogła, uśpij tego Cerbera Kurdesza.
— Ha! spróbuję! — wybąknął, spuszczając oczy, Sylwek. — Ale za powodzenie nie ręczę.
— Ja ręczę ci za nie! — wesoło rzekł ojciec. — Tymczasem dla pomieszania szyków złym językom w sąsiedztwie i pokazania im, że jeszcze nie ginę, jakby radzi sądzić, za tydzień przypadające urodziny twojej matki obchodzić będę hucznie: spraszam sąsiadów i krewnych, bal daję, jakiego w Denderowie nie widziano, oświecam ogród, sprawiam fajerwerk; z cukrami przyjedzie Dobrzyjałowski. Niech się ze złości i zazdrości popękają!
— To dobrze pomyślano! — rzekł Sylwan. — Doskonale!
Dendera zajaśniał, uśmiechnął się, zatarł dłonie.
— Ho! ho! — rzekł — damy sobie rady.



W Wulce spokojnie płynęło życie: tu dzień dniowi, godzina godzinie były rodzonemi siostrami. Nieznaczne w nich zmiany pochodziły z pór roku, z zajęć gospodarskich, z uroczystych świąt obchodów i z nieczęstych zetknień z zewnętrznym światem. Każdy z mniej zwykłych wypadków stanowił epokę pamiętną; zresztą o jednych godzinach niezmiennie wracały zajęcia jednakie. Są ludzie, których podobne życie utrudza, nieszczęśliwi, którym potrzeba szału, wrzawy, zamętu, by o sobie, o jutrze i doli zapomnieli. Wcale inne uczucie panowało tutejszym mieszkańcom, im nic świat zewnętrzny dać nie mógł, a wiele odbierał. Rotmistrz, obcy wśród dzisiejszych ludzi, doznawał więcej podziwienia, przykrości od nich, niżeli przyjemności w ich społeczeństwie; mimowolnie śmiał się z nowego pokolenia i niecierpliwił niem, jak ono śmiało się i niecierpliwiło na widok starca, szczątku innego wieku, zabytku innych przekonań i myśli. Wyobrażenia jego tłukły się o ich pojęcia i nazad do serca wracały zranione.
Frania tak była przywykła do Wulki i jej dni spokojnie ciekących, jak piasek w starej klepsydrze, że niebardzo pożądała czego więcej. Od czasu pierwszych odwiedzin Sylwana, myśl jej często wracała ku niemu, ale jej serce nie biło; więcej w tem było niespokojnej nadziei życia, niżeli wyłącznego uczucia. Rada mu była, jak radaby każdemu innemu młodemu człowiekowi, coby jej światek powiększył i rozweselił; ale w dumaniach jej jasnych nie zajmował pierwszego miejsca, we snach nie odwiedzał ją z marzeniem. Zresztą wieś i jej życie, powolnie płynące, dla wtajemniczonych tyle ma powabu, a dusza tak się w tym żywocie spaja z naturą, tyle tu wrażeń, tyle myśli, że się nie tęskni za czem innem, bojąc się to, co jest, utracić. I Frania nie wyrywała się nawet myślami ze szczęśliwego swego kątka.
Oddzielny rodzaj ludzi, co nie zna wioski i tego jej rozkosznego życia, co jak pewne ryb rodzaje, tylko w wartkim potoku żyć umie, trudnoby uwierzył, ile rozkoszy ma w sobie dzień każdy, zdala jednostajny i nudny. Szczęście to, które prostemi bardzo pozyskuje się środkami, które się jednem niczem zaspokaja, całe zależy na tem, że trwa. Trwanie jego stanowi główną cenę. Są żywsze może w życiu przyjemności, są większe rozkosze, ale błyskawicą migają; gdy błogie uczucie wiejskiego spokoju, przerywane tylko tem, co jego wartość podnosi, uszczęśliwia tem, że nie przechodzi. Do takiego cichego szczęścia przywykła była Frania i, choć ponad niem płynęły czasem dumania i złocone nadzieje, górą latały jak obłoki w dniu pogody, nie pociągały one z tego czarodziejskiego kręgu za sobą, ale same weń wchodziły.
Jedna Brzozosia od niejakiego czasu niecierpliwsza była i smutniejsza od innych Wulki mieszkańców; wszystko, co uczynił rotmistrz, zdawało się jej najniedorzeczniejsze w świecie, wzdychała i stękała, narzekając na niego, a to tem bardziej, że Frania nie zdawała się dzielić jej złego humoru i niecierpliwości. Gniewała się na to, co zwała jej obojętnością; hrabia z ust jej nie schodził: kładła nieustannie kabałę na niego, o nim ciągle gwarzyła, śniło się jej nawet, że ją w rękę całował dla miłości Frani, a na jawie nieustannie potrzebowała sobie powtarzać dla pocieszenia się, że, co sądzono, nie minie.
Jednego poobiedzia stała panna Brzozowska z pończoszką w ręku w ganku, gdy, zapatrzywszy się na drogę od Denderowa, ujrzała na niej tuman pyłu. Serce jej mówiło, że to hrabia; ale nie chciała lekko wpaść z oznajmieniem, żeby się z niej nie naśmiewali, jak to się już trafiło, czekała więc, patrzała, aż wreszcie gdy się na zawrocie dowodnie przekonała, iż to był nie kto inny, tylko młody Sylwan, wpadła burzą do Frani.
— A co! a co! otóż jedzie! ubieraj się żywo! Zawsze się ze mnie śmiejecie; widzicie, że co mówię, to nie bez racji. No, wstawajże prędzej i ubieraj się; jedzie, jedzie, zaraz będzie w dziedzińcu!
— Kto?
— A któż ma być! Nie udawaj, proszę, wiesz dobrze kto.
— Naprzód potrzeba oznajmić ojcu.
— Ojciec na stępaku wyjechał w pole do siewaczy, bo to dziś zasiewki; komuż przyjmować, jeżeli nie tobie?
— Bez ojca, ja doprawdy nie wyjdę.
— Otóż masz! nowe głupstwo! czegoż się boisz? jużciż cię nie zje! Doprawdy, ci ludzie zawzięli się, żeby szczęście odpędzić od siebie, kiedy im samo w ręce lezie. O! co teraz, jak Boga mego kocham! więcej już znać i wiedzieć o niczem nie chcę.
— Ale, moja Brzozosiu droga! Kiedy mi ojciec najwyraźniej mówił, że jeśliby bez niego przyjechał, to mu tylko powiedzieć, że ojca niema i nie wychodzić.
— Mówił! mówił! no, to dobrze! — z impetem zawołała Brzozosią. — Ja ci nic już nie radzę, róbcie sobie, co chcecie.
I wybiegła Brzozosia szybko w ganek, żeby choć kilku słowy tę nowinę zwiastować hrabiemu w taki sposób, aby go niebardzo zraziła; ale na progu ujrzała, że w nejtyczance Sylwana siedział rotmistrz, a stępak jego biegł sobie ztyłu za bryczką.
— To co innego! — zawołała i pobiegła nazad do Frani.
— Otóż i ojciec jest, chwała Bogu! — krzyknęła, wpadając i stukając drzwiami. — Ja ci suknie przygotuję, ubieraj się, niema wymówki.
— Jest ojciec? — spytała niespokojnie Frania.
— Jest, jest, jest i z nim razem przyjechał!
W tej chwili wysiedli gość i gospodarz, a stary szlachcic, wprowadziwszy hrabiego do pierwszej izby, mrugnął na Brzozosię, żeby go chwilę tu zabawiła, a sam poszedł do córki.
— Moja Franko, — rzekł, całując ją w czoło — miejmy rozum, a Pan Bóg da szczęście; przyplątało się do nas hrabiątko. Proszę cię, choćby to ci miało być i przykre, jeszcze dziś tylko do niego nie wychodź, ja jegomości pobawię. Jeśli ma istotnie intencje uczciwie, no! to mi o tem powinien powiedzieć otwarcie, jeśli nie, pocóż ty się masz bałamucić i o nas wszystkich dawać mu lekkie wyobrażenie.
— Jak ojciec każę.
— Przepraszam cię, moje dziecko, przepraszam; w twoim wieku z ciekawości i trochy zabawy, to zawsze wielka ofiara; ale jakże nie mam myśleć, że to są tylko pańskie sztuczki! Winni mi są dwakroć sto tysięcy, fortuna ich zakompromitowana, chcą mnie może złudzić, bym się niebardzo o swoje dopominał. Wszystko mi mówi, że to z ich strony jakaś tylko rachuba. Wytrzymujmy... Albo, wiesz co, Franiu, — dodał stary, zwracając się ode drzwi — wynijdź chwilę do podwieczorku, zabaw niedługo, mów niewiele i wróć rychło do siebie.
Frania w milczeniu przyjęła radę ojca, który ją uścisnął czule i odszedł śpiesznie.
Przypadła zaraz uwolniona z posterunku Brzozosia, jaśniejąca weselem i zdyszana od wielkiej radości.
— Widziałam go, gadałam z nim — szybko mówić poczęła, drepcząc po pokoiku. — Ubierajże się. Piękny, śliczny, grzeczny i pytał się o ciebie. Otóż to kawaler, co się zowie, nie taki jak te nasze szlachetki; koło niego pachnie, jakbyś usiadła w kanuprowym krzaku. Jak wyjął chustkę od nosa, mało nie padłam, taki się rozszedł zapach; a buty jak zwierciadło... i śliczny chłopiec; ubierajże się i wychodź prędzej.
— Ja wyjdę dopiero do podwieczorku — odpowiedziała Frania pocichu.
— At, już znowu coś nowego! No! widzę już tu był stary i swoje podszepnął. Kara Boża! Bardzo coś wyciągacie na cienko i smażycie. Ojciec niewiele na tem zna się, powinienby się kobiet poradzić. Ale niech sobie robi, co chce: ja od wszystkiego umywam ręce! Jednak — dodała po chwili — ubierałabyś się, Franiu.
— Będę miała dosyć czasu włosy przyczesać.
— I nie włożysz nowej jedwabnej sukni?
— Nie, Brzozosiu kochana; wszakżeś sama mówiła, że mi w tej dobrze.
— Tobie, moje serce, we wszystkiem dobrze. Ale zresztą róbcie, co chcecie, róbcie, co się wam podoba. Ja się do niczego nie mieszam, bo co poradzę, to się wam nie podoba... Jak sobie chcecie...
I siadła na kuferku, ciężko wzdychając.
Tymczasem w pokoju stary rotmistrz bawił, jak mógł, dykteryjkami Sylwana, który nic już o swej klaczy nie mówiąc, spytał parę razy o pannę; za co odebrał tylko pokorne podziękowanie i kręcił się jak oparzony, nie widząc jej dotąd wchodzącej, jak się spodziewał.
Niełatwo im obu przyszło z sobą przebyć dobrą godzinę do podwieczorku; wówczas dopiero przyszła Frania z wesołością sobie właściwą i prostotą ujmującą spełniać obowiązek gospodyni.
Sylwan rzucił się do niej z wyraźnem nadskakiwaniem i grzecznością przesadną, na której widok szlachcic tylko wąsa pokręcał; Brzozowska uśmiechała się z radości. Nie przeszkadzał bynajmniej rotmistrz bliższemu poznajomieniu się młodych ludzi, ale miał ich na oku, a gdy podwieczorek sprzątniono, a Frania się wysunęła dość prędko, pozostawszy sam na sam z Sylwanem, poprawił białego codziennego paska, pomuskał czuprynę i, namyśliwszy się wprzódy, tak rzecz ze staroświecka rozpoczął:
— Wielki mi honor czynią odwiedziny JW. grafa, — rzekł poważnie — ale to nieszczęście, że między niższym a wyższym, zwłaszcza w takich kondycjach, w jakich my jesteśmy, kondycjach wieku, humoru, wychowania, ludzie różnie sądzić mogą o łaskawych względach JW. grafa dla mnie.
Sylwan tak się zmieszał na to dictum acerbum, że języka w gębie zapomniał i dał szlachcicowi ciągnąć dalej.
— JW. graf daruje staropolskiej otwartości, że się tak wyrażam bez ogródki: clara pacta, claros faciunt amicos, czy jak tam. Daruj, JW. grafie, ale mając jak ja jedynaczkę córkę, gdy kto młody w domu moim częściej gościć poczyna, muszę volens nolens penetrować jego intencje.
Sylwan, odzyskawszy przytomność, począł się uśmiechać.
— Może to być bardzo, że JW. graf ani myślałeś na nią rzucić okiem, — kończył stary — bo to dla niego przedmiot za niski, ale ludzie gadaćby mogli.
— A! zmiłuj się, panie rotmistrzu, cóżby mogli mówić?
— Są złe języki, panie hrabio; daruj mi więc, że dla wylucydowania stosunku naszego, spytać się czuję obowiązany, czy istotnie winienem honor posiadania go w tej chatce łaskawym względom na moją ubogą starość, czy też...
Sylwan, przyparty do ściany, chciał się zręcznie wywinąć i odparł:
— Ale, panie rotmistrzu, może właśnie chciałbym bliżej poznać godną córkę pańską, a z bliższego dopiero poznania może wyniknąć myśl...
— Panie hrabio, — podchwycił nielitościwy szlachcic — ta myśl, jak już wyniknie, może się razem nawinąć i pannie Franciszce; dziewczętom się łatwo głowy zawracają, a gdy z tej myśli nic być nigdy nie może...
— Dlaczego? — spytał Sylwan nieśmiało.
— Jużciż choć z antenatów dobry szlachcic, choć koligacjami uczciwemi, ba! i z krwią królewską się szczycim, nietylko cum ducali familia niejednych w Polsce książąt...
Sylwan uśmiechnął się nieznacznie.
— Ale to wiem, że ubóstwo nasze, wychowanie, podupadnienie familji stawia nas daleko niżej państwa hrabiów. Nie pochlebiam sobie, by jego familja pozwolić kiedy mogła.
Spojrzał w oczy Sylwanowi, który zagryzł usta.
— Ja sądzę...
— Ale pan hrabia nie mówiłeś o swoich u nas odwiedzinach szanownemu ojcu?
— Wyznaję, że nie widziałem potrzeby. Mój ojciec szczęście nas wszystkich ma na pierwszym celu.
— Właśnież to bieda, że szczęście każdy sobie inaczej pojmuje, — przerwał znowu Kurdesz — a ja, nimbym zaszczytną dla mnie frekwentację chaty mej winien był łasce jego dla córki mojej, radbym wprzódy wiedział...
Sylwan, zniecierpliwiony doostatka, czerwienił się, darł rękawiczki, nie wiedział co odpowiedzieć, gniewał się, że znów został zwyciężony; nareszcie, postanowiwszy ile możności zbywać starego milczeniem, wymówił tylko słów kilka niezrozumiałych, zakręcił się i pożegnał go.
Wprawdzie tak to wszystko burzyło go i jątrzyło, że rad był szlachcica wyłajać potężnie i zerwać z nim na wieki wieków; ale interes ojca, piękne oczy Frani i nadzieja wybrnienia z tych zasadzek zbytniej ostrożności wstrzymywały go na brzegu.
— Ha! — rzekł, siadając do nejtyczanki — stary lis szczwany! niech go wszyscy djabli wezmą! kroku mi nie da zrobić, przecież go zjeść muszę. Odpowiedziałem mu naostatku ni to, ni owo, niby dając do zrozumienia, że mój ojciec wie o wszystkiem i na wszystko pozwolić może; powinien się uspokoić.
Istotnie w ganku już zebrał się Sylwan na tych kilka słów, które Kurdesz ważył potem i rozważał.
— Mój ojciec jest wyrozumiały, znam go; ludzie niesłusznie posądzają go o dumę. Gdybym miał myśl stanowczą uczynienia ważnego kroku w życiu, jestem pewny, że aniby chciał, aniby mógł mi być przeciwny.
Długo medytował pan Kurdesz nad temi kilku słowy i znalazł je, strutynowawszy, wiatrem podszyte i niezaspokajające.
— Stare wróble na plewę się nie łapią! — rzekł, siadając w ganku. — To są blichtry tylko. Panicz nie z tego gatunku, coby to bardzo mógł się pokochać, z oczu mu patrzy, że szaławiła być musi, a serca nie ma za grosz. Nie myślę Frani ryzykować dla imaginowanego hrabstwa. Dosyć wyraźnie mi się wyspowiadał; zobaczym, co dalej będzie.
Jakoż spokojnie w Wulce siedząc, ale pilnując domu nieodstępnie, by na wypadek przybycia gościa znajdował się zawsze, rotmistrz w zadumie i milczeniu spędził tydzionek. Wkońcu tygodnia Sylwan przybył znowu: przyjęty grzecznie, Frania do niego wyszła, i trochę swobodniej przebyli z sobą godzinę. Gdy we dwa dni Sylwan przyjechał jeszcze i intencje jego zbyt były wyraźne, by je sobie podwójnie tłumaczyć można, jednego poranku Kurdesz, ogoliwszy głowę i brodę, ubrawszy się w nowe suknie, przypasawszy szablę, wydobywszy z kufra aksamitną od wielkiego dzwonu konfederatkę i buty czerwone kurdybanowe, kazał zaprząc cztery konie gniade do zielonej bryki na resorach.
Że to był dzień powszedni, nigdzie imienin w sąsiedztwie, nigdzie zjazdu i odpustu (bo o tych nikt lepiej na palcach nad Brzozowską nie wiedział), wielkie było podziwienie, dziwne w domu domysły. Brzozosia nadewszystko się niepokoiła, chcąc dojść, dokąd rotmistrz wyjeżdża; ale nikt o tem nie wiedział. Kurdesz stał już ubrany w ganku, konie były zaprzężone, a żywa dusza nie domyślała się, poco i dokąd ma jechać.
Córka nie śmiała go pytać, widząc, że nierad jej o tem mówić; tem mniej ludzie. Brzozosia zachodziła go różnie, ale napróżno. Śmiał się tylko sucho, choć bez ochoty do śmiechu, odpowiadając:
— O! jaka ciekawa! ot! jadę do miasteczka do sądu.
— W czerwonych butach! przy szabli! i bez faseczki bigosu!
— Mam być u marszałka.
— U marszałka pan bywa i w siwej kapocie.
Zbijany z wykrętów rotmistrz uśmiechnął się tylko i, okrywszy się płóciennym kitlem od pyłu, wziąwszy na drogę kapelusz słomiany, ruszył od ganku, pocałowawszy Franię w głowę.
— Kiedyż powrócisz, ojcze? — spytała go.
— Zapewne dzisiaj, moje dziecko.
Zostawiwszy wszystkich, a nadewszystko Brzozosię, w paroksyzmie rozdrażnionej ciekawości, odjechał stary, jak się łatwo każdy domyśli, do Denderowa.
Przybycie jego, gdy o niem znać dano, zmieszało hrabiego; myślał, że chodzi o pieniądze i wyszedł naprzeciw rotmistrza z serdecznością zwyczajną, unguibus et rostro, to jest, rękoma i usty go witając, choć widocznie skłopotany.
— A! szanownego! kochanego! drogiego naszego rotmistrza! — zawołał. — Sto lat, jakeśmy się nie widzieli; niełaskaw jesteś na nas!
— JW. grafie! — rzekł, schylając się do kolan, szlachcic — zwyczajnie, wieśniak roli pilnuję, trudno czas tracić; a gospodarka, zazdrośna żona, trzyma za poły.
— Panbyś już powinien cokolwiek spocząć, kochany rotmistrzu...
— Póki siły służą siako-tako, czemu nie pracować, JW. panie?
Uściskawszy Kurdesza, udając wielce wesołego, kazawszy co najrychlej podawać śniadanie, hrabia nie bez wewnętrznego niepokoju posadził go przy sobie na kanapie. Kurdesz przysiadł się tylko na rożku, a pomówiwszy trochę o pogodzie i o siejbie, wstał i, pokłoniwszy się, tak począł ex abrupto:
— JW. graf pozwoli z sobą pomówić trochę na osobności...
Pobladł hrabia, uścisnął powtóre i po trzecie szlachcica i, śmiejąc się, choć drżał i gniewał się, rzekł szybko:
— Całem sercem! Co każesz, rotmistrzu?
— Delikatny interes mnie tu sprowadza, — rzekł stary — proszę zawczasu o przebaczenie, że muszę może niezbyt przyjemną wyłuszczyć mu prośbę.
— Ani chybi, o pieniądze! — bledniejąc, mówił w duchu Dendera.
— Nietajna to zapewne JW. panu, — kończył Kurdesz — że mam jedynaczkę córkę, skarb mój, skarb jedyny, jaki mi po śmierci ś. p. małżonki mojej pozostał. Jest to pociecha i przyszła podpora starości mojej i lekko, co się jej tyczy, co ją obchodzić może, brać nie umiem. Jestem uczciwym człowiekiem i nic, nawet wysokich zaszczytów i szczęścia, nie pragnę nabywać podejściem. Od niejakiego czasu syn JW. pana począł do domku mojego uczęszczać, tak że wątpliwości nie ulega, iż rzucił okiem na dziecko moje. Z obowiązku ojca, równie dla JW. pana jak dla siebie, widzę koniecznem o tem mu oznajmić. Nie zdaje mi się, byś JW. pan pozwolił na związek nierówny i nie pochlebiam sobie...
Tu hrabia przerwał mu wybuchem czułości, bo nie wiedział, co począć zażyty z mańki; a choć gniew uczuł okrutny, że mu przezorność szlachcica wszystkie pomieszała szyki, udał przejęcie i wdzięczność największą, a kręcił się jak w ukropie. Rad był, że dotąd o pieniądzach nie wspomniał i bał się, by do tego zkolei nie przyszło.
— Ale kochany rotmistrzu! — zawołał — dziękuję ci, dziękuję serdecznie, boć syn mój istotnie za młody i, bez obrazy twej, nie myślę, by chciał tak rychło świat sobie zawiązywać.
— Właśnie i ja tak sądziłem i dlatego proszę, byś go JW. pan perswazją ojcowską wstrzymał; może się zawiązać przyjaźń, może to być dla obojga powodem utrapienia, trzeba tego uniknąć. Moja rada, — dodał szlachcic — byś JW. pan wyprawił gdzie młodego, zapomniałby trochę.
Nie potrafimy opisać, jak dalece uczuł hrabia, że ktoś prostą, otwartą poczciwością zwyciężył jego tak przebiegle obrachowane zasadzki; ale musiał nadrobić miną i udawać wdzięcznego. Szlachcic zresztą nic nie wspomniał o swoim kapitale: to także poczynało w inny sposób niepokoić Denderę; grzeczny był, nadskakujący, słodki i kłamał o swych interesach, by je przy zdarzonej okoliczności w jak najświetniejszych barwach wystawić. Słowa jednak nie wyciągnął z rotmistrza, który w rzeczy pieniędzy uparcie milczał.
Nareszcie zniecierpliwiony hrabia, choć z niemałym strachem, musiał ten drażliwy przedmiot zaczepić.
— Pan wie, interesa, jakkolwiek dzięki Bogu jestem o nie spokojny, ale zawsze potrzebują wczesnego zregulowania; muszę wiedzieć wprzódy, jak się układać, co też pan rotmistrz myślisz ze swym kapitałem?
— Jeszcze to daleko do terminu — rzekł enigmatycznie Kurdesz.
— Tak, ale jakie są intencje pańskie?
— Moim zamiarem jest kupić ziemię.
— Więc pan zapotrzebuje swego kapitału? — chmurno spytał hrabia.
— W terminie będę o niego prosił.
— A bardzo dobrze! bardzo dobrze! — odparł Dendera dumnie i chłodno, ale nadzwyczaj dotknięty. — Cóż to, jeśli wolno spytać, powoduje do tego?
— A cóż, JW. panie! człek się starzeje, kto wie, wiele życia zostało: radbym dziecku jasny i spokojny fundusz zostawić.
— Ani słowa, ale ziemia?
— Ziemia to taki zawsze coś — rzekł rotmistrz — i przyznam się JW. panu, że dla dziewczyny mojej lepiej, gdy się jej fundusik jasno pokaże. Może Bóg da wydać ją zamąż, to się wioska kupiona odda posagiem, a ja sobie dokawęczę na Wulce.
Nie było co na to odpowiedzieć.
— Pan nie boisz się kupna, kłopotów, zagospodarowania nowego i tak wysoko podniesionej ceny majątków?
— Jużto jak Bóg da; ale moje projekta są dawno obmyślane i niewzruszone.
Hrabia, żeby nie miał pozoru popierania swej sprawy, musiał zamilknąć i odwieść rozmowę; a nie chcąc okazać, jak był udręczony podwójnem wyznaniem rotmistrza, udawał i humor wyśmienity, i pańską obojętność na te drobnostki. Szlachcic trzymał się jak zwykle zdaleka, pokornie, z uszanowaniem, ciągle niezmiernie grzeczny, uniżony, na oko pełen wiary w to wszystko, co JW. pan powiedzieć raczył, jednak na żadną wędkę jakoś ułowić się nie dawał.
Dendera próbował różnych sposobów, ale wreszcie znudzony i zmęczony, gdy rotmistrz brał za konfederatkę, nie poprosił go już nawet na obiad i pożegnał zamyślony.
— A zatem moja prośba zostanie w pamięci JW. pana? — rzekł na odjezdnem Kurdesz.
— Co się tyczy Sylwana?
— Tak jest, JW. panie! Lepiejby go dokąd wyprawić, bo ja dla spokoju mojej Frani musiałbym, choć z żalem, kontuzją, uchodzić bodaj z własnego domu. Darujesz mi JW. pan, ale każdemu spokój drogi.
— Naturalnie, naturalnie, panie rotmistrzu!
I tak się rozstali.



Wszystkie śliczne projekta spełzły na niczem. Sylwan, zawołany natychmiast, wszedł do ojca ze swemi chartami na smyczy, bo się wybierał na polowanie i z polowania zajechać miał do Wulki. Nic nie wiedział o przybyciu rotmistrza, ani się domyślał tych odwiedzin; ale po fizjognomji ojca postrzegł, że się dowie coś nieprzyjemnego.
Hrabia, nie widząc potrzeby udawania, jak z krzyża zdjęty, siedział z obwisłą głową i brwią namarszczoną, blady, ponury, gniewny.
— Ślicznie się nam udaje! — rzekł do syna.
— Cóż to, hrabio?
— Wiesz, kto był u mnie przed chwilą?
— Nie, nie wiem nawet, czy był kto.
— Zgadnij!
— O! to napróżno! Całkiem nie umiem zgadywać.
— Więc poprostu ci powiem: stary Kurdesz.
— Z czem? — spytał Sylwan ciekawie.
— Z bardzo naturalną zresztą kwestją: czy ci pozwolę z jego córką się ożenić.
— On! — pochwycił Sylwan. — Oszalał, czy co! On śmiał!
— Najprzytomniej w świecie, poprostu i niezmiernie grzecznie przestrzegł mnie, że u niego bywasz...
— Cóżeś mu, hrabio, odpowiedział?
— Ba! naturalnie, że bywać zakażę.
— Tak! — rozśmiał się kwaśno Sylwan.
— A jakże mogłem inaczej?
Syn postał chwilę, pomyślał i, odtrącając od siebie psa ze złością, zawołał:
— Warjat stary! Co u tej szlachty w głowie? Patrzajcie go, jaki troskliwy o swój honor, jakgdyby to miało honor! Jakiś tam szerepetka, pan Kurdesz! cha! cha!...
— Muszę mu oddać sprawiedliwość, — rzekł stary hrabia — że choć wcale niepozorny, a niezmiernie sprytny; w dodatku przywiózł i mnie przysmaczek, bo żąda kapitału.
— O! to gorzej! — zaśmiał się szydersko Sylwan. — Co mi tam jego córka! — dodał, szydząc ciągle z wewnętrznym gniewem. — Gąska! głupia gąska! cielątko!... Wielkie mi szczęście córka pana Kurdesza! wielka osobliwość! Powinienby się mieć za szczęśliwego!...
Dendera spojrzał na syna.
— Cóż dalej będzie? — spytał.
— Co? Na złość temu szerepetce widywać ją będę.
— Rób sobie, co chcesz, ale teraz zgóry ci powiadam, że to już będzie bez mojej woli i wiedzy; patrz, żebyś się w brzydką nie wplątał intrygę.
Sylwan ruszył ramionami, rozśmiał się pogardliwie, świsnął na psy i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Kto wie, jak upokorzenie boli dumnych, niech porachuje, co cierpiał.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ.






POWIEŚCI O DAWNYM OBYCZAJU — Tom II


J. I. KRASZEWSKI
KOMEDJANCI
CZĘŚĆ II


WYDAWNICTWO M. ARCTA W WARSZAWIE







Oderwijmy się na chwilę od Denderów, a przenieśmy się z Wacławem na tenże świat komedjantów, ale w inną jego stronę. Wyjechał nasz sierota z Denderowa, spodziewając się zastać w mieście opiekuna swego, hrabiego; jakoż zjechali się tutaj, ale hrabia tak był zajęty zagrożonym kluczem swoim, konfiskatą i wszystkiemi jej dla siebie następstwy, że, ledwie kilku słowami przywitawszy Wacława, obojętnie go odprawił.
— Mówiłem już o tobie kilku znajomym, masz w ręku sposób do życia, masz niezaprzeczony talent, idź teraz i pracuj. Życzę ci jednak najszczęśliwszego pokierowania.
Wacław wynurzył mu swoją wdzięczność gorąco, prawie ze łzami, ale wyrazy jego dziwne jakoś na hrabi zrobiły wrażenie: zdawały się go kąsać jak wymówki, poczerwieniał, pobladł, obłąkanem okiem powiódł dokoła i przerwał szybko:
— Dość tego! proszę, dość! niech ci Pan Bóg szczęści. A oto — dodał — na początek grosza trochę, żegnam cię, panie Wacławie, żegnam!
I tak kilka razy powtórzył dobitnie to „żegnam“, że młody człowiek, mimo rozczulenia, domyślił się wreszcie, iż chce się go pozbyć i, z nieoschłemi łzami, z niepokojem w duszy, oddalił się. Ostatnie węzły, co go z kimkolwiek jeszcze łączyły na świecie, pękały; pozostał teraz sam, najzupełniej sam, a myśl, że nie było istoty, coby się już nim zajmowała, któraby go szukała okiem i przypomnieniem, coby go aniołom stróżom cichą polecała modlitwą, nowe łzy wycisnęła mu z oczu. Poszedł ulicą, nie wiedząc dokąd, i nieprzytomny zbliżył się tak aż do brzegów pięknej rzeki, która pod Żytkowem płynie.
Tu usiadł znużony, gotując się do nowego życia, chcąc plan jego nakreślić, a nie umiejąc się zebrać jeszcze na krew zimną i dłuższy ciąg myśli. Siedział tak nieruchomie, patrząc na wodę płynącą, na otaczające ją urwiska skaliste, dumając urywanemi marzeniami, nie śmiejąc spojrzeć na jutro, nie wiedząc, co zrobić z sobą i późnym dopiero wieczorem powrócił do skromnego mieszkania, które sobie był najął na oddalonej i cichej uliczce. Trochę zapasu wystarczało mu ledwie na najęcie fortepianu, tuzinkowego klepadła, i wyżycie ubogie do czasu, w którym o swych siłach stanąć się spodziewał. Zdawało mu się, że skromne mając żądania, że niewiele rojąc, pragnąc tylko doskonalić się i skromnie utrzymać życie, łatwo zaspokojony zostanie.
Trzeba się jednak było dać poznać i w tem największą przewidywał trudność. W każdem mieście są jacy tacy dyletanci, do nich trafiając, zdawało mu się, że pójdzie dalej przez nich popchnięty; ale miejscy główni muzyki amatorowie tyle mają do czynienia! Iluż to przyjaciół i znajomych córki i synowie klapią im na fortepianie! Ilu wędrownych Żydków narzuca im po sto biletów koncertowych do rozdania! Ilu wielkich artystów raczy żyć kosztem ich kieszeni i czasu w przejeździe przez miasto! Dyletant, znany i uznany za dyletanta, w ustawicznem jest utrapieniu, nie wiem, jak mu muzyka wostatku nie obmierznie. Znałem kogoś, co lubił pierogi z serem, i tak go wszędzie niemi traktowano, że wkońcu w usta ich już wziąć nie mógł. Toż samo wostatku być musi z lubownikami muzyki, których pod pozorem ich pasji karmią najdziwniejszą strawą, a czasem, Boże odpuść! nawet gamami siedmioletnich bębnów! Listy rekomendacyjne hrabiego do dwóch takich panów, które Wacław odniósł, na niewiele mu się przydały. Pierwszy, zajęty niezmiernie promowaniem własnego syna, który jakoby wielki talent okazywał na fortepianie (bo któż dziś nie gra na nim z talentem?), nie miał czasu dla Wacława i obawiał się go jako współzawodnika: posłyszał granie i zamknął mu drzwi swoje, osądziwszy w duchu, że syn jego zniknie przy tym przybyszu. U drugiego z dyletantów wszyscy w domu byli chorzy, nie godziło mu się w złą godzinę naprzykrzać. Zresztą żywej duszy znajomej nie miał Wacław i z bojaźnią poglądać poczynał na wypróżniający się zapasik.
Pozostawała mu pociecha w muzyce, a czas upływał szybko na przechadzkach, graniu, kompozycji i rozważaniu dzieł mistrzów, które całemi godzinami mógł przepatrywać w magazynie pana Gr. Ale trzeba było coś począć wreszcie, chodziło o to jak? Wacław całkiem nie wiedział. Proszony, by zagrał, kilka razy, dał się namówić do spróbowania wiedeńskich piano Gr., którego miał szczęście oczarować. Kilka osób wchodzących i wychodzących z magazynu było przytomnych, zatrzymali się i słuchali. Pan Gr., znawca i sam muzyk, spytał go nareszcie:
— Czemu pan nie dasz koncertu?
Wacław uśmiechnął się i zmilczał. Nietrudno było domyślić się przyczyny.
Jednego wieczora, gdy sam na sam byli z właścicielem magazynu, młody muzyk szczerze mu odkrył położenie swoje.
— Radbym się dać poznać, znalazłbym może jakie lekcje w mieście, ale pan wiesz, że koncert drogo kosztuje, a niewiadomo, co przyniesie. Najęcie sali, zapłacenie orkiestry, światło, afisze, usługa, wszystko to znacznych wyciąga nakładów, a kto wie, czy się nawet powrócą?
— Nadto pan masz złe wyobrażenie o naszem miasteczku — rzekł pan Gr. — Spróbuj, ja ręczę, że się uda; za drugi, trzeci, czwarty nie założyłbym się, ale za pierwszy ofiaruję koszta ponieść, wrócisz mi je pan potem. Pozwól tylko przestrzec się, że nie potrzeba pisać w afiszu, skąd przybywasz, lepiej niech się domyślają, że zdaleka; reguła ogólna: im z dalszego świata kto przyjeżdża do nas, tem lepiej przyjęty; powtóre, cenę biletu położyć potrzeba wysoką, nadzwyczajną. Ja bilety w magazynie moim rozprzedawać obowiązuję się.
— Ależ wysoka cena ich odstręczy!
— Bynajmniej! Jest to stary, fałszywy bardzo przesąd. Pierwszy, co dotknął tego przestarzałego a fałszywego wyobrażenia i dał nam wszystkim piękny przykład, był berdyczowski S....l. Doszedł on, że towar im droższy, tem pochopniejszy, więcej sprawia pokusy i przyjemności kupującym: raz, że w istocie dobry, powtóre, że się ceną jego miłość własna chwalić może. Ja idę w jego ślady i nieźle mi z tem wcale. Tak we wszystkiem, za co się drogo płaci, w tem się szuka czegoś odpowiadającego cenie. Bądź co bądź zresztą, spuść się pan na moje doświadczenie.
Wacław zamilkł.
— Ale co straszniejsza, — rzekł — to wybór sztuk koncertowych; bo proszę pana, jak dogodzić tak licznym domaganiom różnego rodzaju słuchaczy?
— O, na to jest pewna formuła — odparł, uśmiechając się, pan Gr. — Reguła niemylna prawie i uświęcona zwyczajem: 1. Uwertura, rozumie się. 2. Coś bardzo trudnego, bo trudne podoba się nieznawcom, co za znawców uchodzić pragną. 3. Coś śpiewnego dla tych, co muzykę tylko jako melodję pojmują. 4. Coś krajowego dla tych, co krajowe wyżej wszystkiego cenią, naprzykład mazurek Chopina, krakowiak Kątskiego, ruskie melodje Każyńskiego, aby wszystkim było zadość. 5. Coś smętnego dla kobiet histerycznych, bo ich protekcja daleko pana zaprowadzić może... Zresztą...
— Ależ, drogi panie, — przerwał Wacław — chociaż nieuk nie jestem i wiele czasu straciłem na wyłamanie palców, na nabycie szybkości, na usamowolnienie ręki, odrazę mam od tej bieganiny i siekaniny starej szkoły Herzów i Czernych lub stukaniny mądrej Liszta, który chce z dziesięciu dwadzieścia zrobić palców.
— To nieuchronne przecie, a drugie może improwizacja (choć nieprzygotowana); ale mówmy, co wybierzemy.
— Już jeśli trudnego potrzeba, naturalnie Liszta, jest to przynajmniej muzyka.
— Bardzo dobrze! Liszt jest uosobieniem najwyższych trudności, ale co pan możesz zagrać z niego, bo Erlkönig oklepany, a Ständchen panny nawet się nie uczą.
— Bodaj symfonję Berlioza, przez niego przepisaną.
— O! to za mądre dla nas, a zwłaszcza za długie; tak coś krótszego, a con brio, naprzykład, marsz węgierski, jeśli go pan grasz.
— Gram i nieźle.
— Więc po uwerturze, którą wybierzem, wypróbowawszy wprzód, w jakiej nasza orkiestra najmniej robi omyłek, marsz węgierski Liszta; dalej...
— Wedle teorji pańskiej, potrzebaby coś śpiewnego.
— Niechybnie! Ale tyle jest rodzajów śpiewu! Zobaczmy, do kogo pan masz słabość.
— O! naturalnie do Chopina.
— Ciężko go tu pojmują; i panny piętnastoletnie, które go zrozumieć nie mogły, zrobiły mu reputację ekscentryczną.
— To zależy od wykonania; zobaczysz pan, że z nim pogodzę.
— A dalej, panie kochany, coś krajowego.
— Mazur Chopina lub jego krakowiak i Thalberga fantazja z tematów narodowych ruskich.
— Zgoda, zgoda! prześlicznie. Nareszcie dla tych Pań, o których mówiłem, trzeba koniecznie coś... Schuberta.
— Zgoda i na Schuberta, choć wołałbym jedną z sonat jego, niż śpiewek: ale kto wysłucha sonaty?
— Otóż i program gotów. Winszuję panu, że tylu i tak różnych pisarzy grać możesz; po większej części artyści nasi grają szczególnie jednego, przywiązując się do niego lub, co gorzej, grają swoje. Ale nie maszże pan co swojego?
— Swojego! Graćbym się nie odważył.
— A! przecież to teraz prawie konieczna przy każdym koncercie; niepodobna, żebyś pan choć jakiej fantazyjki nie miał na sumieniu.
— Gorzej, panie! gorzej! sonatę!
— A do licha! tak stara denominacja! Uchowaj, Boże! Zgubiłbyś się pan sonatą z nieukami i ze znawcami: pierwsiby na nią krzyczeli, że odwieczna; drudzy mogliby za wiele od niej wymagać.
— Chopin sonatę odświeżył.
— Nazwij pan jednak fantazją, to zupełnie jedno; mamy przykład Beethovena.
Długo tak jeszcze rozmawiali, a pan Gr. ze szczególnem zajęciem wziął na siebie dopomóc biednemu przybylcowi, który z bijącem sercem oczekiwał koncertu. Jak tylko ogłoszenia i afisze przylepione zostały, a cena po dukacie od miejsca rozeszła się z ust do ust, poczęto wypytywać pana Gr., a ten Wacławowi mistrzów nie żałował. Opowiadał wszędzie, że uczył się u Liszta, u Thalberga, u Chopina i Bóg wie tam u kogo; zaręczał, że gra jak sam Liszt, że to prawdziwe cudo i że nigdy nic podobnego w Żytkowie nie słyszano.
Koncert, dzięki zabiegłości i staraniom pana Gr., był dość liczny i dochód z niego na czas jakiś uspokoił Wacława; gra jego jednak nietyle się podobała, ile protektor zdawał się spodziewać. W każdej sztuce wiele tłumowi imponuje szarlatanerja: tej całkiem brakło skromnemu Wacławowi i to mu najwięcej szkodziło. Ludzie tylko tym po większej części wierzą, którzy głęboką w siebie okazują wiarę. Wacław jej nie miał. Powtóre: każdy z tych, co choćby najgorzej grali na fortepianie, miał sobie za obowiązek okazać swe znawstwo krytyką i coś w koncertancie znalazł do zganienia. Takich kilku wpłynęło na resztę, radą powtarzać techniczne ich wyrażenia, przedając je za swoje, O! z czego się to składa sąd i opinja powszechna! miły Boże! miły Boże!
Pomimo więc najlepiej obmyślanego planu koncertu, chociaż chwalono bardzo grę piękną Wacława, nie potrafił zrobić furore, jak pierwszy lepszy Niemczyk lub Francuzina, coby przyjechał z długiemi bardzo włosami i ogromną o sobie opinja. Kilka pań dyletantek. których córki pragnęły nabyć metody, życząc sobie, prócz tego w domach swych oprócz herbaty, kart i wina dać jeszcze gościom muzykę nową, zapoznały się z Wacławem. Poczęto go zapraszać bardzo uprzejmie, z tą grzecznością upokarzającą, którą panowie wyrabiają w sobie umyślnie dla artystów i chowają dla nich tylko, ale nikt, lub tak jak nikt, nie zaproponował mu dawania lekcyj.
Proszone wieczory i ranki muzykalne doreszty wycieńczyły muzyka, bo ciągnęły za sobą choć małe, ale dla niego powtarzaniem codziennem znaczące wydatki.
Któż nie wie, że niejeden podobny Wacławowi młody człowiek nieraz nad parą świeżych rękawiczek, zabłoceniem butów lub zapłatą dorożki westchnąć musi.
Jeden pan Gr. pocieszał go i nadziei dodawał, ale kilka miesięcy pobytu w Żytkowie dowiodły Wacławowi, że tu wyżyć nie potrafi. Miał tylko dwie, tanie i źle opłacane lekcje; mnóstwo zaproszeń przyjacielskich, za które odegrywać musiał jak za pańszczyznę, a do tego tuzin zazdrosnych, nieznanych nieprzyjaciół. Muzycy, chleboroby żytkowscy, co żyli z dwuzłotowych i półrublowych swych godzin, posłyszawszy jego grę, poczuli wszyscy, że prędzej czy później przepaść im przyjdzie, jeśli sobie nie poradzą. Poczęli więc na różne sposoby szkodzić Wacławowi w opinji, jako człowiekowi i artyście. Jeden z nich, gruby, tłusty, a wesoły, dobra dusza powszechnie zwany pan Falankiewicz, dowodził głośno: że Wacław był niechybnie szpiegiem; drugi utrzymywał, że grał bez taktu; trzeci, że był samouk i brakło mu metody klasycznej (ten uczył się u organisty w Berdyczowie). Nosili się z temi zdaniami po mieście i, jak każda u nas plotka choć w setnej części przyjąć się musi, przyjęły się pracowite ich potwarze tu i owdzie.
Przybiwszy w ten sposób, niepokoili się jeszcze, widząc go w Żytkowie, bo dla każdego z nich był to naprzód żywy wyrzut sumienia, a w dodatku strach nieustanny, żeby się na nim nie poznano, żeby kto jako nowego spróbować nie chciał.
Falankiewicz, który przy wielkiej masie ciała, miał także dobrą dozę sprytu, postanowił zająć się wykurzeniem go (jak mówił), zapoznać z nim, zaprzyjaźnić i dopomóc do wyjazdu, wszelkiemi sposoby mu go ułatwiając.
Z początku rad był tej znajomości Wacław, ale jakże się na niej zawiódł! Myślał, że w towarzyszu znajdzie pokarm dla duszy i serca, rozmowę o sztuce, pomoc w kształceniu się; a trafił na człowieka, który umiejąc ledwie tyle, żeby uczyć, cierpieć nie mógł swego chleba, żyjąc cały próżnowaniem, kartami i plotką.
Pierwszemi słowy Falankiewicza było narzekanie na los, zwykłe artystom.
— Co to, panie, życie nasze: at! nędza! bieda! Gdzie to się na nas poznają, gdzie to nas jak należy zapłacą, ale człek, skazany na te galery, biedę klepie i drwi z ludzi.
— Pan, zdaje mi się, skarżyć się jeszcze nie możesz.
— Ja! ja! Czyż gdyby człowiek nie był żonaty, — odparł Falankiewicz — nie chwaląc się, nie wybrałby się na większy świat, nie znalazłby i sławy, i grosza, jak drudzy? Ale tu, nie chwaląc się, żona, dzieci, przywyknienie, zresztą, nie chwaląc się, ociężałem. Niech djabli wezmą, osiadłem w tej dziurze, a to taki dziura! Na pierwsze zaraz wejrzenie — mówił dalej, uśmiechając się — powziąłem dla pana przyjaźń i, nie chwaląc się, litość mnie nad nim wzięła. Trzebaż panu było wpaść w taką, nie chwaląc się, otchłań! Szkaradna, głupia i przepaskudna mieścina; na jego miejscu, z jego młodością i talentem, wiedziałbym, nie chwaląc się, co zrobić! Oj! nigdybym tu nie mieszkał!
Wacław ruszył ramionami.
— Ale gdzież lepiej artyście? — spytał.
— Gdzie? Nie chwaląc się, wszędzie, — odparł Falankiewicz — byle nie tu: tu, panie, piekło! Ludzie albo głupi, albo źli, albo skąpi...
— Godziż się sądzić ich tak ostro, bez wyjątku?
— A! to jeszcze, nie chwaląc się, lekko — dodał. — Pan ich jeszcze nie znasz, ja, nie chwaląc się, wiele tu straciłem, a cóż zyskałem? Goły jestem, nie chwaląc się, jak i byłem, jak bizun; i żebyż wdzięczność, żeby trochę uczucia, żeby kto choć na imieniny wyszył mi poduszkę! Gdzie tam!
Wacławowi wszystkie te czcze perory nie trafiały do serca, czuł w nich, jeśli nie zdradę, bo tej domyślać się nie mógł, to przynajmniej głupotę i deklamację oklepaną; Falankiewicz tymczasem mówił a mówił i powtarzał nieustannie swe skargi i żale, mnożąc czernidła, któremiby mógł Wacławowi pobyt w Żytkowie obmierzić. Wacław siedział i słuchał zimno.
Postrzegł po niejakim czasie pan metr, że niewiele wskórał i, uplótłszy projekcik, czekał, żeby mu się zdarzyła zręczność przyprowadzić go do skutku. Trafiło się właśnie wkrótce, że przybyła z prowincji do Żytkowa pani jakaś, szukająca dla dzieci nauczyciela muzyki. Falankiewicz, dowiedziawszy się o tem, wpadł zaraz do Wacława z miną triumfującą dobroczyńcy, zacierając ręce i czuba, i zawołał:
— Zawsze miałem prawdziwą przyjaźń dla pana Wacława...
— Prawdziwie, radbym na nią zasłużyć, chciałbym ją zawdzięczyć.
— Przyjaźń moja, nie chwaląc się, jest bezinteresowna, — rzekł Falankiewicz, zasiadając — każ mi dać fajki i czem się ochłodzić, choćby kieliszek wódki.
Po chwili spoczynku, protektorskim tonem przybyły ciągnął dalej:
— Wie pan, nie chwaląc się, trafia się okoliczność jedyna dla pana.
— Cóż to być może takiego?
— Przybiegłem, nie chwaląc się, umyślnie z tą wiadomością, by go uprzedzić; jest wielu, coby mogli pochwycić przed panem; warto się pośpieszyć. Możesz pan mieć wyborne miejsce na wsi...
— Miejsce na wsi; ja najmniej sobie tego życzę.
— Jakto! Wszak niema, panie, szczęścia jak na wsi! Uściskaj mnie pan, nie chwaląc się, — podchwycił Falankiewicz — to jest okoliczność jedyna, niema jak wieś! Co pan masz robić w mieście?
— Powoli znalazłbym może.
— Nicbyś pan nie znalazł, nie, nie chwaląc się; lepiej jest usunąć się na ustronie i swobodnie kształcić w zaciszy. Będziesz pan miał tylko kilka godzin zajętych, resztę czasu swobodną zupełnie, pensyjkę na pierwszy raz niezłą, utrzymanie porządne; czegoż więcej życzyć można?
— Ale gdzież? jak?
— Gdzie? Zaraz powiem; jak? to się mnie spytaj. Ja mam moje stosunki i sposoby, i po przyjacielsku podam ci rękę.
Wacław, przejęty wdzięcznością, dziękował serdecznie, choć istotnie wracać na wieś niebardzo sobie życzył.
— Państwo Dębiccy, — rzekł Falankiewicz — bardzo godni ludzie, mają dwóch synków i chcą, żeby się przykładali do muzyki.
— Dębiccy! — zawołał Wacław, którego nazwisko, znane w okolicy Denderowa, uderzyło — pani Dębicka!
— Tak jest, pani podsędkowa Dębicka z Kudrostawu!
— To w okolicy miasteczka...
— Tak jest. Znasz pan ją?
— Trochę znam... ale...
— Masz pan co przeciwko temu miejscu?
Wacław się zarumienił. Strona ulubiona, pamiętna, kolebka jego młodości, nęciła go ku sobie, ale zarazem przypominała, czem był ten dom państwa Dębickich, i przykro ścisnęło mu się serce.
Państwo podsędkowie oboje odegrywali komedję dobrego tonu; dom ich, doskonale śmieszny i odstręczający, dla Wacława ostatni był, do któregoby się dostać, nawet nie mając kawałka chleba, pragnął. Dębicki niegdyś ekonomował, co najmniejsza; ale to był grubjanin, bez wychowania, chciwy, rozpanoszony kradzieżą; a że się już zmógł na dwie wioski, udawał podpanka, nabrał potężnego tonu i za pan brat chodził bodaj z książęty. Żona jego (dobrze dobrana para), krzykliwa baba, jak on skąpa, jak on kłótliwa, opryskliwa, sekutnica, poczynała także chorować na tony pańskie i dlatego chłopców swych przedewszystkiem uczyć chcieli francuszczyzny i fortepianu, angielskiego języka i czego tylko nie umieli sami. W sąsiedztwie powszechnie wyśmiewano się z Dębickich i brano ich na zęby, bo stroje ich, zaprzęgi, dom, meble, liberja, krygi, miny, pretensje, mowa były istotnie godną śmiechu karykaturą. Jejmość, ongi garderobiana w książęcym domu od lat dziecinnych, trochę liznąwszy francuszczyzny, paplała nią w najokropniejszy sposób i prawiła zupełnie serjo największe niedorzeczności; sam pan śmiało wspominał ojca swego starostę, dziada podkomorzego, choć wszyscy wiedzieli, że jeden był podstarościm, a drugi marszałkiem dworu.
Taki to dom otwierał się Wacławowi; ale gdy w każdym innym razie byłby propozycję odrzucił, teraz znużony jakąś tęsknotą, wyczerpnąwszy środki utrzymania, jakkolwiek czuł wielki wstręt do Kudrostawu i zawahał się, gdy mu o nim wspomniał Falankiewicz, wziął jednak rzecz do namyślenia.
Nazajutrz jeszcze niepewien. czy miejsce to przyjmie, naglony, postanowił pójść z Falankiewiczem do pani Dębickiej. Stała ona w zajezdnym domu na Cudnowskiej ulicy dosyć pokaźnie i wypakowywała swe stroiki, sądząc, że jej w Żytkowie będą potrzebne, gdy wszedł znajomy jej Falankiewicz z Wacławem.
Pani podsędkowa mogła mieć lat około czterdziestu, ale zachowała się świeżo i zdrowo, a rumiane wydęte policzki świadczyły, że miała się dobrze i że jej na niczem nie zbywało. Na pierwszy rzut oka poznała wychowańca hrabiów z Denderowa i pochlebiło jej to niezmiernie, że ten, który dawał lekcje hrabiance, może uczyć synów. Wacław postanowił żądać wiele, żeby miał powód powiedzieć sobie:
— Cóżem winien, próbowałem, nie udało mi się. Rozum bowiem nie pozwalał odrzucać, a serce wstręt czuło nieprzezwyciężony.
— A! wszak to pan Wacław! a Bon soir, Monsieur Wacław! a to pan! Bardzom rada znaleźć znajomego w tym kraju!
— I ja, pani dobrodziejko.
— Jaki to pan Falankiewicz szczęśliwy, że na pana trafił.
— W istocie — odparł otyły metr, zukosa mierząc oczyma oboje — nie chwaląc się, bardzom szczęśliwy, bo widzę, że państwo się łatwo ułożą i będą z siebie kontenci.
Po tych grzecznościach przyszło do rzeczy, a Wacław pośpieszył zażądać wiele, by od siebie odstręczyć, ale Falankiewicz zgóry go zakrzyczał:
— Nie słuchaj, pani podsędkowo dobrodziejko! Musi on od tego odstąpić...
I jak zaczęli go męczyć we dwoje, artysta, który brzydził się tym targiem i przedawaniem siebie, znużony, nieco ustąpić musiał. Tak niespodzianie przyszło do zgody z radością wszystkich, ze smutkiem jego.
Chwycił się za głowę, wyszedłszy z tego domu, pomyślawszy, że się zaprzedał, a Falankiewicz powiódł go odurzonego danem słowem do winiarni i kazał się poić na rachunek należnego pośrednikowi mohoryczu; pożyczył wostatku kilka rubli u Wacława i tak go, uśmiechając się, odszedł.
Nazajutrz rano zaraz pani podsędkowa Dębicka ze zdobyczą swoją zaczęła się w podróż wybierać, kończąc szybko sprawunki zapasów do domu, które jako tańsze w Żytkowie skupowała.
Wacław, widząc nieuchronnym wyjazd, smutnie przygotował się do drogi, bez żalu opuszczając miasto, którego nie polubił, do którego przywiązać się nie miał czasu, z którem go nic nie łączyło. Może też myśl tajemna, z której sobie nie zdawał sprawy, myśl zbliżenia się do Denderowa, słodziła mu przykrą perspektywę pobytu w Kudrostawie.
Około południa, nałajawszy Żydów, nakłóciwszy się z kupcami, nakrzyczawszy na pijanych ludzi, pani podsędkowa siadła do kocza ze służącą, wskazując Wacławowi miejsce na przodzie, i w milczeniu rozpoczęła się podróż, która artystę zawracała nazad ku rodzinnemu kątkowi świata, opuszczonemu niedawno i pożegnanemu na długo, a jakimś losem zbliżającego się znów ku niemu.



Spójrzmy, co się tam działo.
Hrabia i rotmistrz oba widzieli się w konieczności okazania odwagi, oba niewiele jej mieli i najmniejszej nie czuli ochoty narażania życia i dostarczenia sąsiedztwu wątku do plotek złośliwych. Rotmistrz wprawdzie tchórzem nie był, ale od niejakiego czasu wywietrzała mu dawna zuchwałość, zasmakowało życie swobodne, wygodne, spokojne. Zaczynał nabywać brzucha, a tracić junakerję gwardyjską. Dobrze rozmyśliwszy się, hrabia sam pojechał do pana Powały i z miną poważną człowieka, który głęboki kryje smutek w sobie, usiłując go zwyciężyć, wszedł niespodzianie do zadumanego wojaka. Rotmistrz zmieszał się na ten widok i przyjął go nie bez wzruszenia i wstydu: czuł się winnym wobec niego.
— Rotmistrzu! — odezwał się hrabia, gdy zostali sami — nie róbmy zgorszenia na pociechę kochanym bliźnim i utopmy interes ten w niepamięci. Wiem, że żona moja chwilową tylko i niewiele winną zalotność ma sobie do wyrzucenia, że ty może usłuchałeś mimowolnie pierwszego popędu, nad którego skutkami zastanowić się nie chciałeś i, szczęściem, całe to zdarzenie pokrywa dla wszystkich tajemnica; zostawmy, jak jest, całą sprawę i dajmy sobie pokój. Kładę tylko jeden warunek — dodał hrabia.
Rotmistrz, który się takiego rozwiązania nie spodziewał wcale, cierpliwie słuchał ciągle zmieszany.
— Oto nie będziesz pan nadal wcale myślał o żonie mojej, nie będziesz robił słodkich oczek; zachód byłby daremny, przestrzegam.
Rotmistrz ruszył ramionami.
— Panie hrabio! — rzekł — jeśli mnie masz choć poczęści za wytłumaczonego, boś i sam był młody...
Dendera zmarszczył się, bo miał jeszcze do młodości pretensję, a rotmistrz, postrzegłszy bąka, poprawił się:
— Boś i sam miał chwile uniesień... naturalnie, że byłbym najpodlejszym z ludzi, gdybym pomyślał o zamąceniu mu spokoju...
— Wierzę! wierzę! — szybko zawołał hrabia. — Ale tu przedewszystkiem chodzi o to, żeby świat o niczem nie wiedział, niczego się nie domyślał. Jeśli pan nagle zerwiesz stosunki z nami, jeśli, jak mam szczerą intencję, natychmiast panu wypłacę jego sumę, ludzie muszą się czegoś domyślać; będę posądzany: a i to dla mnie, dla imienia Denderów, już wiele.
Na wspomnienie sumy, rotmistrz nieznacznie zagryzł usta, ale musiał zamilczeć.
— Trzeba więc, — mówił hrabia — żebyś pan u nas bywał jak przedtem, zachował dla nas przynajmniej pozór, jeśli nie uczucie przyjaźni, a nie widzę zresztą potrzeby, byśmy sobie w łby strzelać mieli...
Hrabia, który tak wspaniałomyślnie udzielił przebaczenia, znalazł łatwym do pojednania rotmistrza, któremu chociaż konkluzja co do kapitału nie podobała się, ale to bywanie w Denderowie miłym było obowiązkiem.
Kazał przynieść szampana, bo jako eks-rotmistrz wszystko przywykł zaczynać i kończyć szyjką srebrzystą, i przy kieliszkach stanęła zgoda najśmieszniejsza w świecie, a rozmowa z drogi stromej i śliskiej zeszła na bity gościniec oklepanych pytań i odpowiedzi. Oba jednak, gość i gospodarz, czuli się jakoś nieswoi, biedni, skłopotani; i byliby tak długo nie wytrwali, gdyby sąsiad pan Cielęcewicz nie wpadł z wizytą. Radzi mu byli jak nigdy.
Pan Cielęcewicz, niegdyś deputat jakiś, niewiadomo kiedy i do czego, był mężczyzną lat około pięćdziesięciu, suchy, chudy, brzydki, z olbrzymim bladym nosem, ostremi małemi oczkami, wąsami i brodą zawiesistą; chodził najczęściej w jakiegoś rodzaju fantastycznej siermiężce, w czapeczce kwadratowej i z pałką w ręku. Posiadacz czterech chłopów w sąsiedztwie, odłużony, w kłopotach, rzadki w domu, częsty u ludzi, pokrywał swego życia pasorzytne formy pozorem jakiejś filozoficznej propagandy. Cielęcewicz był krótki czas w Paryżu, a dłużej w Niemczech; wielu się rzeczy nie douczył, bardzo wielu całkiem nie zrozumiał, resztę przez pół przyswoił, a koniec końcem miał sobie za obowiązek to, czego nie umiał i nie zrozumiał — propagować w kraju. Był to stronnik najostateczniejszych opinij, słowem, jak sam z niejaką dumą się spowiadał, komunista, falansterjanin, sęsymonista, razem humanitarjusz, mormończyk i co chcecie. Długi włos jego, twarz zarosła, kapelusz śpiczasty z wielkiemi skrzydłami, ubranie i mowa zwiastowały zaraz coś wielce oryginalnego. Hrabia, który go często synowi jako egzagerację doktryn przez niego wyznawanych wskazywał, nie mając go wcale za niebezpiecznego, śmiał się z innymi z tej karykatury socjalistów.
Cięlecewicz miał to do siebie, że gdziekolwiek był, z kimkolwiek się znajdował, o czemkolwiek mówiono, nie zważając na nic, brał się eo instante do propagandy i, zachwycając swem pieniem, które go naprzód samego upajało, im dłużej mówił, w tem większy wpadał zapał; a jeśli mu się kto sprzeciwił, do wściekłości prawie doprowadzony bywał i w oczy skakał kontradyktorom.
Podchmieleni nieco, a zakłopotani panowie nasi powitali go nadzwyczaj serdecznie. Rotmistrz postawił kielich i zmusił do zrównania się, o co zresztą Cielęcewicza prosić bardzo nie było potrzeba. Tak narazie go spoiwszy, wpuścił na drogę wymownego propagowania socjalizmu i usiadł spokojny.
Hrabia wziął na siebie kontradykcję, bez której Cielęcewicz mógłby się był opuścić i śpiewać tylko pod nosem mniej zajmującą pieśń zwycięstwa.
— A zatem zdrowie panów! obywateli! chcę mówić — zawołał Cielęcewicz — i wiwat ten wiek złoty, w którym wszyscy ludzie po chrześcijańsku kochać się będą!
— No! a kiedyż to się mamy tego spodziewać? — spytał hrabia.
— Przyjdą te czasy, kiedy ludzie, podług mojej teorji, będą szczęśliwi.
— I takie czasy będą aurorą złotego wieku?
— Jakbyś tam pan był, — rzekł Cielęcewicz — tak mówi nieomylna teorja moja, teorja a raczej formuła ludzkości.
— Tymczasem — spytał hrabia, śmiejąc się — jak tam urodzaj i zbiór w Hołodudach?
— A! panie! co to za lud barbarzyński! — odparł, spijając szampana, Cielęcewicz. — Wszak nie mogę dostać robotnika...
— Bracia to! — podchwycił hrabia.
— Bez wątpienia, ale potrzebują wprzód wycywilizowania i oświaty, — przerwał rezonator — bo to dziś niemal bydło! Ani sposobu ich nająć! Każdy z nich woli próżnować, niż pracą grosz jaki szlachetnie zarobić. Zatem więc, z bólem serca i upokorzeniem ludzkości, musiałem wczoraj pięciu moim współpracownikom dać w stronę odwrotną i posłać po policję, żeby zrobiła mi porządek. Nie słuchają!
Hrabia śmiał się na całe gardło.
— Zgadzaż się to — spytał — z pańską teorją?
— Zgadza i nie zgadza, ale to stan społeczny temu wszystkiemu winien. Bydlęta, powiadam, a w dodatku złodzieje!
— Zlituj się pan! przecież wszystko ma być wspólne?
— Tak! ale to nie teraz! — odparł zwycięsko Cielęcewicz. — Przyjdzie czas ten błogi, przyjdzie, zobaczycie państwo lub nie zobaczycie, co to jest falanster i życie falansteryczne lub ikaryjskie (dwie formuły niewiele od siebie oddalone): raj ziemski! istny raj ziemski! Praca taka tylko, jaka się komu podoba, odniechcenia, dla zabawki, rozkosz, jaką sobie kto wybierze, hulanki od rana do wieczora i panowanie uczciwości, cnoty...
— Jakto? — zapytał hrabia. — Wszyscy będą cnotliwi?
— A tak, muszą! — poruszając się, mówił Cielęcewicz — muszą! Weźmiemy człowieka od pieluszek i jak zaczniemy go gnieść, miesić, macerować, w formę daną i uznaną za najlepszą pakować, zmusim wszystkich rość, myśleć, żyć jednakowo, jednakowo trawić i instynktowo spełniać cnoty. Zresztą cnota nasza nie będzie trudna, bo, pytam się, jak tam zgrzeszyć, gdzie można wszystko robić, co się komu podoba?
— Wszystko? — spytał rotmistrz. — Jakto? naprzykład, i w łeb komu strzelić?
— Tego nie jestem pewny — odparł Cielęcewicz, szampanem owładniony. — Ale dlaczegożby ludzie mieli wówczas chcieć sobie w łby strzelać?
— Ba! — rzekł hrabia, zukosa rzucając okiem na rotmistrza — gdyby, naprzykład, dwóch kochało się w jednej kobiecie?
— No! to oba ją mieć mogą! — odparł zwycięsko Cielęcewicz.
— Ale wyznaj, że mieć obu, to tak jakby jej żaden nie miał... to ohydne...
— Otóż to dzikie i fałszywe wyobrażenia dzisiejsze! — zakrzyknął doktór socjalizmu.
— Widać, żeś waćpan nieżonaty — śmiejąc się, przerwał hrabia, ale bez jakiejś złości wewnętrznej.
Rotmistrz spuścił oczy, ssał cybuch.
— Kwestję tę kobiet głęboko traktuje Fourier — rzekł w zapale Cielęcewicz, nalewając sobie wina. — Ja także uprawiałem ją i studjowałem, — dodał — rzecz jest stanowczo przeze mnie rozstrzygnięta; bez swobody kobiety i wspólności kobiet, społeczność chorować musi; równie jak własność wyłączna, związek wyłączny jest anormalnością. Wszelki cień wyłączności zniknąć powinien.
— Lecz ty, sąsiedzie, co się tak nią brzydzisz, czemuż swoich włościan nie rozpuścisz i nie poczniesz reformy od siebie? — zapytał Dendera.
— Niegłupim! — rzekł Cielęcewicz. — Ja oddam, co mam, a mnie nikt nic: piękna zamiana! Jabym chciał, przeciwnie, wziąć od drugich, a swego nie dać nikomu.
Hrabia się śmiał, a socjalista, upojony winem i sobą, prawił dalej coraz zuchwałej i śmieszniej; nareszcie przebrało mu się aforyzmów, usiadł, zakaszlał się i przerwał sobie zimniej:
— A! a! przepraszam, najważniejszej rzeczy zapomniałem, wszak mam hrabiemu zwiastować...
— Mnie? co?
— Gościa! Marszałek Farurej wybiera się jutro do niego...
— Tak dawnośmy się nie widzieli, — odparł hrabia zimno — że nie wiem, czy się poznamy.
— Dawno! Nic dziwnego, długo nie było go w kraju: powraca wprost z Paryża.
— Przecież powrócił! — wciąż obojętnie mówił Dendera.
— Wrócił zdrów jak ryba, świeży i odmłodzony.
— Jeszcze młody! Zdaje mi się, że starszy ode mnie przecie.
— Ale jak wygląda! Świeży, rumiany, rześki, zdrów, nadskakujący dla kobiet: petit maitre zawsze.
— Jak dawniej.
— Dobrze w Paryżu nadszastał fortunki? — spytał rotmistrz z przekąsem.
— On! gdzież znowu! Świeży spadek dał mu czystych dwa miljony i ogromne remanenta, bogatszy niż był. Mówią, — dodał Cielęcewicz, rzucając znacząco okiem na hrabiego — że się myśli żenić nareszcie.
— Żenić! — zawołali oba.
— Ba! czemuż nie? Bogaty jak Krezus, świeży, zdrów, miły; chciałby wziąć z dobrego domu młodą panienkę, choćby nieposażną...
— O! stary satyr! rozpustnik! — z uśmiechem przerwał Dendera; ale wtem jakaś myśl go nawiedziła, zadumał się, zdawał rachować, aż Cielęcewicz obudził go pytaniem:
— Będzie pan hrabia jutro w domu?
— Będę! będę! i czekam miłych gości z upragnieniem!
Twarz mu się wyjaśniła, już snuł projekt w głowie.
— W istocie — mówił sam do siebie — gdyby się o Cesię starał, nie byłoby źle... W teraźniejszych okolicznościach mógłbym mu nie dać posagu... może jej zapisać miljony, a sam pewnie pociągnie niedługo: zrujnowany fizycznie. Gdyby Cesia miała rozum, poprawilibyśmy się miljonami tego starego kobieciarza... A Cesia mu się podobać powinna, młodziuteńka, świeżuchna, prawie dziecko, to właśnie, za czem gonią ci starzy wyjadacze.
Cielęcewicz, który zbyt długo, jak na siebie, mówił o przedmiocie obojętnym, znowu począł się puszczać w furjeryzm i proroctwa przyszłego szczęścia rodu ludzkiego, pałał, zapalał się, płomienił, wstawał, gestykulował ogromnie, wywracał i tłukł kielichy, oblewał się winem i, triumfująco czoło coraz otrząsając z włosów, krzyczał już tak, że się lokaje zbiegali, sądząc, że kłótnie zobaczą.
— Przyjdzie — mówił — ten czas, gdy ludzka natura się zmieni, gdy wszyscy ludzie staną się łagodni jak baranki.
— Jak cielęta — mruczał hrabia.
— Jednakowi wszyscy twarzą, wzrostem, ruchem, myślą. Co za widok! Najśliczniejsza harmonja z końca w koniec kuli ziemskiej panować będzie... Nikt nad nikogo nie będzie wyższy, bo genjusz jest zawsze zdobywcą i przywłaszczycielem, genjusz potrzeba w zarodku zniszczyć i okrzesać do normalnych proporcyj; nikt nie będzie nad nikogo lepszy, bo wszyscy dojdą nec plus ultra dobroci; nikt od nikogo rozumniejszy; nikt piękniejszy nawet, doprowadzimy ludzkość do jej prototypu, niszcząc, co poniżej pozwala sobie tworzyć natura!
— I świat umrze w ogromnem ziewnieniu — zawołał hrabia, wstając od stołu. — A ty, panie Cielęcewicz, jutro do Denderowa z panem Farurejem! Nieprawdaż? Póki co będzie, zabawim się; może i rotmistrz nie odmówi?
To mówiąc, pożegnał ich, powtarzając zaprosiny. Ledwie był za drzwiami, reformator odezwał się, wskazując za nim:
— To spróchniała kłoda; ale hrabina, zdaje mi się, jest bez przesądów, ma wyższe o rzeczy pojęcie. Zdałaby się do falansteru! Hę? rotmistrzu! hę? nieprawdaż?
Rotmistrz, jakby go zlał ukropem, wychylił duszkiem kielich szampana.



Znacie już trochę Cesię; typ to w swoim rodzaju wielu kobiet dzisiejszych: więcej głowy niż serca, więcej wyobraźni niż uczucia, wcześnie stara rachubą, wyżej ceniąca urojone dobro niż prawdziwe, Cesia miała przecież choć zimowe, choć spokojne, choć zawiędłe serduszko. Każdy ma go trochę, nawet ci, o których mówią, że im całkiem braknie. Zdawało jej się, poczynając oczyma rozmowę z Wacławem, że to będzie tylko wprawa oczu, związek, co się rozerwie, gdy zechce, nie poruszający serca, nie mogący zamącić spokoju. I niegłęboko też uczucie się w nią wkradło; żegnając Wacława, marzyła o innych, zimna pierś nie zabiła żalem, nie rozdarła się cierpieniem. A jednak po odjeździe jego, gdy się znalazła sama, czy nudy, czy nałogu, czy trochy uczucia skutkiem, posmutniała nieco i dziwiła się swemu bólowi, tęsknocie, czczości, jaka ją otoczyła.
O! bo nigdy nie godzi się żartować i bawić tem uczuciem, mówiąc sobie:
— To rozrywka tylko, ja kochać nie będę!
Któż wie, jak i kiedy pokocha i czy przestanie, gdy zacznie, i czy potem serce nie spęka się od bólu?
Gniewała się na siebie Cesia, że to miejsce przy fortepianie, że któraś ścieżka w ogrodzie, że ławka, na której widziała go z ganku, uparcie jej nieobecnego przypominały, że wspomnienie, jak widmo natrętne, snuło się za nią dniem i nocą. Sama siebie pytała się, czy go tak kocha, i odpowiadała sobie:
— Nie! nie! cóżby to było? szaleństwo! dzieciństwo! On i ja! Ja i on!
A jednak wzdychała i było jej jakoś tęskno, ciężko jakoś, jakgdyby część samej siebie straciła. I mówiła sobie niedoświadczona:
— To przejdzie, to minie, ja się nudzę tylko, ja nadto przywykłam do niego!
Ale upływały tygodnie i miesiące, a tęsknota rosła i, co gorzej, Cesia, już pytając siebie, znowu badając, niekiedy przypuszczała, że odrobinkę kochała; uznawała, że był zajmujący, przystojny, pełen uczucia i że z nim jakoś weselej było w Denderowie.
Pomimo to, jak kobieta, gdy się zręczność trafiła, oczyma i ustami wabiła ku sobie innych: i Walskiego, którego miała za nieżonatego (w istocie żona mu wkrótce potem umarła), i kto się nawinął z młodzieży. Niktby nie poznał, co się działo w jej duszy, choć już i niejedna łza, z jej własnem zdumieniem, z oburzeniem i zgrozą, nocą spłynęła po twarzy... Gdy grała to, co on grał tak pięknie, tak wymownie i wyraziście, często opadły ręce, zadumała się i zerwała, potem szydząc z siebie, otrząsając trochę uczucia, którego się wstydziła. O! niepojęte serce niewiasty! Jestżeś ty jak serce aniołów, co musi kochać świat cały? Czy dla tej miłości, przeczucia drugiej ojczyzny, kochając wszystkich, stale nie możesz ukochać nikogo? Lub jestżeś jak serce szatana, który wybiera pastwę, jaka mu się nawinie i ściga ją, aż pochwyci; a gdy porwał, odrzuca ze wzgardą? Serce niepojęte, serce niezrozumiane; z siwemi włosy staje przed tobą człowiek, nie znając cię jeszcze, równie ślepy, równie jak w młodości nieświadomy twej głębi; i umiera, a nie wie, czy choć raz był kochanym, czy sto razy złotej jej nici nie rozcięło ostrze tajemnej zdrady i pragnienia... Tajemnico niezbadana, jakżebyś była wielkim przedmiotem badania, gdyby z krwią zimną wpatrywać się można w twe dzieje, mozaikę złota i czerni, promieni i ciemności... Trzeba ci zostać zagadką!
Cesia kochała, jak większa część kobiet, którym żadna miłość nie przeszkadza przez tydzień kochać kogoś innego, dwa tygodnie o kimś marzyć i wrócić do pierwszego ulubieńca, po tych wycieczkach myśli, w których i serce udział miało.
Właśnie wsparta na ręku dumała o Walskim, o Wacławie i o trzech czy o czterech jeszcze jasno- i ciemnowłosych młodzieńcach, w prześliczne ubranych kamizelki i zręcznie motylkujących koło niej, gdy do jej pokoju weszła strojna i uśmiechająca się matka, wołając:
— Chodź, Cesiu, do salonu, mamy gości.
— Gości! chwała Bogu! Ale kogóż?
Monsieur Chose! A! jakże się zowie? zapomniałam, un nom très ancien et fort distingué, mais singulier; on le dit de fort bonne souche. A! Farurej! Jakże ci się podoba?
— Ten stary marszałek, o którym od wieków słyszę? który był zagranicą?
Justement, il debarque fraichement de Paris; nadzwyczaj ciekawa postać, bywał na salonach Ludwika-Filipa.
— Przynajmniej to dystynkcji nie dowodzi, bo tam i mydlarze i kupcy korzenni bywali.
Mais il a frequeuté à Paris, ce qu’il y a de mieux; il a été reçu au faubourg St. Germain; no! chodźmy! Jeśli nie będzie miły, to nowy i zabawny niezawodnie; rozerwiesz się, trochę jesteś smutna. Ale popraw wprzód włosy.
Cesia rzuciła okiem na siebie i, trochę wykończywszy ubranie, które nie chciała mieć zbytecznie wyszukanem i pretensjonalnem, poszła za matką, rada rozrywce.
Pan Farurej już był w salonie z hrabią, z Sylwanem i Cielęcewiczem.
Dwaj ostatni zawsze, spotkawszy się, rozpoczynali walkę nieustanną między sobą; Cielęcewicz był i wyznawał się komunistą i radykalistą, a Sylwan ograniczał się żądaniem lekkiej reformy społecznej, której zasad nie umiał ściśle oznaczyć. Dwie panie, wchodząc, zastały już walkę rozpoczętą jak zwykle. Cielęcewicz stał w pośrodku salonu i, jakby był w klubie, perorował bardzo głośno:
— Ludzkości nie mogą uszczęśliwić jakieś tam półśrodki: nie! stokroć nie! Przez najostrzejsze środki, jeśli tego będzie potrzeba, przejdziemy bez wahania, bez wahania, i nową formą odrodzimy społeczność.
— Boże! na cóżeśmy trafiły! — śmiejąc się, zawołała hrabina do Cielęcewicza, który, nagle spadłszy z wysokości swych deklamacyj, uśmiechał się i witał.
— Niech się pani nie lęka, — rzekł mówca — to jeszcze nie zaraz nastąpi.
Wtem pan marszałek Farurej powstał na powitanie dam, z lekkością młodzieńczą, choć miał, niestety, oddawna lat pięćdziesiąt!
Ale czegoż nie dokaże sztuka! Ztyłu widziany, ruchami, ubiorem, trzpiotowatemi gestami, zupełnie był podobny do młodzieńca; obrócony twarzą, wyglądał nieco inaczej.
Łysy całkiem, przyznawał się tylko trochę do łysiny, a peruka jego, zrobiona z największym kunsztem, kłamała mu resztę włosów; bez zębów, miał wstawione wyroby sławnego Rogersa, nie uderzające wprawdzie pięknością, któraby podrobienie zdradzała, ale wcale jeszcze pokaźne; chudy, wszystkie suknie miał wywatowane nadzwyczaj misternie, z głęboką znajomością nietylko ciała, ale i serca ludzkiego; nigdzie sztuki nie zdradzała przesada. Ubiór miał skromny i piękny, ale co na twarz poradzić! Ocet towarzystwa higjenicznego, kosmetyki Indyj i Afryki, woda książęca, eliksiry, pomady niewiele ją upiększyć i odmłodzić potrafiły. Zmarszczki, jakkolwiek powyciągane natył, odzywały się wszędzie, nos nie miał kształtu żadnego, usta rozeszły się zbytecznie nakształt wypracowanych bardzo rękawiczek; oczy nabrzmiały i zaczerwieniły się, zdając wyskakiwać z powiek...
Niesłychanie grzeczny, nadskakujący, posunął się zaraz ku hrabinie i hrabiance, a wiedząc, jak naszym kobieciętom pochlebia, gdy kto domy ich, wróciwszy z Paryża, chwali, nakręcił tak rozmowę, żeby mógł wyznać, iż pierwszy salon w Denderowie, smakiem, ubraniem, tem czemś nieopisanem, co nadaje piętno właściwe, przypomina mu salony Paryża i Faubourg Saint-Germain. Hrabina uczuła się niezmiernie połechtana i odparła, jak się czuje szczęśliwa z przybycia takiego sąsiada, gdy się zdawali skazani już na pożarcie parafjanom i, jak dawni chrześcijanie w cyrku, rzuceni tym potworom na pastwę.
Marszałek nadzwyczaj się uniósł nad dowcipnem porównaniem i tak szczęśliwie poczęta rozmowa, w której obie strony trafnie się głaskać umiały, poszła dalej żywo, a Farurej zręcznie potrafił do niej wmieszać Cesię. Cesi to pochlebiło, bo się lękała zostać opuszczoną, jak mała dziewczynka, i zmuszoną samej się nabijać dla okazania dowcipu i dojrzałości.
Pokazała więc śmiało całą błyskotliwość żywego umysłu i szczebiotliwą łatwość rozmowy, na jaką naprędce zdobyć się mogła.
Hrabia z żoną szepnęli coś do siebie i Farurej, niby przypadkiem zostawiony na chwilę z Cesią, prowadził z nią dalej rozpoczęte dowcipkowanie.
Czemuż wam go odmalować nie umiem, gdy zmożony podagrycznem cierpieniem, z uśmiechem na ustach, grał tak doskonale zajęcie, żywość, wesołość wśród doskwierających mu męczarni; zwracał się, okręcał, wstawał, siadał, pracując na każdy ruch, ale na oko odbywając je lekko i łatwo. Chodziło mu bardzo o pokazanie, że jest w pełni sił i wieku.
Cesia w duszy umierała ze śmiechu, ale ten paryżanin przekwitły, tak dla niej grzeczny, tak nadskakujący, tak dobrego tonu, pomimo swej śmieszności, bardzo jej pochlebiał uwagą, jaką na nią zwracał ciągle; szydziła z niego, a była mu wdzięczna.
Hrabia umyślnie rozprawiał żywo z Cielęcewiczem, żeby nie zmuszać Farureja do odwrócenia się ku sobie; hrabina, trochę chmurna, wzruszała ramionami nieznacznie, a Sylwan, coś przyśpiewując pod nosem, chodził po salonie.
Wtem przybycie rotmistrza pomnożyło towarzystwo, a hrabina, która nie wiedziała, że był zaproszony, zdumiała się i, mimo potęgi, jaką miała nad sobą, trochę ust zagryzła, trochę się zarumieniła. Wnet jednak, uprzytomniając się, zawołała do niego z żartobliwym wyrzutem:
— To nie do darowania, żeby tak o nas zapomnieć!
Rotmistrz zupełnie zbił się z tonu, splątał i zabełkotał coś niezrozumiałego, ale go Sylwan porwał zaraz po przywitaniu i, potrzebując u niego pożyczyć pieniędzy, począł starannie miodem grzeczności smarować.
Nikomu w tej chwili potrzebniejsze nie były pieniądze, snował bowiem projekt nielada, zemstę wielką, której, jak mu się zdawało, bez pieniędzy nie mógł przyprowadzić do skutku, a z niemi miał jej dokonać niezawodnie.
Zbity ze wszystkich dróg przez starego Kurdesza, postanowił sobie przekupić Brzozosię, dowiedzieć się od niej, kiedy ojciec w domu nie bywał, rozpocząć cichutko bliższe stosunki i... któż tam wie, co roił; to pewno, że marzenia jego nie kończyły się u ołtarza; wolał sobie powiedzieć:
— Wydam ją za kogo.
Bo też Sylwan nie kochał wcale, chciał się tylko bawić i zemścić. Zdawało mu się, że najpewniejszą drogą do Frani była naiwna Brzozosia; a do serca ubogiej i na łasce żyjącej rezydentki — pieniądze. Chodziło więc o to tylko, skąd wziąć pieniędzy i jak się do Brzozosi zbliżyć, gdzie ją znaleźć, jak z nią rozmówić tak, aby to ludzkich nie zwróciło oczu.
Wcześnie radował się Sylwan, że ogólny plan kampanji tak szczęśliwie nakreślił, w wykonaniu jego rachując na pomoc losu, na trafy, na coś, co zwykle młodym a wytrwałym w pomoc i przymierze przychodzi.
Nie ze wszystkiem się też w tych nadziejach mylił, bo traf dostarczył mu pierwszą zręczność widzenia się z Brzozosią sam na sam. Myśląc o Frani, Sylwan często jeździł do gaju pod Wulkę i po kilka razy drożynę przezeń wiodącą przebywał, czyhając na swoją ofiarę. Raz mrokiem postrzegł toczącą się zdala postać, która, jak się domyślił i nie mylił, była w istocie Brzozosią; przyśpieszył kroku, dognał ją i naprzód przestraszył bardzo biedaczkę.
— Jezusie, Marjo! — krzyknęła Brzozosia, która powoli, odmawiając pacierze, wracała z pasieki.
— Dobrywieczór pani!
To przywitanie i grzeczne „pani“, wyrzeczone z ukłonem, sprowadziło uśmiech na usta starej panny; dygnęła mu, o ile nierówność drogi pozwalała i, sznurując usta, wstrzymała się, zawracając ku niemu.
— Dobrywieczór panu hrabiemu!
— Cóż tu pani tak sama jedna porabia?
— Wyszłam na przechadzkę... (wstydziła się przyznać, że chodziła do pasieki).
— Jak się tam ma panna Franciszka?
— Zdrowa! zdrowa! — śmiejąc się, dodała Brzozosia i kiwając głową. — Zdrowa, dzięki Bogu; a jak to pan zaraz o niej pamiętał, wprzód niżeli o rotmistrzu i spytał o nią! Oj! coś ja wiem!
— Cóż takiego? — zaśmiał się Sylwan.
— Hrabia podobno poznał się na naszym skarbie.
— Jak to pani domyślna jesteś! — kończył młody hrabia nawpół szydersko.
Pochlebiło to Brzozosi, która żywo dodała:
— O, o! mnie nie oszukać! Z pierwszego razu powiem panu, widziałam to jasno, bo, prawdę mówiąc, o takich rzeczy niema jak mój wzrok.
Sylwan serdecznie się śmiał znowu i podchwycił:
— Kochana pani, cóż z tego wszystkiego, kiedy podobno rotmistrz złem na mnie patrzy okiem.
— A! uchowaj Boże, — odparła Brzozosia — i owszem, i owszem: z estymą, z szacunkiem, ale widzi hrabia, jemu się i nie śni, żeby co z tego było; a ja zaraz taki mówiłam i mówię, że to już widać przeznaczenie.
Sylwan się zastanowił, bo tak dalece zabrnąć sobie nie życzył.
— Byłbym pani bardzo wdzięczny, — rzekł, zbliżając się i szepcąc do ucha Brzozosi — żebyś też pani chciała mi dopomóc... Pani to już wiesz, że bardzo, bardzo podobała mi się panna Franciszka, ale ojciec tak trudny; w domu tak się rzadko widywać możemy swobodnie.
— Z całego serca, z całego sercabym panu dopomogła, — odparła dumna tem, że tak wielką brała na siebie rolę Brzozosia — ale jak?
— Już to pani wiedzieć będziesz lepiej.
— Ojciec straszny impetyk i niezmiernie ją kocha, jak się uprze, jak się uprze, ani go przekonać. Ja mu to już ciągle powtarzam, że nie wiedzieć co robi, że córce los zagradza, ale stary swoje; jak kozioł, proszę pana, choć poczciwy z kościami.
— Jednak możeby to jako można widywać się tak, żeby on o tem nie wiedział.
— Hm, hm! powiem panu! to potrzebaby nad tem pomyśleć... Trudno doprawdy, a nie wiem, czyby się i Frania na to zgodziła. Chociaż, powiem prawdę, ona na pana dosyć łaskawem okiem patrzy, bo mnie nie oszukać, ja to widzę.
— Tak pani sądzi?
— Tak, tak! Ale to posłuszne dziecko; gdybyś pan popróbował jeszcze starego ukołysać.
— Widzi pani, że to prawie niepodobna.
— Zczasem, powoli; zresztą niechno ja pomyślę, coby się dało zrobić — szepnęła Brzozosia i zamyśliła się.
Sylwan porozumiał zaraz, że to namyślanie pewnie oznaczać musiało chęć wytargowania zapłaty i już się zabierał wystąpić z przekonywającym argumentem, gdy Brzozosia, widząc zmierzch nadchodzący, a pomiarkowawszy nagle, coby to ludzie powiedzieli, żeby ją o mroku z kawalerem sam na sam w lesie zobaczyli, szybko pożegnała hrabiego i uszła biegiem prawie, taki ją strach o własną reputację ogarnął.
Sylwan popędził za nią spytać, kiedy ją będzie mógł spotkać. Odpowiedziała mu żywo: — Pozajutro — i szybko pośpieszyła ku domowi, przerażona niebezpieczeństwem, w jakie dobrą swą sławę podała niebacznie.
— Otóż ślicznie! — mówiła po drodze, idąc, cała zdyszana i w płomieniach. — Ani mi do głowy przyszło, co ludzie mogą powiedzieć! Całe życie, chwała Bogu, uczciwe, mogłabym stracić w jednej chwili, przez nieuwagę i trzpiotowatość, która się jeszcze mnie trzyma! Sliczna rzecz! Prawdziwie dziwuję się sobie, tak być nieostrożną! tak nieostrożną! Boć i dawniej, prawda, choć mi się podobał, choć nie bez tego, żeśmy się z sobą schadzali, ale to przyzwoicie, tak że i najgorszy z ludzi nic na to nie mógł powiedzieć...
Noc szybko nadchodziła.
Przerażona niezmiernie dobiegła do domu Brzozosia, w rozmysłach, co począć. Natarczywość Sylwana, jego propozycje, przyszłość Frani, którą jej miała być winna, wszystko to chodziło po biednej rozmarzonej głowie, nie dając się rozwikłać i ułożyć. Nie mogła znaleźć środka, żeby wszystkich żądania i strachy a przyszłość Frani pogodzić. Chciała dopomagać i nie miała odwagi, bo wiedziała, jak rotmistrz tajemnic nie lubił, intrygą się brzydził i chciał, by każdy uczynek miał świadkiem ludzi i słońce, by się z każdego jasno i głośno wytłumaczyć, nie rumieniąc, można. Iść przeciwko jego woli było niebezpiecznie, zresztą nie wiedziała dobrze, co o tem wszystkiem pomyśli Frania, i najpilniej jej było, powróciwszy, wejść do pokoiku wychowanki z tajemnicą, która już dokuczała jej jak wstrzymana czkawka.
Siadła na kuferku naprzeciw Frani i, odchrząknąwszy, poczęła:
— Jaki to był śliczny wieczór, moja duszko!
Ale z oczu jej widać było, że nie o wieczorze mówić miała.
— Gdzież to była Brzozosia?
— Chodziłam, moje serce, do pasieki, ale się nie roją... i, wracając...
— Coś się trafić musiało, boście się przypóźnili?
— Wyobraź sobie, ale... — przerwała i, spoglądając na Franię, dodała: — może ci lepiej nie mówić, ty zaraz przed ojcem wypaplasz.
— Cóż to, kochana Brzozosiu? Co? Ja nic nie powiem. Pewnie gnilec w pasiece!
— Ale gdzie tam mnie gnilec w głowie. Nie powiesz ojcu?
— Jak nie zechcesz, nie powiem. Wydarli pszczoły?
— A jej pszczoły tylko na myśli! Otóż żebyś wiedziała, żem się spotkała i mówiła; zgadnij z kim?
— Kiedy każesz mi zgadywać, to pewnie z hrabią?
— Jakbyś tam była; widzisz, otóż ci powiem, że mnie nie oszukać; jak Bóg Bogiem, tak się w tobie zakochał.
Frania trochę się zarumieniła, boć i najobojętniejszej taka wieść nie obojętna, a pierwszy raz posłyszeć to miło; i Frania miłość Sylwana wcale inną wyobrażała sobie, niżeli była w istocie.
— Doprawdy! on we mnie! To być nie może, Brzozosiu: hrabia taką jak ja szlachcianeczkę...
— Otóż widzisz, że kiedy ja co mówię, to tak jest koniecznie; żebyście mnie słuchać chcieli, ale to z upartym i rady niema. Ojciec twój wszystko psuje. Gdybyś chciała, Franiu, gdyby ci serce mówiło... możnaby coś i bez ojca zrobić... Ot, przyznaj mi się, kochasz go? No, powiedz!
Frania znowu jak jabłko się zarumieniła, zaczęła się śmiać, ukryła twarzyczkę, potem zamyśliła się, potem szeptała coś, porąc fręzlę od chusteczki, tak że nic posłyszeć nie było można; wreszcie, gdy Brzozosia coraz żywiej nacierała, usiadłszy przy niej na stołeczku, tak mówić poczęła prawie do ucha:
— Cóż bo ty, moja Brzozosiu, nazywasz kochać?
— A to doskonale! Udajesz, Franiu, czy co?
— Nie udaję wcale, ale posłuchaj, Brzozosiu. Czytałam kilka książek, co mi z Kudrostawu pożyczali, tam dziwnie jakoś opisują kochanie; a widzicie...
— Ale mów bo, serce, wyraźniej, co książki mają do hrabiego?
— Posłuchajcieno tylko uważnie — szeptała Frania. — Lubię i tego, i tego, i tego; i ten mi się zdaje piękny, i tamten ładny, i ten zabawny i drugi; ale żebym miała kogo nad innych przenosić i za nim więcej tęsknić i marzyć, to nie.
— Jakto może być! — łamiąc ręce, zawołała prawie przestraszona Brzozosia.
— On mnie dosyć bawi, lubię na niego popatrzeć; pośmiać się z nim; ale nie tęsknię, nie rozpadam się za nim. A kiedy się kto zakocha, to tak być musi... Nieprawdaż?
— Ale czyż to być może!
— Czyżbym ja przed tobą kłamała? — odparła Frania.
Brzozosia mocno się zadumała, zażyła tabaki, utarta nos, odpędziła faworytę kotkę i, pokiwawszy głową, spytała:
— A któż ci się u licha podoba, jeśli nie on?
— Alboż ja mówię, że mi się nie podobał?
— Ale ja byłam pewna, że ty o nim tylko myślisz i dumasz.
— Nie, Brzozosiu! Powiem ci nawet szczerą prawdę, czasem, czasem... wydaje mi się aż śmieszny...
— On! on! — zakrzyknęła, porywając się, rezydentka.
— Śmiejcie się ze mnie, kiedy chcecie, cóżem ja temu winna? Doprawdy, że pan Jan z Zawiłowej daleko pokaźniejszy od niego i, jak mówi, jest czego posłuchać, bo w słowach gra dusza; a i ten mi przecież głowy nie zawróci...
— No! to już nie wiem, kto ci się podoba! — rzekła smutnie Brzozosia. — Widać, że to chyba nie przeznaczono. Ale kabała nie może skłamać... Bywa to czasem, że tak człowiek do kogo długo serca nie ma, a potem raptem.
— Może, gdybym go lepiej poznała.
— A tu ojciec i temu drogę zagradza.
— Ojciec wie, co robi, Brzozosiu.
— Między nami mówiąc, stary gdera i tchórz. Coby to szkodziło pozwolić mu bywać?
— Ojciec wie, że z tego nic być nie może.
— Otóż w tem się myli, bo kawaler po uszy zaszłapał, onby się i dziś ożenił.
— Ale ojciec...
— E! ojcowie zawsze potem błogosławią.
— Wolałabym nie potem, ale przedtem...
Brzozosia ruszyła ramionami i nic już więcej nie powiedziała; a Frania, choć była ciekawa, co jej Sylwan mówił, nie dopytywała się, wiedząc, że się z tem później wygadać musi.
To pewna, że całą noc marzyła, dumała, roiła sobie dziwy dziewczyna; Brzozosia marzyła także; a hrabia już się cieszył zwycięstwem i zawczasu drwił sobie ze szlachcica.



— Cóżbyś ty na to powiedziała, — odezwał się tego samego dnia hrabia Zygmunt-August do córki — gdyby pan Farurej chciał się starać o ciebie i to życzenie oświadczył?
Zdawało się ojcu, że wielką powie Cesi nowinę i zawczasu rachował na jej potężne zdumienie; ale jakże się zdziwił, gdy młoda panienka bez najmniejszego zmieszania spokojnie i śmiało mu odpowiedziała:
— O! o temby potrzeba pomyśleć.
— Wprawdzie — dodał prędko hrabia, zapobiegając zarzutom — nie jest to już pierwszej młodości człowiek.
— Ani drugiej nawet, — odpowiedziała Cesia obojętnie — ale cóż to znaczy?
— Miły, dobrze wychowany, dobrze urodzony, wiele widział świata, i bogaty...
— Czy w istocie znowu tak bogaty, jak mówią? — spytała Cesia.
— Najistotniej! Dowiadywałem się i wiem dokładnie; dawny majątek nadrujnowany, to prawda, ale jeszcze piękny, a ze świeżą sukcesją uczyni przeszło trzy miljony fortuny czystej, nie licząc remanentów prawdziwie pańskich... Same sławne srebra jego liczą na parę kroć sto tysięcy...
Cesia się zamyśliła, wołałaby zapewne z ową miljonową fortuną innego męża, ale i Farurej miał swoją dobrą stronę. Stary, musiał przecie czemś zapłacić za swoją starość, musiałby zrobić zapisy, dogadzać upodobaniom, nadskakiwać, a wostatku prędzej mógł od siebie uwolnić, niż kto inny. Hrabia też wcześnie to sobie ułożył i, zbogacając Cesię, przewidywał, że wkrótce będzie wolna a bogata, że wyjść może później zamąż za jakie gołe książątko, a nimby to doszło do skutku, ojciec naturalnie zarządzałby majątkiem... Nieszczęściem te rachuby opierały się głównie na latach i zdrowiu Farureja; a nic zawodniejszego nad życie ludzkie, ci najczęściej giną sami, co ze śmierci cudzej korzystać się przygotowują. Śmierć, filutka, płata figle najniespodziewańsze, jakby ją to bawiło...
Sylwan był też bardzo za tem małżeństwem, była za niem potajemnie i matka, choć dla utrzymania swego urzędowego charakteru sprzeciwiała się zlekka, dowodząc, że z dziecka dla widoków pieniężnych ofiary czynić się nie godzi.
Cesia tymczasem, jakby pierwszy starający się o nią jawnie był dla niej oznaką emancypacji, patentem dojrzałości, spoważniała wielce, nabrała pewnego tonu i głęboko zdawała się namyślać. Troszkę kochała Wacława, ale to w jej przekonaniu nie przeszkadzało zamążpójściu za starca; między miłością i poświęceniem się dla niej a życiem swobody i dostatku wybór był łatwy przy takiem jak jej wychowaniu i przykładach, nie wahała się też wcale. Lecz, mając iść za starego, chciała, by był bardzo stary, i troskliwie wypytywała, czy istotnie ma tyle lat, ile mu przypisywano, i tyle majątku.
Ojciec, który się spodziewał oporu i gotował do walki, zdumiał się, widząc ją przygotowaną zupełnie i wyprzedzającą niejako jego żądania.
— Ma rozum — rzekł w duchu — nad lata! nad lata; nie byłaby dzieckiem mojem! Co to za wytrawność i kalkulacja zdrowa! a nie ma jeszcze lat dwudziestu! a wychowane to na wsi! Ho! ho! trząść będzie światem, byle nań wyjrzała!
Za drugą bytnością w Denderowie widocznem już było, że Farurej, od wszystkich nadzwyczaj dobrze przyjmowany, od panny najlepiej jak być może, uwięźnie na lep i da się usidlić. Starzec, sądząc, że to zwycięstwo winien był sobie tylko, wybornemu tonowi, dowcipowi, udawanej swej młodości i pokostowi paryskiemu, którym był okryty, uszczęśliwiony do szału, padał przed Cesią z takiemi oznakami najszaleńszej miłości, że przytomni jej wybuchom ledwie się od śmiechu powstrzymać mogli. Cesia dowcipowała z nim, ochoczo dotrzymując mu placu; zachwycała go przytomnością umysłu, wesołością i tonem, jakich w tak młodej panieneczce ani się mógł spodziewać. Nie chciał w tem wszystkiem widzieć grudniowy zalotnik jawnego przecie zepsucia i chłodu.
Za trzecią czy czwartą bytnością Farurej zupełnie oszalał, obałwaniał i gotów już był siebie i wszystko, co miał, oddać tej czarodziejce. Hrabia patrzał, jakby nie widział; hrabina pomagała nieznacznie, stękając na ofiarę; Sylwan, w nadziei łatwej pożyczki pieniędzy od przyszłego szwagra, pochlebiał mu, przybrał za przyjaciela, za powiernika i zręcznie, jak równego, traktował.
Nic bardziej starcowi pochlebiać nie mogło. Skutkiem całej tej komedji, Farurej wyobraził sobie, że istotnie odmłodnieć musiał, że wiek jego dla wszystkich był tajemnicą, a niebytność długa rachuby kalendarzowe pomieszała. Płochy jak dwudziestoletni młodzieniec, gotował się do ofiar największych, byleby na swojem postawił, byle ubóstwionej Cesi rękę otrzymał.
Cesia, wpół śmiejąc się, wpół płacząc, patrzała na przyszłość: wśród jej obrazu Wacław migał przed nią smutny, milczący i cichy, ale stały. Nie mogła obejść się bez niego, odpędzała natręta napróżno, wkońcu mówiła sobie:
— Będzie z nami, przy nas, ze mną!
— Lecz byćże on zechce, gdy zostaniesz żoną tego starca, przedając mu się tak ohydnie? — pytał głos wewnętrzny.
— Musi! — odpowiadała. — Ja każę i przyjdzie!
Po podbiciu Farureja, o niczem już nie wątpiła, chociaż to było łatwe zwycięstwo; ale pierwsze taką daje odwagę, w taką wbija pychę! A to był pierwszy triumf, na który ludzie patrzyli.
Jakkolwiek śmieszny swą pretensją do młodości, Farurej z innych względów był postacią wielce niepospolitą dla nas, bo u nas wszystko, co się choć potarło o obce, co trąci zagranicą, co przybywa przesiąkłe cudzoziemszczyzną po długiem dobrowolnem wydaleniu, wyższem się i doskonalszem wydaje.
Żartowano z niego trochę, ale go naśladowano: jego powozy, konie, zaprzęgi, ubiory, urządzenie domu służyło za wzór dla drugich, a zwłaszcza dla młodzieży. Farurej, dobry koleżka, otaczał się nią chętnie, sprawiał baliki, prawił cynizmy i grał rolę młodzika, pomimo podagry i reumatyzmów bezliku, z natchnieniem i żywością niepospolitą.
W sąsiedztwie, choć zazdrość kazała szydzić z niego, wszyscy sarkali, że tak piękna partja dostanie się dumnej, zimnej, szyderskiej, nieznośnej hrabiance. Tyle panienek jeszcze młodszych gotowe były poświęcić się i uszczęśliwić starego rozpustnika. Niestety! dziś nawet u młodziutkich panienek, któreby dawniej za skarby świata nie zaślubiły starca, jedyna modlitwa, jedyne życzenie — znaleźć bogatego a schorzałego paralityka i sprzedać się, byle drogo. Serca niema! Są głowy i rachuby, poczynające się w latach piętnastu, gdy samo serce bićby tylko powinno!
Cesia tedy codzień widoczniej zwyciężała. Cieszyli się pocichu rodzice, a Sylwan na rachunek tego co tydzień pożyczał u Farureja, skarżąc mu się na skąpstwo ojca i potrzeby młodości.
Tymczasem Zygmunt-August Dendera wikłał się coraz głębiej w interesa, usiłując wykłamać byt swobodny i bogactwo, które uciekło. Szło mu w istocie najgorzej, ale nikt o to nie mógł go posądzić; opłacano z rzetelnością niewidzianą procenta i zażądane kapitaliki, dawano szumne bale, dom na świetniejszą niż kiedy podniesiono stopę. Imieniny, Nowy Rok, zapusty, obchodzone zwykle szumnie, teraz, zapraszając dokoła, z muzyką wytworną, ze szczególnemi wymysłami zabierano się solemnizować. Kredytorowie, zdumieni, osłupieli: nie pojmowali, co się to dzieje; ale gdy klucz Słomnicki skonfiskowano, a to nie ustawało; gdy hrabia równie wesołą twarz zawsze ukazywał, prawił o spekulacjach, płacił, nie wypraszając się, i nietylko nie począł się oszczędzać, ale wspanialej jeszcze występował, powiedziano sobie, że musi mieć kapitały, że ma tajemne sumy na bankach. Ci nawet, co go najlepiej znali, jak Smoliński, zdumieni zuchwalstwem, niedowierzali oczom i zawahali się w przekonaniu o grożącem bankructwie.



Sylwan, cały zajęty swoją przyszłą zdobyczą, pośpieszył do Wulki i stawił się w terminie na rozmowę z Brzozosią, wcześnie przygotowany do datku, który sądził nieuchronnie potrzebnym dla pozyskania jej względów. Ale ostatnia rozmowa z Franią wielce zachwiała przekonaniem Brzozosi i dała jej do myślenia: przypuszczać poczęła, że wychowanica jej nie kochała hrabiego, a namawiać nie umiała. Cała nadzieja jej była w tem, że Frania się rozkocha, a hrabstwo i bogactwo przy młodości i ładnej twarzy muszą ją chwycić za serce.
Idąc do lasku, Brzozosia postanowiła sobie wybadać pilnie młodego hrabiego o dalsze jego zamiary, czyby się nie chciał zaraz ożenić? Nie pojmowała bowiem w prostocie niepokalanej ducha innej intrygi, tylko przyśpieszającą co najrychlej wiekuiste połączenie. I, gdy Sylwan śpieszył z myślą nakłonienia jej, aby mu pomogła do zawiązania tajemnych z Franią stosunków, ona poprostu i po staroświecku chciała go ożenić, choćby mimo woli ojca, byle tylko co najprędzej. Kabała dawała jej ufność, że zwycięży i że Frania będzie szczęśliwa.
Zeszli się prawie w tem samem miejscu, co wprzódy; a Brzozosia, cała drżąca, żeby jej kto nie zobaczył, zwłaszcza rotmistrz, którego się obawiała jak ognia, postanowiła zgóry stanowczo zapytać hrabiego, kiedy wesele.
— Byle Frania za niego poszła, — mówiła sobie — to się kochać muszą i będą szczęśliwi...
— Cóż tedy? — zapytał żywo Sylwan, wyglądając jak najpomyślniejszej odpowiedzi.
— A cóż, panie hrabio! — odparła Brzozosia, oglądając się. — Mówiłam z Franią, ale to gołąbiątko zwyczajnie, ani wie samo, co się w jej serduszku dzieje; a ja widzę, że hrabiego kocha i kochać musi.
— Ale jakże się przybliżyć, poznać lepiej?
— No! a hrabiaż ją kocha? — spytała Brzozosia.
— Jak! pani nie uwierzysz?! — zawołał z zapałem.
— No! to chwała Bogu! Już na siebie biorę księdza i ułatwienie ucieczki; pojedziemy nocką do kościoła, proboszcz ślub da, a rodzice muszą przebaczyć.
Sylwan stanął osłupiały i zastygły.
— Jakto? — rzekł powolnie, cofając się. — Ależ my jeszcze... niedosyć się znamy!
— Jakto niedosyć, kiedy hrabia ją kochasz? — spytała Brzozosia.
— Trzebaby się nam częściej i swobodniej widywać.
— Naco? — przerwała stara panna. — Co tu darmo czas tracić. Ot, brać zaraz ślub i po wszystkiem; będziecie się potem sobie widywali po całych dniach, ile zechcecie.
Hrabia oziębł bardzo, zmieszał się, nie wiedział, co mówić, czuł, że się złapał; chciał mowę zastąpić czynem wyrazistym i podsunął zręcznie rulonik złota w rękę panny ciwunówny.
Trudno opisać, co się stało z Brzozosią na widok tego zwitka, którego w początku zrozumieć nie mogła; a domyśliwszy się znaczenia po wadze, z krzykiem, jak gadzinę, upuściła, odskakując na kilka kroków. Załamała ręce, oczy jej zapaliły się gniewem i, jakby światło jakie nagle ją oblało, cofnęła się ze zgrozą od skonfudowanego młokosa, który za późno pomiarkował, że głupstwo zrobił.
— A to tak, mości hrabio! — zawołała, trzęsąc się cała. — To ty myślisz, że ja ci moje dziecko sprzedam? Chciałoby się kupić moją poczciwość za złotko! Co to waćpan myślisz sobie, żem lada sługa, żem jaka przedajna!...
Gniew aż jej mowę zatamował; hrabia poczynał się tłumaczyć, bąkał, czerwienił się, ale stara panna, raz puściwszy wodze językowi, silnie obrażona, opamiętać się nie mogła.
— Waćpan myślisz, — wołała — żeśmy to hołysze, których można kupić i okpić, jak się podoba, dlatego żeś ty hrabia! Chcesz się żenić, to ci pomogę, ale nie za pieniądze; a jeśli myślisz tylko zwodzić, to ci się z nami nie uda, ja pierwsza ci oczy wydrapię... Choć w cycowym szlafroczku chodzę, ale twoich pieniędzy nie potrzebuję...
Widząc, że nie żarty, podniósłszy rzucony rulonik, hrabia zaciął usta z gniewem i odstąpił wściekły, dosiadając konia co żywo; ale nim się potrafił oddalić, posłyszał tyle, ile w życiu jeszcze nie zdarzyło mu się od nikogo, i ze zmytą głową poleciał do domu.
Brzozowska zdyszana, zgniewana, trzęsąc się jeszcze cała od niepohamowanego wybuchu, powróciła do Wulki i trafiła na Kurdesza w ganku, odmawiającego właśnie pacierze na książeczce. Postrzegłszy ją, stary poznał, że się jej coś trafić musiało i, śmiejąc się, zapytał:
— A co tam? czy nie lisy złapały czubatą kurkę? może wilk zdusił jagnię panny ciwunówny? Coś się musiało stać okropnego, boś widocznie poalterowana, moja Brzozosiu!
Nie zebrała się jeszcze, co odpowiedzieć, rezydentka, gdy Kurdesz dodał:
— Ale bo widzę wracacie z gaju?
— A z gaju, z przechadzki — odpowiedziała.
— Czy ci się co, uchowaj Boże! trafiło?
— Nic, nic! — zimno przychodząc do siebie i pragnąc się co najrychlej ukryć w kątku, odpowiedziała.
— Jakto, nic? Ależ widzę, że panna albo postraszona, albo rozgniewana.
— Nie warto o tem mówić — mruknęła, uchodząc.
Frania nie potrafiła nic z niej dobyć, prócz kilku słów pogardy dla hrabiego.
Sylwan po tej wycieczce, upokorzony doostatka, postanowił i zaprzysiągł sobie rzucić zupełnie niewczesne staranie o Franię. Bolał srodze ze wstydu, ale rozumnie ukrył swoje strapienie wewnątrz siebie i milczał.



Tymczasem Wacław z panią podsędkową przybył do Kudrostawu, gdzie zaraz pilno im było wszystkim pochwalić się nowem nabyciem. Zgodzono go, bardzo się targując, za lichą pensyjkę; zawarowano, żeby uczył chłopców, czego tylko można i jak najwięcej; zastrzeżono, żeby fortepianu nie psuł swojem klepaniem i nie grał na nim, tylko gdy go przy gościach prosić będą, a dla siebie raz na tydzień w niedzielę (co go najwięcej kosztowało); kazano mu stać w niewygodnej i wilgotnej izdebce, ledwieże nie odmówiono pierwszych potrzeb życia; tak zdawało się Dębickim ciężką rzeczą to przyjęcie jego do synów, ale razem chciano się nim chlubić i popisywać jak najwięcej. Poszły więc wieści o metrze po sąsiedztwie, których trąbą był Cielęcewicz, głoszący, iż Dębiccy przyjęli nauczyciela muzyki do dzieci, dawnego wychowańca hrabiów i metra hrabianki, że mu ogromną płacą pensję i t. d. i t. d.
Pierwszy, który te wiadomości przywiózł do Denderowa, był rotmistrz Powała; rzucił je wśród gwaru towarzystwa ze śmiechem i wprost doszła do uszu Cesi. Nie zarumieniła się wcale, nie zdziwiło jej, uderzyło jej tylko serce tajemnie i powiedziała sobie:
— Wrócił, bo się do mnie chciał przybliżyć. Ale cóż mi tam — dodała — jakiś biedny nauczyciel, choć podobno oszalał za mną! Niepodobna, żeby się tu kiedy nie zjawił; przyjmę go zimno i ostro. To zuchwalstwo!
Hrabia, dowiedziawszy się o tem, brew marszczył i zdawał się widocznie czegoś niespokojny i kwaśny.
— Miał jechać do stolicy — rzekł — lub zamieszkać w Żytkowie, w Kamieńcu; pocóż tu znowu powraca, to niema sensu! Muszę go zobaczyć i dobrze mu zmyć głowę.
Wtem ktoś począł się rozwodzić szczerze nad dobrodziejstwy, wyświadczonemi przez hrabiego dla Wacława, a stary Dendera odwrócił się chmurny i, jakby przez uczucie skromności, przerwał:
— Nie mówmy o tem, nie warto!
Widocznie był przecież zmieszany i nierad wiadomości.
Wacław w Kudrostawie niełacno oswajał się z obcym domem i ze służebnictwem swojem. Dom też to był oryginalny, jakich i u nas niewiele, choć nam na oryginałach nie zbywa. Państwo podsędkostwo Dębiccy, świeżo zbogaceni, chciwi wnijścia w grono obywatelstwa, łączyli skąpstwo dawne z wystawą, której, wedle ich wyobrażeń, nowy stan wymagał. Przepych ten szlachecki, niesmaczny i śmieszny, zamiast podnosić, poniżał ich jeszcze i wystawiał na szyderstwo, którego się dopatrzeć nie umieli; bo wszystkie urągowiska brali za pochwały, nie dopuszczając myśli, by z nich szydzić się kto ważył.
Gorzki to chleb cudzy, gorzki to dach obcych, choćbyśmy nie z łaski jedli, nie z łaski mieli schronienie, choćby za nie płaciła i nadpłacała praca; zawsze to ciężkie życie najemnika! Tym, którzy nas przypuszczają do swego stołu, do swojego domu, zdaje się często, że żaden wysiłek i poświęcenie nie potrafi opłacić ich wielkiego wyświadczonego nam dobrodziejstwa; a nam widzi się zawsze, że praca nasza więcej jest warta nad płacę. Ciężko jest być sługą, cóż dopiero stanąć na tem stanowisku wątpliwem, co dzieli sługę od ubogiego przyjaciela? Mając do czynienia z ludźmi bez serca, nieustanna się toczy walka: i oni chcą, byś był ich sługą, ty chcesz pozostać niepodległym. Właśnie w takiem położeniu był Wacław u Dębickich, którzy z niego wszystko mieć chcieli, pewni będąc, że za ich trochę pieniędzy powinni byli całego kupić sobie człowieka, że za nie sprzedał im się bez wyjątku! Każdą jego wolną chwilę uważali za skradzioną sobie i, jak skąpiec, co zapłaciwszy śniadanie w garkuchni, zjada do ostatniej chrząstki, choćby się miał rozchorować, tak oni wszędzie, do wszystkiego, ciągle posługiwali się radzi Wacławem. Oprócz lekcji muzyki, musiał być nieustannie na ich rozkazy: sam pan posyłał go do miasta powiatowego po obiedzie, gniewając się, jeśli na lekcję ranną nie powrócił; proszono go o robienie rachunków, o dozór nad ludźmi, o posługi najnudniejsze i najprzykrzejsze, nie mając względu na to, że go niemi męczono. Powinien się był czuć szczęśliwy, że im służył.
Pani Dębicka, gdy mu dać raczyła drugą filiżankę herbaty, mniemała, że się obficie wywiązuje ze wszelkich względem niego obowiązków grzeczności. Biedne to i ciężkie było życie! Nieustannie napokaz wyprowadzany, zmuszany do popisów, poniewierany i, jak piłka, rzucany Wacław, ledwie skosztowawszy swobody wiejskiej, rad się był z niej wydobyć co najrychlej.
Przywykły do pracy nad sobą, do dumań swobodnych, wreszcie niewolnik i wprzódy, ale ludzi lepiej umiejących pokryć swą władzę i w pewne formy odziewających absolutność, Wacław cierpiał boleśniej niż od najprzykrzejszego niedostatku.
Jedyną jego pociechą było wyrwać się na wolność, pochodzić, przedumać godzinę, marzyć o swojej sztuce i wielkich jej tajemnicach; a kilka książek, niemych przyjaciół, nad których lepszych nie mamy (chociaż i ci jak często zdradzają!), orzeźwiały go w zobojętnieniu upadłego na duchu.
Dom Dębickich był osobliwszego rodzaju. Pan i pani ekonomowali jeszcze na swojem, udając panów w potrzebie, a udając ich bardzo pociesznie. Oboje napozór nie wdawali się w gospodarstwo, czasem nawet odegrywali obojętność na nie, ale ukradkiem szpiegowali obroty oficjalistów, męczenników ich nieufności i, znając rzemiosło doskonale, wszędzie szukali podstępu.
Sam pan podsędek, wysoki, silny pachoł, z wąsem i bokobrodami rudawemi, udawał, że nadzwyczaj lubi gazety i towarzystwo; krzyczał bardzo głośno i bredził śmiało; pobrzękiwał pieniędzmi, o których obfitości częste były wzmianki; sadził się na zbytki powierzchowne, a żył z najobrzydliwszem skąpstwem. Mieli kocz, karetę, cugi, liberje i guzy, i blachy złociste, ale ludzie u nich jedli bez soli, chodzili w domu bosaka lub w łapciach, a wieśniak pędzany robił prawie od niedzieli do niedzieli i nazywał się chamem.
Wzniósłszy się nad swój stan pierwotny, Dębiccy mniemali się już tak wysoko, że wszystko, co od nich niżej stało w hierarchji socjalnej, uważali za niegodne wejrzenia, za tak liche, za tak nikczemne, iż to się ledwie człowiekiem godne było nazywać. Można sobie wyobrazić, jak uważali Wacława, zmuszonego służyć im dla kawałka chleba.
Z wyższymi, choć parli się na stopę równości, oboje państwo przechodzili nieustannie z dumy i zarozumienia do mimowolnych upokorzeń. Trafiało się, naprzykład, że Dębicki wstawał na wnijście każdego i ustępował miejsca lada tytulikowi; ale bywało także, iż aż do niegrzeczności posuwał dbałość o utrzymanie się na mniemanem stanowisku, z którego prerogatywami nie był jeszcze oswojony. Nie każdy panem być może, kto chce.
Dom odpowiadał ich charakterowi i sposobowi życia: było to niezgrabne naśladowanie tego, co widziano gdzie indziej, bez zastosowania do miejsca i potrzeby, a nadewszystko bez smaku. Dziedziniec, niby angielski, pstrzyły dokoła budowle malowane i herbowne, sztachety wykwintne różnych rodzajów, jedne od drugich niezgrabniejsze, i ozdoby pociesznie naiwne. Ogród spacerowy, kompozycji samego pana, ubierały altanki i ławki w osobliwszym guście. Salon z meblami Testorego i Bajera w każdym kącie inną miał fizjognomję; nie potrzebujemy mówić, że wszystko chodziło w kapkach i starannie oszczędzane, od gości się tylko demaskowało. Świecidełek i błyskotek nie żałowano, a przy każdej zręczności cena lada fraszki obić się musiała o uszy tych, których najmniej obchodziła; domowi, powtarzaniem nauczeni, wiedzieli najdokładniej, ile nawet tafelka w posadzce zapłacona była.
W takim to domu na pierwszą próbę skazany był Wacław, nie znalazłszy w nim żywej duszy, coby się z nim biedą tą podzielić chciała, coby uczuła jego cierpienie; owszem, wszyscy jeszcze zdawali mu się wymawiać jego „szczęście“.
Wacław, przywykły do znoszenia, spokojnie, z uśmiechem spełniał obowiązek i wypijał do dna gorycze tego kielicha służebnictwa. Po dwóch blisko miesiącach pobytu w Kudrostawie, na prośbę jego, chętnie mu dozwolono pojechać do Denderowa, a była to zręczność pochwalenia się końmi i powozem; dano mu cug gniady i kocz paradny, po tysiąckroć go przestrzegając, żeby nie powalał sukna i koni pędzić nie kazał, żeby się nie poupijali, żeby się co, uchowaj Boże! powozowi lub rumakom nie stało.
Nie bez jakiegoś uczucia przestrachu wyjechał Wacław do domu, w którym dzieciństwo i młodość przepędził; a obraz Cesi przelatywał przed łzawemi jego oczyma. Gdy ujrzał ogród, mury pałacu i miejsca, uświęcone długiem cierpieniem, marzeniem, latami nadziei i boleści, w których się jeszcze pieścił przyszłością, biedny sierota zapłakał potajemnie.
Hrabia przyjął go kwaśno i na wstępie zapytał:
— Cóż to? Słyszę, powróciłeś z Żytkowa i zakopałeś się na wsi? Do czego to prowadzi?
Wacław opowiedział mu całą historję pobytu swego w mieście i zwątpienie o przyszłości.
— Chcesz, żeby ci los przyniósł pieczone do ust gołąbki — ruszając ramionami, odparł Dendera. — Tak się nigdy nie dzieje, trzeba walczyć, pracować i nieraz biedy przecierpieć. Najłatwiej sprzedać się za nędzny kawałek chleba; ale powtarzam, to prowadzi do ożenienia z garderobianą, i zostania organistą.
Wacław zamilkł, czując się poniekąd winnym.
— Cóż waćpan myślisz? — spytał hrabia. — Długoż tu będziesz?
— Przynajmniej do roku.
Dendera pokiwał głową z wyraźnem nieukontentowaniem.
— Ha! rób sobie, co chcesz! — odparł. — Ale cię przestrzegam, że jesteś na zupełnie fałszywej drodze: tracisz młodość i zginiesz marnie.
— Ażeby posunąć się dalej, — pocichu rzekł Wacław — potrzeba środków, pomocy, pieniędzy...
— Tych ci nie dam, — cynicznie odpowiedział Dendera — miałbym na sumieniu dłużej twojemu opuszczeniu się dopomagać, dosyć czyniłem dotąd; potrzeba samemu o sobie myśleć, a nadewszystko nie tu na wsi szukać sobie losu.
Wacław chciał odpowiedzieć, ale dano znać o przybyciu Farureja i hrabia zabrał go z sobą do salonu, chcąc, by się pokazał żonie i gościom. Trochę był chlubny ze swego wychowańca i czasem go tak wyprowadzać lubił, by wywołać pytania i napomknąć, co uczynił dla opuszczonej sieroty.
Wszedłszy, zastali już hrabinę, Cesię, przy której, ze swą młodocianą miną a starą twarzą, pobielaną tylko na nowo, siedział Farurej, prawiąc jej francuskie grzeczności i wyuczone dwuznaczniki. Cesia, zmieniona do niepoznania, pewna siebie, śmiała, mówiąca, wystrojona, opierała się odniechcenia na kanapie, wpatrując w bukiet, który jej ofiarował, bukiet kamelij i orchidei, przepyszny, nie wiem, skąd sprowadzony, ale zachwycających barw i woni. Wspaniała paulownia zajmowała środek tej ogromnej wiązki kwiatów, uderzając niewidzianemi kształty i rzadkością.
Gdy wszedł Wacław, Cesia zmierzyła go spojrzeniem i, postrzegłszy zbiedzonym, bladym, smutnym, nieśmiałym, ledwie się nie zawstydziła przed sobą, że jej zcicha uderzyło serce, że go poznała jeszcze. Kiwnęła mu główką zgóry, ale tak pogardliwie, jakby rzucała jałmużnę ubogiemu, który ją ranami i kalectwem odstręczał. Hrabina, nie lubiąca wychowańca, ledwieże go postrzec raczyła; a Sylwan, nie kryjąc, z jakiem go lekceważeniem traktował, zapytał głośno:
— Cóż, słyszałem, że jesteś u Dębickich?
— Jestem w istocie — zimno odparł Wacław.
— Cha, cha! — rozśmiał się stary hrabia. — Do czego to dziś przyszło: państwo Dębiccy uczą dzieci muzyki!
Wszyscy się rozśmiali za gospodarzem, a biedny sierota zakłopotany, znalazłszy gdzieś w kątku miejsce, przysiadł się z bólem w sercu, schodząc z oczu. Takiego przyjęcia (choć mógł je przewidzieć) nie spodziewał się przecie i wyglądał współczucia, miał nadzieję spojrzenia Cesi, jeśli nie mówiącego więcej, to litośnego przynajmniej. Ona, przeciwnie, zdawała się wysilać na okazanie, jak daleko stali od siebie, jak obojętny był dla niej, jak dziś wysoko myślą i nadzieją wzleciała.
Kilka godzin do wieczora przeszły wśród ogólnej rozmowy, do której Wacław nie był przypuszczony; miał już odjeżdżać, gdy Farurej wreszcie ruszył się także, i, trzpiotowato pożegnawszy towarzystwo, podskakując na cienkich nóżkach, zbiegł ze schodów z Sylwanem; Wacław miał także kapelusz w ręku, gdy Cesia, tyłem stojąc do niego, odezwała się:
— Proszę poczekać! Chcę, żebyś mi pan zagrał!
Zawsze jeszcze posłuszny Wacław rzucił kapelusz i zatrzymał się.
— Siadaj pan i graj mi, co chcesz! — kończyła Cesia, wpatrując się w swój bukiet i wyciągając niedbale na kanapie. — Cóżeś pan przez ten czas porabiał?
— Co zawsze, co tutaj.
— I zawsze, jak widzę, smutny, ponury bohater romansu...
— Doprawdy, nie mam się czem cieszyć; zresztą Pan Bóg mnie takim stworzył...
— A jużciż, przepraszam! — podchwyciła Cesia. — Choćby z miejsca u państwa Dębickich cieszyć się pan winieneś. A powiedzże mi, proszę, — dodała, śmiejąc się do rozpuku, ale śmiechem przymuszonym — jakże tam ci ludzie żyją?
— Jak ludzie.
— Prawda, że to są zbogaceni ekonomowie?
— Nie wiem ich przeszłości.
— A żałujesz ich pan i chcesz bronić?
— Nie, ale nic nie wiem.
— No, to graj pan, kiedy mówić zapomniałeś. Zobaczym, możeś i grać zapomniał także.
I, rozkazawszy grać, Cesia przerwała zaraz pytaniem:
— Znasz pan tego gościa, co wyjechał?
— Pierwszy raz go widzę.
— Ktoś bardzo miły! To mój narzeczony! — szepnęła ze śmiechem.
Wacław pobladł, schylił się nad fortepian.
— Pani sobie żartuje — rzekł zcicha.
— Nie! nie! doprawdy! Wczoraj mi się oświadczył; znajduję go bardzo dobrze. Nieprawda, że ma minę i świeżą, i młodą, i dystyngowaną?
— Chce ją mieć, to prawda!
— O! i ma! Zresztą, to do pana nie należy. Graj pan!
Wacław grał znowu; Cesia mu przerwała:
— Więc zapraszam pana na moje wesele.
— Wątpię, żebym się pani przydał na co...
— Znajdę dla pana zajęcie, — odparła — będziemy mieli tyle gości.
Wacław już sam grać począł; ale ona, tupiąc nóżką, nie dała mu ciągnąć dalej i krzyknęła:
— Dajże pan pokój temu graniu! Nieznośnie klapiesz po fortepianie. Mów mi co o Dębickich, żebym się pośmiać mogła.
— Daruj pani, ale dla mnie to wszystko tak smutne!
— Pan bo koniecznie chcesz grać rolę nieszczęśliwej ofiary! — zawołała, śmiejąc się i topiąc w nim wejrzenie zimne, a kolące boleśnie.
Wacław porwał się oburzony, cierpiący; głowa mu pękała i serce się darło. Pochwycił za kapelusz.
— Czego się pan śpieszysz?
— Kazano mi rychło powracać; jam się opóźnił.
— A więc powracaj pan sobie, kiedy mu tak pilno! Ale — dodała — pamiętaj, że masz przyjechać na moje wesele.
I, rzuciwszy mu jeszcze to słówko, jakby go chciała zranić najboleśniej, pożegnała skinieniem głowy smutnem, wejrzeniem wymownem, by niezupełnie odszedł zrażony, żeby cierpiał, a powrócił.
— Wszak do zobaczenia, nieprawdaż? do zobaczenia?...
— Nie wiem — rzekł Wacław.
— Ja chcę, ja każę, jak dawniej... — szepnęła cicho. — Zapraszam na wesele — i z przymuszonym śmiechem dodała: — Pan lubisz podobno rezedę? Otóż jej gałązka z bukietu pana Farureja; niech mu ona przypomni, żeś mi pan dał słowo być na mojem weselu.
— Będę pani, — odpowiedział Wacław, zbierając się na siły — będę pewnie!
Wyraz, z jakim to wymówił, blask jego oczu, łza, co się w nich widocznie kręciła, przeraziły i poruszyły Cesię; chciała go jeszcze zatrzymać i ukoić, ale wybiegł szybko i żywy tylko chód po schodach słychać było: uciekał.
Ciemnym zmrokiem pożegnawszy hrabiego, który naglił, żeby się z tych stron oddalał, i Sylwana, który, pogwizdując, rzucił mu obojętne adieu, sierota pośpieszał do powozu, stojącego u bramy, gdy licho odziany człowiek, stary i siwy, oglądając się dokoła, zbliżył się ukradkiem do niego.
Wacław myślał, że to był żebrak i dobywał pieniędzy, ale wieśniak schwycił go za rękę i, popatrzywszy mu w twarz, zapytał:
— To wy Wacławek?
— Co chcesz, mój stary? To ja.
— To wy, syn tej biednej kobiety, co to na pasiece umarła... co to graf wziął was na opiekę?
— To ja, mój kochany.
— A! to wy! — powtórzył wieśniak, kiwając głową. — A gdzież teraz mieszkacie?
— W Kudrostawie, mój kochany. Lecz co chcecie ode mnie?
— Nic, nic — odpowiedział stary, oglądając się ostrożnie na wszystkie strony. — Nic, tak, to ja was tylko chciałem zobaczyć, bom to ja was dzieckiem hodował — i cicho dodał: — Jedźcieno już, jedźcie, zobaczymy się.
To powiedziawszy, zawrócił się i uszedł.
Spotkanie to, słowa i wejrzenie tajemnicze przerwały nowem wrażeniem pasmo uczuć podrażnionych, przed chwilą żywą boleścią napełniających serce sieroty. Wacław wsiadł do powozu ciekawy, zajęty spotkaniem, przeczuwając, że ono dla jego przyszłości obojętne być nie może, i pojechał milczący i rozmarzony do Kudrostawu, gdzie zaraz na pierwszym wstępie obsypano go pytaniami o powóz i konie, potem o przyjęcie u hrabiów, o nich samych, o dom, zwyczaje i t. d. Dębiccy niczego tak ciekawi nie byli, jak pańskich obyczajów, bo też je małpować musieli po swojemu.
Wacław, niewiele ich nauczywszy, odszedł szybko z wielkiem zgorszeniem obojga państwa, by spocząć, gdy właśnie spodziewali się, że za dzień im odkradziony zapłaci, poświęcając cały wieczór usłudze koło dzieci i przypodobaniu się łaskawemu państwu.
— To — rzekł Dębicki kwaśno po jego odejściu — jakiś bardzo góronos kawaler, udaje obywatela, choć jakiś znajda, sierota! We wszystkiem mu dogadzają, a jeszcze nie raczy i pogadać; potrzeba się tu inaczej wziąć do niego.
— Nie bój się, ja mu prawdę wypalę otwarcie — zawołała pani, która się w takich sprawach i w ogólności we wszystkiem uważała za wyższą od męża z powodu, że się bliżej o panów otarła. — Potrafię ja go upamiętać, co nam winien, i przypomnieć mu, kto my jesteśmy, choć nie hrabiowie... a zresztą jeśli nie zechce służyć, jak należy, jedząc nasz chleb, no, to szczęśliwej drogi, niech sobie rusza.
— A! stój, Kasiu! — przerwał Dębicki. — Między nami mówiąc, byłoby to najgorzej. A coby to ludzie powiedzieli? Że nie my go odpędzili, ale on nas porzucił. Dla reputacji domu niechaj będzie.
— No! a jeśli tak ciągle nosa będzie zadzierać?
— To już jakkolwiek do roku dokołaczemy, inaczej rozsławią, że u nas i roku wybyć nie można.
— A czegoż to dbać o ludzkie gadanie?
— Zapewne. Ale znowu z drugiej strony — odezwał się Dębicki — lepiej nie dawać powodu do szkalowania.
Nazajutrz rano miała się zaraz pani Dębicka wziąć do Wacława przy lekcji fortepianu, przyszła nawet i przeszła przez pokój; ale smutna fizjognomja muzyka, jego chmurne czoło i jakaś wyższość, której przewagę uczuła, zniewoliły ją odłożyć na potem wymówki. Jakoż i sam pan, bardzo niespokojny, był za tem, a Wacław pozostał, o niczem nie wiedząc, spokojnym.
Zmierzchało. Nieco odetchnąwszy, wyszedł nauczyciel z chłopcami na przechadzkę, gdy w ulicy topolowej, która wiodła do dworu, spotkali wczoraj w Denderowie widzianego starca. Przyjście jego tutaj do najwyższego stopnia podbudziło ciekawość Wacława, ale przy dzieciach rozmówić się z nim było niepodobna; odprowadziwszy więc wychowańców po przechadzce do domu, sam się uwolnił, oznajmiając, że ma pilną potrzebę odejść na godzinę, i nie czekając pozwolenia pani, która z tego powodu zabierała się do wymówek, uszedł szybko, bo wieśniak czekał na niego w ulicy.
Starzec to był z długą, siwą brodą, którego twarz okazywała, że przeżył na świecie lat około osiemdziesięciu; miała ona tę barwę mszystą, cechującą zżółkły pergamin i lice tych, co ukończywszy, rzec można, życie, dogorywają już tylko. Długi włos biały spadał mu na tył głowy, zostawiając odkrytą, połyskującą czaszkę i obnażone czoło; oczy były wpadłe i brwią siwą nawisłe, nos suchy, usta bezzębne i zaklęsłe; broda puszysta dopełniała obrazu tej zastanawiającej smutną powagą głowy. Przygarbiony, jakby go ciężar lat przełamał, szedł, spierając się na kiju. Ubiór miał prosty, wieśniaczy, ale czysty i coś mówiło w odzieży tej, że niezawsze ją nosił: krój siermięgi, chusta na szyi, czapka do odprawionego dworaka podobniejszym go czyniły.
I w mowie, acz prostej, odbijały się wyrazy niezwykłe ludowi, rzadsze i nie z wieśniaczego wzięte żywota.
— Mój paneczku, — rzekł, siadając pod drzewem, a ciągle się przypatrując pilnie w twarz Wacławowi — powiedzcie mi naprzód, jakżeście wy od hrabiego odeszli?
— Wiecie, — odpowiedział Wacław — że hrabia mnie wychował, wyuczył i, niech mu Bóg płaci, teraz o własnych siłach w świat puścił.
— I wy to, wy — ten Wacławek, co to się wychował u mnie na pasiece?
— Tak! tak, — rzekł smutnie młody człowiek — sierota nieznanej, ubogiej matki.
— A macież na piersiach jaki znaczek? jaki krzyżyk? medalik? — zapytał stary.
Wacław ze wzruszeniem dobył krzyżyka i pokazał go staremu.
— Tak! to on, to on! — zamruczał pasiecznik, trzęsąc się z radości i pośpiechu, chcąc mówić i myśli nie mogąc połapać. — Czekajcież, czekajcie, mam wam dużo powiedzieć!... Lecz naprzód o sobie, potem przyjdzie kolej i na was. Niedawnom przyszedł zdaleka, z Podola; prosiłem się, prosiłem długo, lat kilka hrabiego, żeby mi pozwolił swoich pożegnać przed śmiercią, dopiero teraz dał się uprosić.
— Kiedy? — spytał Wacław.
— Trzy miesiące temu, alem, przyszedłszy do Denderowa, już was nie zastał, tylko co was wyprawili w świat. Posłuchajcież, posłuchajcie, bo staremu droga godzina. Naprzód moje życie.
— Mów, mów, mój kochany, a potem może powiesz mi co o matce mojej, o dzieciństwie mojem.
— Słuchajcie, słuchajcie! Aby tylko kto nas nie podpatrzył i nie podsłuchał, wszystko wiedzieć będziecie.
— Nie bój się, jesteśmy sami.
— Ja we dworze powiedziałem, że pójdę do miasteczka... nie powinniby się domyślać, żem tutaj z wami. Zamłodu byłem ja kozaczkiem u ojca jeszcze hrabiego, pamiętam czasy niedzisiejsze; potem służyłem dworsko, fornalem i furmanem, i znowu lokajsko przy pokoju, gdy nieboszczyk Filip uciekł od kredensu, a było to jeszcze za starego pana, kiedy oba panicze byli w domu.
— Było więc ich dwóch? — spytał Wacław.
— A tak! Było ich dwóch, starszy poszedł na wojenkę i gdzieś zaginął bez wieści, a młodszy po śmierci hrabiego objął włości i majątki. Lokajskom się naówczas wysługiwał, jak mógł, wiernie, trzeźwo i poczciwie. Ale jak młody hrabia dzisiejszy nastał, już tam dogodzić było trudno; człek się poddreptał, nie był zręczny, ani ruchawy. Odprawiono mnie do kredensu, potem do pasieki. Gdyby żył nieboszczyk panicz starszy, taki był dobry dla wszystkich, nie byłby pozwolił starego sługi sponiewierać, ale nasz... niebardzo uważał, jak się z kim obejść, aby jemu lepiej. Siadłem ja tedy na pasiece z moją babą, bom się czasu tego i ożenił; gdy raz, jak dziś pamiętam, pod wieczór przyprowadzili do nas ze dworu jakąś kobietę ubogą, licho ubraną, z malutkiem dziecięciem na rękach, a mówiła jakimś cudzym językiem, że jej ani rozumieć. Mnie i mojej babie kazano ją hodować.
Na pasiece była chatka próżna porządna, bo tam, bywało, za starego pana jeździli na podwieczorki, to ją dla mnie oczyścili po jednej stronie, a po drugiej posadzili to biedactwo i kazali nam jej służyć.
Bylibyśmy i bez tego rozkazu z żoną jej posługiwali, choć się z nią rozmówić nie było można, bo litość brała, patrząc na to nieszczęście. Widać to było dawniej i piękne, i młode, i do wygody przywykłe; ale nędza zjadła i strawiła piękność, młodość i nałóg dostatku. Z początku jak ją tu przyprowadzili ze dworu (mówiąc, że to żebraczka, którą hrabia przytulić kazał), — ona okropnie krzyczała, rzucała się, coś mówiła, jakby się odgrażała, przytulała dziecię do siebie, chciała uciekać i, słowem rzec, miała postać szalonej; ale po niejakim czasie, gdy się spostrzegła, że krzyk i gniew nic nie dokaże, że jej nikt nie rozumie, a każdy przez to bierze za obłąkaną, uspokoiła się biedaczka trochę i zrobiła się łagodna gdyby baranek, tylko dnie i noce płakała a płakała; czasem wyrywała się iść, aleśmy już pilnowali i wstrzymywali.
Prawie codzień dowiadywano się z pałacu, co się z nią dzieje, przysyłano trochę jedzenia, suknie; ale odtrącała wszystko i zdawało się, jakby każdy ten dowód starania i pamięci jeszcze ją gorzej niecierpliwił. Wreszcie w ciągłych tak desperacjach i płaczu zaczęła chorować, a dziecko, — toście to wy byli, paniczu, — tak tuliła do siebie, tak ściskała, jakby się lękała, żeby jej kto nie odebrał.
Miała jeszcze na palcu jakiś pierścioneczek gładki, złoty i prosiła mnie, żebym go sprzedał Żydom, a kupił jej czem pisać, co ja zrobiłem, bo wielka mnie litość brała nad nią. A niemałom się nabiedził, nimem zrozumiał, czego ode mnie chciała; ale jak zaczęła mi pokazywać to papier jakiś, który przy sobie nosiła, to pierścionek, to udawać, że liczy pieniądze, a potem że pisze, doszedłem jakoś, czego jej było potrzeba.
Gorąco się chciała nauczyć naszego języka, ale mnie i żonie mojej ciężko przychodziło pokazywać jej, jak na co powiedzieć, a ona prawie ciągle tak była słaba, że leżeć musiała dnie całe. Widać było ze wszystkiego, że odbyła bardzo długą i straszną drogę, bo i nogi jej pokaleczone, i obcy język dowodziły, że nie była z naszego kraju. Wreszcie nieustannie pokazywała na zachód, składała ręce, modliła się i płakała, a was przyciskała do piersi, odkazując pałacowi i zdając mu się grozić zemstą Bożą. Co to wszystko miało znaczyć, ja do końca nie zrozumiałem. Z tej rozpaczy i z choroby poczęło jej być wreszcie tak coraz gorzej a gorzej, że już z łóżka nie wstawała; pisała tylko coś na papierze, którym jej kupił, chowała po kątach, a nauczywszy się kilka słów naszych, ciągle mi powtarzała: „Ja umrę, ja umrę, nie oddawaj nikomu, tylko małemu!“ I pokazywała na was, a całowała w ręce, w nogi i mnie, i babę, padała na ziemię, prosiła, aż jej musiałem na krzyżyku przysiąc, że woli jej dopełnię.
— Jakże wyglądała? — spytał wzruszony Wacław.
— Ciemne miała włosy, oczy czarne, płeć białą, twarz bladą i pociągłą, a tak była wychudła, tak strasznie mizerna, usta miała tak spalone i pokrajane, ręce pokaleczone od powietrza, do którego widać nie przywykła, powieki ciągle nabrzmiałe od płaczu, pierś nieustannem jęczeniem zmęczoną, że jeszcze w życiu tak biednej nie widziałem kobiety.
Gdy coraz słabszą się czuła, a śmierć już widocznie zbliżać się poczęła, a tu ani księdza, ani doktora nie przysyłano, poszedłem sam do dworu o nich prosić, ale mnie hrabia odepchnął z tem, żebym sam pilnował, dodając tylko:
— Jeśli umrze, dawać znać natychmiast.
Nie śmiałem ja księdzu oznajmić sam, choć biedna kobieta, gdy śmierć się już zbliżała, poczęła aż szaleć z rozpaczy, dziecko tuląc, to znów mi je oddając, to się zrywając z posłania, to zachodząc od płaczu, to śpiewając jak do snu synkowi, to jakieś szybkie, głośne, straszne niby przekleństwa rzucając w swoim języku.
Myśmy już z żoną, jak mogli, pilnowali, doglądali w ostatniej słabości płakali nad nią oboje, moja stara nawet powiedziała:
— Co będzie, to będzie, a dziecka jej nie oddamy nikomu.
Wacław, słuchając starca powieści, łzy ciągle miał w oczach i piersi mu się poruszały łkaniem, ale nie przerywał mowy, by słowa z niej nie stracić.
— Ostatniego dnia zebrała nieszczęśliwa papiery jakieś, związała je w chusteczkę, oplątała sznurkami, czem tylko miała, owinęła i, wstawszy z łóżka, klękła przede mną, znowu całując mnie w nogi a prosząc, bym tego nikomu nie oddawał, tylko jej dziecku.
Gdyśmy jej oboje z żoną przyrzekli, usiłowała jeszcze pokazać nam, że się nas pytać będą, szukać, żebyśmy dobrze schowali, a my uspokoili biedaczkę, jak mogli.
Naówczas powróciła do łóżka, na które padła osłabiona i, płacząc łzami gorzkiemi, położyła przed sobą dziecię, złożyła ręce, poczęła się modlić, całować i łzy błogosławieństwa popłynęły z jej oczu strumieniem na czoło twoje.
Strach było chwilami patrzeć, gdy przychodziła na nią rozpacz; włosy nam na głowie powstawały, gdy się rozśmiała nagle, gdy zawołała kogoś w nieznanym swoim języku, bo jedno imię powtarzała nieustannie.
Mnie to imię nie było trudno spamiętać, bo często u starych panów podobnie wołano starszego naszego panicza.
— A jakie on miał imię? — spytał Wacław.
— Jemu było Henryk, — odpowiedział stary — świeć Panie nad duszą jego, dobry, przedobry był człowiek. Tak przemęczywszy się kilka godzin, nieszczęśliwa — mówił dalej pasiecznik — nareszcie Bogu ducha oddała jakoś uspokojona, a z rąk jej zaskrzepłych dziecinę płaczącą gwałtem odjąć musieliśmy. Moja stara wzięła ją i przeniosła do naszej chaty, a papiery schowaliśmy w ul pusty i zarzuciliśmy liściem suchym. Zaraz pobiegłem do dworu dać znać o śmierci biednej kobiety, a gdym hrabiemu powiedział, zbladł tylko, wydał dyspozycje do pogrzebu i, rzuciwszy mi parę rubli, dodał:
— Dziecko odnieść do dworu.
— Jasny panie, — rzekłem — ja nie mam dzieci; gdybyś JW. pan pozwolił nam tę sierotkę wychować sobie?
Pomyślał i rzekł:
— Do czasu, dobrze, potem może być inna dyspozycja; niech tymczasem będzie u was. A zostało się tam co rzeczy po tej żebraczce? — zapytał.
— Nie wiem, — rzekłem — oprócz podartego trochę odzienia.
Jakby mu coś nagle na myśl przyszło, wziął nagle kij do ręki, kapelusz i, milcząc, poszedł ze mną do pasieki. Tu przybywszy, nie chciał wejść do izby, w której leżała nieboszczka, ale kazał tylko poznosić jej rzeczy, odzienie, przejrzał sam, popytał, czyśmy jakich papierów nie widzieli i, nic nie znalazłszy, bom mu skłamać musiał, że w chorobie wszystko popaliła, odszedł do pałacu, mówiąc jakby do siebie, com ja dobrze słyszał. — Szalbierstwo było! — I ani okiem nie rzucił na dziecko.
Ty, kochany paneczku, zostałeś się przy nas, ale nie na długo. W szóstym roku już cię do dworu zabrali i to jakoś nagle, bo hrabia w wilję mi przyrzekł, że cię zostawi u mnie, a potem gdy jacyś sądowi zjechali i czegoś pytali o waszą matkę, kazał cię oddać do dworu.
— Gdzież są te papiery? Gdzie są te papiery? — niespokojnie spytał Wacław. — Czy masz je? Czy nie zginęły?
— Mam, mam — rzekł stary, oglądając się bacznie i wyjmując z zanadrza sporą paczkę, zasmoloną i widocznie w ciemności i wilgoci nadwerężoną. — Otóż ci je oddaję i Bogu dziękując, że mi dał dożyć tej chwili. Teraz już umrę spokojnie.
Wacław porwał z rąk starca paczkę, ucałował ją, przycisnął do piersi, chciał rozerwać, ale ciemność wieczora wstrzymała popęd i ciekawość niespokojną. Pasiecznik mówił dalej:
— Jak tylko odebrali cię do dworu, zaraz rychło i mnie wyprawili na Podole. Prosiłem się bardzo, aby mnie tu przy swoich u rodziny zostawili; ale hrabia, jak co raz powie, to się nie wymodlisz. I tak lat kilkanaście na czużynie przyszło harować, biedować i co rokum się do swoich prosił, i co roku mnie zbywali: „Nie można, ta i nie można“. Wreszcie teraz jakoś przed kilku miesiącami pozwolili tu przyjść. A mnie już i sił brakło czekać, żeby jak wam oddać te papiery; powierzyć ich nie było komu, a strasznie się bałem, nuż mnie tak śmierć zaskoczy, choć upiorem powracaj. Bywało — co pomyślę — aż drżę. No, dzięki Bogu! Teraz mi już lekko będzie, kiedy przyjdzie ostatnia godzina, a dobry czas!
To mówiąc, podniósł się i, błogosławiąc Wacława, który przed nim z uszanowaniem pokląkł, rzekł:
— Daj ci, Boże, wszystko dobre, paneczku! Byłeś choć kilka lat mojem dzieckiem i mojej starej; myśleliśmy, że cię dla siebie piastujemy, ale i jej przyszło skończyć, i mnie samiuteńkiemu dziadem się włóczyć.
Łzy potoczyły mu się po zmarszczonej twarzy.
— Tak, tak, — rzekł — ale już mnie niedługo włóczyć się i stękać, czas do swoich na mogiłki. Ja tu już na świecie nie mam nikogo, nawet od siostry wnuki pomarły, żywej duszyczki i pasiekę moją przenieśli na Gawryłowe uroczysko i chata stara, gdzie my żyli, zawaliła się w kupę gnoju... Ja tam taki wyproszę sobie i sklecę szałas na starem gruzowisku i z wężami pobieduję, aż głowę przyjdzie położyć. Będzie mi się czasem zdawało, że ja tam z moją staruchą.
Wacław chciał oddać staremu, co tylko miał, a miał niewiele, ale stary wziąć się wzbraniał.
— A mnie naco? — rzekł. — Chleba nigdzie nie odmówią, siermięg mam aż dwie, bo jedną od trumny chowam, kilka rubli jest w węzełku... Nie potrzebuję ja tego, tobie się zda, moje dziecko.
Jakkolwiek niecierpliwy był Wacław, chcąc co najrychlej rozwiązać oddane mu papiery, nie miał jednak serca porzucić starca, który powoli gawędził, rad będąc, że go słuchają. Był to ostatni świadek zgonu jego matki, jej powiernik, człowiek, co się nad nią ulitował, jego przybrany ojciec; jakże dla niego nie miał poskromić swej ciekawości, pragnienia i nie dać mu się wymówić dosyta?
Późno już rozstali się, a Wacław przyrzec musiał jeszcze, że do niego przyjdzie do pasieki drogą, którą mu starzec dokładnie opisał.
Wróciwszy do dworu, zastał wszystkich długą swą niebytnością niezmiernie rozjątrzonych. Dębicki chodził po pokoju, głośno wyrzekając, żona jego zbierała się na ostre wyrzuty, a chłopcy radzi z tego gotowali się złośliwie słuchać z kąta bury, którą ich nauczyciel dostanie. Ale wielkie te przygotowania wojenne spełzły na niczem, bo Wacław, zamiast przepraszać i uniewinniać się, jak spodziewano, poszedł wprost do swego pokoiku, zapalił świecę i na zamek się w nim zamknął.
Sama pani, której zaraz o tem słudzy donieśli, niezmiernie się tem uczuła obrażoną i zagniewaną, a nie mogąc wytrwać, porwała świecę i cała rozogniona pobiegła szybko i impetycznie zastukała do drzwi zapartych.
— Cóż to jest znowu? — wołała pode drzwiami. — Co to za konduita pańska? Całe dnie i wieczory na jakichś nieprzyzwoitych przechadzkach, a potem zamykasz się pan w swoim pokoju. My za to płacim, żebyś pan był przy dzieciach, musimy wiedzieć, co robisz.
— Pani, — odezwał się Wacław, przywiedziony do niecierpliwości, otwierając drzwi — obowiązany jestem synom jej dawać lekcje muzyki i nic więcej; Bawić państwa w salonie i służyć im w inny sposób nie mogę i nie będę. Jeśliście państwo nie radzi ze mnie, w każdej chwili dom ich opuścić jestem gotów...
To powiedziawszy, oburzony, widząc, że pani oczyma tylko przewracała i oddalała się milcząca, zamknął drzwi i siadł drogie rozpatrywać papiery.
W salonie niewysłowione poruszenie; gdy jejmość przyszła z odpowiedzią nauczyciela, po długich rozprawach, w których się Dębicka odgrażała, Dębicki ją hamował, a dzieci podsłuchiwały, po trzy razy ponowionej kłótni stanęło na tem, żeby wszystko darować, zapomnieć i nazajutrz nic już nie wspominać o wczorajszym wypadku.



Na ulotnych kartkach brudnego papieru, pismem niewyraźnem, śpiesznem ale pięknem, nakreślone było jakieś opowiadanie. Niepoliczbowane kartki, rozrzucone, pogniecione, bez porządku, ciąg przecież jakiś widocznie stanowiły. Oprócz tych papierów, dość gruby zwitek tworzących, ostatniej po matce spuścizny, znalazł Wacław metryki, świadectwa, paszporta i różne dowody pochodzenia swego, w urzędowych wyciągach.
Jak piorunem raziły go te wyraźne wskazówki, przekonywające, że był synem Henryka Dendery, a synowcem hrabiego Zygmunta.
Historji całej biednego wygnańca, żony jego i sieroty dowiemy się z następujących notat, które częstemi łzami obmyte, w srogiej boleści pisane, z bijącem sercem, z rozpaloną głową czytał Wacław, wzdrygając się nad zbrodnią tego, którego wczoraj jeszcze swoim dobroczyńcą nazywał, i płacząc nad rodziców losem.
Oto słowa nieszczęśliwej matki, na łożu boleści, w przedśmiertnej chwili dla syna spisane:
„Co się z tobą stanie, dziecko moje, dziecko moje! A! potrzebuję w tej chwili ostatniej, gdy mnie rozpacz porywa, powtórzyć sobie to, o czem długo zapominałam, rachując tylko na ludzi: Jest Bóg! jest Bóg. O, jest Bóg i weźmie w opiekę swoją sierotę.
Nie żal mi świata, życia, niczego, niczego, ale ciebie, dziecię moje, tak rzucić całkiem sierotą, opuszczoną, kto wie, może prześladowaną! — O! chciałabym żyć jeszcze! żyć! Panie! Panie, daj mi życie lub jeśli za karę odmówisz prośbie, weźmijże Ty w opiekę niewinne dziecię moje. Chciałabym mu zostawić pamięć jego rodziców, ale czy te słowa dojdą kiedy do nieszczęśliwego, którego czeka poniewierka, ciemnota, służebnictwo! Za coś mnie tak ukarał, Boże, tak ciężko, tak srogo, tak okropnie!
Trzeba się zebrać na siły, trzeba łzy otrzeć kobiece, trzeba odwagi.
Któż wie, może te słowa, które kreślę ręką od goryczki drżącą, nie widząc ich za łzami; może też te słowa dojdą do dziecka mojego, wskażą mu, kim jest, gdzie ma szukać swej ojcowizny, na kim się pomścić opuszczenia, u kogo dopomnieć losu.
Urodziłam się i wychowałam w Paryżu. Ojciec mój był za cesarstwa jednym z najbogatszych spekulantów i bankierów stolicy. Ja i brat mój całą jego stanowiliśmy rodzinę. Matki nie znałam nigdy, bo nas odumarła w dzieciństwie, oddana na mamki wieś, potem na pensję w Paryżu, ledwie czasami widywałam ojca i dom rodzinny. Brat mój podobne także za domem odbierał wychowanie. Ojciec żył wielkim świecie swoich współbraci kupców pieniędzy, wśród zbytków, wśród wrzawy, wśród codziennych obaw i nadziei bursowej. Fortuna jego cała była oparta na szczęśliwych obrotach: to się chwiała, to się podnosiła, w różnych kolejach przedsięwzięć wielkich i gry papierowej. Dom jego utrzymywany był na wielką stopę. Mieliśmy hotel własny ogromny, karety, konie i dwór liczny. Ile pamiętam naówczas ojca, był to człowiek tak zajęty, tak zawsze sprawami swemi opanowany, że ledwie gdyśmy do domu przyjeżdżali, miał czas nas uściskać. Obdarzał wytwornemi podarkami, przemówił słów kilka, ale rzadko dzień jeden cały z nami przepędził. W siedmnastym roku wróciłam z pensji, gdy brat mój, młodszy ode mnie, kończył jeszcze nauki w kolegjum Charlemagne; dodano mi do towarzystwa podżyłą niewiastę, wdowę po jakimś wojskowym, i wyszłam na panią domu. Ojciec dogadzał wszystkim moim zachceniom, stroił mnie, woził, pokazywał i na piękności mojej budował nadzieje połączenia się ze szlachtą starą, do której zbliżyć się pragnął. Była to chwila, w której właśnie Napoleon sprzyjał zlewaniu się różnych klas społeczeństwa, chcąc właściwą swej dynastji utworzyć szlachtę. Wszyscy do myśli się jego zastosowywali mniej więcej chętnie, łącząc się rozmaicie: ludzie pieniężni chwytali na korzyść swoją objawioną wolę wielkiego człowieka i usiłowali wcisnąć w grono dawnej lub nowszej arystokracji rodu i szabli. Na mnie spoczywały nadzieje uszlachcenia związkiem ze starą zubożałą rodziną przedmieścia Saint-Germain lub w braku jej przybliżenia do dworu, wydając za którego z tych szczęśliwych wojaków, co z wioski i z pod słomianej strzechy wynosili w tornistrach laski marszałków Francji.
Dom mojego ojca stał otworem dla wielkiego świata. Poczęły się bale, odwiedziny, zabawy i tłum gości płynął, dziwując się zbytkowi, przepychowi, uprzejmości bankiera. Liczni starający się otoczyli mnie. W początkach bawiła mnie sprzeczność tego szumnego świata z cichą pensją, z której niedawno wyszłam; ale w tłumie nie wyróżniałam nikogo, wszyscy byli mi zarówno obojętni, wszyscy tak doskonale do siebie podobni. Z ubogiej szlachty starej, którą ojciec mój najwięcej u siebie widzieć pragnął, nikogośmy mieć nie mogli; zato wojskowych i młodych urzędników zjawiło się mnóstwo. Napróżno starał się ojciec o herbowych gości: żaden z nich progu naszego nie przestąpił; bywali w kantorze, nigdy w salonach.
Bawiłam się wesoło, bawiłam, nie wiedząc, że tylko na progu życia miałam doznać trochę słodkiego szału, by go opłacić później cierpieniem nad ludzkie siły. Wśród tłumu gości zjawił się w domu naszym młody człowiek, twój ojciec, biedne dziecię, Henryk mój drogi, i wkrótce, choć stopniem w wojsku, ani postawą świetną, ani dostatkiem nie uderzał wśród towarzyszów, zwrócił ku sobie oczy moje i serce. Litość mnie naprzód dotknęła nad smutnym wygnańcem. Na jego poczciwej twarzy, przy męstwie żołnierza, malowała się boleść niestarta niczem dziecka, co macierzystej pozbawione było piersi. Oko jego we łzie wiecznej pływało i uśmiech nawet miał łzawy; a wyrazy, wychodzące z ust jego, wielce się różniły od trzpiotowatej mowy towarzyszów, bo były poważne, głęboko uczute i powleczone jakąś żałobą. Ale pocóż te wspomnienia, nacóż serce rozdzierać na nowo. — Henryk mnie pokochał, ja wprzódy może jeszcze, niżeli się tego domyślał, jużem go kochała, jużem sobie przyrzekła być jego lub niczyją. Wiedziałam odrazu, że ojciec z trudnością pozwoli na połączenie nasze, choć Henryk miał za sobą odwagę, zasługi, rany, w obronie Francji odebrane; ale obcy wśród protegowanych, wśród zazdrosnych, niewielkie świetnego losu mógł roić nadzieje. Oczy ojca padły już były na generała Le..., który, z prostego wieśniaczego syna wzniósłszy się na ten stopień, ślepo Napoleonowi posłuszny, dziko odważny, obiecywał wkrótce prześcignąć innych wzniesieniem się wysoko, któż wie? może aż do jakiego tronu? Henryk był kapitanem tylko, a dla córki bankiera, której obiecywano miljony, partja to była za skromna. Ojciec ledwie imię jego wiedział i nie wiem, czy go mógł w tłumie rozróżnić. Pułk, do którego Henryk należał, ciągle stał w Paryżu. Stosunki nasze codzień były ściślejsze i widywaliśmy się w kościele, w domu ojca, w domach, w których bywałam na zabawach, i wkrótce zbliżeni coraz bardziej, powiedzieliśmy sobie, że nic nas nie rozdzieli. Przyrzekłam być jego żoną. On mówił mi, że może pozyskać przebaczenie, pozwolenie powrotu do kraju i odebrać należny mu majątek. Rozpieszczone dziecię, widząc dotąd we wszystkiem ulegającego mi ojca, nie pojmowałam, by się mógł w czem woli mojej sprzeciwić, i jednego ranka poszłam mu wyznać wszystko. Słuchał mnie blady, przerażony, gniewny, zdziwiony, i, ledwiem skończyła, zadzwonił na sługi, zawołał moją towarzyszkę głosem, jakiego dotąd nie słyszałam, zapowiadając mi, że więcej go widzieć nie będę. Bóg mnie zapewne ukarał za nieposłuszeństwo ojcu — choć widział, jak posłuchać było ciężko! Nieprzywykła do rozkazów, oburzyłam się, oparłam i wręcz odpowiedziałam, że słuchać nie będę. Nie znałam go jeszcze.
Rozżarty na mnie, porwał się z wściekłością prawie i zawołał wielkim głosem, rozbijając kosztowne naczynie, które przy nim stało:
— Wiesz ty, co mówisz! Ja cię tak zgniotę i rozbiję, jak ten zlepek... ja nie rozumiem nieposłuszeństwa i sporu — ja chcę i tak być musi. Jestem ojcem dla dzieci, dla samowolnych i upartych potrafię być tyranem!
Więcej rozdrażniona niż przestraszona tym wybuchem, wyszłam z pokoju, oświadczając, że mnie zlęknąć nie potrafi.
Tegoż dnia, pomimo czujności otaczających, dałam znać Henrykowi o wszystkiem, zakazałam mu, żeby się nie pokazywał już u nas. Prosiłam, by wszystko przygotował do ślubu i przyrzekłam uciec dla niego z domu ojca. Nie wątpiłam, że on się później da przebłagać, a opiekun Henryka, cesarz, skłoni go do uznania tego związku.
Stało się, jakem pragnęła i zamierzyła. Uszłam nocą z pod tego dachu, do którego więcej nie miałam już powrócić. Ksiądz ujęty ślub nasz pobłogosławił, towarzysze broni dopomogli Henrykowi do usunienia wszystkich przeszkód i zdumiona, ale szczęśliwa, znalazłam się z pałacu w ubogiej, choć przystrojonej kwaterze wojskowego, wyświeżonej na przyjęcie moje. Co się działo w domu naszym, nie wiem, lecz burza musiała być okropna: wszyscy słudzy zostali odprawieni, wdowa odesłana na prowincję, i nazajutrz odebrałam list od ojca z przekleństwem i wyrzeczeniem się dziecka... Przywieziono mi trochę moich rzeczy, a oddający je oznajmił, żebym się więcej w hotelu pokazywać nie śmiała. Napróżno przez osoby, wyżej położone i wielkie wpływy mające, staraliśmy się ojca przebłagać. Nic nie pomogło. Henryk udał się do samego cesarza, a Napoleon kazał do siebie przywołać bankiera, który na zapytanie odpowiedział mu pokornie, ale stanowczo:
— Najjaśniejszy panie, społeczność stoi na posłuszeństwie, rodzina jest zasadą państwa. Najjaśniejszy pan wymagasz, by go słuchali żołnierze, ja chcę posłuszeństwa od dzieci moich. Nie znam za dziecko zuchwałej córki, która się sama mnie wyrzekła.
Przyjaciele ułatwili mi potem zbliżenie się do ojca, ale mnie odepchnął nielitościwie i zapowiedział, że oprócz szczupłej części, jaka na mnie z majątku matki przypadała, którą zaraz wypłacił, nic więcej po nim mieć nie będę.
Henryk robił mi jeszcze nadzieję, alem postrzegła wreszcie, że łudzić się dłużej byłoby napróżno. Nastąpiły wojny, a ja w moim lichym domku w Paryżu, porzucona, sama jedna, drżałam, żeby mi wojna ostatniego skarbu, opiekuna i męża, nie wydarła.
W czasie gdy Henryk był w Hiszpanji, ojciec, nie chcąc nawet w godzinie zgonu przypuścić mnie do siebie, umarł wydziedziczając zupełnie, brat pozostał małoletni i opiekunowie obojętni, pełniący ściśle wolę ojca. Większą część czasu spędziłam w Paryżu sama jedna, z memi łzami. Nieszczęścia, których pojęcia nie miałam, dopiero się poczynały.
Na pociechę i strapienie, Bóg mi cię dał, dziecię moje; ale gdyś ty na świat przychodził, ojciec twój, do nowego powołany boju z Hiszpanji, leciał z pułkami Napoleona w przeciwną stronę na północ.
Spadek po matce mojej, znacznie już uszczuplony, ledwie mnie jeszcze utrzymywał; tymczasem Henryk zawsze był tylko kapitanem. Gdy drudzy szybko postępowali na wyższe stopnie, on leciał za nich w ogień zabójczy, zyskiwał rany, leżał i jęczał po lazaretach Europy, wracał ledwie uleczony do walki, obietnicami łudzony, dręczony myślą, że los swój ciężki z moim związał; — a nie mógł się podnieść, nie mógł mi niczem strat wynagrodzić... Ja nic nie chciałam, tylko być z nim razem, los jego dzielić, pocieszać go, zapewniać, że ubóstwo mnie nie przeraża; nieustanna wojna rozdzielała nas.
U twojej kolebki nauczyłam się modlić — dzięki tobie, dziecię moje! sama jedna, opuszczona, wyglądałam tylko listów, wieści, powrotu zwycięzców. Henryk był tam w swojej stronie, miał mi dać wiedzieć, jak go przyjmie rodzina; ale od przejścia Niemna, nie miałam już od niego listu i jakkolwiek przerabiane biuletyny wielkiej armji przerażały mnie straszliwie. Spisek Malleta, potem powrót cesarza bez wojsk, bez tych krociów, które tam śniegi pochłonęły, odjął mi wszelką nadzieję i biedną głowę moją zawrócił; od Henryka słowa nie było, mówili, że zginął pod Moskwą, drudzy, że w przeprawie pod Berezyną.
Nie wierzyłam jeszcze temu ogromowi nieszczęścia; biegłam do cesarza, do generałów, wszyscy już strachem panicznym jakimś przed upadkiem cesarstwa przejęci, odpychali mnie, zbywali. Nareszcie dowiedziałam się z pewnością o jego zgonie, nierychło list krwią zbroczony oddał mi towarzysz broni, przyjaciel jego... W tym liście, który ci zostawiam, znajdziesz powód podróży do waszego niegościnnego, zimnego kraju! Henryk polecał mnie bratu, oddawał rodzinie dziecię i żonę, zaklinając ich na wszystko, co najświętsze, by się opiekowali sierotami.
Trzeba więc było, gdy wszystkie środki do życia w Paryżu wyczerpałam, gdy ostatek zapasu się rozszedł, gdy mi już i pensji, jako wdowie, odmawiano w tym zamęcie; — iść obcej na drugi koniec świata szukać nowych krewnych i opieki.
O! nigdy, nigdy! nie zapomnę tej chwili, gdym w żałobie z tobą, dziecię moje, opuściła obojętne miasto moje rodzinne, z jednym tylko starym żołnierzem waszych legij, co o kuli wracając do kraju, ofiarował się za obrońcę i przewodnika. Złożyliśmy razem dwa ubóstwa nasze i powoli rozpoczęli długą wędrówkę żebraczą, która była wszystkich rozkoszy młodości mojej pokutą. Prędko wyczerpał się ostatek zasiłków, uzbieranych na drogę, potrzeba było o proszonym chlebie, o litości ludzkiej, iść od drzwi do drzwi, mijając miasta, wzdłuż tylu różnych krain, na daleką, daleką uciekającą nam północ! Wpół drogi mój towarzysz podróży zachorzał; dziesięć dni pielęgnowałam go, ale Bóg chciał mi odjąć i tę ostatnią podporę: biedny żołnierzysko umarł na lichym barłogu, w wiejskiej szopie, na najniegościnniejszej, na ziemi niemieckiej.
Nadzieja dobicia się do kresu podróży, złożenia ciebie w ręce stryja, zapewnienia ci losu wiodła mnie dalej samą jedną, a Bóg tylko wie jeden, ile upokorzeń, obelg, oszukaństw i strasznego sponiewierania wycierpiałam w tej drodze, która zdawała się trwać wieki.
Nieraz porywała mnie rozpacz wśród niedostatku, wśród burzy i słoty, wśród ludzkiej nielitości; padałam, chcąc umrzeć, i podnosiłam się dla ciebie, dziecko moje, i szłam znowu dalej, a dalej. Im bliżej byłam twoich stron, tem większa otucha wstępowała w serce; a choć o suchym kawałku chleba, szłam nowemi siłami do świtającego już celu. Znalazły się nieraz, znalazły dusze poczciwe, co mnie wspomagały, skierowały, pocieszyły.
Lecz jakże ci opiszę ostatek, o dziecię moje! Nie chciałabym w tej chwili przedśmiertnej przeklinać, bo sama wiem, jak cięży przekleństwo, ale serce się pęka, mnie rozpacz porywa znowu... Ze łzami, z radością, z bijącem sercem padłam u progu domu, który widział młodość mojego Henryka, do nóg jego bratu; szybko, jak w gorączce, opowiedziałam mu dzieje nasze, oddałam mu krzyż oblany poczciwą krwią jego na ostatniem polu bitwy, ostatni list... i położyłam ciebie małego, schorzałego, drżącego od chłodu, owinionego w łachmany, u stóp nieludzkiego człowieka!
A! zwierzby się ulitował łez moich, nędzy naszej!
Spojrzał, pomyślał, nie chciał mnie zrozumieć — odepchnął! odepchnął!... Zamiast przytulić wdowę, jak żebraczkę odsunął żonę brata, ledwie chleba kawałek, jak z łaski jej rzuciwszy. Na moje łzy gorące, rozpaczne, odpowiedział szyderstwem, zowiąc mnie awanturnicą.
— Brat mój nie był nigdy żonaty, — rzekł zimno — to są rzeczy podrobione, to są fałsze...
Przecież miał w ręku dowody, przecież znał pismo jego! Nie wiem, jak potrafiłam mu wyrwać te ostatnie skarby twoje, te papiery łzami i krwią uświęcone, by je dla twej przyszłości ocalić. Chciałam iść dalej, sił brakło; musiałam, posłuszna jego woli, zwlec się na ten barłóg, który żonie brata na łoże boleści, a! i śmierci, przeznaczył!
Ale nie! nie przeklinajmy, dziecię moje! przebaczmy!... Bóg to przez niego jego ręką mnie karał... a! sroga kara! ale wola Jego święta!
Gdybyż, gdyby wszystko się to skończyło na mnie, gdybym mogła za ciebie przecierpieć, zostawić ci lepsze nadzieje! ale to próżno! Ten człowiek nie ulituje się nad sierotą... Widziałam go, widziałam bladą chciwość jego, obawę, pomieszanie... to zbrodzień! Co się z tobą stanie? co ci zgotował? Boże! Boże! ja myśleć nie chcę! Wszak jest Bóg! wszak jest!“
Dalszy rękopis wdowy tak był niewyraźnie, tak widocznie w gorączce pisany, tyle go razy łzy zmyły, a drżąca ręka zatarła, że Wacław tylko mógł go przeczytać sercem spragnionem macierzyństwa, odgadując więcej, niż rozumiejąc wyrazy dziwnie poplątane, świadczące, w jakich mękach, w jakiej rozpaczy umierała biedna kobieta.
Przejrzawszy, pożarłszy te papiery, czas jakiś pozostał pod wrażeniem okropnej powieści; plątało mu się w głowie, biło serce oburzone, myśl gorąca biegała od zamiarów zemsty do łez przebaczenia. Nie wiedział, co począć z sobą, gdzie i jak się obrócić, musiał szukać rady u obcych. Ale jakże ich uczynić powiernikami tej zbrodni? jak ojca Cecylji, stryja, wystawić na wstyd i hańbiącą karę, któreby ścigały występnego?
Cała noc przeszła mu we łzach, na modlitwie, w namysłach; a nazajutrz potrzeba było iść do nieubłaganych obowiązków.
Zrana, po chwilce spoczynku, przerywanego jakimś przestrachem, chłodniej zebrawszy myśli, poszedł naprzód uwolnić się u Dębickich od dalszego u nich pobytu. Napróżno chcieli go utrzymać wszelkiemi sposoby, wczorajsze z nim obejście biorąc za powód niespodzianego postanowienia: Wacław oświadczył im, że inne zupełnie przyczyny zmuszają go dom ich opuścić i w inny sposób pokierować swem życiem.
Z trochą pieniędzy, smutny ruszył w świat ubogim wozem chłopka, niespełna wiedząc dokąd i poco, lecz pragnąc wzgardę i sponiewieranie matki nielitościwemu zapłacić stryjowi, surowo zapytując go o rachunek czynności.



W okolicy Denderowa, przy małym parafjalnym kościółku w Smolewie, na samej granicy Polesia, mieszkał sławny z surowej cnoty, pobożności i chrześcijańskiego poświęcenia się pleban, ksiądz Warel. Niemłody to już był człowiek, zestarzał w boju ze światem, w praktyce cnót religijnych i społecznych, doradca nieszczęśliwych, lekarz ubogich, opiekun sierot, słowem, kapłan w całem znaczeniu tego wyrazu. Cnotę zasadniczą, na której spoczywają wszystkie inne, poświęcenie się, podniósł do najwyższego stopnia; dla Boga i ludzi zapomniał zupełnie o sobie. Poważny i smutny, jeśliby go co wewnątrz dręczyło, nielitościwy dla siebie, niezmordowany w pracy i jej wyszukiwaniu ksiądz Warel żył tylko ofiarą. Dziś, gdy duchowni często więcej są dla świata niż dla Boga i bliźnich; gdy stara pierwszych chrześcijan wiara a cnota stała się niedoścignionym ideałem; gdy zepsucie kazi czasem tych nawet, co, na świeczniku stojąc, przykładem drugim przyświecać powinni, ksiądz Warel był zjawiskiem niepospolitem.
Rzadcy są zawsze ludzie, co jak on, w sprawie z sobą samymi, w niczem nie pobłażają, nic przez pół nie robią, rzucając się przeciw ofiarom, cierpieniu, boleściom z gorącą żądzą, z zapałem, który niewielu pojmuje i ocenia. Wśród naszego zimnego, obojętnego społeczeństwa jakże zdumiewać musiał?!
Pochodził on ze szlacheckiej rodziny oddalonego kątka dawnej Polski i nikt nie wiedział powodów, dla których oblókł suknię duchowną; żywot jego tylko wnosić kazał, że prawdziwe wiodło go ku niej powołanie. Od dwudziestu już lat spełniał on obowiązki naprzód wikarego, potem plebana w Smolewie, a nikt powiedzieć nań nie mógł, żeby w czemkolwiek uchybił nawet największym wymaganiom swoich parafjan. Probostwo to było jednem z najuboższych, a razem najludniejszych: lasy bowiem, otaczające Smolew, kryły w sobie chaty tysiąca przeszło głów szlachty i budników katolików, należących do księdza Warela; z bogatszych dworów ledwie kilka przypisanych tu było.
Drewniany, pochyły, stary ten domek Boży, podpierany i przystrajany wedle możności, czarniawą wieżyczką swoją z maleńkim dzwonkiem wznosił się nad stare lipy, ocieniające cmentarz i plebanję. Dom proboszcza równie był pochylony, równie stary, wypaczony, wklęsły w ziemię, i raczej miał pozór ubogiej chaty, niż księżego mieszkania. Ksiądz Warel mieścił się w dwóch izdebkach mizernych, z których jedna, pokaźniejsza, przeznaczona była na przyjmowanie przybywających parafjan, druga wyłącznie służyła jemu. Tu łóżeczko zakonne, prosty tapczan, pokryty cienkim siennikiem, sosnowa półka z kilku książkami, krucyfiks, flaszeczki i słoiki z pijawkami i różnem lekarstwem, stojące na starem biurku bez zamknięcia, na skrzynce i stoliku, całe stanowiły bogactwo i przybór. Pierwsza izba czysta, ale wcale niestrojna, miała kilka starych krzeseł, kanapkę pokrytą drelichem, stół tylko i zegar w szafce dębowej.
W tem więcej niż skromnem mieszkaniu rzadkim był gościem gospodarz; cały oddany swym dziatkom, jak ich nazywał, dni a często i noce spędzał na posłudze około duszy i ciała. Gdy nie było koni, szedł pieszo w lasy pocieszać, leczyć, spowiadać, katechizować wyrostków, przygotowywać umierających. Rzadko zastać go było można w domu, chyba gdy nabożeństwo tego wymagało, bo ksiądz Warel z równą gorliwością, niezmordowany, spełniał obowiązki kapłana u ołtarza i poza kościołem. Nigdzie z większem poświęceniem, wiarą, zapałem nie obchodzono wielkich uroczystości i pamiątek kościelnych; nigdzie lud nie śpiewał goręcej starych naszych pieśni pobożnych; nigdzie się nie modlił tak żywo a serdecznie przy strasznej ofierze. Jaśniało oblicze księdza, gdy spełniał tajemnice święte, zdawał się szczęśliwy, uniesiony, promienisty zapałem; lecz, odstąpiwszy od ołtarza, często wpadał w zwykły sobie smutek i zamyślenie, które zdawały się być właściwym stanem jego duszy. Twarz księdza Warela malowała to dziwne usposobienie: wyschła, zżółkła, wyniszczona, przypominała dawnych ascetów, a płomień oczu, łagodny razem i posępny, okazywał wewnątrz głębokie cierpienie i walkę, których wiara i modlitwa uspokoić nie mogła. Rysy jego twarzy były piękne, postawa poważna, włos siwiejący już skroń okrywał; czynne życie wyrobiło w nim, mimo chudości niezmiernej, siłę potężną. Nic go, zdaje się, nie kosztowało znosić głód, słotę, zimno, pragnienie, bezsenność; jakgdyby duchem pobożności i ofiary podnosił się nad zwykłe warunki życia ludzkiego, nigdy się niczem pożyć nie dawał, zawsze był gotów do pracy, nie potrzebując spoczynku. Chwile wytchnienia spędzał na gorącej modlitwie: długie godziny widywano go leżącego krzyżem u ołtarza; późno w noc zastawali go ludzie modlącego się ze łzami w swojej izdebce; a gdy ubogi zapukał nad ranem, wzywając go o mil kilka do łoża chorego, na pogrzeb, zrywał się rzeźwy, zawsze gotowy na posługi, a nie słyszał nikt, by się na znużenie poskarżył. Prawdziwy sługa Chrystusów, dla braci wszystko, co miał, oddawał; miał niewiele, ale w ręku dobroczynnego drobny pieniążek, chleb suchy wielu nakarmić mogą. Więcej też on czynił, mając mało, niż wielu bogatych, bo oddawał wszystko i świadczył sercem razem i dłonią.
Z dziwną nieopatrznością a spuszczaniem się na wolę Boga nie zasposabiał nigdy swej śpiżarni ani domu, często nie było prawie co jeść; naówczas z radością szedł do drzwi sąsiedniego wieśniaka i prosił go w imię Boże o chleba kawałek, a każdy mu dawał ochotnie, z rozczuleniem, wiedząc, że jutro we dwójnasób u niego odbierze, chlebem i słowem.
Pomimo płochości naszego wieku i społeczeństwa, które rade śmieje się z tego, czego pojąć nie może, nikt nie ośmielił się jednak szydzić z tego człowieka, panującego wszystkim swoją prostotą ewangeliczną. Dla niego możny i ubogi, znaczący i nikczemny człowieczek, ostatni żebrak zupełnie byli równi; szanował ich jako ludzi, obrazy Boże, i bez ogródki mówił każdemu prawdę ojcowską, życzliwą, ale całą, a często przykrą. Słodziły ją tylko poczciwe usta, podając łagodnie jak lekarstwo na chorobę. Znając wysokość swego powołania, nie uniżał się przed nikim pomazaniec Boży, ale nikogo też nie obraził dumą, bo był nadewszystko pokorny. Godziła się w nim doskonale powaga kapłana z uniżeniem grzesznika chrześcijanina. Obelgi znosił bez gniewu, z uśmiechem, z jakąś radością niemal; nieprzyjaciół nie miał, a chwilowo na siebie zawziętych upamiętywał i rozbrajał często jednem słowem. Wielki to był i święty człowiek...
Czemuż na tem czole, opromienionem wiarą, tak często zjawiał się smutek? Czemu w tych oczach, płonących miłością Bożą i ludzi, tak często wytryskała łza i płomień boleści? Czemu płakał samotny i szedł na modlitwę chmurny, posępny jak winowajca, jak żołnierz do boju, na który nie czuje się dość zbrojnym?
Któż zna głębię duszy ludzkiej? Kto zajrzał na dno tajemnicze serca i rozplątał myśli człowiecze? Bóg jeden widzi jasno ten dziwny kłębek nici, w których złoto i zgrzebno się miesza.
Do księdza Warela postanowił się udać Wacław z tajemnicą swoją, o radę i kierunek go prosząc; znał go oddawna i szanował, wiedział, że nikt szlachetniej, nikt rozważniej naprowadzić go nie potrafi na drogę prawą. Czuł on, że i poczciwego serca, i wyższego umysłu potrzeba było, coby mu wskazał ścieżkę, jaką należało iść dalej, dopominając się imienia, przyszłości, majątku i upokarzając dumnego człowieka.
Przybywszy do plebanji, nie zastał Wacław księdza Warela, który — swoim zwyczajem — na budkach opowiadał i katechizował dzieci; stara gospodyni uprzejmie go prosiła, żeby na proboszcza zaczekał.
Usiadł więc na ławce od ogrodu, napół zgniłej i poprzedników jeszcze proboszcza pamiętającej, tu, w zadumaniu i bolesnych myślach zatapiając się do wieczora: tyle zamiarów, tyle chęci walczyło w sercu jego! Już słońce zniżało się ku zachodowi i za czarną kryło się chmurę, gdy w ganku dał się słyszeć znany głos gospodyni staruszki i proboszcza:
— A co, moja Doroto, jest tam co zjeść? — mówił ksiądz Warel — dobrym kawałek zrobił piechotą; należy mi się strawa.
— Jest trochę barszczu i kasza — odpowiedziała starucha.
— Specjały, — odparł ksiądz — a dziś sobota, dzień Najświętszej Panny; dosyć mi będzie jednego: daj, wasani, trochę barszczu.
— Ale tu ktoś czeka na jegomości.
— O! dawno? a któż to taki?
— Od południa, jakiś młody człowiek, ubrany porządnie, ale przyjechał prostym wozem.
— A dałażeś mu jeść?
— Nie chciał nic, siadł sobie w ogródku; czegoś smutny, widzi mi się, jakby zapłakany.
— No, to schowajże sobie barszcz, jejmościuniu, — rzekł ksiądz Warel — bo tu pilniejszy interes.
— Ależ jegomość pewnie dziś nic nie jadł?
— Owszem, owszem, chleba kawał i ogórka całego, będzie czas na wszystko; pilniejszy interes bliźniego, niż brzucha.
To mówiąc, pośpieszył proboszcz do izby, złożył brewjarz, co go nigdy nie odstępował, na stoliku i spotkał z roztwartemi rękoma Wacława, którego kochał.
— A! to ty, moje dziecko! — rzekł. — Jakże mi się masz? No! zdrów widzę, dzięki Bogu, i myślę, pobożny, jakeś był. Oj! wiara, to wielki skarb, nie traćcie jej, nie traćcie; ciężko ją potem odzyskać, a bez niej żyć ciężej jeszcze. I cóż mi powiesz, kochanku? Siadaj.
— Mój ojcze, — rzeki zkolei Wacław — to, z czem do was przybyłem, rzecz jest bardzo wielkiej wagi dla mnie; przyszedłem po radę i w niemałej sprawie.
— Dobrze! dobrze! Zawsze to ślicznie, gdy młody starego i sługi Bożego się radzi, a nie spuszcza całkiem na siebie. Bóg ci zapłać, siadaj, serce, i mów.
— Możemy mówić niepodsłuchiwani?
— Śmiało, sami jesteśmy; słucham cię, moje dziecko.
To mówiąc, ksiądz Warel, jakby do rady wzywał Boga także, począł pocichu odmawiać modlitewkę, wzniósł oczy w niebo i usiadł, biorąc rękę Wacława, który rozpoczął opowiadanie od historji biednej swej matki.
Proboszcz słuchał jej poważny, niekiedy łza zakręciła mu się w oku, czasem spojrzał na Wacława, jakby uczucia jego badał; wkońcu gdy i papiery przejrzał, i ukończyły się te smutne dzieje, zamilkł i głęboko się zadumał.
— Radź mi, ojcze, radź proszę, co mam począć? — spytał niespokojny Wacław.
— Czekajno, serce, tu się trzeba wprzód pomodlić do Ducha Świętego, — odparł ksiądz — do Ducha dobrej rady. Rzecz straszna, smutna, trudna; jutro rano odprawię na tę intencję mszę do Ducha Świętego, pomodlim się oba, a potem pomówimy; zostań u mnie, przenocuj, wszak ci i tak niepilno, boś podobno, jak widzę, Dębickich opuścił.
— Wytrwać mi u nich było trudno.
— Szkoda, bo uczciwego człowieka jak ty przewodnictwo i dzieciom, i starymby się przydało. Jedna pobożna dusza w domu wiele czyni dobrego. Dziś ci nic radzić nie chcę, jutro, co mi Bóg natchnie, to ci powiem. A teraz możebyś co i zjadł, — dodał, uśmiechając się — tylko cię uprzedzam, że słudzy Chrystusowi więcej żyją słowem Jego świętem, niżeli inną karmią; u mnie ubogo, do czarnego chleba może nie jesteś przywykły. Ha! cóż robić, gdybyś i przepościł trochę ze mną, nic to nie szkodzi ani ciału, ani duszy. Dziś się z postu śmieją, a wielka to prawda przecie, że: ujmij ciału obroku, a dusza będzie syta. Wielcy święci nasi na pustyni podsycali się wstrzemięźliwością i umartwieniem. Doroto, dawaj już barszcz i kaszę z grzybami, podzielim się z gościem, co Bóg dał.
To mówiąc, zasiadł ksiądz Warel przed ubogim stołem, a Wacław przy nim, ale ledwie łyżek kilka wziął do ust, gdy wszedł budnik zapłakany, na miłość Boga prosząc o pomoc dla ojca, który, z barci spadłszy, połamał ręce i nogi i konał w boleściach. Nie myśląc już o jadle, chwycił proboszcz swoje flaszki i narzędzia lekarskie, zakasał poły starej sutanny i, pożegnawszy do jutra Wacława, ruszył z kawałkiem chleba w ręku.
Nierychło w nocy powrócił, a gość widział go jeszcze długo leżącego na modlitwie.
Nazajutrz rano odprawiła się msza o Duchu Świętym; nikogo nie było w wiejskim kościółku prócz kilku żebraków. Ksiądz Warel odszedł od ołtarza rozjaśniony, przejęty i, ucałowawszy Wacława, rzekł do niego, wróciwszy na probostwo:
— Jedź, serce moje, do hrabiego, powiedz mu o odkryciu otwarcie, bez srogich wymówek, z gotowością przebaczenia, z braterską litością względem występnego. Bóg może zamknięte serce jego dotknąć, nie będziemy potrzebowali zapewne sprawiedliwości ludzkiej, o którą ze zgorszeniem dobijaćby się musiało. Zresztą, czyliż ci tak bardzo trzeba grosza i mienia pilno a koniecznie, żebyś obłąkanego chciał dla niej gubić, żebyś brata ojca twojego, krew własną, dał na wstyd, pohańbienie u ludzi? Czyż nie lepiej mu przebaczyć, a jeśli cię odepchnie, zostawić go sumieniu i Bogu. Od pięknego uczynku rozpocząłbyś życie i Bóg teżby ci błogosławił. Przy mszy świętej słyszeć musiałeś za każdem niemal słowem przykazanie miłości i przebaczenia.
— Lecz pamięć ojca, cierpienie matki, maż to wszystko pozostać niepomszczone?
— Nie mów, serce moje, o zemście, bo jej chrześcijanin znać nie powinien i bez grzechu wyrazu tego wymówić nie może. Bóg jedynym mścicielem, my nie powinniśmy się uzuchwalać aż do zastępowania Go. Zemsta zawsze jest zła i występna. Matce twej Bóg już nagrodzić musiał w przyszłem życiu, co tu ucierpiała; dla niej modlitwa twoja jest najpiękniejszą ofiarą. Zresztą, także to długie życie nasze, byśmy je na zemstę i krzywdę braci obracali, kiedy nam dano tę chwilę na udoskonalenie nasze i zbliżenie się do nieba?
Mówił tak długo i Wacław uczuł się do żywego dotknięty, poruszony, podniesiony; widział się wyższym swego ciemiężcy, spokojniejszym, szczęśliwszym. Pełen tych pięknych uczuć chrześcijańskich, wyjechał z probostwa tym samym wozem wieśniaka, z myślę, iż ubóstwo jego piękniejsze jest niż dostatki stryja, kosztem czoła, spokoju i kłamstwa zdobywane tak mozolnie. Podsycając w sobie to uczucie całą drogę, pełen jednak wzruszenia i smutku, przybył nareszcie do Denderowa.
Z jak nową myślą spojrzał teraz na to miejsce, uświęcone matki łzami, ojca wspomnieniem! Gdyby nie nauka księdza Warela, z jakąż żądzą chciwą zemsty byłby się dopomniał o krzywdy swoje! Ale wyrazy kapłana były hamulcem wybuchu jego, podnieciły pragnienie wspaniałomyślnego przebaczenia.
Jak zawsze, zastał hrabiego w wytwornym stroju rannym, z twarzą wypogodzoną, dumną, pańską, wśród stosu papierów, marzącego o swem państwie, o obrotach, o nowych scenach dramatu, którym było czynne jego życie.
Wchodzącego Wacława powitał uśmiechem, wcale się nie domyślając, jak innym dziś przychodził dawny wychowaniec, sierota, ażeby go słuchać liczby z przeszłości; jak strasznym głosem miał się odezwać do niego: „Kainie, gdzie jest Abel, brat twój?“
Pozorny spokój, wyryty na bladem czole hrabiego, wyższość, z jaką dumny postąpił czynić wymówki Wacławowi, smutnie przejęły sierotę.
— A waćpan tu znowu? czy już od Dębickich? — spytał Dendera.
— Tak jest, od Dębickich.
— Tylkoż nie myśl mi waćpan wisieć na karku, — rzekł z nieukontentowaniem hrabia — dość już tego, dość, czas pracować i myśleć o sobie; młodość droga...
Zbity tą śmiałą mową stryja, który się wcale jeszcze nie domyślał odkrycia strasznych tajemnic, Wacław nie wiedział, od czego począć, westchnął, Wspomniał na matkę i, obracając się dokoła, zapytał:
— Jesteśmy sami?
Zaledwie to wyrzekł, hrabia pobladł, zmieszał się i jakby już przeczuwał, że musi zmienić rolę, że nadeszła, jak piorun, niespodziana godzina kary i upokorzenia, wybełkotał z niezręcznie udaną przytomnością:
— Cóż to jest?
— Mamy pomówić o rzeczy ważnej, — rzekł zimno Wacław — rzeczy, której, sądzę, nie powinni słuchać tylko my i Bóg.
Dendera, jeszcze bardziej słowy i tonem przerażony, zagryzł usta, obejrzał się, postąpił do drugiego pokoju i w milczeniu chmurnem czekał zapytania, widocznie opanowany strachem. Wacławowi usta drżały, w głowie się zawracało; położenie jego dziwnie się zmieniało: pokorny dotąd sierota, stawał jako sędzia; uszanowanie, do którego przywykł i nowe wymaganie stanowiska, do jakiego miał prawo, bój w nim staczały tajemny.
— Panie, — rzekł po chwili łagodnie — pozwól się spytać: nie miałeś brata?
Hrabia, który jeszcze łudził się, że strach paniczny przejdzie niczem, usłyszawszy to, zadrżał, cofnął się, obłąkanym wzrokiem potoczył i upadł na kanapę milczący, oczy wlepione trzymając w Wacława.
Twarz jego wyrażała takie przerażenie, pomieszanie i przestrach, jakgdyby istotnie głos Boży zgóry go zapytał: „Kainie, coś uczynił z Ablem, bratem twoim?“ Ale po chwili nawykłość długa do udawania, pewność, jaką czas go obdarzył, że tajemnica wydać się nie może, dodały mu sił nieco: podniósł się i, mierząc od stóp do głowy stojącego przed sobą Wacława, spytał, zbójeckie prawie rzucając nań wejrzenie:
— Dlaczego ty mnie o to pytasz?
— Wiesz pan o tem, — odpowiedział Wacław — bo ja jestem synem brata twego! Brata, którego zagarnąłeś majątek, któregoś wdowę odepchnął, nie dając jej ani tego, do czego miała prawo za życia, ani mogiły po śmierci, ani pociechy przy skonaniu, ani dziecku jej imienia, które mu należy...
Hrabia, blady jak ściana, porwał się znowu z konwulsyjnem drżeniem.
— Szalbierzu! — krzyknął. — Kto ci te myśli podrzucił?... To oszukaństwo, to spisek na mnie haniebny! Sierota, dziecię jakiejś włóczęgi, podnosisz się na swego dobroczyńcę, kąsasz rękę, która ci chleb dała!
— Nie jestem szalbierzem — rzekł Wacław, usiłując utrzymać się chłodnym i rozważnym — ani ty, panie, dobroczyńcą moim; kim i czem jestem, mam na to niezbite dowody i świadków; jeśli z dobrej woli zaprzeczysz mi pan mojego stanowiska na świecie, imienia rodziców, dojdę go w inny sposób.
— Dowody! A jakież możesz mieć dowody? — spytał z iskrzącemi oczyma Dendera.
— Twoje własne przekonanie, twoje pomieszanie, twój przestrach jest najpierwszym, — odparł Wacław śmielej — widziałeś inne, czytałeś list ojca mego krwią jego zbryzgany; miałeś w ręku papiery, aleś je nieopatrzny rzucił, odepchnął, żeby przywłaszczony majątek brata zatrzymać. Trzymajże go, — dodał Wacław — bom nie o niego przyszedł się upomnieć, ale o imię, o cześć matki, o spokój ojca w grobie... To wydarłeś i powrócić musisz!
— Jakto? Ty mi śmiesz prawa dyktować! — wrzasnął hrabia w gniewie.
— Nie ja: twe własne powinno to uczynić sumienie.
— To są bajki, fałsze, niegodziwe i podłe szalbierstwa! — zawołał Dendera. — A ty...
— Ja zapewne — przerwał Wacław — jestem w oczach twych, jak matka moja nieszczęśliwa, niepotrzebnym tylko natrętem, ale nie umrę, jak ona, na pasiece bez księdza i lekarza w ostatniej nędzy; Bóg na to nie pozwoli!
To mówiąc, odwrócił się i chciał już odejść, gdy hrabia schwycił go za rękę; usta mu się trzęsły, oczy stały obłąkane, pierś buchała niepokojem występku.
— Co poczniesz, niewdzięczniku? — spytał.
— Niewdzięczny nie jestem, bom tu wpierw przyszedł, gdy mogłem gdzie indziej pójść pierwej: pocznę, co Bóg mi wskaże.
— Czego chcesz ode mnie, prześladowco mój i dzieci moich?
— Chcę sprawiedliwości, imienia mego, własności mojej.
Hrabia stanął, utopił oczy w podłogę, zamyślił się.
— Nie, nie! to być nie może! — zawołał — to hańba; lepiej śmierć!
I rozśmiał się szydersko.
— Idź precz!
Lecz, nim Wacław do drzwi doszedł, odwołał go znowu.
— Czego chcesz? — spytał — chcesz majątku?
— Chcę imienia.
— Imienia! — rozśmiał się znowu Dendera z boleścią. — Chcesz imienia splamionego zbrodnią, którą mi dowodzisz, choć nie dowiedziesz.
— Chcę imienia, które mi się należy.
— Chcesz majątku?
— Części mojego ojca.
— Wyrzeczesz się imienia, zapomnisz wszystkiego?
— Więc nie jestem przecie szalbierzem. — zawołał, podchwytując Wacław — ani matka moja włóczęgą!
Hrabia uczuł się zmieszanym, zamilkł, mierząc go okiem nieufnem.
— Godzę się jak z napastnikiem — rzekł wykrętnie. — Prawda czy fałsz znajdzie złośliwych, co ją głosić będą; odbierzesz mi dobre imię, mnie i dzieciom potrzebne: wolę się okupić.
— Ja nie chcę jałmużny, — odparł Wacław, podnosząc głowę — ja chcę mojej własności.
— I będziesz jej dochodził, sromocąc ten dom, który cię od dziecka wychował?
— Wychował! — rozśmiał się zkolei Wacław — syna brata, jak sierotę! z litości, w upokorzeniu, służebnictwie, ogołoconego z imienia, ze związków krwi drogich, podwójną zbrodnią uczynionego podrzutkiem...
Wzrokiem wzgardy i litości razem zmierzył Wacław hrabiego; wspomnienie matki nieszczęśliwej wzburzało go, potrzebował całej mocy duszy, by powstrzymać w sobie wybuchy gniewu, zemsty, ale słowa księdza Warela przychodziły mu na pamięć i tamowały go.
Wybiegł z pokoju hrabiego, zostawiając go ciężkim myślom niepewności, postrachom, a sam wpół nieprzytomny popędził do ogrodu. Tu kilka ledwie robił kroków, spotkał Cesię, która, zdumiona widokiem jego, krzyknęła, cofnęła się i, śmiejąc zaraz, zawołała:
— A! to pan Wacław!
Ale podnosząc oczy, gdy się ich wejrzenia spotkały, gdy cały niepokój duszy Wacława, jego krwawy smutek i wzruszenie głębokie dotknęły Cesię, śmiech zamarł na jej ustach, z litością kobiecą postąpiła żywo, zapytując:
— Co ci to jest? co to się stało, panie Wacławie?
— Nic, pani, — odparł biedny muzyk, dłonią odgarniając z czoła włosy potem boleści oblane — nic, nic.
— Paneś mnie przeraził, jego twarz tak strasznie zmieniona!
— Jestem trochę chory...
— Powróciłeś więc do nas?
— Nie, pani, tylko na chwilę — i westchnął. — Wszak na wesele jeszcze nie czas! — uśmiechnął się boleśnie.
— Wesele! A prawda! Zapraszałam pana; ale z tą twarzą upiora, z tem wejrzeniem zbójcy, dziękuję! Przestraszyłbyś mi pan gości i dzień mój jasny zasmucił.
— Byłżeby to dzień tak jasny? — zapytał smutnie Wacław.
— Dlaczegoż nie? — odparła żywo Cesia. — Dzień, który mojego ulubionego do nóg mych na wieki przywiąże. Pan nie wiesz, jak on mnie kocha! Niema jak ludzie tego co on wieku: umieją się przywiązać bałwochwalczo, służyć jak niewolnicy, słuchać jak dzieci...
— Panibyś chciała tylko niewolników, chwalców i posłusznych?
— Tak, bo lubię rozkazywać i królować! — zawołała dumnie. — Ale pan idziesz ze swą tajemnicą jak chmura z burzą: smutny, dziki; powiedzże mi, co to jest? Straciłeś miejsce? Wszak ojciec pewnie ci nie odmówi ani dachu, ani stołu, ani pobytu u nas...
— O! ja o nie nie proszę!
— Już tak dumny! — rozśmiała się Cesia, ruszając ramionami. — Skądże ta pycha?
Wacław zamilkł. Dziwaczna myśl przeszła mu przez głowę w tej chwili; kochał lub zdawało mu się, że kochał Cesię, mógł położyć hrabiemu za warunek pozwolenie połączenia się z nią; dyspensę z Rzymu łatwo było wyrobić: cóż, kiedy coraz wyraźniej malowała mu się chłodną i płochą. Postanowił zajrzeć śmielej w głąb nieodgadnionego jej serca i po chwili się odezwał:
— Dlaczegożbym nie mógł być dumny? Każdy ma swoją dumę: wy panowie dumę panów, żebrak dumę ubóstwa, sierota dumę opieki Bożej nad sobą. Tak, — rzekł — jestem dumny, przyznaję się.
— Cóż to za zmiana w panu Wacławie — ofuknęła Cesia prawie obrażona tonem odpowiedzi. — Nigdym go jeszcze tak mówiącego nie słyszała.
— Nigdym też silniej nie był wzruszony! — odpowiedział.
— Cóż pana tak porusza? odprawa od Dębickich? — rzekła szydersko.
— Nie, — odparł Wacław — porusza mnie widok młodej, pięknej istoty, która dla oklasków i trochy świecideł sprzedaje się starcowi...
— Cha, cha! a to wybuch osobliwszy! Boże! co się to panu stało, panie Wacławie! może wody?
Wacław spojrzał zimno i, usuwając się, dodał:
— Pani nigdy wody nie zażądasz, bo nigdy się nie poruszysz, zawsześ jednostajnie zimna i obojętna jak kamień.
— Dziwna to rzecz, że sobie pan pozwalasz czynić podobne postrzeżenia.
— Dlaczegożbym nie miał powiedzieć, co myślę?
— Dlatego, że zbyt daleko stoim jedno od drugiego — zawołała obrażona Cesia. — Nie spodziewałam się od pana podobnej niewczesnej szczerości.
Wacławowi dziki uśmiech przebiegł po ustach, zdjął kapelusz, ukłonił się.
— Żegnam — rzekł — panią marszałkową Farurej.
— Żegnam waćpana, mości muzyku!
W oczach Cesi jaśniał gniew i obrażona duma, w jego błyskała litość; nie uszło jednak hrabiance, że coś dziwnego zmienić musiało ich położenie wzajemne, i jakiś niepokój nią owładnął. Miała w sercu trochę uczucia dla niego, ono było najpierwsze i przebijało się przez późniejsze wrażenia. Zmieszana spojrzała za nim, chcąc go odwołać, ale Wacław już był daleko; rozżarzony wchodził do pokoju, w którym hrabia sparty na ręku dumał, chwytając się jak tonący najdzikszych pomysłów i najniepodobniejszych obrony środków.
— Czekam jeszcze na odpowiedź stryja! — rzekł młody człowiek.
Hrabia powstał.
— Nie chcę wstydu, obmowy, zgorszenia, procesów, wolę nad to ofiary największe, — odezwał się ze stłumionym gniewem — przystaję na wszystko: powinieneś mnie oszczędzić, i dzieci, i ich... Powiem przed ludźmi, że dziś dopiero dowiedziałem się, przekonałem, kim jesteś, przyznam cię synem brata... Cesia może być żoną twoją, jej posag twoim działem...
— Panna Cecylja nie może być żoną moją, — odparł Wacław — zbyt jesteśmy blisko pokrewieństwem, a zbyt daleko obojętnością: wróć mi pan imię, o resztę się ułożym...
— Dajesz mi więc słowo, że we mnie nie będziesz widział nieprzyjaciela, ale stryja, że przeszłość przebaczysz, że ludziom nie dasz powodu obwiniać mnie za ciebie?
— Niech Bóg sądzi przewinienia — rzekł Wacław uradowany, że się wszystko kończy — i przebaczy, jak ja ci przebaczam... Matka moja w niebie za uznanie dziecka wymodli cię od kary.
Hrabia, jakby mu ciężar potężny spadł z serca, porwał, chwycił go za rękę i, wiodąc go za sobą, rzekł szybko:
— Chodź więc ze mną, chodź ze mną.
W milczeniu dziwnem przeszli ten dziedziniec, na który właśnie wygnanką, żebraczką, przychodziła matka Wacława prosić napróżno litości u brata; wstąpili na schody, otworzyły się drzwi salonu.
Tu już zgromadzeni byli: hrabina, Cesia, Sylwan i nieodstępny codziennie marszałek Farurej; kilka osób obcych, ściągnionych interesami, powiększały towarzystwo, jakby naumyślnie los ich na świadków przywołał.
Z nieudanem wzruszeniem hrabia do środka przeprowadził Wacława, którego twarz posępny smutek i niejaka okrywała duma.
— Miałem brata, — odezwał się pompatycznie Dendera — sądziłem, będąc w błędzie, że zginął bezpotomnie; dziś odbieram dowody, że pozostawił syna po sobie, oto jest syn jego, a wasz brat, — obrócił się do Cesi i Sylwana — mój synowiec Wacław Dendera. Dziwny zbieg okoliczności ani mi o egzystencji jego wprzód wiedzieć, ani uznać nie dozwolił. Wychowałem sierotę, Pan Bóg mi dał w nim krewnego.
To mówiąc, z doskonale faryzeuszowskiem przejęciem ucałował młodzieńca, którego pierś na ten uścisk judaszowski się wzdrygnęła.
Przytomni, zdumieni, osłupieli... obcy tylko pośpieszyli powinszować i unosić się nad wysoką wspaniałomyślnością hrabiego, który ze wzruszeniem, przechodzącem już jego siły, upadł raczej niż usiadł na bliskie krzesło.
Cesia, blada jak cień, pierwsza przyszła do Wacława i, nie wiedząc, jak go powitać, co mu powiedzieć, tylko rękę podała.
Sylwan niespokojny, bo zaraz porachował, ile go ten brat kosztować będzie, przybliżył się i uścisnął dość niechętnie; hrabina pobiegła męża rozpytać, co się stało, ale mina jego posępna, wzrok szklany, usta drżące i niemota odepchnęły ją od niego.
Całe towarzystwo, jakby sparaliżowane tem osobliwszem zdarzeniem, rozpękło się na kilka części; obcym pilno już było odjechać, żeby roznieść nowinę po sąsiedztwie, a domowi czekali na to równie niecierpliwie, żeby się od hrabiego dowiedzieć czegoś więcej. Zadumana Cesia obojętnie i zimno przyjmowała nadskakujące grzeczności Farureja, który, ujrzawszy się zbytecznym, wkrótce pod jakimś pozorem umknął z Denderowa. Wacław pocichu także wysunął się z salonu, siadł na biedny wóz swój i wrócił do księdza Warela oznajmić mu skutek swego kroku i prosić o radę co do dalszego postępowania.
Gdy się to dzieje, hrabia, którego siły wyczerpały się kilku bliskiemi sobie uderzeniami niespodzianemi (bo kilka dni temu odebrał był też wiadomość, że matka żony wyszła zamąż), milczący zwlókł się z kanapy i w łóżko położył.
Całe jego postępowanie z Wacławem nacechowane było piętnem słabości charakteru, szczęściem zasłaniającej go teraz od większych występków i wstydu. Zaparłszy się bratowej i jej dziecka, obawiał się powiększać zbrodni tej zabójstwem: ograniczył się tylko wywłaszczeniem i nieumiejętnem zakryciem pochodzenia dziecięcia. Dziś do walki, procesu, boju zabrakło mu także siły; ugięty przestrachem, wolał na wszystko pozwolić, niż wieść z nim upokarzającą sprawę. Duma i dbałość o opinję uratowały go na ten raz od ostatecznego upadku, ale myśl oddania połowy nadwerężonego majątku, co przy spłaceniu długów byłoby go zubożyło doreszty, doznane w tych czasach straty i przeciwności tak silnie go dotknęły, że, gorączką miotany, o mało nie postradał życia.
Straszliwych symptomatów choroba rozwijała się z szybkością niesłychaną. Rozesłano po lekarzy; a hrabina u łoża chorego przyszła z francuskim romansem w ręku grać rolę rozpaczającej małżonki.
Cesia po odjeździe Farureja i Wacława, zatopiona w czarnych myślach, siedziała w krześle nieruchoma, jakby w nią piorun uderzył: najdziwaczniejsze obrazy, domysły, zamiary snuły się po młodej głowie. W pierwszej chwili nic nie powiedziała Wacławowi, szukała tylko jego wejrzenia, ale go spotkać nie mogła; później usiłowała się zbliżyć, widocznie od niej unikał. Teraz łza spłynęła z jej oczu, łza gorzka upokorzenia, przez którą już patrzała nadzieja świetniejszych losów. Tak rozpieszczone dziecię, gdy je lekka spotka przykrość, myśli o zabawkach, by się co najprędzej rozerwać, znieść jej nie umiejąc. Wypadek niespodziany dnia tego najżywiej obszedł Cesię; widziała dziś podobnem, co wczoraj wydawało jej się poczwarną śmiesznością: serce jej biło, odradzała się miłość; z drugiej strony uśmiechało się bogactwo, znaczenie, uśmiechał się los królowej wszechwładnej. Stała między dwojgiem szczęścia, nie umiejąc wybrać jeszcze, pochylając się sercem na stronę Wacława, głową ku bogatemu starcowi. A że żyła raczej głową niżeli sercem, bo uczucia jej brakło lub nierozwinione spało jeszcze w głębi piersi, łatwo wyrachować, kogo czekało zwycięstwo.
Hrabina po mężu cierpiała podobno najwięcej; jej wstręt do Wacława pomnożył się jeszcze i wzmógł, ale go ukryła starannie, jak wszystko, co czuła, taić była zwykła. Uśmiechem powitała krewnego, nie dała po sobie poznać boleści i otuliła się powagą i smutkiem.
Sylwan widocznie był tem mnóstwem po sobie następujących wypadków niepomyślnych przejęty głęboko i chmura smutku nad czołem jego zawisła; a zwykła mu samowolność i lekceważenie wszystkich, które każde rozdrażnienie powiększało, niezmiernie się w nim wzmogły. Szedł zamyślony, gniewny, dumny, z brwią namarszczoną do swoich pokojów, nie racząc nawet spojrzeć na matkę i ojca, ani się do siostry odezwać, ani swych myśli z kimkolwiek podzielić. Dumał tylko o upadku majątku, znaczenia, nadziei swoich, z rozpaczą, na którą nie widział ratunku. Przywykły uważać los za sługę słuchającego skinienia, gniewał się, że mu wydzierał to, co, jak sądził, słusznie, koniecznie mu należało. Jedyną zbawczą deską w jego głowie było ożenienie; na niem gruntował rachuby przyszłości, zbogacenia nowego i podniesienia się: nie wątpił bowiem, że na pierwsze jego wejrzenie, na wyciągnienie ręki, rzucą się ku niemu tłumami dziedziczki miljonów.
Znalazłszy sobie tę pociechę i postanowiwszy udać się zaraz gdzie w obcą stronę (gdyż okolica nie była godna młodego hrabiego), uspokojony nieco, zapalił cygaro i położył się na kanapie z wice-hrabią Bragellone Dumasa.
W domu znowu zabierało się na nieporządek i rozprzężenie; popłoch, poprzedzający zwykle chwilę upadku, wszędzie czuć się dawał. Choroba hrabiego, uznanie synowca, uspokojonych czasowo, znowu poruszyły wierzycieli, sług i przyjaciół domu.



Wacław jechał do Smolewa i, ze łzami uściskawszy księdza Warela, opowiadał mu swoją przygodę.
— O! widzisz, że ci pan Bóg poszczęścił! — rzekł proboszcz. — Patrzajże, żeby ci twoje sieroctwo, opuszczenie, stan dawny były płodną na przyszłość nauką. Znasz cierpienie, boś cierpiał; wiesz, jak boli upokorzenie, osierocenie, nędza, służebnictwo; pomagaj drugim, a uczynkiem podziękujesz Bogu za to, coś z łaski jego niespodzianie otrzymał. Zresztą, jak wielu, co się modlą w cierpieniu, a zapominają o Bogu, gdy im dobrze, nie trać wiary: skarb to wielki. Są ludzie nieopatrzni, co w szale szczęścia rzucają go na drodze, sądząc, że potrzebować nie będą; ale kiedyż się wiara nie przyda?
Na takiej treści rozmowie zszedł wieczór. Wacław, dla uregulowania swojego nowego bytu, potrzebował jechać do Żytkowa i nazajutrz, otrzymawszy potrzebne papiery, których hrabia na pierwsze zażądanie nie odmówił, wybierał się już w podróż, ale uczuł się słabym. Ksiądz Warel go nie puścił; doznane wrażenia, zmiana losu, niepokój rzuciły go także na łoże boleści, z którego młodość dźwignąć go miała.



Ksiądz Warel z troskliwością matki pozostał przy chorym, pielęgnując go najstaranniej i nie oddalając się, chyba dla spełnienia koniecznych obowiązków swego stanu. Naówczas zostawiał w swojem miejscu poczciwą Dorotę, staruszkę najlepszego serca, ale gderliwą, która i proboszczowi nieraz dokuczyła wymówkami i przepowiedniami, i choremu też ich nie szczędziła.
Smolew był blisko Wulki, a Kurdesz wielkim przyjacielem plebana. Codziennie prawie stary wojak odwiedzał księdza, którego potrzeby tajemnie opatrywał, tak że tylko Dorota i on wiedzieli o tem; Warel byłby bowiem tej ciągłej ofiary nie przyjął, ale zbyt zajęty nie dopatrzył się, skąd co przychodziło.
Tu stary szlachcic pierwszy raz spotkał Wacława, i, widząc, że mu w plebanji, pomimo starań księdza, nie najlepiej było, uprzejmie zaprojektował przenosiny do swego domu, zaręczając, że Brzozosia i Frania dobrze go dopilnować potrafią. Napróżno opierał się temu i ksiądz Warel, i Dorota nawet; plebanja była oczywiście wilgotna, doktór od Wulki mieszkał niedaleko, wszystko zdawało się przemawiać za wnioskiem rotmistrza: zaprzężono więc brykę i chorego przewieziono do znanego nam dworku.
Wiadomość o tem niesłychanie w początku zdumiała, potem rozradowała Brzozosię, która miała między innemi tę wadę, że się nudziła łatwo i potrzebowała nowości; przytem gdy się jeszcze dowiedziała, że to był hrabia i tego nazwiska co Sylwan, poczęła sobie powtarzać pocichu:
— Kabała! kabała! kto wie, co się to wyświęci, ona skłamać nie może!
Poczęła tedy zaraz wypytywać śpiesznie, jak Wacław wyglądał, ile miał lat, jakie oczy, włosy i t. d. Skutkiem tych badań było głębokie prorocze zamyślenie.
Oporządzono pokoik dla Wacława, a straż nad nim polecono naturalnie Brzozosi, która wzięła to na siebie z wielką radością; Frania tylko przez okno zobaczyła bladą twarz chorego, gdy wysiadał przed gankiem i wchodził do pokoiku, przytykającego do jej mieszkania.
Nie była to ciężka choroba; w początkach zaraz przerwała ją kuracja stosowna, pozostało osłabienie i ten stan przejścia, który dzieli zdrowie od cierpienia. Wacławowi tylko wychodzić i wyjeżdżać zakazano.
U łoża hrabiego zbierali się także zawołani medycy, głęboko rozmyślając nad przyczyną i nazwiskiem choroby, której causa proxima zakryta dla nich była. Każdy z tych panów, mając jakąś słabość faworytkę, którą wszędzie i we wszystkiem widział, symptomatów jej uporczywie szukał u hrabiego i znalezione po swojemu determinował. Każdy też stosowny sposób leczenia doradzał; lecz że pilniejsze środki zaradcze wskazywał sam rodzaj choroby, na nie się zgodzono bez wielkich sporów. Ze trzech przytomnych lekarzy, jak często bywa, ten, który mówił najgłośniej, rozprawiał najniedorzeczniej, ale zuchwale zagadywał swych współtowarzyszów i umiał swoją niewiadomość pokryć ładnie uszytą suknią szarlatanerji — otrzymał pierwszeństwo. Zasługa cicha, nie umiejąca mówić o sobie i za sobą, zawsze przyzostaje w cieniu: zarozumiałość idzie naprzód!
Hrabia, pomimo że się dostał w ręce szarlatana, niejakiego pana Szturm, znanego w okolicy z tego, że leczył, jak kto chciał: homeopatją, aleopatją, hydropatją prisnitzowską, elektropatją, Leroy, Morisonem i podtrzymywał ten eklektyzm zgrabnie ukleconym systemem; pomimo leczenia najdziwaczniejszego, przychodził do siebie, mając jeszcze wiele życia i siły, głównych warunków zdrowia, bez których podstawy żadna medycyna nic nie może. Pan Szturm, który wedle zwyczaju swego szeptał wszystkim, że słabość jest niezmiernie niebezpieczna, przypisał naturalnie sobie cudowne ocalenie pacjenta i nazywał to jedną z najszczęśliwszych swoich praktyk, co w istocie winien był tylko losowi: bo dokładne nawet poznanie słabości tak było trudne, że go się musieli wyrzec wszyscy medycy. Jak w wielu chorobach, przyplątało się to, co wprzód taiło się długo lub słabo odzywało; teraz komplikowało to słabość, zaciemniając główne symptomata mnóstwem podrzędnych. Podagra z całym orszakiem najdziwniejszych swych cierpień opanowała hrabiego, przechodząc z nóg, w których zwykle mieszkała, w odwiedziny do góry. Sprowadzono ją jednak na pierwszą sadybę, nie dając zasiedzieć w niewygodnych dla niej organizmu zakątkach. Ale, w miarę jak zdrowie odzyskiwał hrabia, przypomnienie niebezpieczeństwa, w jakiem zostawał, wstydu, którego doznał, upadku, co mu groził, miotały nim coraz silniej. Potrzeba było oddać wierzycielom, oddać Wacławowi i pozostać na bardzo małem. Przywykłemu do zbytku, przyzwyczajonemu do państwa, na to hrabia nie miał rezygnacji. Pocieszała go nieco myśl, że Farureja z córką ożeni, na którym wielkie też urojone osnuwał nadzieje; potrzeba było uspokoić wierzycieli, coby nań czyhać już mogli, a przedewszystkiem ukołysać rotmistrza Kurdesza, którego dwóchkroć nie był w stanie oddać hrabia. Po długich bezsennych nocach myślenia i kombinacyj, okazała się potrzeba wezwania w pomoc Sylwana. Sylwan, który ze swej strony marzył, wybierając się na kampanję matrymonjalną, przyszedł do ojca powołany, ale obojętny, nadęty, znudzony.
Hrabia leżał w łóżku blady, oczy tylko jasne, błyszczące ogniem życia, podsyconym jeszcze chorobą, objawiały grę wewnętrzną uczucia. Dziwnie zmieniony, wychudzony, z zapadłemi policzki, suchą i pomarszczoną ręką, czołem pofałdowanem, wpół oparty na poduszkach, zgarbiony, dumał boleśnie. Sylwan nie uczuł na widok tej postaci wrażenia, jakie na nim uczynić była powinna; zimne jego serce przykrzyło sobie w widoku cierpienia, ale go nie podzielało.
Rozparł się w krześle, ziewnął i spytał:
— Jakże się hrabia ma?
— Lepiej, lepiej, — odpowiedział żywo zapytany — ale muszę myśleć i myśl mnie trawi... a myśleć potrzeba... Potrzeba o sobie myśleć, inaczej źle być może. Nie znasz, panie Sylwanie, stanu naszego majątku: upadek! ubóstwo nam zagraża!
— Owszem, domyślałem się tego i postanowiłem też, póki czas, myśleć o sobie.
— Właśnie i ja pracuję nad tem — rzekł stary hrabia.
— A! więc słucham! — skłaniając się prawie szypersko, odparł Sylwan.
— Trzeba, żebyś nas ratował; stoimy jeszcze wymodlonym i wypracowanym przeze mnie kredytem. Przed tobą nie mogę i nie powinienem nic taić; od zabrania klucza Słomnickiego poczęły się nieszczęścia nasze... Pójście zamąż babki waszej — szaleństwo! głupstwo!... Ten synowiec... — wymówił ciszej — długi... wszystko to zabiera nam i majątek, i nadzieję podźwignienia się. Jeśli jeszcze wierzyciele razem o wypłatę się dopomną, zginęliśmy.
— Tak, to wiem, ale jak temu zapobiec?
— Ludzie są jak owce, — mówił z wejrzeniem na Sylwana przenikliwem hrabia — idą, gdzie ich poprzedzą drudzy.
— To być bardzo może, ale cóż nam z tej sentencji?
— Posłuchaj: właśnie Kurdesz jest głównym wierzycielem, jeśli jego nie uśpimy, za nim rzucą się wszyscy.
— Ale cóż z tym starym wędrzygą począć?
— Hm, gdybyś się starał o jego córkę?
— Jużciż zdaje mi się, — rzekł oburzony Sylwan — że coś przecie lepszego znaleźć mogę!
— I ja tak sądzę — ale starać się, zaręczyć nawet, a ożenić się, całkiem rzecz inna. Potrzeba, żebyś się starał, nawet z pozwoleniem i wiedzą moją, ale do ożenienia nie przyjdzie, a zyskamy na czasie.
— Samo staranie się jest upokarzające, — odezwał się Sylwan — zwłaszcza po tem, co zaszło.
— Ale cóż zaszło? — podchwycił stary, bledniejąc.
Sylwan poprostu, otwarcie opowiedział wszystko, aż do próby przekupienia Brzozosi, nie szczędząc szyderstw i obelg domkowi szlachcica.
— Ba! — wysłuchawszy, rzekł stary — to jeszcze nic: wszystko to w korzyść się obrócić może; powiesz, że twoja miłość tak jest silna et caetera, że mi padłeś do nóg, że ja musiałem zezwolić. Stary, że to kuta sztuka, przyjedzie mnie spytać: ja potwierdzę. Przeciągnie się staranie, a gdy zyskamy folgę, może się znajdzie jaki inny ratunek, i tu zerwiemy. Zdaje mi się, że trochę się poumizgać nie powinno ci być ciężko?
Okropny uśmiech chorego tym słowom towarzyszył: iskrzącemi oczyma badawczo spojrzał na syna. Ten właśnie z wielką precyzją ślinił i obcinał cygaro, zadumany, wykrzywiając usta (niewiadomo z powodu wniosku czy cygar) i, zapaliwszy hawannę, odpowiedział:
— Wszystko to, hrabio, pozwól sobie powiedzieć, trąci szalbierstwem.
— A! jeśliś taki skrupulatny, — zawołał hrabia żywiej — no, to panna ma więcej trzechkroć choć w perkaliku chodzi; to znaczy tyle, co posag twej matki, a dziś nasz cały majątek nie wyniesie trzechkroć, więc się sobie z nią ożeń.
— A! bardzo dziękuję, — odparł Sylwan — wieśniaczkę taką, koczkodana wziąć, cóżbym z nią robił? Potem zdaje mi się, że mając się sprzedać, mógłbym wziąć za siebie tyle przynajmniej, ile Cesia.
— Niezawsze tak się trafi.
— Za pozwoleniem, hrabio, chciej pamiętać, że mowa o mnie! Zdaje mi się, — z udaną skromnością dodał Sylwan — że podobnych mnie młodych ludzi na setki u nas nie liczą.
Hrabia był w tej chwili jasnowidzenia, w której niezawsze są ludzie: uczuł całą śmieszność głupiej zarozumiałości Sylwana i na jakie go musiała narazić zawody.
Ruszył tylko ramionami i zamilczał.
— Zresztą, — rzekł Sylwan — pojadę, zobaczę, ale nierychło. Muszę sobie dać czas zapomnieć o tej babie, która mnie tak wyłajała.
— A! zachciałeś! nacóż bo jej było dawać pieniądze?
— Mógłżem pomyśleć, że ich odmówi?
Qu’on se le dise! pieniądze!



Gdy się tak Sylwan wybiera jechać do Wulki, a upokorzenie zmusza go zwlekać, bo wstyd mu po raz setny próbować, co się tyle razy nie udało; Wacław, z osłabienia wychodząc powoli, upodobawszy sobie starca i jego skromny domek, siedział tu jak dziecię rodziny, pieszczony, codzień przy Frani, codzień z nią razem, narażony na nieuchronne zakochanie!
Długo obraz Cesi dumnej, zimnej, rozkazującej dziewczyny, był tarczą, co go osłaniała od nowego uczucia; ale widując Franię codzień, oceniając jej łagodność, dobroć i w piękne jej wpatrując się oczy, które tak żywo za serce ręczyły, powoli pomyślał naprzód sobie, czemu to Cesia do niej niepodobna? potem gorzkiemi wyrzuty odtrącał nowy obraz od siebie, zacierał wspomnienia kilku chwil przelotnych, nawpół gorzkich, wpół miłych, co całe miłości jego stanowiły dzieje; nareszcie rzekł sobie:
— Czemużem jej nie kochał?...
Od tego słówka do przywiązania namiętnego nie było daleko.
A Frania? Frania z sercem zupełnie wolnem, naprzód litością ku niemu zdjęta, potem powoli pociągniona powabem człowieka, jakiemu równego jeszcze nie spotkała: z samowolnością pieszczonej dzieciny rzuciła się w nowe dla siebie uczucie.
Brzozosia śmiała się pocichu, patrzała, widziała i nie wiem, jaką siłą nadludzką, niesłychanie się męcząc, utrzymała język za zębami. Kurdesz zdawał się niczego nie domyślać.
Chory młodzian codzień milszym się stawał wszystkim w Wulce, codzień więcej zajmował prostą wiejską dziewczynę, która czuła wyższość jego i do niej leciała, jak ptak do słońca. Tak miło słuchać jej było, gdy opowiadał zajmujące przygody życia swego, chociaż z nich wyrzucał, co tylko ludzi obwiniać mogło.
Kurdesz, spojrzawszy w oczy Wacławowi, uznał go uczciwym, poczuł dla niego sympatję, nie bronił córce przebywać z nim większej dnia części i zostawiał ich przy Brzozosi zupełnie spokojny. Nie obawiał się on zdrady ani podejścia; zresztą może głos mu szeptał tajemny, że los nastręczał uczciwego zięcia, a córce męża, w którego ręce śmiało przyszłość jej powierzyć może. Jak Wacława pan Jacek ocenić potrafił, tak daleko od niego będąc wyobrażeniami o ludziach i życiu, wytłumaczyć nie potrafię: sądzę, że tu serce nad wszystko działać musiało, że wiodło go przeczuciem.
Życie w Wulce tak od niejakiego czasu było miłe, dnie biegły tak rączo wszystkim, że choć widocznie przychodził do zdrowia gość, niepilno mu było uciec z pod strzechy rotmistrza i wyjrzeć na świat, który teraz całkiem się nowy dla niego otwierał. Wieść o odkryciu tajemnicy jego pochodzenia piorunem rozbiegła się w sąsiedztwie; nikt jednak tyle jej nie uczuł, choć powszechnie zajęła wszystkich, co Dębiccy. Ci się uspokoić nie mogli; sam nie mógł się nagadać o hrabi, którego miał za nauczyciela przy dzieciach; sama łamała ręce z desperacji, że się tak z nim obchodziła nieprzyzwoicie.
— Ale któżby się był domyślił, — powtarzali oboje — taki niepozorny, tak pokorny, tak potulny! Szkoda, żeśmy o tem wprzódy nie wiedzieli, byłoby się nam to przydało: przez niego weszlibyśmy w świat, poznali z sąsiedztwem, a tak — gniewać się musi śmiertelnie!
Wacław się przecie nie gniewał wcale, bo nawet nie myślał, że są Dębiccy na świecie. Uzupełniwszy dowody swej rodowitości i przez kogoś nastręczonego od księdza Warela prawnie w Żytkowie swe nowe położenie uregulowawszy, pewien już, że mu nikt zaprzeczyć nie może imienia ojca i czci nieszczęśliwej matki, nie śpieszył się z dopominaniem o majątek. Tak mu dobrze było chorować w Wulce z Franią, ze starym Kurdeszem, z księdzem Warelem i kilku poczciwymi sąsiadami, co ich odwiedzali! Za drzwi nawet dziedzińca niebardzo się kwapił; wstrzymywano go też serdecznie, jak tylko umiano, po staroświecku targując się o tygodnie, o dnie i godziny do upadłego.
Hrabia także do zdrowia powoli przychodził, ale ozdrowienie jego było raczej przemianą choroby ciężkiej, ostrej w lżejszą a chroniczną; kaszel, bezsilność, drażliwość, smutek zostały mu w puściźnie. Spędzał czas na przechadzce po pokoju, na leżeniu w fotelu i tylko dla Farureja przenoszono go czasem w lektyce z oficyny do pałacu.
Farurej coraz był gorętszy. Cesia zdawała się ostygać dla niego; nie cofała się jeszcze, ale tak była smutna, pogrążona, zamyślona, jakby dopiero teraz przeglądać zaczęła w zgotowanej sobie przyszłości. Wacław, który się od niej odsunął, droższy był dla niej teraz niż kiedy; dumała o nim, pragnęła go pociągnąć, wymyślała środki, łamała głowę i gniewała się na niego i na siebie. Farurej tymczasem urzędownie się oświadczył, został przyjęty, ale gdy przyszło naznaczyć czas wesela, Cesia tak zwlekała, tak odkładała pod różnemi pozorami, tak mu się wymawiała, że musiano zgodzić się na przeciągnienie terminu do roku prawie.
Sylwan, którego hrabia naglił, ażeby jechał do Wulki, odkładał także, nie smakując wcale w tym sposobie wypraszania się od wypłaty długu. Smutno było w Denderowie: hrabia i hrabina od niejakiego czasu nie mówili do siebie, tylko z przekąsami lub szyderstwem, a najczęściej, ledwie się przywitawszy, milczeli, Sylwan rzadko kiedy usta otworzył, Cesia wchodziła do salonu i wychodziła obojętna, grała tylko zajadle na fortepianie i dalekie piesze odbywała przechadzki.
Smoliński odprawił się, przenosząc na dzierżawę, która być miała tylko stopniem przejścia do dziedzictwa. Po wszystkich kątach czuć było pustkę i bliski upadek; mury nawet, jakby to przeczuwały, poczynały się rysować i pękać zawczasu.
Pomimo tego smutku powszedniego, gdy goście przybyli, gdy sąsiad zawitał, wszyscy przybierali na przyjęcie jego pożyczane twarze, chwilową wesołość, żywość i śmiech potrzebny, by się pokazać ludźmi wyższymi nad los i doskonale pewnymi, że ich żadna nie dosięże katastrofa. Hrabia swą bladość i kaszel pokrywał rumieńcem zmęczenia i śmiechem, hrabina wdzięczyła się do niego najczulej, Cesia, prześladowana Farurejem, dumnie przyjmowała przekąsy, a Sylwan perorował o kolejach demokracji, jakgdyby w istocie w nią wierzył i żądał jej. Niekiedy nawet spór z ojcem odnawiał się z całą dawną świetnością argumentów, stawali przeciw sobie szermierze: jeden jako filozoficzny reformator społeczności, drugi jako przedstawiciel starego świata. Walczyli żwawo, okazywali zręczność i siłę, a nikt nikogo nie ranił.
A potem, potem i ci, co te sceny grali, i ci, co ich słuchali, rozszedłszy się, ruszali ramionami, uśmiechali do siebie, a w Denderowie wszystko wracało do znużenia, milczenia i smutku.
Hrabia niepomału myśleć musiał, co oddać Wacławowi; przyznanie go pociągało za sobą niechybny rozdział majątku, a największa była trudność w tem, jak podzielić bańkę mydlaną, którą dość dotknąć, by prysła.
Odwlekał od dnia do dnia, od jutra do jutra, a że Wacław o nic się nie dopominał i nie obiecywał być ciężkim w interesie, codzień w myśli zmniejszał hrabia schedę, i przyszło do tego, że mu jedną z najgorszych wiosek, odłużoną w banku, przyległą Wulce, postanowił wydzielić, oceniając w najdziwniejszy sposób.
Wacław w milczeniu przyjął, co mu dano, i pokwitował ze wszystkiego. Wielki ciężar spadł z bark hrabiemu, który tak był rad, że na chwilę pożałował, iż mniej jeszcze nie wydzielił, a wyżej nie oszacował. Wstyd mu wprawdzie było tego uczynku przed własnemi dziećmi, a gorzej przed obcymi, którzy mizerny ten udział widzieli i zrozumieli; ale interes własny zagłuszył głos sumienia, a sądy ludzkie nie dochodziły do hrabiego.
Wacław już się więc miał dokąd przenieść, miał dom własny, swój kątek na ziemi i chleb nieproszony. Jakże był z tego szczęśliwy! Zdawało mu się, że najłatwiej na tem małem poprzestać, nie żądał więcej i zarzekał się, że nigdy nie zechce. Trafem wieś Palnik, wyznaczona mu, była niegdyś za życia dziada obranem chwilowo przez ojca mieszkaniem; zastał w niej jeszcze choć zatarte ślady pobytu Henryka, a to mu ją dziesięćkroć milszą i droższą czyniło jeszcze.
Palnik, jak wiele wiosek wołyńskich, czepiał się na wzgórzach, pokrytych gajem dębowym, brzozowym i osikowym: wdzięczny był widok na wioskę i ze wsi, u której stóp, po zielonej wijącej się wśród wzgórzów łące, przebiegała niebieska rzeczułka, błyskając gdzie niegdzie z pośrodka trzcin źwierciadełkiem swej wody. Wdali widać było kilka wiosek, rozsypanych w dolinach i po wzgórzach, laski i pasieki, jakby umyślnie dla ozdoby krajobrazu pozostawiane, i pasma dalekie borów poleskich od strony Smolewa. Dwór, oddawna opuszczony, bo w nim tylko ekonom mieszkał, stał na pochyłości wzgórza, otoczony zarosłym ogródkiem. Znać było, że starą tę budowę przed laty kilkudziesięciu ktoś już nieco przerabiał, domurowano do niej parę porządniejszych pokoików, otoczono drzewami, a te dziś podrosłe tworzyły cień, puszczając gdzie niegdzie między gałęźmi oko na sioła, łąkę i rzeczułkę. Ustroń ta tak przystała do serca Wacławowi, tak ją odrazu pokochał, tak mu miło było żyć, gdzie żył lat kilka nieznany mu ojciec, iżby ja na Denderów nie zamieniał. Sąsiedztwo Wulki dodawało jeszcze wartości Palnikowi; a i Smolewa wieżyczka na widnokręgu czerniała.
Prędko oczyszczono dla niego domek, przygotowano wszystko do zamieszkania i, choć jeszcze osłabiony, postanowił opuścić rotmistrza, prosząc tylko, by go na nową siedzibę przeprowadził i starą a poczciwą ręką strzechę pobłogosławił.
Z Wulki tak było blisko do Palnika, że domki patrzyły na siebie; przejść tylko wąwozem ocienionym krzakami róż dzikich, białego głogu, tarniny i bzów, i kawałkiem wioski i stałeś w dziedzińcu sąsiada. Cieszyło to niezmiernie Brzozosię, że się tak wszystko doskonale jakoś składało, że pan Wacław nie oddalał się: zmuszona wyrzec się pierwszego swojego projektu, przy drugim trzymała się uparcie, przypuścić nie mogąc, by ją i to zawiodło.
Z doświadczenia, jakiego nabyła teraz, nie wyrywała się już ani mówić z Franią, ani rozwodzić nad swemi projektami; milczała, choć się za język gryzła, a cieszyła się, że ludzie i losy zdawały się sprzyjać wyrokom niechybnej kabały.
— O już co teraz, to nie chybi! — mówiła do siebie, spoglądając ukośnie na Franię i Wacława, siedzących w ganku. — Frania widocznie ma do niego słabość; bawi go niby to, że chory, a on tak chory jak i ja... Ojciec, zdaje się, za tem... no, i ja także! Kabała niedarmo wskazywała na Denderę; jeszcze tak blisko mieszkać będzie: niechybnie się pobiorą... albom ja ze wszystkiem głupia. Tamten, jak sobie chce, tamto paniczykowate, Bóg z nim, chciał się pobawić, żenić; ale to uczciwy człowiek, bardzo uczciwy człowiek! dwa razy mnie w rękę pocałował, gdym mu dawała lipowy kwiat i grzeczny... zawsze mnie po tytule nazywa.
Właśnie na to mruczenie nadszedł stary Kurdesz i Brzozosia postanowiła go trochę wybadać, zaczynając zręcznie od pogody.
— Otóż — odezwała się, pokaszlując dla zwrócenia uwagi na siebie — będzie można naszego chorego przenieść do Palnika; śliczny dzień.
— A czego się to śpieszyć? — rzekł stary. — Jeszcze tam nieład; może i jeść nie znajdzie czego.
— Już to prawda! A w dodatku on taki nie gospodarz, żadnej kobiety w domu nie ma, sam mężczyzna rady sobie dać nie może.
— Prawda to, Brzozosiu, ale zato cicho mu będzie i spokojnie.
— I nudno, panie rotmistrzu! — dokończyła Brzozosia. — Jużto, nie chwaląc się, ale bez nas zawsze klasztor. Tylko że to młode a poczciwe, pewnie się prędko ożeni.
— Z czegoż to tak wnosicie? — spytał rotmistrz.
— Zwyczajnie, młody i przystojny, familjant, ma trochę grosza: czy to on sobie nie znajdzie takiej, co za niego pójść zechce?
— Ale ba! a czy on się żenić zażąda, to kwestja, panno ciwunówno! — śmiejąc się, rzekł stary wojak.
— Zdaje mi się, że nie od tego — odparła Brzozosia, uważnem wejrzeniem mierząc gospodarza. — Nie mówiąc i nie myśląc nic złego, ale i z Franią całemi godzinami siedzieć gotowi.
Rotmistrz udał, że nie dosłyszał, zawołał w tej chwili na parobka, który konie prowadził.
— A nie dawaj tak pić jednym ciągiem! przerywaj! A siwkę tam wystrzygłeś?
— Zdaje mi się, — nalegając, powoli dodała Brzozosia — że i Frania na niego patrzy bardzo miłosiernem okiem.
— Co to za zabudźko z tego Hryćka — powtórzył rotmistrz, nie chcąc usłyszeć, co mu szeptano i wygadywać się przed Brzozosią.
— A wy jak myślicie, panie rotmistrzu? — wystrzeliła panna ciwunówna.
— Co? kochana Brzozosiu! — śmiejąc się filuternie i podając jej tabaki, rzekł rotmistrz — o czem? o Hryćku?
— Jakgdyby nic nie słyszeli, co mówiłam.
— Albożeście co o kim mówili?
— E! nie udawalibyście głuchego. Mnie się zdaje, że się tu coś święci i wyświęci lepiej niżeli pierwszą razą...
— W Bożej to mocy! w Bożej mocy! — szepnął rotmistrz. — A mnie czas pacierze mówić. Przepraszam... In nomine Patris...
Panna Brzozowska odejść musiała i poszła do Frani. Frania siedziała w pokoiku bawialnym, a Wacław nieco opodal za stołem czytał jej coś Kniaźnina. Słuchała i, pojąc się harmonją wiersza i myśli nowych dla siebie, zdawała się w jakimś półśnie czarownym zatopiona; ze zwieszoną główką, z założonemi rękoma, patrzała na czytelnika, dumając, nie wiem, o nim, czy o poecie?
Na widok Brzozosi, jakby ocucona, wzięła się Frania do roboty i wesoło pocichu odezwała się:
— Siadajno, siadaj i posłuchaj, jakie to piękne!
Posłuszna ciwunówna usiadła, ale nie wytrzymała i odpowiedziała:
— Piękne, bo pan Wacław czyta!
Frania się zarumieniła, z wyrzutem spojrzała na nią, a Wacław, słysząc ich szepty, prędko skończył czytanie, zamknął książkę, wstał i zapowiedział, że musi odejść do Palnika.
— Jakto? dziś? — spytała żywo Frania — o! nic z tego nie będzie, my pana nie puścimy! Ojciec na to nie pozwoli. Jakże można, słabemu jeszcze chcieć uciekać tam, gdzie żywej duszy niema.
— Dziękuję pani, to dawny projekt; siedzę tu już tak długo.
— To panu się tak zdaje — przerwała Frania. — A pamiętasz pan, że i ksiądz Warel, i doktór Szwarc zabronili panu, do zupełnego wyzdrowienia, myśleć nawet o domu.
— Ależ ja jestem całkiem zdrów! — rzekł Wacław.
— Brzozosiu! świadczę się tobą, czy to można nazwać zdrowiem? Naprzód pan pokaszlujesz, jesteś blady, mizerny.
— Panu jeszcze widocznie potrzeba pić ziółka nasze, — głośno zahuczała ciwunówna — trzeba się dozwolić pielęgnować i nudzić. Idę z ganku od rotmistrza i on tego samego zdania; siła złego kilku na jednego: trzeba się poddać.
Wacław uśmiechnął się wdzięcznie, dziękując.
— Ależ doprawdy — rzekł — ja tu tak zawadzam.
— Któż to tak mówi, czego nawet nie myśli, — przerwała urażona Frania, rumieniąc się cała — alboż to pan nie widzisz, jak nam tu z nim dobrze? Pan nas bawisz, uczysz, czytasz nam... jeszcze, zamiast przyjąć podziękowania, udajesz, że się czujesz natrętnym.
— O! jak ona to ślicznie powiedziała, — w duchu zawołała Brzozosia — jak z książki. No, no! poczekawszy, gotowa wiersze pisać!
— Dziękuję pani za te wyrazy przychylne, do których jeszcze nie przywykłem w życiu — odpowiedział Wacław. — Ale doprawdy, czy się to godzi, żebym tak waszej gościnności nadużywał? Ludzie tak są źli...
— A cóż nam do ludzi? — spytała Frania.
— Jużciż pan Wacław ma rację — odpowiedziała Brzozosia. — Mogliby gadać, ale pan byłeś chory...
Frania udała, że się zajęła robótką, ale spojrzała na Wacława z taką prośbą i wyrzutem razem, iż zamilkł i w miejscu pozostał. Brzozosia tymczasem dobyła z szufladki stare karty i, poglądając na nich, zajęła się kabałą. Oni zbliżyli się do siebie i szeptali.
W tej cichej rozmowie, która płynęła jak strumyk po czystem dnie piasku, Wacław mimowolnie porównywał Cesię z Franią i widział w niej nieznane tamtej przymioty: łagodność, dobroć, prostotę. Może tych cnót nie byłoby mu dosyć, ale czarodziejskie oczy, świeża a pełna wyrazu twarzyczka, dźwięk głosu prześliczny i coś uroczego w całej postaci uosobiały je tak anielsko! Jakże różną, jak piękniejszą wydała mu się ta śliczna dzieweczka, dziecię słomianej strzechy, od wymuskanej córki pałacu, której ulubioną zabawką, igraszką codzienną, było znęcanie się, dręczenie, sprzeciwianie, szyderstwo! Przecież pociągało go jeszcze ku tamtej wspomnienie, coś niewytłumaczonego, co jak przepaść nęci; tu się czuł spokojnym, szczęśliwym w pełni życia, a myślą biegł po udręczenie do tamtej jeszcze. Był to już ostatek niedogasłej a stłumionej namiętności.
Frania... Frania puściła wodze swojemu sercu, które raz pierwszy przemówiło w niej, i powiedziała sobie:
— Ojciec pozwoli, bo ja go kocham... Ale możeż on kochać prostą wieśniaczkę?...
I nieraz smutne ogarniały ją myśli i pytała kwiatków, pająków, muszek, wróżb wszelkich, a serce odpowiadało za kwiaty i stworzenia: — Czemużby cię nie kochał? czyż nie kochając, takimby patrzał wzrokiem? tak miłemi kołysał słowy, tak posłusznie kierować ci się dawał?
Wyszedł Wacław po chwili, a Brzozosia, ścignąwszy go oczyma do drzwi, rozśmiała się zcicha i, przysuwając do Frani z kartami, spytała:
— A co, serce? Gdyby ci kazali teraz pójść za kogo innego, nie za niego, cobyś powiedziała?
Wychowanka spuściła oczy, tak trudno jej było skłamać.
— Moja Brzozosiu, — wyjąknęła niewyraźnie — czy ja wiem?
— Ot! przyznaj się lepiej: wy się kochacie, a nawet nie spytawszy jegomości o pozwolenie?
Zmilczała Frania, ale milczenie jej wymowniejsze było od odpowiedzi.
— O! mnie nie oszukać — ciągnęła dalej Brzozosia. — Ja widzę, że tu już coś jest, kochacie się... Ale cóż to złego: uczciwy i dobry, i biedny chłopiec...
— O! prawda! taki biedny! — naiwnie odezwała się Frania.
— I dobry, i ładny...
Frania zamilkła, spuściła oczy na robotę.
— Moja Brzozosiu, czyby to on mnie zechciał?
Na te słowa ciwunówna porwała się z krzesła, wzięła w boki.
— Słyszałam! — krzyknęła. — A któżby to śmiał odmówić takiego szczęścia! Cóż to tobie braknie? Młodość, uroda, pieniądze, imię szlacheckie a poczciwe...
— Moja Brzozosiu, ale patrz jak my z innego świata, on taki rozumny, uczony, a ja...
— Alboż to ty na kobietę mało umiesz? — spytała ciwunówna. — Proszę mi znowu nie ujmować, wychowałam cię, jak potrzeba! Radabym widzieć, ktoby cię nie zechciał! Ba! albom to ja ślepa i z oczów mu nie widzę, w co on gra! Cha, cha! I jakby sam Pan Bóg kartował, dali mu Palnik, tuż przy Wulce, bok z bokiem, jak jedno, jak naumyślnie...
Mówiły tak, a Wacław wchodził do swojej izdebki, gdy tętent koni i huk zajeżdżającego powozu dał się słyszeć.
Obie pobiegły do okna, po koniach, po powozie, zaprzęgu poznały Sylwana i stanęły jak wryte.
— W Imię Ojca i Syna i ten tu jeszcze! — śmiejąc się szydersko, szepnęła Brzozosia. — Patrzajcie, chłopcy za nią poszaleli... Otóż to lubię... ale nie dla psa kiełbasa, nie dla kota sadło — dodała pocichuteńku.
Ale Frania, jakby przeciwnego była zdania, zabrała śpiesznie robotę i pobiegła schować się do swego pokoiku.
Rotmistrz przyjął Sylwana w ganku ze zwykłą uniżonością; pokłonił mu się do kolan prawie i, otwierając drzwi, wprowadził dość kwaśnie hrabiątko do bawialnego pokoju.
Rozmowa, naciągana z różnych stron, jakoś rozpocząć się nie mogła. Sylwan bąkał rozparty w krześle o deszczu i polowaniu, patrzał po suficie, mieszał się, oglądał.
— Gdzież panna Franciszka? — spytał wreszcie.
— W swojej izdebce, — rzekł szlachic — ale darujesz mi JW. hrabia, — dodał zaraz — jeśli to dawne projekta; wszak już wiem od szanownego ojca, że z tego nic być nie może.
Sylwan z widocznym wstrętem i przymusem przerwał staremu:
— Ojciec mój, przekonany przeze mnie, zgodzi się na wszystko, co szczęście moje stanowić może.
Starzec zdumiał się trochę, zamilkł, zastanowił.
— W istocie? — spytał.
— Tak jest, tak jest! — szybko kończył Sylwan. — Możecie go spytać sami.
— Wielki to zaiste honor dla mnie i mojego dziecka, — kłaniając się, odparł Kurdesz — a zatem nic już nie mam do odpowiedzenia, i owszem najgłębsze składam dzięki... ale...
Sylwan, który się już żadnego „ale“ nie spodziewał, ogromne i gniewne zrobił oczy na starca, a ten kończył poważnie:
— Ale to wszystko teraz od córki mojej zależeć będzie.
Zagryzł usta gość, zapalił cygaro i odwrócił rozmowę.
Po chwilce weszła Brzozosia bardzo krochmalna i najeżona, a za nią Frania, którą Sylwan znalazł zmienioną, poważniejszą, obojętniejszą, prawie pogardliwą. Zasiadły na kanapce, Sylwan zaraz się ku nim obrócił.
Widok ładnej dzieweczki, chęć zwyciężenia doznanych tu przeszkód i przykrości wywołały choć niebardzo szczerą wesołość. Stałość, jak sądził, winna mu była zjednać względy panny, zresztą pojąć nie mógł, jak nim! nim! wzgardzićby można, jakby go ze stu nie wybrać!
Począł więc zaraz ze swoją zwykłą zarozumiałością prawić jej najniedorzeczniejsze komplementa.
Ale jakże się dziko wydał wiejskiej dziewczynie po Wacławie: nic w nim dla niej nie było wdzięczne i podziwu godne, lękała go się raczej i wstręt czuła bardziej niż skłonność. Sylwan, wedle swych wyobrażeń, zniżać się musiał, by być dla niej zrozumiałym, ona go przecie pojąć nie mogła; nie było myśli, na którejby się spotkali, tak ogromne dzieliły ich przestrzenie. Wacław był sercem cały, ten cały głową i chłodem; w tym żyła dusza silna, tu rozbudzone tylko zmysły. Przytem było w nim tak coś przesadnego, tak nienaturalnego, tak niepomiarkowanie szyderskiego; rozmowa jego tak wyłącznie żywiła się bliźnim, tak była mięsożerna, jeśli powiedzieć wolno, że Frania z biciem serca, z obawą, czekała tylko jej końca.
Wśród tej rozmowy Wacław, o którego pobycie w Wulce nie wiedział Sylwan (bo co go obchodził stryjeczny?), nagle ukazał się we drzwiach; a przybycie jego, zdziwiwszy, zbiło i zmieszało hrabiego. Pierwszy to raz od owego uznania spotykali się z sobą. Przeszłość i obchodzenie się wzgardliwe Sylwana z Wacławem nie mogły być jeszcze zapomniane; dziś zmienił się ich towarzyski stosunek, uczucia pozostały, czem były, powierzchownie jednak braćmi kazała się uważać przyzwoitość.
Z uśmiechem spojrzał na gościa Wacław, Sylwan na niego z gniewem, jakby na natręta, przywitali się zimno.
— Brat pański uczynił nam ten zaszczyt — odezwał się rotmistrz — i przyjął na czas jakiś gościnę w domku naszym... był chory.
— Był chory! — powtórzył Sylwan. — A czemuż nie przybył do Denderowa? — zapytał po chwili ciszej.
— Dziękuję ci; byłbym zawadą, wiem, że hrabia chorował także.
— Tak, teraz już jest nieco lepiej.
Sylwan, zmieszany niespodzianem spotkaniem, stracił wesołość nagle i przeczucie nowego upokorzenia napoiło go żółcią; widział się znowu niepotrzebnie wystawionym na odmowę, zniżonym na darmo; pewien był, że Wacław, który od nich tyle wycierpiał, musiał też rotmistrzowi czarno cały Denderów odmalować, choć w istocie tak nie było. Sylwan nie byłby uwierzył, choćby mu przysięgano; tak z siebie sądząc, niepodobieństwem sądził wstrzymanie się od łatwej zemsty. Zwarzony temi myślami spojrzał na zegarek, przemówił coś do Frani, która właśnie w myśli ich obu porównywała, zabawił chwilkę zakłopotany widocznie i, poprzysięgając sobie w duchu raz setny, że noga jego w Wulce nie postanie, pożegnał zatrzymujących go grzecznie, siadł do powozu i uciekł.
Nie potrafimy odmalować, co się w sercu jego działo: było to uczucie tak przykre, jak gniew bezsilny, jak upodlenie odepchnięte, jak boleść pysznego, którego zepchnięto z podstawy; coś na drobną skalę nakształt uczucia szatana, w chwili, gdy ręka Boża rzuciła go w otchłań bezdenną. Po półgodzinnej drodze podniósł przecie czoło zmarszczone:
— Co mi tam! — zawołał — co mi tam, co mnie to obchodzić może? Ojciec niech o sobie myśli! Ja łatwo świetną partję znaleźć mogę! Lecz któżby przewidział, że tam zastanę Wacława!
Tak naprzemiany to gryząc się, to pocieszając, cały zburzony powrócił do Denderowa i wprost udał się do ojca.
Smoliński usuwał się właśnie z rachunkami, które zdawał jeszcze, a rachunki te przykre na starym hrabi robiły wrażenie, widoczne w twarzy drgającej gniewem i wzruszeniem, gdy Sylwan wszedł, a raczej wpadł jak burza; nasępiony, chmurny, obejrzał się i z pasją zawołał:
— Śliczniem wyszedł znowu, niech ich djabli porwą!
— Cóż się stało? co się stało? — niespokojnie podchwycił ojciec.
— Zastałem tam już podobno od kilku tygodni chorującego Wacława.
Zamilkli. Więcej nie potrzeba było staremu; zagryzł wargi i rzucił się na kanapę.
— Jużciż — rzekł po chwili — gdyby szło o wybór...
— Nie tu moje miejsce, — oburzył się Sylwan — ocenić mnie na tej parafji ani mogą, ani potrafią; to myśl dzika! Mam postanowienie niezachwiane: zrobisz sobie, hrabio, z tym szlachcicem, co ci się podoba; ja jadę do wód druskienickich, do Buska, na Litwę, na Podole, na Ukrainę, do Warszawy, znajdę gdzieś bogatą dziedziczkę i ożenię się.
— Żeń się, żeń i owszem, — uśmiechając się boleśnie, odparł ojciec — byle ci się udało, błogosławię; ale dotąd nie możesz powiedzieć, żeby ci bardzo los sprzyjał.
— Bom go też nie próbował — odrzekł kwaśno Sylwan. — Jutro w drogę ruszam.
— Więc tu ani chcesz spróbować?
— Nie, nie, dosyć już tego, wstręt mam od nich, brzydzę się tą pleśnią, mam jej póty — wykrzyknął z gestem znaczącym.
Ojciec zamilkł, usiadł w krześle, dumał; wtem weszła Cesia.
I ona była niecierpliwa, smutna, kwaśna od niejakiego czasu; nie spodziewała się wcale, że po nową przykrość śpieszyła do ojcowskiego łoża.
— Jakże się papa ma dzisiaj? A ty, Sylwanie?
— Ja, jak zawsze — dodał Sylwan.
— Wracasz z sąsiedztwa?
— Nie pytaj mnie skąd.
— Nie potrzebuję pytać, byłeś naturalnie w Wulce! Cały świat mówi o twoich dziwnych amorach...
— Amorach? dajże mi pokój! Jest tam ktoś, co mnie podobno uprzedził.
— Cha, cha! — zawołała Cesia — i Sylwan zwyciężony, zapewne przez jakiegoś kapotowego szlachcica?
— O, przepraszam: lepiej, bo przez Wacława.
Cesi twarz zmieniła się nagle, jakby ją co za serce ścisnęło: pobielała, zmieszała się widocznie; lecz wracając zaraz do zwykłego panowania nad sobą, dodała:
— Można się było tego spodziewać, to partja tak dla niego stosowna!
I milcząca poczęła chodzić po pokoju, podśpiewując.
Ani ojca, ani brata oczu nie uszło jednak zmieszanie Cesi i jej boleść, szybko stłumiona pozorem obojętności; oba wszakże udali, że się nic nie domyślają. Jak błyskawicą mignął staremu domysł przez głowę, ale go zniszczyło wspomnienie, że Wacław rękę Cesi odepchnął. Sylwan, który podobno od ojca więcej wiedział czy się domyślał, uśmiechnął się do siebie.
Nadchodząca hrabina przerwała dość już kłopotliwe wszystkich milczenie.



W kilka dni po wypadkach, któreśmy opisali, hrabia wyszedł o lasce ze swoich pokojów do pałacu z powodu przybycia Farureja. Oprócz niego było kilku sąsiadów: Cielęcewicz ze swemi perory głośnemi, rotmistrz Powała i niejaki pan Maurycy Hołobok, figura problematyczna, świeżo ze stolicy, od niejakiego czasu z domu do domu włócząca się po sąsiedztwie.
Był to z powołania literat, niezmiernie misją swoją nadęty, niesłychanie pewien, że był mocarzem, stąpający, jakby nim ciągle miotało natchnienie, decydujący o wszystkiem zgóry, rozprawiający najczęściej o stolicy, z której wprost zjechać raczył; wspominający co chwila imiona magnatów, których się tytułów wyuczył w litografji na wizytowych kartach, oryginał nieoszacowany, próżniak, frant, wykpigrosz i głupiec, jakich rzadko.
Z nieporównaną naiwnością rozpowiadał wszystkim wogóle, że zjechał na prowincję dla obudzenia w niej życia. Środkiem ku temu było pismo jakieś, mające się gdzieś i kiedyś wydawać, a prenumerata na nie, narzucana w imię dobra literatury, uważała się za symptomat tego życia.
Pan Maurycy Hołobok (herbu tegoż nazwiska) wywodził się z bardzo jakiejś znacznej rodziny i niemało pysznił prozapją swoją, choć jego tatulo był ekonomem tylko. Dużo się podobno nakręcił po świecie, nim się zdecydował zostać literatem. Próbował różnego chleba: sprzedawał w sklepie, guwernerował, spekulował, aż nareszcie, że czytać umiał i pisał niewyraźnie, uczuł się usposobionym do literatury. Na literata, pytam się, czego dziś potrzeba? Umieć trochę czytać i jako tako gryzmolić, zresztą byle śmiałość, czoło, byle trochę odwagi porwać się wysoko, zaczepić, zaszumieć, zakrzyczeć, więcej nie wymagają. Usus te plura docebit.
Nie mogąc pisać, bo utworzyć nic nie był w stanie, nasz pseudoliterat postanowił tłumaczyć, kraść i cudze wydawać. Kilka próbek przekładów dokonanych bez znajomości języka, wydrukowanych niepotrzebnie, tak go już postawiły na nogach, że kazał odbić portret swój royal-folio w postaci głęboko zadumanego pracownika nad ksiąg stosem, z faksymilą i datą urodzenia. I poszedł dalej: począł prawić o swej misji literackiej, drukować lichoty, narzucać je wszystkim, marszczyć czoło i grać rolę wielkiego człowieka.
Zarozumiałość, posuniona do szaleństwa i obłąkania prawie, stanowiła cechę wybitną tego ciekawego typu. Dość było spojrzeć na niego, by się przekonać, jak wysoko się cenił: szedł z szacunkiem dla nóg swoich, zawsze zamyśleniem brzemienny, wiecznie pełen admiracji dla cudzych myśli, które z prestidigitatorską zręcznością na swoje przerabiał i puszczał za swoje. Wszystkim mniemał się równym i traktował cały Boży świat na stopie równości lub niższości, bo wyższych nad siebie dojrzeć nie mógł. Jest to zwykłe stanowisko zakamieniałej głupoty.
Trafiało mu się mówić, naprzykład:
— Ja i minister jeździliśmy...
Lub:
— Ja i Goethe zarówno lubimy...
Wyszedł ze szkół, nic prawie się nie nauczywszy; złej francuszczyzny trochę liznął na świecie, zresztą nie czytając nic, nic nie lubiąc namiętnie prócz wygód życia i zbytku, którego pragnął, literaturę mając tylko za narzędzie: pracował nad utworzeniem sobie aureoli, spodziewając się z aureolą ożenić bogato i chapnąć majątek, na który nie pracował: hoc erat in votis!
Wziął się tedy do kucia swej korony i wynoszenia swego pisma, bo ono miało być jego życiem. Niestety, kończyło się wszystko na zbieraniu trochy grosza i traceniu go na hulance; ale w ustach pana Maurycego, który się wyuczył, jak papuga, systemu literackiego powołania swego, przepysznie świetniały powody i cele!
Nie umiejąc języka, pracował dla języka; nie będąc pisarzem, poświęcał się dla literatury; nie mając grosza, był wydawcą; nie mając talentu, pożyczał go u drugich i na swój przerabiał, słowem, był to wielki człowiek! A jak swą wielkość nosił dostojnie!
W stolicy narobiwszy długów, okazawszy zbyt jasno i wyraźnie, nie czem chciał być, ale czem był, popasać dłużej nie mógł i wysunął się na prowincję czmucić poczciwych wieśniaków, którzy święcie wierzą w słowa, a jeszcze bardziej w rzeczy drukowane. Tu postrzegł zaraz, że prowincja potrzebowała organu, jak się wyrażał; wezwał ludzi skromnych, a daleko wyżej usposobionych od siebie, do współpracownictwa i obowiązał się, byleby mu dostarczano pieniędzy i artykułów, pracować nad redakcją, to jest: układać okładki, przedmowy, noty i bilety prenumeracyjne, a zabierać dochody.
Ile razy chciał co napisać sam, chociażby notę lub przedmówkę, myśli sobie gdzieś pożyczał, rozwałkował ją i podlał swoją zarozumiałością, osolił konceptem wykradzionym i potrawa była gotowa.
Jednem słowem, był to Don Kiszot literacki.
Literat ten wszedł na salon poważnie i raźnie, wypowiedział kilka słów francuskich, które umiał, począł się śmiać i podrygiwać, udając salonowicza, jak aktor na wiejskim teatrze i natychmiast z wielką admiracją Cielęcewicza przemówił z trójnoga o swojej misji wydawcy! Nie przeszkadzało mu to jednak słodko oczu zawracać do hrabiny i do Cesi. Niestety, aureola jego zbyt małym świeciła blaskiem i kobiety więcej spoglądały na lakierowane jego buty, niż na promienne czoło.
— Przyjechałem z powinszowaniem — odezwał się po chwilce.
— Komu i czego? — spytała Cesia.
— Wszystkim państwu, tej tak niespodzianej, olbrzymiej sukcesji, o której w tej chwili wszędzie mowa...
— Sukcesji! — podchwycił hrabia łakomie — nam! Ale my o tem nic nie wiemy.
— Jakto? miałbym być pierwszym zwiastunem tej wieści złocistej?
— Ale cóż to jest? co to jest, proszę pana, któż to panu mówił? Co to za spadek? po kim? gdzie? — zawołali, otaczając go wszyscy razem.
I zgiełk się zrobił w salonie, bo co to wieść o sukcesji, o skarbach, na które się nie pracowało!
— Wszakże, jeśli hrabia Dendera żonaty był w Paryżu z córką bankiera Petit, zapewne ojciec pański (obrócił się do starego), to na pana hrabiego spada po bezdzietnym synu jego tych kilka miljonów franków, te domy i...
Hrabia upadł na krzesło, Sylwan do krwi zaciął usta, a Cesia pobladła, wzrok gniewny rzucając na Farureja; hrabina z energją obwinęła się szczelnie w mantylkę, jakby jej się zrobiło zimno.
— A! to spadek na mojego synowca, — wybąknął hrabia z wzruszeniem widocznem, ale udając obojętność — nie na nas!
I westchnął tylko.
— Synowca! — zawołał literat. — Któż to jest? gdzie mieszka? Nie mam szczęścia go znać.
Ale nikt odpowiedzieć nie śpieszył i kawaler nasz postrzegł, że tylko zazdrość przyniósł do tego domu i żale. Na Cesi najwidoczniejsze było wrażenie tej wieści, bo coraz oczki ogniste topiła w bladej Farureja twarzy, z wyrzutem i gniewem. Głuche, długie milczenie padło, jak ciężar niepodźwigniony, na wszystkich. Cielęcewicz tylko i literat mówili z sobą o swoich marzeniach; a pan Maurycy silnie go namawiał, ażeby rzucił myśli swe na papier, upewniając, że je zaraz wydrukuje. Cielęcewicz, wypłacając się, jak mógł, za to ochotne oświadczenie, z uniesieniem znowu kadził mniemanym teorjom sztuki i pomysłom literata, które Hołobok, żywcem z pism perjodycznych stolicy pożyczywszy, wykładał.
Oba podkadzali sobie wzajemnie z najczulszą troskliwością o dobór zapachów. Na nieszczęście brakło im słuchaczów, bo wszystkich gniótł ten niespodziany, bajeczny, amerykański spadek na Wacława!
— Szczęśliwy! — powtarzał hrabia z cytrynowym uśmiechem — szczęśliwy!
— O! teraz — szepnął Sylwan — ręczę, że porzuci Wulkę i pannę Franciszkę!
— Nie rozumiem, — przerwała Cesia — co to tak wielkiego... Spadło na niego, bardzo dobrze: niech się cieszy, niema co i mówić o tem.
Ale całe towarzystwo było sparaliżowane nowiną, a Farurej, widząc Cesię w okropnym, spazmatycznym, szczypiącym humorze, przymawiającą już jego tupetowi, dopytującą o adres pana Fattet, dentysty, czego się dotąd nie dopuszczała nigdy — nieukontentowany, gniewny nabok się usunął.
Literat tymczasem troskliwie dopytywał Cielęcewicza o Wacława, nie wątpiąc, że tak kalifornijsko zbogacony człowiek weźmie przynajmniej pięćdziesiąt biletów na jego Trzytygodnik i Dwumiesięcznik, zechce wystąpić jako mecenas, otworzy worek i dopomoże silnie do zaopatrzenia pana Maurycego w lakierowane buty, rejtfraki i łańcuszki do zegarków...
Marzył on, ta dźwignia piśmiennictwa, że najmniej sto tysięcy dadzą mu na dobro literatury, a mając je, rachował, że się pokaże w Żytkowie porządnie i jeszcze porządniej ożeni. Nie chodziło tu bowiem o Trzytygodnik, ani o Dwumiesięcznik, ani o literaturę, ale niestety! o kieszeń pana wydawcy i teraźniejszą i przyszłą.
Jakoż dokładnie się dowiedziawszy zaraz o gustach, charakterze, wieku, miejscu pobytu Wacława, a widząc, że w Denderowie nie tak go jakoś traktują, jakby sobie życzył, choć mówił wiele o swych stosunkach w stolicy z mnóstwem książąt, hrabiów i baronów, starannie po imionach i ojcowiźnie ich zowiąc, wysunął się à l’anglaise, śpiesząc na pierwszy dobry humor zbogaconego młodzieńca.
Ale nie on jeden snuł już projekta na biednego, przed chwilą zapomnianego sierotę; otaczający wszyscy chciwie nań wytrzeszczali oczy, gdy on oślepiony, ogłuszony swem szczęściem, a tak do niego nieprzywykły, zdawał się nie pojmować jeszcze, jak nowe siły, nową władzę, znaczenie, nowe przymioty nawet zlewał nań majątek!
Któż odmaluje, co się działo w sercu hrabiego, na widok swojego upadku obok podnoszenia się sieroty; Cesi, która dziś mieć mogła z nim wszystko, co ceniła, a ukarana za chłód serca i przedajność, widziała z rąk sobie uciekające skarby!
Sylwan, dla którego pieniądze były nieprzezwyciężonym magnesem, zaczynał rozmyślać, jakby się zbliżyć do Wacława, nie wątpiąc, że mu obficie pożyczać będzie; a była tego potrzeba, bo Powała i Farurej już się grzecznie wymawiali.
W Wulce tylko wieść o spadku przykre zrobiła wrażenie na wszystkich; przywiózł ją ksiądz Warel, zastał rotmistrza koło stajni i szepnął na ucho wielką nowinę.
Stary pobladł, ręce załamał, stanął jak wryty, jakby go srogie dotknęło nieszczęście.
— Co to wam? — spytał ksiądz.
— Co? — rzekł stary. — Ostatnie najpiękniejsze, najdroższe moje nadzieje w łeb wzięły.
— Jakie nadzieje?
— A! kochany ojcze, nic bo ty nie wiesz: snuło mi się po głowie, że ich pożenię, ale wola Boża!
— Kogoż to jegomość chciałeś tak żenić?
— A Franię moją z nim, bo się dosyć wzajemnie upodobali.
— No! więc cóż przeszkadza?
— Widzisz jegomość, — miljony! — a toć to bardzo dobry chłopiec, ale mu się głowa zawróci.
— A pfe! nie, nie, rotmistrzu! — odparł ksiądz Warel. — Wiele jest licha na świecie, ale dobrego jeszcze więcej: zbyt czarnych o naturze ludzkiej nie potrzeba mieć wyobrażeń. Poczekaj, przekonasz się, to chłopię pobożne, poczciwe...
— Otóż mi i dlatego żal, bom go niemal jak własne dziecko ukochał.
— Ale zobaczysz, rotmistrzu, że go fortuna nie zmieni: ja jestem tego pewny, nawet sobie także osnułem projekcik na niego, jak inni, spekulując już.
— Co? i wy, księże proboszczu?
— Albom to ja nie człowiek i nie egoista, myślicie? — zaśmiał się ksiądz wesoło.
— Ale jakież to projekta?
— Musi mi założyć szkółkę dla dzieci i szpital dla ubogich, od tego nie ustąpię; w dodatku i kościół wyrestaurować.
— Zgoda! zgoda! zgoda! — nagle zboku odezwał się głos Wacława, który, pieszo nadszedłszy z Palnika, zjawił się przy nich niespodzianie.
— A pięknie to tak podsłuchiwać?
— Przepraszam, słyszałem tylko ostatnie słowa i piszę się na to wszystko, bylebym przyszedł do tych obiecanych złotych gór; ale zawsze z warunkiem...
— Otóż jest! warunki!
— A jakże! należą mi się: fundatorem będę!
— No, jakież?
— Że poprawiając kościołek, budując szkółkę, pozwolicie mi i probostwo nowe postawić.
— E! Bóg z tobą, bez tegoby się obejść można: przytułek Boży i ubodzy to pilna, a księdzu byle kąt...
Rotmistrz, który się obawiał, czy go nie podsłuchano, zakłopotany trochę przywitał Wacława, spojrzawszy mu w twarz jaśniejącą błogim spokojem, a nie namiętnem wzruszeniem. Widać było, że przyszedł podwoić swoje szczęście, dzieląc je z przyjaciółmi, i że, jak uczuciem, tak temi skarby gotów się był dzielić.
Gdy się to dzieje przy stajni, Brzozosia, której furman księdza Warela o wszystkiem powiedział, wpadła tak rozczochrana, przerażona i zbladła do izdebki Frani, że jej dech i mowę zatamowało.
Frania zerwała się od krosienek przerażona.
— Co to jest? co to jest?
— A, a! nie uwierzysz! jak Boga kocham!... dziwy!... okropności!...
— Co to ci jest, Brzozosiu?
— Pan Wacław...
— Jezu! cóż mu się stało? mów! — krzyknęła Frania, wywracając krzesło i stolik i przypadając do niej blada i przerażona. — Co mu się stało? na Boga! idźmy, jedźmy!
— Ale dajcież mi odetchnąć! — Brzozosia upadła na krzesło.
— Na Boga! Choć słowo, kochana Brzozosiu, nie umarł, nie skaleczył się?
— Nie! nie!... miljony! miljony!
— Jakie miljony? Co ci, kochana ciwunówno?
— Spadły na niego za morzem, nie wiem gdzie, w Ameryce czy w Kalafonji! Bogaty okropnie! bogatszy od wszystkich! jak książę, jak król! Wystaw sobie...
Frania pobladła, zawstydziła się swojego pierwszego przestrachu i trochę urażona spytała:
— No! i cóż to tak strasznego?
Brzozosia, bojąc się bardzo, nie śmiała wytłumaczyć.
Frania, powoli zbierając kłębuszki, igły i rozrzucone roboty, nic nie mówiąc, wróciła do krosien, gdy ją głosy ojca, księdza Warela i czyjeś jeszcze doszły.
Podniosła główkę: Wacław stał w oknie i po dawnemu uprzejmie ją witał, z uśmiechem, z wejrzeniem, w których nic nowego, nic zmienionego nie było.
Brzozosia na widok tego zjawiska znowu krzyknęła, ale już z radości, zwycięsko i niepohamowana rzuciła się do okna.
— Czy to prawda, panie Wacławie? (jak jego teraz nazywać?) czy to prawda, te miljony! Miljony?!
— Co, kochana panno ciwunówno?
— Ale ta sukcesja! bogactwo! Jezu Marjo! to bajka chyba! Pan się nic nie cieszysz?
— A z czegóżbym się tak nadzwyczajnie miał cieszyć?
Rotmistrz, który na to patrzał i słuchał tego, uspokoił się nieco, widząc, jak mało wrażenia zbogacenie czyniło na Wacławie. Pozostało mu jednak nieco obawy i czynił sobie uwagę, że pieniądze są jak trunek, który niezaraz upaja.
Tymczasem wieczór zszedł najmilej w towarzystwie księdza Warela i Wacława. Była to późna jesień, ale dzień nadzwyczaj ciepły, zastawiono więc stolik do podwieczorku w ganku, z którego dochodziły uszu odgłosy wiejskiego żywota i owe zapachy jesieni właściwe, co to w nich czuć owoce, żniwo, chłodną rosę, liście więdniejące i późnego siana woń miłą.
Frania wkrótce odzyskała wesołość swoją i ufna spojrzała w przyszłość; nawet Brzozosia się rozchmurzyła, oczy tylko ciągle dziwnie wytrzeszczając na nowego bogacza, jakby w nim zmiany szukała koniecznej. Rotmistrz był jakoś smutny, bo choć wierzył Wacławowi, milej mu było oddawać córkę ze znacznym posagiem, niż magnatowi dziś szlachciankę niemajętną dla niego.



W Denderowie zaraz po odjeździe gości wszyscy się rozpierzchli, nikt tam z rodziny nie potrzebował nikogo; hrabina poszła dumać o pełznącej swej piękności i o kimś jeszcze, Sylwan o swem przyszłem ożenieniu, hrabia gryzł się zazdrością, Cesia roiła, że Wacława siłą wspomnienia i potęgą swych wejrzeń pociągnie. Zresztą nikt nie myślał zwierzać się drugiemu, każdy dźwigał swój ciężar, zgięty i smutny. Nie było w nich serca, nie było w nich czucia.
Cierpieli wszyscy, cierpieli! Hrabia wyrzucał sobie swój występek jak głupstwo, miotał się, widząc stracone tysiączne korzyści, któreby mu była zapewniła cnota, łajał się i zżymał, ale po czasie, po czasie!
Sylwan i Cesia zarówno obiecywali sobie pociągnąć Wacława; ale po długim dość upływie czasu znaku życia nie dawszy, nagle dziś odezwać się nie było podobna; byłoby to odkryć rachubę, pokazać, że nie serce ciągnęło ku niemu. Oboje nadto byli zręczni, żeby tak począć sobie mieli; należało czekać, a oczekiwanie niecierpliwiło!... Cesia codzień bardziej brzydziła się Farurejem i chciała z nim zerwać stanowczo, obawiała się tylko...
Taki był stan umysłów mieszkańców Denderowa, gdy się Wacław niespodzianie tu zjawił... Sylwan i Cesia spojrzeli i rzekli w duchu:
— Sam leci w sidła, tem lepiej!
Wacław uznał przyzwoitem odwiedzić stryja, pewien zresztą będąc teraz najlepszego przyjęcia: przyjechał jednak po dawnemu bryczką i ubogim zaprzęgiem, ubrany jak dawniej i bynajmniej nie zmieniony. Bogactwo nie zawróciło mu głowy, bo w szkole nieszczęścia nauczył się ceny ludzi, ceny pieniędzy i uczuć... Czuł się silniejszym teraz, ale ta siła, przypadkowo rzucona mu od losu jak jałmużna, nie wzbijała go w pychę; czuł, że to nie był nabytek pracy, ale dar trafu — wygrana na wielkiej loterji świata, na której rzadko kto wygrywa!
Sylwan, niby przypadkiem, wyszedł na jego spotkanie. Cesia nie ustąpiła z okna; zobaczył ją zdaleka. Hrabia przeszedł z nim zaraz do salonu, mając jednak tyle taktu, że go o nic nie spytał. Dopiero po półgodzinnej obojętnej rozmowie zaczęli mu winszować i dopytywać się wszyscy. Weszła i Cesia, wyświeżona, strojna zalotnym uśmiechem, z bukietem rezedy w ręku.
Wprzód nim weszła do salonu, stała chwilę na progu, z ręką na klamce, z głową spuszczoną, myśląc, co począć, jak mu się pokazać... Inną? — Zmiana byłaby nadto widoczna i szybka. Podobną jak dawniej? — Lecz czy to go przyciągnąć potrafi?
— Będę tąż samą i inną, — odpowiedziała sobie cicho na własne pytanie — i prawdziwie chybaby nas wszystkich los na jakieś niepowodzenie niepojęte skazał, jeśli go nie potrafię rozmarzyć... odzyskać...
Wacław był całkiem wczorajszy, nic w nim nie zdradzało zmiany położenia; z umiarkowaniem, z dawniejszą prawie bojaźliwością obchodził się z tymi, od których zawsze czuł się wyższym, a dziś i wedle świata większym był i potężniejszym. Ci wszyscy mieli dla niego teraz uśmiech uprzejmy, uścisk dłoni serdeczny, słówka grzeczne, nazwania czułe. Ścisnęło mu się serce na ten dowód słabości, dzieciństwa ludzkiego! Ale gdzież jest inaczej? gdzie zbogacony nagle nie postrzeże, że pieniądz nadał mu wartość nową, miejsce inne, znaczenie wyższe? Pieniądz cudzy, zapracowany przez kogo innego i nie wiem jakiem prawem przychodzący niespodziewanie, niezasłużenie, daremno?
Hrabia, jakby w przeszłości nic sobie do wyrzucenia nie miał, starał się być miłym, wyraźnie prosił przebaczenia i zapomnienia; pokorny, cichy, uśmiechnięty, ledwie nie dobroduszny, dumę schował do kieszeni. Sylwan zmienił ton, sposób obchodzenia się zwykły, słuchał, raczył odpowiadać, pytał nawet. Hrabina zukosa mierzyła probierczym wzrokiem tego Wacława, do którego przez długie lata, nie wiem, czy dwa słowa wyrzekła, prócz rozkazów i wymówek. Cesia była zbyt zręczna, żeby się z chętką gwałtowną podobania wydać miała; pojęła, że nagła zmiana byłaby złą rachubą, że jeśli co Wacława do niej pociągnąć może, to wspomnienie; wpadła więc śmiało, śmiejąc się szydersko i natarczywie naskakując przybyłego.
— A! witam pana! — zawołała nareszcie.
Wacław ukłonił się milczący.
— Winszujemy! winszujemy! Ale powiedzże nam pan, ten amerykański wujaszek jestli to rzeczywistość, czy tylko puf sąsiedzki?
— Dotąd, jeśli puf, to przynajmniej urzędowy — odpowiedział Wacław z uśmiechem.
— I ilość tego spadku aż na miljony doprawdy się liczy?
Wszyscy, radzi śmiałości Cesi, słuchali, nie śmiejąc wprzód tak drobnostkowie rozpytywać go sami.
— Prawdziwie nie wiem, — rzeki sierota — likwidacja nieskończona; wiem tylko, że mam ładny hotel w Paryżu, coś tam na banku (kilkadziesiąt akcyj), coś w rentach pięcio- i trzy-frankowych, które dziś dobrze idą, jakąś willę na wsi i dość papierów różnych kompanij.
— Cuda! cuda! — śmiejąc się, zawołała Cesia. — A pan to jakoś bierzesz tak naturalnie, zimno, jakby to nie było wcale dziwnem, romansownem, przerażającem, sennem...
— Ja to biorę — podchwycił Wacław — jako rzecz prawie mi obojętną; przywykłem do ubóstwa, niewiele cenię to, co posiędę. Będę niezależny, przydam się może komu na co i to w tym spadku naprzód cenię. Ale i bez niego miałbym dla siebie dosyć.
— Ale nie myślisz wynieść się do Paryża? — spytał Sylwan.
— A! nie, nie! — zawołał Wacław. — Nad wszystko kocham to ustronie i żyćbym bez niego nie mógł; Francji niecierpię, choć to ojczyzna mojej matki. Zostanę tutaj.
Obrócił się do Cesi:
— Wie pani, — rzekł — nadzwyczaj mnie cieszy, że mieć będę fortepiano Erarda, które medal otrzymało na wystawie; jest ono w mojej sukcesji i naprzód o przysłanie mi go napiszę. Pojmuje pani szczęście posiadania prawdziwego i najlepszego Erarda!?
Na to naiwne a z zapałem wyrzeczone dzieciństwo wszyscy się rozśmieli. Cesia z politowaniem prawie na niego spojrzała.
— O! tak, tak! — dodał Wacław. — Z całej sukcesji najniecierpliwiej wyglądam mego Erarda. Muszą mi go zaraz wyprawić przez Marsylję i Odesę.
— Ale gdzież je pan w Palniku postawi?
— To najmniejsza! Postawię u siebie w sypialnym pokoju. Chwalić się niem nie myślę, lubię muzykę dla siebie, nie dla popisu, szczęśliwym, że się z nią nie będę zmuszony popisywać. Dla gości dosyć będzie obrzydliwego Knamm’a, oklepanego Bösendorfera, dla siebie w moim przybytku postawię Erarda...
— Szczęśliwy! szczęśliwy! trzykroć i czterykroć szczęśliwy! — mruczała Cesia, siadając przy nim. — Co chwila słyszę: szczęśliwy... widzę, żeś pan tak szczęśliwy, iż mu zapewne nic a nic nie braknie...
— Mogęż się skarżyć, spojrzawszy na to, czem byłem wczoraj? — rzekł Wacław także ciszej.
Cesia zamilkła, ale rychło widząc ustępującego ojca i Sylwana, którzy cicho coś z sobą rozmawiając, ku gankowi ustępowali, a matkę zajętą książką, spytała Wacława:
— Prawdaż to, co mówią, żeś pan przy miljonach znalazł zaraz i towarzyszkę do używania ich wspólnie?
Wymówiła to szydersko, złośliwie.
— Nie wiem, o czem pani mówi — zimno odparł Wacław.
— Jakto? Więc piękna Frania z Wulki jeszcze z panem nie jest zaręczona?
— Ze mną? panna Franciszka? ledwie się znamy — rzekł trochę zmieszany Wacław.
— Proszę! a tu takie plotki roznoszą — dodała Cesia. — Zawsze jednak broniłam pana i utrzymywałam, że to być nie może. Pan potrzebujesz kogoś, coby go zrozumiał, pojął, ocenił, — dodała z uczuciem i szybko dokończyła kapryśnie — komubyś mógł zagrać choć wlazł-kotka. A propos, nie zapomniałeś pan grać przez te czasy?
— Nie, ale fortepianu u siebie nie mam jeszcze.
— Wszakże można wziąć jeden z naszych — żywo zawołała Cesia.
— Dziękuję pani; z Żytkowa od Gr... jużem sobie tymczasem zapisał wiedeński, ten postawię dla gości, a Erarda u siebie przy łóżku.
— Jak pan swobodnie już tę swoją przyszłość nawet w drobnych szczegółach urządzasz! — z nieznacznem westchnieniem mówiła hrabianka.
— Sądzę, że nie mamy sobie do wyrzucenia i pani musisz marzyć podobnie, wszakże słowo już dane?
Cesia zarumieniła się.
— O! rok jeszcze cały mamy przed sobą, a rok to tak długi!
I nagle stała się sentymentalna; chciała go rozczulić, powąchała rezedy, położyła ją na stoliku tuż przed nim, niby dla poprawienia bransoletki, w istocie dlatego, by o niej zapomnieć i śledzić zdaleka, czy też nie zabierze jej Wacław. Ale on czytał dziś odczarowany w sercu i myśli wietrznicy i, choć go wdziękiem wspomnień młodości silnie pociągała, bronił się mężnie tej władzy, postanowiwszy nie poddawać.
Cesia wstała i poczęła chodzić po salonie.
— Nie zagrasz nam pan czego?
— O! chętnie! jeśli mi pani nie każesz wlazł-kotka.
— Nie, na ten raz uwalniam, mam nad panem litość... Wlazł-kotek zostanie dla kogoś innego, dla kogoś, co tyle tylko umie, że się ledwie na nim pozna — dodała z przyciskiem. — A dla mnie... Chopina! Spróbuj pan, ja tak lubię ten marsz z jego sonaty, to jakby widzenie, jakby przeczucie śmierci!
— Pani lubisz Chopina? — spytał Wacław, siadając do fortepianu. — To coś nowego! Od jakże to dawna?
— Od czasu jakeś go nam pan zagrał tak ślicznie, raz ostatni! — niezmieszana odpowiedziała, idąc do szturmu. — Druga część tego marszu jak śpiewna, jak mówiąca, jaka rzewna!...
— A, a! początek także, zdaje się z pod ziemi wychodzić! — unosząc się już, zawołał Wacław.
— Ja wolę tę część drugą... Zdaje się, że anioł ją śpiewa nad bladem ciałem zmarłego, unosząc się w powietrzu...
Ale Wacław już grał. Cesia chodziła po salonie, to na matkę, która z niejaką dumą śledziła jej kroki, to na ojca, który na nią także ciekawem rzucał okiem, spoglądając.
Lecz skończyła się pieśń pogrzebowa, umarły tony czarowne i Wacław pod wrażeniem jakiejś smętnej myśli, która z duszy jego dobyła się, niewzruszony został przy fortepianie, z opadłemi rękoma, ze spuszczoną głową.
— Ktoby się tego domyślił, — przerwała mu Cesia, zbliżając się do niego — ktoby się to domyślił, spojrzawszy na pana, żeś tak niedawno odziedziczył miljony... i fortepian Erarda!
To mówiąc, sparła się przy nim i wzrok, którego znała potęgę, zimny, wyuczony, natężony umyślnie, wlepiła w podniesione jego oczy. Jakże nie miał zadrżeć, gdy przez te oczy pierwsza miłość, przebudzenie, sen anielski patrzały na niego, a z niemi słodkie wypitych goryczy wspomnienie, z niemi pamięć więzów skruszonych, czarnej, a lubej przeszłości, ozłoconej młodemi dumami?
Oboje milczeli, milczeli i dwa czy trzy razy mignęły ich spojrzenia, spotkały się, unikały, wróciły ku sobie, aż Wacław rzekł cicho:
— Więc za rok dopiero?
— Co za rok?
— Wesele pani? Muszę o tem wiedzieć, bom wcześnie zaproszony.
— Za rok, tak, za rok! — złośliwie odparła Cesia. — Za rok lub prędzej może. Ale ja myślę, że pan mnie prowadzić nie będziesz do ołtarza, chyba odprowadzać?
— Wątpię! — rzekł sucho Wacław.
— O tej Frani mówią, że taka ładna, taka naiwna! — rozśmiała się. — Jakto jej musi być do twarzy, gdy w fartuszku niosąc ziarno, drób z ganku zwołuje...
— Wie pani! — oburzony zawołał Wacław — że istotnie ślicznie jej wśród tej sielanki, wśród kurek i gołębi...
— A! nareszcie wymogłam, żeś się pan przyznał. Więc śliczna! Otóż to lubię, to szczerze — dodała złośliwie, ale ze wzruszeniem. — Opiszże mi pan przyszłą kuzynkę.
— Tak daleko jeszcze myślą nie sięgnąłem...
— To może sercem! — szczebiotała hrabianka. — Ależ śliczna! wszak śliczna! — powtórzyła z przyciskiem. — Powiedzże mi pan, blondynka czy brunetka, słuszna czy mała?
— Pani to wie doskonale, bo ją musiałaś nieraz widzieć w kościele.
— Nie! nie! przepraszam, nie mam zwyczaju oglądać się za siebie. A zresztą, nie byłam tak ciekawa.
— Więc nacóżbym ją pani opisywał?
— Masz pan słuszność, nie warto!
Oboje zamilkli trochę znowu. Wacław odniechcenia decymami chodził po fortepianie; Cesia przeszła parę razy po salonie i znów wróciła, naprzód wzrokiem, potem cała.
Wzięła bukiet rezedy ze stolika, ponosiła go chwilkę, zbliżyła się do fortepianu i rzuciła go daleko na dekę, że się aż na ziemię stoczył. Wacław podniósł go i oddał jej z uśmiechem.
— Nie chcę go, — odparła Cesia — rzuciłam umyślnie; rezeda mnie nudzi: mdły zapach, kwiatek niepozorny. Nie rozumiem, dlaczego to sieją, dlaczego znoszą w ogrodzie i w salonie. A pan nie lubisz rezedy?
— Ja? — rzekł Wacław. — Lubiłem ją dawniej, dzisiaj...
— Dziś pan woli zapewne maki polne, asterki wiejskie i nogietki!! Cha, cha! — poczęła się śmiać do rozpuku, ale takim przymuszonym, nienaturalnym śmiechem.
— Być może.
Na tem zerwała się rozmowa, gdyż właśnie wpadł do salonu ścigający Wacława z Cielęcewiczem pan Maurycy Hołobok, który śpieszył, jak powiadał, wywrzeć swój wpływ na młodzieńca i objąć nad nim przewodnictwo moralne — na korzyść listy prenumeratorów Trzytygodnika i Dwumiesięcznika...
Przywitawszy się ze wszystkimi, literat pośpieszył odrekomendować się (wyraz nie mój, ale własny pana Maurycego) hrabiemu Wacławowi, do którego przylgnął zaraz ze szczególną zawziętością, wsiadłszy natychmiast na oklepane stołeczne nowinki muzykalne, których za lep użył, i mówiąc o Rubinim, o Pascie, o koncertach, o sztuce, o ocenieniu jej, o Thalbergu, o Liszcie, a dalej potrochu o sobie, prenumeracie i swojem piśmie...
Chodziło mu bardzo, żeby swem paplaniem wysokie o sobie dał wyobrażenie; opowiadał, jak pił z Lisztem, kiedy ze stolicy wyjeżdżał, jak za pan brat chodził z Rubinim, jak Henselt, pomimo swej dumy, bił czołem jego teorji muzykalnej i jemu, jak wzniosły obmyślał sztuki system filozoficzny; dalej nastąpiły kawałki o artyzmie, o egzekucji, o pustyni Dawida — i t. d., i t. d...
Wszystko to szybko, niezgrabnie, ale efektownie przesuwał przed milczącym Wacławem, śpiesznie, gwałtownie, sądząc, że go tą fanfaronadą oczaruje i olśni. Niestety! łatwo jest poznać farbowane lisy: fałsz widać przez pożyczane pióra i byleś je żywiej potrącił, polecą garściami, a zresztą kto głupi z urodzenia, temu żadne naukowe smarowania powierzchu na to kalectwo nie pomogą.
Tak i tu się stało; przecież literat-estetyk-wydawca nie zważał, że pożądanego celu nie dosięga, nie mogąc przypuścić, żeby admiracji nie wzbudził. Co chwila wpadał on na swe mniemane teorje, na swe pojęcia nowe i prędko dodawał:
— Ale nie czas tu rozwijać pomysły moje (!): pracuję nad obrobieniem ich, będę miał zaszczyt u pana w domu...
Lub:
— Teorje, o których tu napomykam, myślę wkrótce obszerniej rozwinione rzucić na świat. Nie taję, że ich nowość i, śmiem sobie pochlebiać, oryginalność musi wywołać opozycję, krytykę, ale to los wszystkich śmiałych nowości (!); jestem do tego przygotowany, wiem, że cierń czeka zbolałą skroń moją!
Najpocieszniejszem było, że to, co ten jegomość podawał za tak oryginalne, za nowe, było oklepanym, wywłóczonym już po tysiącu dzieł i dzienników truizmem, jak to Anglicy zowią; ale niezmieszany Hołobok, mając wszystkich za takich bałamutów, jak sam był, śmiało sobie ruszał dalej, pewien, że wszystkich odurzy, zaczmuci, że się nikt na nim nie pozna, a ci co zrozumieją jego szarlatanerje, nie odważą się o nich wyrzec głośno, obawiając się Dwumiesięcznika i Trzytygodnika.
Wacław słuchał, zdziwiony tylko zuchwalstwem, wielomówmością odurzony, nie mogąc pojąć, co znaczy ten popis tak pracowity. Tymczasem każde jego słówko chwytał pan Maurycy i usiłował je, by się przypochlebić, ukazać czemś wielkiem; ale i to mu się nie udawało, bo myśli prostych, jasnych i istotnie nowych Wacława pojąć nie był w stanie. Tego rodzaju ludziom błyskotki tylko i nowostki do serca, jasna prawda dla nich zbyt cicho i skromnie się pali.
Wszyscy byli utrudzeni Cielęcewiczem, który od godziny już głosił teorję swoją wśród salonu i rozszerzał jej granice poza najistotniejsze społeczeństwa warunki — gdy nowy gość przybył do towarzystwa.
Był to stary Kurdesz, wygolony świeżo, wyczupurzony, przy szabli, a pokorny, kłaniający się i sypiący „grafem dobrodziejem“ i „ucałowaniem nóżek“, jak z worka. Na widok jego stary hrabia pobladł widocznie, był to bowiem dzień, w którym właśnie mógł zapowiedzieć odebranie kapitału i na to się zanosiło z przybycia. Przyjęto go naturalnie jako najpożądańszego sąsiada, przyjaciela.



Przestrach starego Dendery zwiększył się jeszcze, gdy Kurdesz po herbacie, schyliwszy się niemal do kolan gospodarzowi, poprosił go na chwilkę rozmowy w osobności. Żywo przystał na to hrabia, łudząc się wśród grożącego niebezpieczeństwa nadzieją niewczesną; w głowie jego mieszały się najdziksze pomysły, rozpaczał, to znowu roił nadzwyczajne jakieś posiłki; ale uśmiech zawiesiwszy na ustach, na czole spokój, okazując czułość i serdeczność niezmierną dla starca, poszedł z nim do sąsiedniego pokoju.
— Siadajże, siadaj, kochany stary mój sąsiedzie, — rzekł biorąc go wpół poufale — kto się tyle w życiu nadreptał, ma prawo odpocząć.
Na takie już słodycze zbierało się dłużnikowi i rotmistrz tylko się skłonił pokornie, pogładził siwego wąsa, ale nie widać było, żeby go to do zbytku dotknęło, i tak począł:
— Ja, hrabio, mam maleńką prośbeczkę.
— Co każesz! co każesz, kochany, szanowny sąsiedzie!
— Nietajno JW. hrabiemu, — mówił rotmistrz — że mam córkę, którą dał Bóg do wzrostu dochować. Trafić się mogą ludzie, chciałbym ją zamąż wydać wprzód, nim oczy zamknę; potrzeba, żeby widziano, co ma i mieć może: ludzie jesteśmy, taki to zawsze coś znaczy. Pewnie to różnicy JW. panu nie zrobi, gdy mi kapitalik mój w terminie łaskawie wypłacić zechcesz...
— Z duszy, serca! — zawołał szybko hrabia, nie okazując najmniejszego zdziwienia ani zmieszania. — Najchętniej, bardzo dobrze, dziękuję ci bardzo, że mi tak wcześnie mówisz, bo przy moich wielkich spekulacjach mogłeś mnie schwytać nieprzygotowanego.
To mówiąc, hrabia łykał ślinkę, ale się nie schmurzył, choć sam nie wiedział, jak zapłaci.
— Bardzo będę wdzięczen, — rzekł Kurdesz — bom właśnie zatargował wioskę i ułożyłem już przedugodne punkta.
— A! cieszę się bardzo! Jeśli wolno wiedzieć, cóż to za wioska?
— To nie sekret, kupuję Ciemierniki.
— Ciemierniki! — rzekł, głowę wgórę podnosząc, hrabia — Ciemierniki, od Farycewiczów? A! wiem! ale tam podobno jest wilk!
Szlachcic, którego najłatwiej było nastraszyć, zapytał żywo:
— Jakto? jakiż wilk?
— A! proces z Bogolubami o sukcesję, której na Farycewiczach dochodzą; coś, zdaje mi się, nakształt 9 do 10 tysięcy rubli.
— To rzecz wiadoma.
— Życzę się jednak pilnować, — dodał hrabia, odchodząc i dłubiąc w zębach — przytem — rzekł — Ciemierniki to glinka, góry, lasu mało i zniszczony, wody nic; a poczemuż dusza?
— Po pięćdziesiąt dukatów; mniej nie było można, majątki bardzo wgórę poszły.
— To dosyć drogo, przytem na budowle, na forszusy dosyć będzie potrzeba.
— A! toć to wiemy, panie — rzekł, wzdychając, rotmistrz.
— Nie jest to zbyt korzystne kupno — począł powoli Dendera.
— Być może, ale to mi przyległe, a zresztą rzecz skończona.
— Skończona? No! to oczywiście pozostaje mi tylko powinszować i niema co już mówić o tem. Ale dziś zakupować majątek, przed ostatecznem zregulowaniem inwentarzy, jest to narażać się na wyraźną stratę: majątki spaść muszą.
— Bóg to wie, — powolnie rzekł szlachcic — Bóg to wie. Spadną zapewne, by więcej jeszcze pójść wgórę.
— A przytem — mówił ciągle formą rady przyjacielskiej hrabia — dla córki, dla przyszłego zięcia, kto wie, możeby kapitalik był pożądańszy.
To mówiąc, filuternie się uśmiechnął.
— A, a! powinienem panu powinszować córeczki, bo choć nie mam szczęścia jej znać, ale widzę, że to być musi i piękna i miła osóbka: wszak to i mojemu Sylwanowi tak głowę zawróciła, że mi spokoju nie dawał...
— Wielki to honor dla mojego domku, — odparł szlachcic z ukłonem — ale to zwyczajnie fantazja pańska...
— Zdaje mi się, że to coś więcej nad fantazję.
— Za niskie to progi dla syna hrabiego — mówił rotmistrz, przerywając rozmowę i sprowadzając ją na interes. — Więc mogę się spodziewać?
— A jakże, jakże! — wybuchnął hrabia głośniej. — Zapłacę ci, zapłacę ci w terminie, bądź spokojny! Ja nawet sam chciałem posłać cię spytać, panie Kurdesz kochany, czy tych pieniędzy potrzebować nie będziesz. Właśnie bowiem zbieram wszystkie moje kapitały, ściągam je i chcę w moich spekulacjach na przyszłość się ograniczyć. Konfiskata klucza Słomnickiego uczyniła mnie ostrożnym, potrzeba się ścisnąć. Zostawię dzieciom i tak piękną, czystą fortunę, wszystkim długi pospłacam, córka dziś nie potrzebuje posagu, idąc za tak bogatego człowieka, jak marszałek Farurej...
— Więc możemy powinszować? — kłaniając się, spytał szlachcic.
— Dziękuję, dziękuję ci, kochany rotmistrzu; i Sylwana też muszę ożenić, żeby się ustatkował: to szalona pałka... Dzięki Bogu, — mówił, rozgrzewając się coraz — wychodzę z moich spekulacyj zwycięsko! No! klucz Słomnicki stracony, boli mnie to, ale znacznie więcej przyrobiłem fortuny, którą, zrealizowawszy, kupię zapewne dobra ziemskie, nieprędzej jednak, aż przełkniemy inwentarze... Tak, dziś kupować, byłoby płochością...
Mówił hrabia, a szlachcic uparcie milczał, niepokonany niczem. Napróżno go z różnych stron zaczepiał gospodarz — nie dał się ująć: wąsa motał, trzymał się grzecznie i pokornie, ale od swego nie cofał. Hrabia ani wiedział, skąd te 200.000 weźmie; jednakże obiecywał uiścić się w terminie, zawsze mając nadzieję albo się od wypłaty wykręcić, albo pieniędzy gdzieś pochwycić...



W kilka dni potem Sylwan, do interesów ojca się zbliżywszy, a swoich osobistych długów mając już po uszy, zawyrokował, że pora było myśleć o ożenieniu, i ruszył śmiało na polowanie posagowe. Pora zbyt była spóźniona, żeby do wód jechać: bogatsi już się porozjeżdżali do miast. Pożyczywszy więc kilkaset dukatów u Wacława, który po bratersku usłużył Sylwanowi, ubrawszy dwór swój w liberje świetne, powóz, konie i cały kawalerski swój porządek postawiwszy na najwyszukańszej stopie, ruszył do Warszawy, udając wołyńskiego magnata, po drodze sypiąc opisami swych tysiąców dusz, pałaców, przepychu, do którego przywykł, i świetnych familijnych związków.
Cesia, pozostawszy w domu, innego rodzaju łowami zajęta była; usiłowała ku sobie pociągnąć Wacława, który od chwili, jak tylko dojrzał jej zamiar, ze wstrętem prawie począł od niej unikać. Nie czuł on odwagi i siły do boju, postanowił usunąć się od niego.
Palnik tak blisko był Wulki, że częściej u Kurdesza niż u siebie dnie spędzał nasz bohater, a życie tak mu się teraz wypłacało sowicie za doznane wprzódy boleści i troski! Tak błogie, spokojne szczęście świeciło nad ich głowami, tak szybko płynęły chwile w towarzystwie księdza Warela, Kurdesza, Frani, a nawet Brzozosi, ożywiającej swą wielomównością, ciekawością i tysiącem śmiesznostek poważniejsze rozmowy, że bogacz zapomniał o bogactwie, o święcie i nie życzył tylko, by mu nic nie przerwało osnowy dzisiejszych dni jasnych.
Przywiązanie wzajemne obojga młodych ludzi nie uchodziło już niczyich oczu, tak było wyraźne, tak się z niem nie kryli. Kurdesz oczekiwał tylko formalnego oświadczenia, które Brzozosia, z kabały wnosząc, uważała za bardzo bliskie.
Codzień prawie Wacław z Palnika przychodził z książkami, z małemi podarkami, z wesołą twarzą do Frani, w której pokoiku, u kominka, z Brzozosią i rotmistrzem dnie spędzali. Chociaż go w różne strony ciągnione, nie czuł potrzeby innego towarzystwa, nie śpieszył nowych zawierać związków, bo dziś starano się o nie, a wczoraj jeszcze odpychano je prawie. Jakże nie miał podejrzywać ludzi o próżność i chciwość?
Całem zajęciem jego było ukształcenie Frani, uczynienie jej taką, jaką mieć pragnął. Szczęściem ona była jedną z tych istot uprzywilejowanych, którym Bóg dał serce wielkie i umysł silny, pojęcie bystre i jakby przeczucie wszystkiego, co dobre, szlachetne i wzniosłe. Dla niej nauka była jakby czegoś śnionego, zapomnianego, łatwem przypomnieniem; a rzadko kto tak zdrowo i trafnie pojmował wszystko jak ona. Zdziwił się nieraz Wacław tej jasności sądu, której spodziewał się w niej, a przecież go zdumiewała. Zdawało się, że sercem i czuciem zgadywała wielkie prawdy, których wprzód czuła pragnienie i potrzebę. Zresztą jestli tak drogie to ukształcenie sztuczne, to wychowanie powierzchowne, którem błyszczą panienki nasze? Co Bóg raz posiał w duszy, jeśli się w piękny kwiat rozwinie, nie skrzywią pierwsze lata młodości, wieleż to braknąć ma człowiekowi, choćby nie miał poloru i nauki? Wolę wieśniaka z poczciwem sercem, z głową otwartą, niż półmędrka, co nie ma serca, a głowę ciasną, napchaną ogryzkami strupieszałej nauki.
Umysł Frani tem potężniejszy, że rozwinięty bez męki, swobodnie, samoistnie, potężny z natury, był przygotowany do przyjęcia wszelkiego pokarmu najłatwiej, najchciwiej: serce mu pomagało. Jakkolwiek w rzeczach umysłu odmawiają sercu udziału, ileż to razy ten zaparty pomocnik, do którego się nikt nie przyznaje, kryjomo głowę i rozum podpiera, jak tajemnicza, cudowna siła, której dróg nikt nie zbadał, chodu nie dopatrzył, której nikt w twarz nie widział! Serce ma udział wszędzie i po dziele dopiero poznasz, że tam się wmieszało.
Jednego ranku Wacław i Frania siedzieli w małej izdebce, ożywioną wiodąc z sobą rozmowę. Brzozosia odeszła była na chwilę z kluczykami, gdy młody człowiek wstał z miejsca trochę wzruszony, ale poważny, zbliżył się do rotmistrzówny i, biorąc ją za rękę, zapytał:
— Panno Franciszko, wszak pozwolisz mi powiedzieć sobie wielkie i ważne jedno słowo?
Domyśliło się dziewczę, spuściło oczy, umilkło.
— Milczenie, zezwolenie, — rzekł Wacław, zatrzymując rękę — nie potrzebuję mówić, coś mogła wyczytać z oczu moich i mowy: kocham cię, silnie, szczere, na wieki, powiedz, czy chcesz być moją?
Frania tak się zakłopotała swem szczęściem, choć go się spodziewała oddawna, że spojrzeniem tylko i uściśnieniem dłoni mu odpowiedziała; gdy i ciekawa ciwunówna wpadła nagle, a poznawszy, co się święci, jak oparzona cofnęła się nazad pod jakimś pozorem do sieni, powtarzając nieustannie:
— Chwała Bogu, oświadczył się! chwała Bogu! jak Boga kocham, oświadczył się! Otóż jak mówiłam, tak się stało... stało się... oświadczył się...
Tak sypiąc wyrazami bez związku, ani się spostrzegła jak nos w nos spotkała się ze starym, którego dość mocno w ramię uderzyła.
— Co to ci, panno ciwunówno? — spytał Kurdesz.
— A to pan! Już! już! — zawołała, głos zniżając, ale tak jednak, że ją w całym domu słychać było — już! już! jak Boga kocham już!
— Co już?
— Oświadczył się.
— Kto? co? komu? o co?
— A! nie udawajże, rotmistrzu, nie niecierpliw mnie; któż, jeśli nie Wacław?
— Komu, pannie ciwunównie?
— Ale, panie rotmistrzu, dajże mi pokój! Cóż to pleciesz! Frani! Frani! Chodź! chodź!
I pociągnęła starego do pokoju za sobą co najrychlej, bojąc się jeszcze, by jej narzeczony nie uciekł.
Rotmistrz wszedł prawie przez nią wepchnięty, trochę sam niespokojny, szepcąc Zdrowaś Marja, które zwykł był pocichu i mentalnie we wszystkich ważniejszych życia okolicznościach odmawiać.
Zastał Franię u krosien schyloną, oblaną rumieńcem, ponsową i pomieszaną, Wacława przy niej rozrzewnionego, z uśmiechem na ustach i całującego podaną mu rękę. Ujrzawszy wchodzącego starca, Wacław się podniósł i postąpił ku niemu.
Brzozosia, tylko głowę pokazawszy, bojąc się spłoszyć swą przytomnością formalne oświadczenie, usunęła się nazad i stanęła na warcie u dziurki od klucza.
— Szanowny rotmistrzu, — odezwał się Wacław — pozwól mi dziś podziękować sobie za to zaufanie, z jakiem mnie do domu swojego przyjąłeś, jak syna, nie obawiając się dozwolić mi starać o serce i przywiązanie swej córki, tego anioła waszej szczęśliwej strzechy. Dziś przyszła chwila stanowcza: proszę cię o jej rękę, z jej zezwoleniem.
— Niech Bóg błogosławi, niech Bóg błogosławi — płacząc rzewnie i wyciągając ręce, zawołał rotmistrz. — Nie byłem ślepy, widziałem dawno, żeście się sobie podobali. Wola Boża, dla mnie starego wielkie to błogosławieństwo i nagroda... Ja cię kocham, Wacławie, jak syna, ale... — tu się zastanowił. — Wszędzie jest jakieś „ale“, mój drogi chłopcze — kończył z westchnieniem stary. — Pomyśl, o pomyśl dobrze nad tem, co czynisz: młody, bardzo młody; pierwsze uczucie, może przypadkowe, masz za wieczne, a to dla ciebie dziś podobno niestosowna partja. Choć Bogu dzięki, szlachectwo nasze ledwie nie od wielu lepsze, choć imię uczciwe, choć i grosz się znajdzie; ale moja droga Frania prosta wiejska dzieweczką, a tyś hrabia, tyś miljonowy, ciebie inny świat pociągnąć musi.
— Mnie?
— Posłuchaj, proszę, są to uwagi starej głowy, a otwartego dla was serca. Musisz się zbliżyć do swoich, a cóż ona tam pocznie? Chcesz, żeby jej urągali, by się wiecznie paliła wstydem, nie znając ani obyczajów waszych, ani świata, ani mowy, ani języka.
— Ale, ojcze kochany, jakiegoż towarzystwa Frania nie będzie ozdobą?
— Towarzystwa wedle Boga — rzekł szlachcic — to prawda, ale wedle świata, to rzecz inna; tam większy grzech nie umieć się ukłonić, niż bliźniego skrzywdzić; straszniejszy występek nie paplać po francusku, niż przysięgę złamać. Przebaczają wszystko, prócz drobnostek, w które obwijają się, jak jedwabnik w nici swoje. W tamtym świecie Frania będzie obca.
— Ale ja tego świata chętnie dla niej się wyrzeknę — zawołał Wacław.
— Słuchaj i czekaj, — przerwał Kurdesz — dziś dobrze ci tak mówić, ale co będzie potem?
— Miałżebyś mi nie wierzyć, rotmistrzu?
— Owszem i kocham cię, i wierzę ci, ale mojej drogiej Frani nie chciałbym dać tam, gdzie będzie niższą; ciężko mi na sercu, że ty ją bierzesz bogaty, możny... pan imieniem i rzeczą...
— Wolałżebyś mnie widzieć sierotą Wacławem?
— Nie kryję, że tobym wołał; miljony nie są rzeczą zbyt specjalną. Kto ma czysty, mierny mająteczek, a serce poczciwe, a głowę niezawróconą, temu te skarby są raczej kłopotem niż rozkoszą: pociągną go w świat fałszu, komedji, kuglarstwa i zepsucia.
— Ale, mój kochany rotmistrzu, ja mówiłem i powtarzam, że tego świata nie chcę!
— Nie znając go, — przerwał Kurdesz — nie sztuka! Chcę właśnie, żebyś go poznał lepiej i wyrzekł się, wiedząc, co tracisz: to to licho złe, ale powabne. Chcę, żebyś przyszedł do mnie, prosząc o Franię, pewien, że tam cię nic nie znęci...
Wacław i Frania spojrzeli na siebie niespokojni.
— Takie moje pragnienie, myśl moja, rozkaz wreszcie, jeśli tu rozkazu potrzeba. Niech Wacław rok przynajmniej pożyje w tym świecie, wypróbuje swojego przywiązania, a potem chętnie was i radośnie połączę.
— Rok! rotmistrzu kochany, to wiek!
— Chwila, kochany Wacławie, jeden zasiew, jedno żniwo. Tymczasem i ja się do weseliska przybiorę; a jeśli wam tak smutno rozstać się na rok, chcecie, to się zaręczycie. Zresztą Wacław u nas bywać będzie i widywać się możecie; tylkobym chciał, żebyś się trochę w świat puścił.
Zamilkli młodzi smutnie. Rotmistrz, czując, że ich strapił, a nie mogąc od swego ustąpić, począł się prawie wymawiać i nieledwie ich przepraszać.
— Pozwólcie — rzekł — na tę fantazję starego, niech to tak będzie. Uchowaj, Boże, chyba choroby na mnie; no, to przyśpieszym ślub wasz.
— Co, ojcze, mówisz! — z wyrzutem poczęła Frania.
— Zróbcie, jak proszę, — mówił stary — posłuchajcie.
— Dość mi, że taka wola rotmistrza, — odezwał się Wacław, całując drżącą jego rękę — szemrać na to nie będę: nie taję, że rok ten wyda mi się w życiu najdłuższym, ale kiedy tak każesz...
— Mój drogi Wacławie, — rzekł stary, ściskając go — jestem przekonany, że to dla dobra waszego. Trzeba, żebyś świat poznał, żebyś swe przywiązanie wzmocnił, lub jeśli się okaże fantazją tylko młodzieńczą, ognikiem — wola Boża! Wolę, żeby Frania przecierpiała rok i drugi, niżeli życie całe.
Żądanie starca zdawało się niezachwiane: musiano zgodzić się na nie; ale Brzozosia, która w tej chwili weszła z trzaskiem, rzuciła nań okiem takiego gniewu, takiej wymówki, jakby go zjeść chciała, jakby go nienawidziła. Porwała tylko klucze ze stołu i wyszła, tłumiąc w sobie urazę, do której się przyznać, nie wydając, że pod drzwiami słuchała, nie mogła. Ale, idąc, mruczała pod nosem:
— Zawsze ten człowiek musi swoim rozumem i po swojemu coś zrobić, a zawsze nie do rzeczy. Rok każe im czekać! Ślicznie, dobrze, rozumnie, robi, co może, żeby się to rozchwiało, kiedy tu łapać trzeba jak ptaszka! Ale kiedy się mnie w niczem nie radzą, nie słuchają: wola wasza, z Bogiem. Gub sobie dziecko, wszak to twoje.

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ.






POWIEŚCI O DAWNYM OBYCZAJU — Tom III


J. I. KRASZEWSKI
KOMEDJANCI
CZĘŚĆ III


WYDAWNICTWO M. ARCTA W WARSZAWIE







Jedną ze scen najciekawszych wielkiej komedji życia jest komedja ożenienia: na ile to sposobów odegrywa się ona, jak różnie poczyna i kończy, z jak dziwną rozwija rozmaitością, jak niespodziewanym zamyka epilogiem! Zdaje się, że do sądzenia o stanie społecznym dosyć jest termometru małżeństw; statystyka ożenień daje najlepsze wyobrażenie o stopniu moralności klasy narodu. Rozumiem chłopka, który spytać serca nie ma czasu, który potrzebuje robotnicy, żony, matki, dwojga rąk silnych do zamieszania powszedniego chleba i żeni się z pierwszą, jaką spotka na ulicy; ale nie pojmuję w dostatniejszych i cywilizowańszych klasach monstrualnych połączeń, którym interes tylko i pieniądz dają błogosławieństwo. Jeżeli kiedy, to dziś rachuba tak dalece przewodniczy większości związków, że na dziesięć, nie wiem, czy jedno od niej wolne, a sześć pewnie najbezwstydniej jest przedajnych. Jest to poprostu targ, w którym się sprzedaje wszystko: młodość, tytuł, piękność, stosunki, fortuna, wychowanie, talenta, w oczach całego świata i bez najmniejszego sromu. Znaleźli się nawet moraliści i dwóch już ich naliczyć możemy, którzy dowodzą, że w małżeństwie najniepotrzebniejszą i szkodliwą nawet przyprawą jest miłość, że bez niej nietylko się obejść potrzeba i godzi, ale że tego wymagają prawa moralności! Dosyć jest, według nich, by starsi wyrzekli: para dobrana, a para dobrana będzie. Dla tych panów serce nie istnieje, uczucie jest jakąś aberacją, obłędem, a dwoje ludzi, jak dwoje bydląt, zawsze muszą być zdatni do małżeństwa. Paradoks ten szczególny ogłoszono nam w imię obyczajów staroszlacheckich i zasad wiary, i kazano mu się pokłonić. Wydrukowano go czarno na białem[1]; a że to dziwactwo niedorzeczne wygląda jakoś nowo, gotowe się utrzymać na czas jakiś, bo gruby i dziki fałsz rychlej przyjęty zostanie przez skłonnych do potakiwania, niżeli zwykła mieszanina prawdy i kłamstwa, nie pociągająca urokiem hipotezy i nie durząca fizjognomją oryginalną.
W praktyce życia nie przyznajemy się do zasady niemoralnej, spełniając czyny najniemoralniejsze nawet; i owszem, kłamiemy przed sobą jakąś cnotą i pobielamy nią występek. Tak i w małżeństwach choć skrytym powodem najczęściej bywa brzydki interes i podła chętka nabycia grosza cudzego. Kandydaci do stanu małżeńskiego umieją lisy farbować: ten się poświęca dla rodziców i rodziny, ów dla dźwignienia podupadłego imienia, inny gra rolę rozkochanego, inny jeszcze zaprzecza, żeby mieć można serce i ubóstwia rozsądek, w imię jego spełniając podłość, a koniec końcem, jak w domu obłąkanych, każdy utrzymuje, że jest sam jeden przytomny, zdrowy, czysty i nikt nie przyzna się do winy, choć doskonale w drugich ją wytyka.
Patrząc zboku, widzimy jak na dłoni spełniające się frymarki wszelkiego rodzaju, tak jawne, tak wyraźne, że najślepszego uderzają w oczy; tymczasem każdy z tych kontrahentów, gdy się spytasz o jego robotę, tak ci się z niej tłumaczy, jakby się za nią wieńca i palmy spodziewał.
Rzuciliśmy właśnie w pierwszej części powieści naszej bohaterów kilku, zabierających się do stanu małżeńskiego i prawie w progu kościoła: piękną Franię, narzeczoną Wacławowi, piękną Cesię, mającą wychodzić za marszałka Farureja, i pięknego Sylwana, marzącego o krociach, jeśli nie o miljonach przyszłej małżonki, której wszystkie przymioty jednoczyły się w szkatułce. Sylwan, wobec groźnych majątkowych powikłań, codzień mocniej zamyślał się o ożenieniu i głębiej przejmował potrzebą przedaży towaru młodości, piękności swej, dowcipu, wychowania, imienia. Często całe dnie zanurzony w fotelu, z cygarem zgasłem w ustach, naprzeciw wielkiego siedząc zwierciadła, rozbierał sam swe przymioty i żadna niewolnica kaukaska, wieziona na targ do Konstantynopola, nie liczy tak swych lat, wdzięków i prawdopodobieństwa dostania się do haremu sułtana lub wezyra, jak Sylwan rachował miljony, które powinien był zdobyć wzamian za dary, jakiemi był uposażony, któremi się pysznił w duchu.
— Jestem młody, krew z mlekiem, piękny, dystyngowany, wychowany jak najlepiej; mam imię, mam tytuł, mam majątek, mam dowcip, umiem się znaleźć, tchórz nie jestem: czegóż mi braknie? Mogę się dobijać o rękę księżniczki S., hrabianki P., o kogo mi się podoba... Nie rozumiem, żeby mi śmiano odmówić! Wszakże — dodawał — ten ślamazarny X. ożenił się z dwumiljonową dziedziczką, choć ze mną w żaden sposób mierzyć się nie może, wszak F. pochwycił na Białej Rusi 5000 dusz bez grosza długu, choć nawet po francusku mówiąc, tysiące grubych robił omyłek; a ja! a ja! czegóż ja mam prawo się spodziewać?
Tym zwykle wykrzyknikiem kończyły się marzenia Sylwana, codzień silniej farbujące się rzeczywistością. Wkońcu młode hrabię przekonało się, że mu nie pozostaje tylko wyekwipować się przyzwoicie i w świat pojechać po owe złote jabłuszko, które samo powinno mu się było stoczyć pod nogi... Wspomnieliśmy już w pierwszej części, że dla spóźnionej pory Sylwan, nie mogąc do wód, wprost ruszył do Warszawy, gdzie o kilku bogatych z Wołynia i Podola dziedziczkach słychać było; aleśmy pozostawili szczegółowy opis tej wyprawy na później i teraz dopiero dajemy go czytelnikom.
Sylwan miał się, oprócz innych niezliczonych przymiotów, za bardzo zręcznego intryganta, za człowieka, co myśl raz powziętą spełnić potrafi bądź to bądź; jego zabiegi około Frani wcale go z błędu nie wywiodły. Dziewczę proste, głupiuchne, niewinne, wychowane na wsi, ani się liczyło tu nawet i Sylwan miał się za słusznie ukaranego za to, że się ku niej zniżył. W tym światku musiał go spotkać zawód, bo sfera nie była mu właściwa, wyobrażenia inne, ludzie obcy, ale na świecie wyższym, wśród swoich nie wątpił, że zaćmi wszystkich i zwycięstwo otrzyma. Żaden rycerz na wyprawę krzyżową tak się starannie nie wybierał, jak on na tę małżeńską wycieczkę.
Z zimną krwią gotując się zwyciężyć (a broń Boże nie zginąć), począł od wyrobienia sobie paszportu, metryki, świadectwa, że nie był żonaty, papierów, poświadczających stan majątkowy ojca (w których ani o konfiskacie klucza Słomnickiego, ani o wydziale Palnika dla Wacława wzmianki nie było); uzbroił się w tysiąc dukatów, które stanowiły stawkę gry, w koczyk nowy wiedeński, kamerdynera z wąsami blond i z pierścieniem ogromnym na palcu, w przepyszną toaletę i elegancje męskie, umyślnie wypisane z Odesy, lokaika, kucharza, cztery konie najpiękniejsze, jakie w stadzie się znalazły, uprząż wiedeńską, kupioną u rotmistrza Powały i t. d., i t. d. Dowodem być może, z jaką przebiegłością na wszystko, co go spotkać mogło, przygotowywał się Sylwan, że nawet w wyborze bibljoteczki podróżnej miał wzgląd na różne odcienia opinji, o jakie się mógł otrzeć w tej wyprawie. Był w niej oddział gorąco-katolicki na wypadek, gdyby panna należała do czytelniczek l’Univers lub zwolennic ks. Lacordaira; było kilkanaście prób literatury szalonej, jeśliby trafił na jaką Cardoville; był Michelet i Quinet dla filozofki, była pani Sand dla zapalonych główek, było i kilku krajowców w odwodzie, jeśliby, czego się nie spodziewał Sylwan, panna lubiła literaturę domorosłą. Książki te zkolei miały występować na stoliczku jego i nadawać mu potrzebny koloryt harmonijny, z barwą domu zgodny. Inne zapasy z równą starannością obrachowane zostały, gdyż Sylwan zgóry sobie zapowiedział, że się ożenić musi i że rolę, jakiej ożenienie wymagać po nim będzie, odegra. Nie popisywał się jednak przed nikim z temi środkami pomocniczemi, ażeby nie wydać się z tem, że samemu sobie mało ufa i czuje ich potrzebę; jeden ojciec zobaczył zdala bagaże i uśmiechnął się do siebie, zacierając ręce:
— Krew Denderów nie kłamie! cha, cha! zuch mi chłopiec, zuch: da sobie rady, spryt szczególny!
Jednakże nie wydał się z tem ojciec, że widział wszystko, a w przeddzień wyjazdu tylko uczul potrzebę rodzicielskich rad na drogę udzielić.
— Mój kochany hrabio! — rzekł, gdy oba w pokoju starego zasiedli. — Samiśmy, pomówmy sercem otwartem, szczerze, bez obwijadeł... Dorosłeś, nie jesteś dziecko, możemy być z sobą nie jak syn z ojcem, ale jak przyjaciel z przyjacielem... Nie mam dla ciebie tajemnic, ty ich dla mnie mieć nie powinieneś...
— To też ich nie mam — odparł Sylwan, wyciągając się na kanapie zupełnie po przyjacielsku — i mówię otwarcie, że jadę się żenić, a żenić nieinaczej, jak bogato: powrócę miljonowym!
— To cel! Nie spuszczaj że go z oka i wszystko do niego zastosuj! — poważnie, po mentorsku dodał stary. — Odrazu potrzeba ci się rzucić w jak największy świat, ku czemu posłuży kilka znajomości i listów moich... Nie głoś wcale, że masz ochotę się żenić: nic tak nie odstręcza, jak podobne wyznanie; owszem, mów przy zdarzonej zręczności, że ojciec jest przeciwny wczesnemu twemu postanowieniu, że ma projekta na ciebie... Zręcznie wyliczaj majątki, syp złotem, gdzie potrzeba, ale nie bądź rozrzutny. Nazywaj mnie skąpcem i daj się domyśleć, że sam masz żyłkę do tego...
— Ale, kochany hrabio! — przerwał zniecierpliwiony Sylwan — proszę mi wierzyć, że sobie dać rady potrafię... Nie jestem dziecko: plan mam gotowy...
I uśmiechnął się zawczasu zwycięsko.
— Ja nie wątpię, że sobie poradzisz we wszelkim wypadku, — rzekł stary Dendera — przecież ojcowskie życzliwe przestrogi także się na coś przydać ci mogą, wierz mi, mój kochany!
Sylwan zamilkł, ale wyraz jego twarzy zdawał się powiadać, że nikt w świecie skuteczniej mu nad niego samego nie poradzi.
— Co się tyczy majątku — mówił dalej Zygmunt-August — potrzeba być jak najostrożniejszym... Ludzie się stroją w miljony fałszywe, jak kobiety w podrabiane brylanty: nie ich samych, ale jubilerów pytać o nie potrzeba...
— Znajdziemy i jubilerów — rzekł, uśmiechając się i gładząc wąsika, Sylwan.
— Na mniej jak ostatecznie pół miljona, nie daję ci błogosławieństwa — dokończył stary. — Młody człowiek, taki jak ty, daleko więcej wziąć powinien...
— Ja się też półmiljonem zadowalniać nie myślę, chybabym się zakochał! — wykrzyknął Sylwan.
— Nie spodziewam się, żebyś zrobił to głupstwo — rzekł ojciec. — Zostaw to na później lub obróć, jak chcesz, sentyment, ale go do małżeństwa nie mieszaj... Najlepsze stadła tworzą się rachubą, wierzaj mi; najgorsze klei miłość, to dziś pewnik z przeszłości wzięty. Głupi tylko sentymentaliści trzymają inaczej.
— Byleby pieniądz! — dodał młody. — Wszystko zaś sobie na tym zepsutym świecie kupić można.
— Nawet poczciwość! — rzekł stary. — Znałem łotrów, co rozbijali całe życie, ale że im szczęście sprzyjało, na pogrzebie stawiono ich za wzory cnoty i poświęcenia. Pan X., naprzykład, co miljony na podradach zrobił, nazywał się dobroczyńcą kraju; Pan F., co procesami wypieniał wsi kilkanaście, jedną z najpotężniejszych inteligencyj praktycznych naszych czasów; pan M., co zgniłe sukna swoich fabryk prowadził na targi, twórcą krajowego przemysłu, i t. p.
Sylwan niebardzo słuchał, podśpiewywał, ale ojciec troskliwy wciąż mu w tym rodzaju naukę moralną kładł w uszy; nareszcie przyszli do szczegółów wyboru, a gdy się okazało, że młode hrabię o niczem nie zapomniało, co tylko do osiągnienia wielkiego celu posłużyć mogło: stary Zygmunt-August Dendera z radością uściskał godnego swojego następcę.
Nazajutrz rano stanęły ekwipaże przed mieszkaniem Sylwana: koczyk jak z igły, szarabanik prześliczny, konie jak lalki, uprząż choć do miasta; i nic nie było do zarzucenia, chyba zbytek staranności temu przyborowi konkurenta. Wszystko w nim zdradzało człowieka wielkiego majątku, przywykłego do wygód, nie oglądającego się na wydatek i umiejącego w najmniejszej rzeczy dowieść wrodzonego, wyssanego z mlekiem smaku... Sylwan uśmiechał się do przyszłości i napędzał tylko ludzi, by co najprędzej rozpocząć tę pogoń za miljonami, która go do celu upragnionego, do żywota próżniaczego, do zbytków i przepychu, do wesołego użycia młodości doprowadzić miała...
Już konie stały zaprzężone, już się nawet żegnać miano i hrabina Eugenja przygotowywała łzy, które na rozkaz wytrysnąć miały, gdy prawie jednocześnie dwa powozy wsunęły się na pałacowy dziedziniec.
W jednym z nich poznano przybywającego Wacława, który chciał przed odjazdem Sylwana pożegnać, w drugim siedział hrabia Walski, rzadki gość w Denderowie. Zapewne go sobie czytelnicy nasi przypominają z nauk, jakie dawał Sylwanowi, kiedy się ten jeszcze pełen nadziei kręcił około Frani. Nie wiedząc o jego potajemnem ożenieniu z panną Strzembówną, w początku Cesia rzuciła nań była okiem i rachubą, ale Sylwan dał do zrozumienia jej i matce, że starania o to na nicby się nie przydały. Zapomniano więc o hrabi i on widać Denderowa zapomnieć musiał, bo od bardzo dawna znajomych swych nie odwiedził.
Oba powozy prawie jednocześnie zatoczyły się przed oficynę i dwaj młodzi ludzie zbliżyli się do hrabiego i Sylwana, stojących w ganku i rozporządzających ostatkami wyboru w drogę.
Wacław, który kilkaset dukatów na tę podróż dopożyczył, ażeby potrzebnego tysiąca dopełnić, miał prawo brata pobłogosławić, a zawsze grzeczny, sam przyjechał, bo nie chciał rozstać się bez pożegnania; był zaś pewien, że Sylwan, raz schwyciwszy pieniądze, już do Palnika nie wstąpi.
Niespodziewani ci goście na chwilę zachmurzyli Sylwana, któremu pilno już było z gniazda na skrzydłach nadziei wylecieć; ale musiał się uśmiechnąć do Wacława, którego mógł znowu potrzebować i do hrabiego Walskiego, bo z nim stosunki utrzymać należało. Wszyscy więc, wesoło gwarząc, weszli do apartamentu starego hrabiego, który, do pałacu po śniadanie posławszy, zabierał się przed Walskim odegrywać swą wiekuistą komedję wielkiego państwa.
— Dokądże to się Sylwan wybiera? — zapytał hrabia. — Bo widzę, że nielada obmyślił wyprawę i coś to na długą podróż zakrawa.
— Nic nie wiem — odparł stary Dendera. — Kaprys młodzieńczy i bujna fantazja wypędzają go z rodzicielskiego domu; chce się użyć świata, pohulać, pójść pomiędzy ludzi i sypnąć trochę pieniędzy. Nic nie mam przeciwko temu, il faut que jeunesse se passe; sam byłem młody... Dom później lepiej zasmakuje!
— Zagranicę jedziesz? — zapytał Walski Sylwana.
— Nie, o paszport trudno; do Warszawy tylko, na zimę, może na dłużej, jeśli mi się podoba. Mnóstwo tam Wołyniaków, Ukraińców, Podolaków osiada, tworzy się towarzystwo miłe; są resursa dla młodego, jak ja, człowieka. Zachciało mi się i ruszam.
— Pozwól sobie powiedzieć, — dodał Walski — że jak do miasta, djable się gromadno wybierasz: konie, ludzie, powozy!
— Jużciż bez koni być nie mogę, bez wierzchowego się nie obejdę... No! kilku ludzi mi potrzeba...
— To ci djable kieszeń wysuszy! — rzekł Walski.
— Mówiłem mu to, — z dobrą fantazją odpowiedział stary Dendera — ale hrabia chce puścić parę tysięcy dukatów między ludzi, cóż z nim zrobić?... Zresztą — dodał z pewną dumą — na to nas stało! Je le lui accorde volontiers.
Powiedział to, jakgdyby przed kilku dniami nie zapożyczyli się u Wacława, jakby dom w niepotrzebny zapas obfitował, z miną magnata, który rzuca nic nieznaczącą sumkę dla jakiegoś chwilowego zachcenia. Hrabia Walski uczuł niestosowność dalszej w tym przedmiocie rozmowy i odwrócił ją zręcznie.
— Zrobiłem tę uwagę Sylwanowi — rzekł — i bardzo za nią przepraszam, boć kogo na to stało, powinien groszem swym podsycać przemysł krajowy. Zazdroszczę ci, Sylwanie, bo się dobrze zabawić możesz.
— Spodziewam się — dodał z uśmiechem pełnym próżności Sylwan. — No! a i ty, Wacławie, podobno także ruszasz do miasta?
— Być może — odpowiedział skromnie Wacław. — Uregulowanie moich interesów, ze spadku wynikłych, potrzeby domowe na jakiś czas może mnie także do Warszawy zapędzą.
— A to doskonale! Ja pojadę kwatermistrzem i, nim nadjedziesz, już się pewnie tak poznam z miasteczkiem, że ci będę mógł służyć za cicerone.
— Dziękuję! — z ukłonem rzekł Wacław. — Mam nadzieję, że się żegnamy na krótko i do zobaczenia!
Rozmowa szła tak przerywana, skacząc na różne przedmioty, gdy zamiast śniadania, które przynieść miano do oficyny, przyszedł kamerdyner oznajmić, że hrabina czekała z niem w pałacu.
Była to robota Cesi, która, zobaczywszy Wacława, bojąc się, by jej nie uciekł, uprosiła matki, żeby śniadanie u nich podano.
Ostatnie jej manewry z Wacławem, jakkolwiek nieszczęśliwe, nie odebrały jej wcale nadziei przyciągnienia go jeszcze. Miała w zapasie Farureja na wszelki wypadek, ale wołała braciszka, a nadewszystko zwycięstwo nad tą Franią, której szczęście ją gniewało. Wacław był bogatszy od starego konkurenta, młody, przystojny, w sercu jej dla niego trwało jakieś nieopisane uczucie, które choć się może miłością nazwać nie godziło, pragnieniem było drażniącem, zniecierpliwionem, niespokojnem, gwałtownem. Rachowała na swój wdzięk, na dowcip, na wspomnienie lat dawnych, na słabość Wacława, na swoją umiejętność i szczęście... Nie chciała opuścić żadnej zręczności przybliżenia się do niego, uwikłania go w nowe sieci i, wybierając się do salonu, długą i ważną miała ze zwierciadłem naradę. To też wystąpiła w całym blasku, z całą zalotnością kobiety, która chce się podobać i na zdobycz czyha z gorączką zwycięstwa, z uporem młodości.
Wszedłszy do salonu, zastali matkę nie mniej od córki wyświeżoną, a Cesię przy niej z minką nawpół smętną, półszyderską i trochę dumną, z którą, jak sądziła, było jej najlepiej do twarzy. Ubiór jej, choć wiejski, choć porankowy, wielce strategicznie był obmyślany. Wiedziała, że Wacław lubił kolor czarny, że w nim, jak utrzymywał, najlepiej jej było, wzięła więc szlafroczek floransowy, ożywiając go szeroką ponsową pod szyją wstęgą, do boku przypięła odniechcenia bukiecik rezedy, rączkę zamknęła w obcisłą rękawiczkę, w której się jeszcze szczuplejszą wydawała, niż była w istocie, i koniec drobnej nóżki w prześlicznym trzewiczku ukazując z pod sukienki, siadła, dobrze obrachowawszy linje, które jej kibić oznaczały. Stary Dendera, który swoją rodzinę i dzieci znał tak doskonale, że się na żadnej myśli tajemnej syna i córki nie mylił nigdy, postrzegł odrazu, wchodząc do salonu, że Cesia miała jakieś zamiary zbrodnicze. Ale na kogo? — tego odgadnąć nie umiał.
— Filut dziewczyna — rzekł w sobie — to zapewne próbować myśli Walskiego, czy go nie spokusi, bo jej Farurej nie do smaku i radaby się go pozbyć, gdyby znalazła zastępcę na jego miejsce. Uważałem, że Walskiego, gdy tu był przeszłą razą, dosyć śmiało łapać usiłowała. Cha! cha! niezłaby i to była partja, choć Farureja wolę, może zaraz po ślubie z jakiego nadużycia nogi zadrzeć; Cesia mi majątek da w zarząd i interesa się poprawią.
W tej rachubie starego Dendery, który z myślami o przyszłości kręcił się około śniadania, dosyć było sprytu, ale mylił się bardzo pan hrabia, sądząc, że Cesia zda mu interesa swoje. Jakkolwiek młodziuchna, córka jego już znała i wartość pieniędzy, i przyjemności swobody, i wady ojca, i to, co ją pod jego rządami czekać mogło.
Pani hrabina udawała smutek z powodu odjazdu syna z talentem niepospolitym, nadając mu barwę właściwą macierzyńskiemu niepokojowi, troskliwości rodzicielskiej, obawie o przyszłość, tęsknocie za dziecięciem. Melancholja jej była poważna, pełna zamyśleń, rzekłbyś, modlitwy i namaszczenia, ale w sercu wiał wiatr próżności po pustce bez granic.
Hrabia Walski, na którego Cesia, pomimo rachuby ojca, niewiele zwracała uwagi, przysiadł się do samej pani domu; stary Dendera począł się umawiać o coś i naradzać z synem, a Cesia, niedługo czekając, pochwyciła, jak zdobycz sobie należną, Wacława. Grzeczność nie dozwalała mu uciekać od pięknej kuzynki, a ostrożność zmuszała rozmowę prowadzić w tonie lekkim i żartobliwym, który nie dopuszczał do sentymentu i wspomnień. Cesia wszakże umiała i w tej chłodnej atmosferze umieścić to, co jej się zdawało potrzebnem. Przed wyjazdem Sylwana pochwyciła Wacława pod pozorem pokazania mu kwiatów, które teraz namiętnie jakoś lubić zaczęła, i wyprowadziła go do maleńkiej szklarni, urządzonej naprędce przy salonie.
— Pomiędzy temi pięknemi kwiatami — odezwał się Wacław, oglądając wazony — musi być wiele pamiątek od marszałka Farureja: to mi tłumaczy, dlaczego się tak pani zajmujesz niemi.
Cesia ruszyła ramionami, gdyż wspomnienie Farureja, w ustach Wacława zwłaszcza, było dla niej przykre jak wyrzut, jak szyderstwo: lekki rumieniec pokrył bladą jej twarzyczkę.
— Daj mi pan z nim pokój, — odpowiedziała szybko — będę go dosyć miała przez całe życie; tymczasem możemy o nim trochę zapomnieć.
— Aż zapomnieć? — zapytał Wacław — jakto? zapomnieć?
— Chociażby — szepnęła Cesia. — Przypomnim go sobie, gdy będzie potrzeba.
— Zapomnieć! — raz jeszcze powtórzył młody człowiek. — Byćże to może?
W tem naleganiu żartobliwem Cesia upatrzyła więcej, niż było, a raczej udała, że w niem widzi wiele. Spojrzała na Wacława z uśmiechem zalotnym i smutnym i, zgóry postanowiwszy sobie postępować z nim napastniczo i śmiało, odpowiedziała bez wahania:
— Wszakże pan mnie posądzić nie możesz, żebym szła za niego z szalonego przywiązania, z miłości, w którą trudno uwierzyć. Zdaje mi się, że w tem niema sekretu. Nie mam wstrętu, to już wiele, ale nie mam i przywiązania: będzie to rozumne małżeństwo wedle świata... Zdaje mi się, że na całej ziemi chyba jednemu marszałkowi przyśnićby się mogło, że go kocham...
— Pani żartujesz — rzekł Wacław.
— Nie, mówię serjo, mówię prawdę szczerą... Nie kocham go naprzód dlatego, że to wcale nie do kochania człowiek: więcej potrzebuje rumianku i plastrów, niż serca i kochanki; powtóre...
— To powtóre już całkiem zbyteczne. Lecz gusta na świecie tak są różne, a marszałek tak miły!
— Miły! — zawołała, śmiejąc się. — Panie Wacławie, nauczyłeś się kłamać! Toby było dziwactwo, udawanie; ja jestem zbyt prostoduszna, ekscentryczność mnie nie wabi. I jeszcze powtórzę „powtóre“, według pana zbyteczne; nie kocham go, bo może całkiem kochać nie mogę.
— Temubym łatwo uwierzył.
— Jak zawsze, panowie wszelkiemu złemu rychlej wierzycie. Dlaczego, proszę?
— Bo w istocie pani nie możesz i nie powinnaś kochać.
— Dlaczegoż miałabym sama jedna być wydziedziczona z tego uczucia?
— Jakąś fatalnością może.
— Za jakież przewinienie?
— Tak głęboko zajrzeć nie umiem w tajniki przeznaczenia; aleś mi pani kiedyś, dawniej, mówiła sama, żeś mieć powinna chwalców i niewolników, a nigdy kochanka.
— To żarty, — cicho i niby z uczuciem odezwała się Cesia — ale w nich połowa myśli prawdziwej, którą mi bolesną wyrządzasz przykrość. Czyż tak sądzisz w istocie? Jestli to tylko dowcipne szyderstwo, czy wyraz przekonania?
— Ja nie mam dowcipu, — rzekł Wacław — a co myślę, to mówię — dodał poważniej.
— Tak myślisz? Cha, cha! — szydersko, ale widocznie dotknięta boleśnie zawołała Cesia, w której oczach łzy się zakręciły mimowolnie, łzy gniewu i cierpienia. — Tak! nie mylisz się może! Nie umiem i nie mogę kochać! Jestem furją, Eumenidą, czemś potwornem, bez serca, bez czucia, tak jest! odgadłeś, odgadłeś!
Powiedziała to żywo, zrywając liście z biednej roślinki, która się jej nastręczyła, a zachmurzone jej czoło, choć oczy już były suche, okazywało, jak była dotknięta.
— Śmieszni ludzie, — dodała pocichu — śmieszne sądy ludzkie! Dla nich to tylko jest, co widzą, czego dotkną...
— Dlaczego pani to bierzesz tak żywo, — przerwał Wacław, zmieszany tym rozmowy obrotem — między miłością a nieczułością zupełną jest tyle stopni i odcieni! Pani masz serce anielskie; ale daruj, że w niem, nie sądzę, żeby się pomieścić mogło przywiązanie długie, stałe, namiętne, porywające, odbierające przytomność. W człowieku nigdy dwie władze wielkie obok siebie istnieć nie mogą: pani masz nadto rozumu i dowcipu, byś mogła tyleż mieć serca.
— Sofista! — odparła Cesia — pochlebca! Czyż tylko to jest, co się widzi? powtarzam. Może najwięcej jest serca, gdzie go widać najmniej, a pod szatą arlekina często żałobny rąbek ukryty... Uczucie, najdroższy skarb, musi się taić w głębi serca... obawia się lada chłodnego powiewu...
— Rzućmy ten przedmiot drażliwy! — przerwał Wacław.
— Nie, owszem, mówmy o tem — nastawała Cesia. — Pan sądzisz, żem zimna syrena, chłodna, obojętna, zalotnica i nic więcej? Nieprawdaż?
Wacław milczał i udawał, że się pilnie przypatruje rozkwitającej gloksynji.
— Ale mówże pan! — zawołała Cesia, niecierpliwie tupiąc nóżką. — Odezwij się.
— Nie znam pani, jak widzę, a nim osądzę, poczekać potrzeba, — odezwał się Wacław — więc odłóżmy odpowiedź...
— Jest więc nadzieja rehabilitacji, — rozśmiało się dziewczę, rzucając ku niemu wzrok zaiskrzony — chwała Bogu! jest nadzieja: każesz mi pan poprawić się i nowy zdać egzamin! Będę miała lepsze zdanie, jak zasłużę.
Śmiech suchy, gniewny prawie, zakończył tę rozmowę, która się nie zamknęła czułemi wspomnieniami, jak chciała Cesia, ale to był początek dopiero. Sylwan się śpieszył i wybierał, potrzeba było powrócić do salonu dla samej przyzwoitości, choć wyjazd brata wcale nie trapił siostry.



Gdy się to dzieje w oranżeryjce, hrabia Walski, po śniadaniu, wziąwszy pod rękę Sylwana, wyszedł z nim do przyległego gabinetu. A że z sobą byli dobrze, bo przybyły nie przypuszczał w przyjacielu zepsucia, jakie go toczyło, Sylwan zaś rad był na stopie poufałości żyć z człowiekiem, którego wyższość czuł instynktowo, wprędce przyszło do zwierzeń.
Na zapytanie dokąd i w jakim jedzie celu, Sylwan schylił się do ucha hrabiego i szepnął mu:
— Nie mów nikomu, ale mi to życie kawalerskie obrzydło: myślę się żenić.
— Tak prędko? — zapytał Walski — a owa Frania?
— Tam mnie ubiegł kuzynek — rzekł, wskazując Wacława, Sylwan — i bardzo mu za to wdzięczen jestem: nie było w tem sensu, a mógł być kłopot wielki; miałeś słuszność!
— Uznałeś przecie, żem ci dobrze radził? — smutnie odezwał się hrabia.
— I twoje rady wiele wpłynęły na moje postępowanie, — przerwał Sylwan — ochłodłem, pomiarkowałem się: ciągnęli mnie, alem odstąpił, a pana Wacława złapali i tak go obmotali, że się żeni.
— Widzisz, — szepnął przyjaciel nie bez trochy dumy, że rada jego była trafna — przepowiadałem ci, że mogłeś wpaść w matnię i skończyć ożenieniem napozór lekkie miłostki. Spowiadajże mi się szczerze z tej myśli ożenienia, z którą wyjeżdżasz.
— Poprostu znudził mnie Denderów, okolica, pustka mego kawalerskiego pokoiku, której garderobiane mojej matki zaludnić nie mogą; chcę poszukać, zakochać się może i ożenić.
Nie przyznawał się wcale do rachuby, z jaką z domu wyjeżdżał, ale Walski musiał ją przeczuć.
— Trochę mam doświadczenia, — rzekł, wzdychając — znowu ci dam radę, Sylwanie: nie śpiesz się, nie śpiesz. Zrób projekt dopiero, gdy ci serce uderzy żywo, albo gdy bić już przestanie i zimną tylko rachubą będziesz się mógł pokierować. Jedziesz z głową nabitą ożenieniem; możesz znowu wpaść na wilczą jamę... Powoli, powoli! ostrożnie!
— Ale bo widzę, masz mnie za dziecko nieostrożne, — oburzył się nieco Sylwan — za dziecko, które przy każdej świecy osmalić się musi. W głębi wprawdzie mam tę myśl ożenienia, ale wielu a wielu potrzebuję warunków...
— Chcesz się zakochać?
— Trochę... a nadewszystko chcę, żeby to ożenienie było zgodne z położeniem mojem na świecie. Chcę, żeby w niem nie było zawczasu nasienia przyszłych zawodów i utrapień.
— Wiele chcesz — zawołał Walski — i nadto na rozum swój rachujesz. Śmierć i żona, od Boga przeznaczona, — z westchnieniem dodał powoli hrabia — a co przeznaczone, to nie minie... Wiesz moją historję — rzekł po chwili. — Zacząłem od młodzieńczych miłostek, skończyłem na nierozważnem ożenieniu; pożycie zawiodło przestrach mój i obawy: byłem szczęśliwy.
— Jakto byłeś? — podchwycił Sylwan.
— Od pół roku owdowiałem — dodał hrabia — i czuję się osieroconym, niewypowiedzianie biednym. Gryzą mnie wspomnienia tylko! O! życie — rzekł — dziwna, straszliwa zagadka!
Sylwan stanął zdziwiony: pomyślał chwilę i, wnet przywykłemu do arytmetyki, przyszły rachuby na wdowca, porównania Farureja z Walskim... majątek jego, stosunki.
— Trzebaby o tem szepnąć mamie i Cesi! — powiedział sobie w duchu.
Walski po chwili zamyślenia podniósł głowę, obrócił się do Sylwana i począł mówić swobodniejszym głosem, zepchnąwszy smutek w głąb serca.
— Ożenienie, mój drogi, jest najważniejszym krokiem w życiu człowieka, ale i to pewna, że ono najmniej od niego zależy. Co krok spotykamy tu dowody mylności przewidzeń ludzkich: to, co się zwiastuje z zorzą szczęścia, kończy się brudnym łachmanem intryg i męczarni wzajemnych; co się obiecywało chłodem, rozpłomienia; co miało dać spokój, gryzie; czego się lękano, przynosi nam wszystko dobre.
— Sofisto, — zawołał Sylwan — wierzysz w przeznaczenie, a nie chcesz przypuścić, widzę, ani rozumu, ani rządzącej życiem woli. Czemże u ciebie człowiek?
— Im więcej na niego patrzę, tem mniej go rozumiem, — rzekł Walski — ale wróćmy do ciebie i ożenienia. Powoli, Sylwanie, powtarzam, powoli! Już mi się to nie podoba, że jedziesz z projektami, rozbijesz się o pierwszą skałę, która ci się wyda lądem.
— Hrabio, — odparł Sylwan z uśmiechem zarozumienia — nigdym się nie rozbił o nic i nie rozbiję. Serce trzymam na pasku, a rozum puszczam przodem.
— Jakiś ty młody! jaki szczęśliwy! — rzekł Walski. — Doprawdy aż ci zazdroszczę. Ha! może ci się uda! Ale pamiętaj jeszcze jedną przestrogę moją: jeśli chcesz szczęścia, nie szukaj go zbyt wysoko. Nie myślę cię zachęcać, żebyś się ożenił z pierwszą lepszą subretką, bo na to ci rozum twój nie pozwoli; ale na Boga! nie sięgaj zbyt górnie. Może wspomnienie mojego szczęścia mnie uwodzi, ale się boję kobiet naszego świata.
— W tem nie masz słuszności, — odparł Sylwan — kobiety są wszędzie jedne, a nasze mają to za sobą, że forma powabniejsza, że wdzięk w nich większy, że samo zepsucie jakoś w nich pokryte wstydem i poetycznemi obsłonkami.
W tej chwili wszedł stary Dendera, goniąc za Walskim, a nie chcąc Cesi przeszkadzać w rozmowie jej z Wacławem; jednakże hrabia miał czas jeszcze szepnąć Sylwanowi:
— Bądź ostrożny!... Mniej rozumu, więcej użyj serca do tej sprawy... Życzę ci szczęścia...
— Bądź spokojny, dam sobie radę — odpowiedział Sylwan.
— No, hrabio, — przerwał Zygmunt-August — konie twoje gotowe. Każ je odprząc lub ruszaj. Wolałbym, żebyś jeszcze dzień jaki nam darował!
Okazywanie czułości dzieciom wchodziło w plan Dendery: przy ludziach chciał być ojcem troskliwym, namiętne więc do nich przywiązanie okazywał wobec świata.
— Zostań, zostań — rzekł, nagląc Sylwana, który dosyć chłodno przyjmował te oznaki serca, wiedząc, ile w nich było prawdy. — No! dzionek mnie i matce daruj jeszcze, proszę cię!
— Jeżeli moje przybycie ma Sylwanowi mieszać szyki, — zawołał Walski — ja i tak dziś jechać muszę; nie warto, żeby się dla mnie wstrzymywał. Wstąpiłem, nie chcąc ominąć Denderowa, ale pilny mam interes i za godzinę wyruszę.
— I ty, hrabio, i Sylwan zostaniecie! — rzekł stary Dendera, choć w istocie nie myślał ich zatrzymywać — ot tak! dla mnie!
— Ja muszę pośpieszać, bo mam dzień wyznaczony — kłaniając się, odrzekł hrabia.
— A ja — dodał Sylwan — żeby nie przedłużać rozczuleń i pożegnań, także jadę.
— Toście panowie oba niegrzeczni! — odezwał się stary Dendera. — Ale butelkę węgrzyna strzemiennego wysuszym? — zapytał z uśmiechem i znaczącem przymrużeniem oka.
Nikt nie był od tego i kamerdyner wniósł zaraz na tacy zapleśniałą butelkę węgrzyna, który tak był fabrykowany, jak uśmiechy i łzy denderowskie.
Żydek z bliskiego miasteczka robił te stare wina co roku: a był to artysta w swoim rodzaju. Rozmaitych ingredjencyj mieszaniną lada lurze nadawał bardzo zręcznie smak różnego wieku węgrzyna, edukował korki, pozorem pleśni oblepiał butelki; słowem, zaopatrywał piwnicę w zawołane, myszką trącące napoje, na których się większa część gości oszukiwała. Hrabia najbezwstydniej opowiadał historję każdego maślacza, który, wedle regestrów piwniczych, zbutelkowany był tego a tego roku, a ludzie wychwalali jego lochy, chociaż w nich ledwie kilkadziesiąt butelek istotnie starych win od wielkiego dzwona w kątku stały oddzielnie. Te podawano tylko przy bardzo wielkich znawcach, z którymiby się skompromitować można.
Węgrzyn, nalany w kielichy, wonią silną rozszedł się po pokoju; poczęto admirować jego bursztynowy kolor, tłustość, smaczek i twarze się rozweseliły, a Dendera, korzystając z tego usposobienia, usiłował wstrzymać Walskiego, na którego już miał pewne osnute projekta: zamiany dóbr przyległych.
Na nic się to jednak nie zdało, bo pośpiech Sylwana, któremu nie wiedzieć czego pilno było w świat, przyśpieszył także wyjazd Walskiego. Zaraz po śniadaniu hrabia wziął za kapelusz, a syn, nastrajając fizjognomję dla przyzwoitości, podszedł ku matce, która już chustkę napogotowiu trzymała i do oczu ją przyłożyła. Poczęły się serdeczne uściski, błogosławieństwa i cała znowu komedja rodzicielskich uczuć. Nie przeczę, że w nich coś było prawdy, że serce, jakkolwiek zamarłe, ozwało się o prawa swoje: ale ci ludzie w objawieniu najprawdziwszego nawet uczucia szczerymi być nie mogli: komedja mieszała się z prawdą. Hrabina dochodziła aż do użycia eteru i wódki kolońskiej; hrabia przybrał fizys magnata, wyprawiającego syna na wojnę z niewiernymi. Cesia ubrała się w melancholję i zamyślenie, kilku nawet westchnieniami wytłumaczyła się z ucisku swojego serca.
Dendera w ganku, wyszedłszy ze wszystkimi, siadającemu już synowi krzyżyk zrobił nad głową, matka dała mu relikwjarzyk, siostra czułe uściśnienia i Sylwan rzucił się znudzony do koczyka, a konie z kopyta poniosły Cezara i jego fortunę. Wszystko to było tem śmieszniejsze dla patrzących, że Sylwan jechał tylko do Warszawy, wszyscy wiedzieli poco, nie na długo i z najweselszemi w świecie nadziejami, które, pomimo przybranej maski, z twarzy jego wytryskały.
Po chwili ruszył za nim hrabia Walski, a Wacław sam pozostał, wybierając się także do Palnika; ale mu Cesia i stary Dendera wyjechać, jak chciał, nie dali: zaczęto go prosić, wstrzymywać, naglić i tak usilnie nastawać, że śmiesznościąby się było im opierać. Wacław więc na obiad pozostał. Matka i ojciec, pod pozorem opłakiwania wyjazdu syna, ustąpili natychmiast prawie, a Cesia wzięła na siebie bawienie kuzynka.
Nadskakiwania jej i zalotność nadto były widoczne, żeby się na nich nawet ten, do którego skierowane były, nie poznał. Wacław czuł grożące mu niebezpieczeństwo, zbroił się przeciwko niemu wspomnieniem Frani, obraniał, przywodząc na pamięć przeszłość swoją, a pomimo to widział, że ucieczka byłaby najwłaściwszym środkiem. Cesia zkolei szyderska, czuła, zamyślona, nieszczęśliwa ofiara, to znowu zimna i nielitościwie pomiatająca wszystkiem, przedstawiała się Wacławowi ze wszystkich stron, usiłując zgadnąć, która z jej barw kameleonowskich najsilniej nań podziała. Wacław był grzeczny, dowcipny, ale ciągle pan siebie: a choć chwilami wspomnienie i niedogasłe jakieś uczucie wstrząsało nim jak prąd elektryczny, trzymał się zdaleka i ostrożnie. Szczęściem dlań, przypomnienie przeszłości było zarazem niebezpieczeństwem i tarczą: czerpał w niem silę do oparcia się Cesi. Położenie to jednak męczyło go niewypowiedzianie i rad był uciec do Palnika, do Wulki, wyglądając godziny wyzwolenia coraz tęskniej i niespokojniej.
I hrabia, i hrabina usunięciem się swojem z placu boju dowiedli, że Cesię zrozumieli, a stary Dendera, obrachowawszy wszystko, wierząc w to, że Wacław słaby poddałby mu się, wcale nie był przeciw zalotnym zabiegom córki. Kto wie, może już i starość Farureja i jego prawdopodobnie krótkie życie, i miłość Wacława, i obu ich majątki razem wchodziły w projekta spekulanta? Przed chwilą przebiegło mu przez głowę, że i Walski nie byłby złą partją: teraz znowu obrachowywał Wacława, a w jego przekonaniu zapas nigdy nie szkodził i rozumowi Cesi potrzeba było zostawić zupełną swobodę działania. Hrabina, przejęta uczuciami przyzwoitości, dlatego wolała Wacława, że córka, wychodząc za niego, nie miałaby pozoru ofiary: usunęli się więc oboje, w nadziei, że śmiała, żywa, pewna siebie dziewczyna musi nareszcie głowę kuzynkowi zawrócić.
Hrabia nawet, obawiając się dawnego wstrętu żony dla wychowańca, który tak świetną zrobił karjerę, pobiegł za nią do gabinetu, chcąc się z nią jasno i otwarcie rozmówić.
Odwiedziny te, rzadko się już bardzo przytrafiające, zadziwiły i zniepokoiły nieco panią hrabinę; ale jeden rzut oka przekonał, że się na ten raz wymówek i scen żadnych obawiać nie było potrzeba. Przybrawszy jednak na wszelki wypadek minkę ofiary, usiadła w fotelu, oczekując rozpoczęcia rozmowy.
Chére Eugénie! — odezwał się Dendera — nie będę ci się długo naprzykrzał, ale wybrałem tę chwilę, żeby z tobą pomówić o Cesi.
— Słucham hrabiego — cicho odpowiedziała pani, wąchając coś z flaszeczki, która ją nigdy nie opuszczała.
— Potrzeba, żebyśmy oboje w jednym postępowali kierunku i porozumieli się o jej przyszłości. Nie wątpię, że Cesia ma główkę nielada: trochę rozumu wzięła po mnie, wiele kobiecej zręczności po matce...
— Panie hrabio! jeśli w tym tonie mamy prowadzić rozmowę...
— Nie, chére Eugénie, to mi się tylko wymknęło mimowolnie. Farurej jest z pewnych względów partją wyborną, ale... ale...
— Nigdym mu córki mojej poświęcić nie chciała i serce moje na to się wzdryga: c’est monstrueux!
— Dajmy pokój sercu, kochana hrabino, rachujmy, to lepiej. Stary, zgniły, obrzydliwy, schorowany, ale ogromnie bogaty: zapisze Cesi, byle umiała nim pokierować, co zechce... Nie pożyje długo... to może nas zbogacić!
— Brzydzę się taką rachubą!
— A! i ja także! — rzekł, śmiejąc się, hrabia. — Ale świat stoi na rachunku! Cesia dosyć ma rozsądku, trzyma go na pasku, w odwodzie.
— Radabym, żeby się to zerwało! Przyszłość mnie przestrasza.
— A! chére Eugénie! — szydersko rzekł hrabia — przyszłość dla was jest zawsze pełna kompensacji! Niema się co obawiać, Cesia da sobie radę.
Hrabina silniej powąchała flaszeczkę, westchnęła i nic nie odpowiedziała.
— Z tem wszystkiem, — kończył hrabia — z tem wszystkiem, cobyś ty, hrabino, powiedziała, gdyby Cesia powróciła do Wacława, a Wacław do Cesi?
— Jakto wróciła? — zapytała hrabina.
— Jużciż musiałaś widzieć, że dawniej, dawniej próbowała na nim swej siły. Wacław pocichu się w niej kochał, a te nieszczęśliwe wypadki — dodał hrabia — rozerwały nie w porę bardzo dla nas szczęśliwie wiążące się między nimi stosunki... Dziś Wacław bogatszy od Farureja...
— Ale Wacław się kocha w tej... w tej tam szlachcianeczce.
— Cesia na to poradzi: właśnie chciałem cię prosić, żebyś jej nie przeszkadzała.
— Hrabia wiesz, — z przyciskiem odpowiedziała hrabina — że ja w domu nikomu nie przeszkadzam, bo nic nie znaczę... Róbcie sobie, co chcecie... ale...
— Ale co? — zapytał Dendera.
— Ale cała ta sieć intryg i rachub oburza mnie!
Zygmunt-August rozśmiał się szczerze i na całe gardło, a w tym śmiechu tyle było złośliwości, że pani hrabina w pierwszej chwili porwała się z krzesła. Rozmyśliwszy się jednak i przybrawszy minę męczennicy cierpliwej, usiadła znowu.
Chére Eugénie, — począł, spocząwszy, Dendera z miną poważniejszą — powiem ci szczerze, że na wszelki wypadek Wacław nam potrzebny: nie zawadzajmy im wcale, bądźmy ślepi... ot, o co cię prosić miałem. Cesia wie, co robi, i poprowadzi to do dobrego końca.
— Nie przeszkadzam nikomu, — szepnęła hrabina — nawykłam nie być panią w domu, nawet względem moich dzieci...
— Dajmy pokój wymówkom, za dalekoby to nas naprowadziło! — surowiej rzekł Dendera. — Widzę, że się na zasady zgadzamy, pomimo tego co się pani mówić podoba, więc jej dłużej utrudzać nie będę...
To mówiąc, skłonił się z przesadnem i szyderskiem uszanowaniem i pocichu wysunął się z pokoju. Hrabina po odejściu jego podniosła głowę, chmurnem okiem, z zagryzionemi usty popatrzyła na drzwi i chustkę, którą trzymała w ręku, cisnęła o podłogę, wstrząsając się cała...
— Niewolnica! niewolnica! — wymówiła pocichu. — A! to straszne... Całe życie tak przetrwać i nigdy swobodną nie odetchnąć piersią... Są istoty fatalnie na łup cierpieniu przeznaczone...
My wróćmy do salonu, do Cesi i Wacława, którzy naprzód przy otwartym fortepianie długo rozmawiali, powtarzając prawie ranne w oranżeryjce spory; potem, korzystając z pogody jesiennej, przez otwarte drzwi wysunęli się do ogrodu.
Dzień był piękny, ale chłodnawy; mnóstwo liści, otrząśnionych z drzew mrozem i wiatrem dni poprzedzających, trupem leżało pod nogami; w atmosferze, w powietrzu, w otaczającym pejzażu rozlegało się coś dziwnie smutnego, mimowolnie ściskającego duszę. Wacław zamyślony stąpał obok kuzynki, która to nań wymownie patrzała, to go drażniła półsłówkami i zaczepiała, chcąc wywieść z dotychczasowej obojętności, a naprowadzić na drogę uczucia, ale napróżno. Młody człowiek, patrząc na nią, myślał o Frani; mówiąc z nią, uciekał do Wulki i silnie się bronił miłością swoją od napaści zalotnicy.
— Nie pojmuję w panu tej obojętności dla Denderowa! — zawołała Cesia, po kilkakroć usiłując zawiązać rozmowę więcej znaczącą. — Tyle lat tu spędzonych, lat młodości, lat rozkwitu, powinnyby zrodzić jakieś uczucie, jeśli nie dla ludzi, to dla miejsca...
— Możeszże pani pomyśleć nawet, że mi Denderów obojętny?
— Myślę, bo widzę... Mnie się zdaje, że i do więzieniabym się nawet przywiązała.
— Do więzienia! — powtórzył młody człowiek z uśmiechem znaczącym. — O! i ja też przywiązałem się do niego! Ale czyż i to nienaturalna, gdy kto raz pierwszy ma swój, własny swój kątek; gdy poczyna być panem siebie; gdy mu Bóg da domek i ciszę, i niezależność, żeby się do nich całem sercem przywiązał, zamykał, by ich użyć i rozkoszował nieznanem w życiu dobrem?
— To nie przeszkadza pamiętać o przeszłości.
— Któżby ją mógł kiedy zapomnieć?
— Nie mów pan tego, umiesz to doskonale. A jednak... — dodała smętnie z pełnem wyrazu spojrzeniem — był czas, był czas, żem inaczej o jego uczuciach dla nas... dla mnie... sądzić miała prawo...
— Uczucia te w niczem się nie zmieniły — rzekł Wacław chłodno, postrzegając się, że rozmowa niebezpiecznym iść poczyna torem.
— O! i bardzo! — zawołała Cesia, spuszczając oczy. — Obcy ludzie zajęli miejsca nasze, owładli parem Wacławem i kazali zapomnieć przeszłości.
— Powinienem być wdzięcznym i dziękować za te wymówki — odezwał się Wacław po chwili namysłu. — Dowodzą one jakiegokolwiek mną zajęcia, na które, nie sądzę, żebym zasłużył...
— Niewdzięczny! — zawołała Cesia z dobrze odegranem uczuciem. — Wówczas, kiedyś był dla wszystkich ubogim chłopcem, bez przyszłości, przypomnij sobie...
Nie dokończyła, ale Wacław uczuł się wzruszony: tak łatwo jest wmówić uczucie i przetłumaczyć przeszłość!
— Ja wszystko pamiętam, — rzekł żywo — za wszystko wdzięczen być umiem; i jedna kropla wody, i jedno spojrzenie nie utonęło w mroku dla mnie, czuję je, widzę, złożyłem w mojej skarbnicy...
— Tak! z zeschłemi liściami w jesieni... jak nieżywe zwłoki! — przerwała Cesia.
I mówiąc to, schyliła się do grządki, na której ostatkiem życia puściła była i zakwitła spóźniona rezeda, zerwała ją i podała Wacławowi, z wejrzeniem pełnem zamglonych tajemnic.
— Rezeda jeszcze się zieleni, nicże ona nie przypomni? — spytała pocichu.
— I owszem, pani! — otrząsając się z uczucia, rzekł Wacław — imieniny hrabiego, moją omyłkę i wielką a słuszną burę, którą dostałem od pani.
— Omyłkę? Pan sądzisz, że to była omyłka?! — podchwyciła kobieta.
Wacław spuścił oczy i umilkł.
— Omyłkę! — powtórzyła Cesia, zmieniając głos nieco. — Tak, najwięcej jest w świecie omyłek! O! i ja omyliłam się nieraz i nie na jednym człowieku!...
To powiedziawszy, dumnie podniosła głowę, zawróciła się i zawołała:
— Chłodno, nieprawdaż? Wróćmy do salonu, posądzonoby nas jeszcze, żeśmy umyślnie od ludzi uciekli, kiedy w istocie nie mamy sobie nic do powiedzenia pocichu!
Wacław zawrócił się milczący; cierpiał widocznie, męczył się i rad był wyjść z fałszywego położenia. Uwolniła go szczęściem sama hrabina, którą w salonie zastali z książką w ręku, poetycznie zadumaną. Przesiedziawszy kilka godzin jak na szpilkach, uciekł nareszcie od rozdrażnionej z litością i smutkiem w sercu.



Spojrzawszy na ten świat Boży, wśród którego miljony ludzi kręci się, spotyka, krzyżuje i wzajem o siebie ociera; na żywot nasz społeczny, na stosunki nasze z istotami otaczającemi, co chwila zdumiewać się musimy prawicy Bożej, która tak to wszystko urządziła, że każdy z nas przychodzi na naznaczone miejsce w danym czasie, każdy jest zarazem ofiarą i sędzią; a to, czego od swych współbraci doznaje i czem ich napawa, zawsze według zasad najściślejszej sprawiedliwości, nie ludzkiej, ale Bożej, obrachowanem zostało. Nic w istocie niema tu dowolnego, obojętnego, małoważnego; każdy krok ma swoje następstwa, każde słowo jest nasieniem uczynku, każdy uczynek wiedzie za sobą szereg nowych czynów, każde zetknięcie się człowieka z człowiekiem służy do czegoś, jest karą za przeszłość, nagrodą lub ziarnem, z którego coś nowego wyrośnie. Często maluczka chwila wyrokuje o losie całego życia; jeden krok stanowi o całej drodze, jeden rzut oka zawiera w sobie całą przyszłość, a wśród tego poplątanego kłębka ludzi i myśli, ruchów i czynów, świeci wszędzie idea sprawiedliwości, która tą trudną kieruje machiną.
Gdyby był Sylwan, wyjeżdżając z Denderowa, zatrzymał się trochę na prośby ojca i hrabiego Walskiego, gdyby się był o kilka godzin opóźnił, cała jego podróż i wszystko, co skutkiem jej wyniknąć miało, innąby przybrało postać. Pośpiech, z jakim ruszył, uczucie niepokoju, jakiego doznawał, wszystko to miało cel i znaczenie...
W pierwszej chwili, odjechawszy od ganku, rozparty w wygodnym koczyku, po dobrej jadąc drodze szparkim kłusem, rozkołysany do marzeń Sylwan puścił cugle wyobraźni i, jak to bywa w młodości, gdy przed nami wszystko jeszcze, począł budować zamki na lodzie. Fantazja jego, wyprzedzając konie, leciała już do miasta, do którego jechał, i witała świat nowy zawczasu uśmiechem zwycięskim.
Sylwan, który wierzył w siebie, widział się otoczonym ludźmi, patrzącymi nań z zachwyceniem, z uwielbieniem, z podziwem; kobietami, pociągającemi go wzrokiem i uśmiechem, powoli wchodził w grono nieznane i podbijał je, stając się panem umysłów, serc i namiętności. Królował więc wśród widziadeł, które sobie tworzył, wymyślał przeszkody na drodze do celu, stawiał nieprzyjaciół, z kart wystrzyżonych, i obracał wszystko na triumf swój i okrycie się większym blaskiem.
Ani się spostrzegł, jak wśród tego marzenia uleciał spory kawał drogi, i znalazł się na pocztowym gościńcu, którym miał już jechać aż do stolicy. Wzrok jego, zasłoniony przesuwającemi się przezeń urojonemi postaciami z przyszłości, błądził, nie zatrzymując się na przedmiotach; zresztą świat zewnętrzny mało w ogólności obchodził go zawsze, a w tej chwili mniej niż kiedy. Co mu było do tego, że słońce świeciło jasno, że niebo osnute było białemi półprzejrzystemi chmurkami, z za których harmonijnie gdzie niegdzie błękit łagodny przeglądał; że rośliny i krzewy, i ściernie jedwabne, srebrzyste obwijały pajęczyny, że woń, jesieni właściwa, i barwy tej smętnej pory roku otaczały go i dopominały się, by ich używał, by je rozważał. Sylwan nigdy nie wszedł w ten związek z naturą, poetów i artystów będący udziałem; nigdy nie pomyślał o świecie inaczej, tylko aby go użyć, aby zeń jakąś rozkosz, jakąś przyjemnostkę wycisnąć. I światła, i cienie, i barwy, i stworzenia Boże były mu obojętne, jak tylko nie przyczyniały się do nasycenia go, jak tylko mu się nie kłaniały; nigdy nie spojrzał na człowieka, aby się go uczył poznawać, spuszczał się w tem na swój instynkt, mając go za niechybny.
Prostym też wypadkiem uderzył oczy jego widok długiego szeregu powozów, który wypadło mu omijać. Po ich budowie, po ubraniu sług, po całem urządzeniu Sylwan poznał, że podróżni, których spotkał, nie byli z naszego kraju. Zrazu wahał się i wziął ich za Podolaków, ale wkrótce, rozpatrzywszy się lepiej, przekonał się, że to było jakieś galicyjskie państwo, świeżo gdzieś przez Radziwiłłów i Brody przybyłe na Wołyń i sunące się do Warszawy. Przybór był dosyć pański i wspaniały: szła przodem piękna wiedeńska kareta, sześcią końmi zaprzężona, z kamerdynerem na koźle, wyglądającym na półpanka; a przez spuszczone jej tafle widać było poważnego, siwawego mężczyznę i piękną, młodziuchną kobietę, z drugą podżyłą już i skromnie ubraną. Za nimi kocz, w którym chichotały dwie garderobiane czarnookie, z figlarnemi minkami subretek teatralnych; szaraban z kuchnią i bryczką zapewne z garderobą, rzeczami i resztą pakunku. Wszyscy ludzie tego dworu mieli miny sług zamożnego domu, powozy były nowe i piękne, zaprzęgi skromne, ale szykowne; słowem, wyglądało to na coś wcale znakomitego: i Sylwan, raz wyjrzawszy, zrobił sobie uwagę, że może los wysłał umyślnie naprzeciw niego to, co mu zgóry przeznaczał. Minąwszy więc, kazał zjechać trochę nabok, i przypatrzył się pilniej, zwłaszcza karecie, na drzwiczkach której odkrył nawet herb z baronowską koroną, nie krajowy, z trzech dziwnych kompartynentów złożony, trochę niemiecki, ale dość dobrą minę mający. Wszystko to razem zaintrygowało go niepospolicie i, nim do popasu dojechał, nabił sobie niepotrzebnie tem głowę, że należało mu koniecznie starać się dowiedzieć o podróżnych, a jeśli można, przybliżyć do nich. Manewrował więc stosownie: zwolnił kroku koni, wybierał na popas karczmę najwygodniejszą i, stanąwszy w niej, wyszedł z cygarem w ustach czatować, zgóry sobie zapowiedziawszy, że jeśli ci państwo nie zajadą do gospody, powlecze się dalej za nimi. Dobry kwadrans nie było widać ekwipażów; Sylwan już się poczynał zżymać z niecierpliwości, gdy nareszcie furgon, który karetę wyprzedził, zatrzymał się przed karczmą i służący wybiegł widocznie dla opatrzenia pokoju dla państwa, a stajen dla koni. Sylwan kazał się ludziom usunąć i zrobić miejsce, sam wyniósł się do maleńkiej izdebki i ułatwił popas, uśmiechając się, że mu los tak sprzyja i sam w ręce, czego pragnął, podaje. Ludzie z furgonu mówili po polsku i kamerdyner Sylwana, zręcznie się do nich zbliżywszy, potrafił zaraz wybadać, że jechali z Galicji do Warszawy, że pan ich nazywał się baron Hormeyer, że miał młodziuchną córkę, że był wdowcem, że był niezmiernie bogaty i t. d.
Wszystkie te wiadomości bardzo były pomyślne i Sylwan odszedł do swojego pokoiku, podśpiewując wesoło, właśnie gdy baron z córką i guwernantką wysiadali. Nie wypadało mu bardzo się im nastręczać, a rachował na podróż, że później musi mu ułatwić potrzebną znajomość. Z okna izdebki, którą sobie obrał, mógł zresztą przypatrzeć się znowu i samemu panu baronowi, który mu się wydał niezmiernie dystyngowanym człowiekiem najlepszego tonu, i córce jego, która bez żadnej przesady była idealnie piękną istotą. Wątła, delikatna, z płcią nadzwyczajnej delikatności i świeżości, z czarnemi oczyma ognistemi, ale smutnemi, baronówna, pomimo wyrazu jakiegoś zamyślenia i cierpienia, pomimo znużenia, malującego się na jej twarzy, zachwyciła go regularnością rysów i rodzajem piękności, jaki tylko w salonach arystokracji spotkać można. Wszystko w niej znamionowało pieszczone dziecię, może jedynaczkę wielkiego domu, otoczoną od dzieciństwa atmosferą starań najczulszych i wyhodowaną do świata, który miał przed nią uklęknąć. Guwernantka, a raczej dama do towarzystwa jej dodana, mogąca mieć lat czterdzieści kilka, miała też powierzchowność niezmiernie dystyngowaną. Sylwan patrzał jeszcze łakomemi oczyma, gdy widzenie przemknęło mu się i znikło; ale wrażenie pozostało po niem. Kamerdyner otrzymał zaraz polecenie badania podróżnych i zdawania sprawy z tego, co się dowie o nich i młody człowiek sam nie wahał się użyć wszelkich nawet niebardzo godziwych środków dla podchwycenia czegokolwiek z rozmowy i ruchów swych sąsiadów. Dziurka od klucza i cienkie drzwi, dzielące go od baronów, na niewiele mu się jednak przydały. Sylwan więc z danych już materjałów tworzył sobie historję. Dręczyło go tylko, że nazwisko barona Hormeyera całkiem mu było nieznane i nic nauczyć nie mogło, a mimo to i ludzie, i państwo mówili po polsku, i rodzina ta widocznie do krajowych się liczyła... Szczęściem przypomniał sobie Sylwan, że, przerzucając Niesieckiego w bibljotece ojcowskiej, mnóstwo w nim widział familij niemiecko-polskich, pochodzących z nad Renu, Saksonji, z Austrji, których nazwiska niezbyt były w kraju znajome, a procedencja niewątpliwie arystokratyczna. Zresztą herb na karecie dowodził szlachectwa starego; a Sylwan, raz sobie powiedziawszy, że to coś było niezmiernie pańskiego, wszystko do potwierdzenia swej myśli naprowadzał.
Rzeczy były na tym stopniu, gdy kamerdyner Sylwana, Ocieski, przybiegł zdyszany, oznajmiając, że i pan baron także, przypatrzywszy się powozowi, ludziom i koniom podróżnego, ciekawie się o niego samego Ocieskiego dopytywał. Kamerdyner, nie w ciemię bity, wiedział, co o panu mówić: powtórzył kilka razy tytuł grafa, napomknął o dobrach wołyńskich, podolskich, ukraińskich i galicyjskich; dał wreszcie do zrozumienia, że Sylwan był synem jedynym magnata i nie taił się, że jadą do Warszawy. Pocichu się o tem dowiedziawszy od Ocieskiego, podróżny nasz zatarł ręce i zagryzł wąsika, mrucząc pod nosem: „Tout va bien!
— Nie dowiedziałeś się, — spytał — gdzie myślą nocować?
— Ciągną do Uściługa.
— I my będziemy nocowali w Uściługu.
Składało się wszystko jak najpomyślniej i ku końcowi popasu Sylwan uznał w duchu, że, nie kompromitując się, wyjść może trochę przed karczmę z cygarem i nie powinnoby to mieć miny pragnienia gorącego zawiązania znajomości. Chociaż więc wyszedł obojętnie z rękami w kieszeniach i głową do góry, pilnował się, żeby z ciekawością, która go paliła, nie spojrzeć na nic baronowskiego. Stąpiwszy za próg, zawołał Ocieskiego, żeby konie co prędzej zaczął zaprzęgać; trochę ludzi połajał dla tonu i, ziewnąwszy głośno, wyszedł się przed karczmą przechadzać.
W chwilę potem baron pokazał się we wrotach, jakby umyślnie naprzeciw naszego podróżnego się wysunął.
Sylwan, choć pierwszy raz w życiu udawał, że admiruje krajobraz otaczający, nie odwracając się, miał czas z pod oka przypatrzeć się panu baronowi Hormeyerowi.
Był to mężczyzna, lat około pięćdziesięciu lub więcej mieć mogący, słusznego wzrostu, prosto i po wojskowemu się trzymający, czarno i skromnie ubrany.
Twarz jego, choć w podróży, świeżo wygolona, ubiór pięknego kroju i wdziany z trochą pretensji, zdradzały człowieka, który przywykł do miasta i baczności na siebie: żył znać na większym świecie i wytworność stała mu się nałogiem. Włosy jego, siwiejące już znacznie, ostrzyżone były nisko; ani wąsów, ani podbródka nie pozostawiła brzytwa na jego bladych i nieco pomarszczonych policzkach; czoło miał wzniosłe i pogodne, nos rzymski znacznie garbaty, usta wąskie i zacięte, oczy siwe z wejrzeniem powolnem i głębokiem. Cała ta postać dziwnie podobna była do tych na małych teatrach wystawianych ministrów i mężów stanu, którzy zwykli ukazywać się ze wstęgą na szyi i zwitkiem papierów w ręku. Sylwan widział w niej tylko coś dystyngowanego, arystokratycznego, pańskiego, co mu się niewymownie podobało i, niby coś sobie przypomniawszy, pomacawszy się po kieszeniach, szybko z przechadzki powolnej zawrócił się ku karczmie. Musiał przechodzić, wracając, obok pana barona, a ten, nie czekając powitania, jako człowiek dobrego wychowania, spotykający w pustyni swojej sfery towarzyskiej współbrata, zlekka mu się ukłonił; Sylwan oddał ukłon z większą niż zwykle grzecznością. Był to maluczki już początek znajomości; ale w tej chwili, kiedy mijać miał nasz podróżny pana barona, usłyszał za sobą po polsku, ale nieco z niemiecka złamaną mową wyrazy:
— Za pozwoleniem pana!
Sylwan zatrzymał się i grzecznie przybliżył.
— Nie mógłbym pana prosić o powiedzenie mi godziny? Zegarek mój stanął, obawiam się opóźnić.
Bardzo szczęśliwie Sylwan miał dany od ojca prześliczny repetjer Czapka z Genewy, który dobywszy, ukazał na nim dochodzącą już drugą.
— A! — zawołał baron — tak późno, a do Uściługa tak daleko i droga nieznajoma!
— Pozwolisz pan sobie powiedzieć, — pośpieszył Sylwan — jako nieznającemu kraju, że przed Uściługiem na wiorst kilkanaście jest niezłe miasteczko Włodzimierz, w którem z biedy przenocować można.
Rozmowa już była rozpoczęta, pierwsze lody przełamane, szło dalej jak po maśle.
— Bardzom wdzięczen, — skwapliwie odparł baron z uśmiechem — tem bardziej, że istotnie kraj ten całkiem mi nieznajomy i niebardzo wygodny do podróży z kobietami.
— A! kraj nasz — zaczął Sylwan, który chwytał wszelką zręczność znęcania się nad tem, co swoje — to nie Prusy, nie Austrja, nie zachód Europy, gdzie zawsze jakiś dach gościnny pod koniec dnia się spotyka; nasze mieściny liche, karczmy nasze żydowskie i nieład największy, wszystko mieć potrzeba z sobą.
— Pierwszy raz będąc w tym kraju, — zawołał nieznajomy — ciężko mi się z nim oswoić; jużem raz dla braku ostrożności nocował pod jakąś kopą; a że mam z sobą dziecię moje, córkę, bardzo delikatną i słabą istotę, boję się drugiego takiego wypadku.
— Jeśli pan pozwolisz, — rzekł Sylwan — ja, jako obyty z krajem, znający miejscowość, świeżemi jadący końmi, mogę, stając wprzód, kazać ludziom moim nocleg dla państwa obejrzeć i zamówić.
— Byłoby to nadużyciem, — grzecznie, ale prostując się odpowiedział baron — gdybym pana tem śmiał trudzić, nie mając przyjemności być mu znajomym.
— Jestem hrabia Sylwan Dendera — pośpieszył podróżny.
— Mam honor prezentować się: baron Karl Hormeyer.
Zdjęli czapki, ukłonili się sobie wzajemnie i, zrobiwszy znajomość naprędce, że w tej chwili konie Sylwana już były wyszły, rozstali się, a podróżny nasz przyrzekł we Włodzimierzu zamówić nocleg dla barona, obiecując sobie stanąć pod jakimkolwiek pretekstem w tym samym domu.
Na pierwsze spotkanie bardzo już wiele zrobiono. Sylwan się zapoznał, jechali do Warszawy jedną drogą: w drodze stosunki rychło się bardzo zawiązują, reszta łatwo się mogła stopniami dopełnić. Baron podobał się bardzo Sylwanowi, język tylko, niemieckim akcentem złamany, nie był mu do smaku, ale to tłumaczyło, że baron służył przy dworze austrjackim i zanadto się zniemczyć musiał.
Wszystko szło po woli, po myśli młodemu hrabi i, poświstując, o zmierzchu zajechał na rynek we Włodzimierzu, wysyłając Ocieskiego, aby jak największe zajął domostwo. Opatrzono pokoje dla barona i jego familji, obok ciupka dostała się Sylwanowi, który zawczasu w niej akustyczne i optyczne porobił do obserwacji przygotowania, a kozaka wyprawiono, żeby Galicjan wprowadził, gdy się na rynku ukażą.
Sylwan przeciwko wszystkim zwyczajom swoim tak był grzeczny, że własnem kadzidłem pokoje, przewietrzywszy, zapachnił i własną swą osobą trochę w nich ładu i porządku zaprowadził. A że nie wypadało mu się już drugi raz nastręczać baronowi, rozłożył się w swojej ciupce, nie bez skrytej nadziei, że mu nieznajomy przyjdzie za jego grzeczność podziękować.
Ocieski był tegoż zdania: szło o pokazanie się przed Galicjaninem i zaślepienie go elegancją i przepychem.
Natychmiast więc obito ścianę dywanem, rozłożono u łóżka skórę niedźwiedzią, rozpakowano toaletę hrabiego, ustawiając ją na wspaniałą serwetą pokrytym stole, a na drugim lokaj przygotował do herbaty serwis podróżny od sreber i porcelany z wyrazistemi herbami familji. Konie Sylwana, który chciał wyprzedzić podróżnych, dobrze się zgrzały, ale też dość mieli czasu na przygotowania Ocieski z kozakiem i gdy kareta barona wtoczyła się pod zajazd, już herbata u hrabiego była gotowa, a on sam z obrachowaną elegancją zasiadał do niej z książką w ręku. Ciężkoby mu było powiedzieć, co czytał, ale duch wieku czytać kazał. Dumał więc z oczyma wlepionemi w popstrzone karty, na których dla niego nie było myśli.
Dobre pół godziny minęło, a na szpiegi wysłany Ocieski nic nie przyniósł; i już Sylwan żałować zaczynał próżnego oczekiwania, gdy drzwi się otworzyły i baron w czarnym surducie, u którego pstrzyły się dwie odniechcenia przywiązane orderowe wstążeczki, wszedł do ciupki Sylwana.
Sylwan pośpieszył przeciwko niemu.
— Przepraszam pana barona, — zawołał wesoło — że się tu śmiałem przyczepić, ale wszystkie domy pozajmowane i leciwie pozostał ten kątek.
— Ale ja bardzo rad z sąsiada, — odparł baron — a przychodzę podziękować za jego grzeczność w obraniu nam domu, bo samibyśmy sobie tu go nie wynaleźli.
— A! to fraszka! — przerwał Sylwan. — Mogę mu służyć herbatą podróżną?
— Nie zrobi to panu subjekcji?
— Najmniejszej. Ocieski! filiżanek!
Herbata umyślnie przygotowana została tylko na jedną osobę, ażeby cały przybór nie miał pozoru występu: jednakże dany był do niej i ser, i szynka, i pieczyste ze zwierzyny, i mnóstwo ciastek i łakotek, na które Galicjanin pożądliwem spozierał okiem.
— Przepraszam tylko, — dodał Sylwan — nie mogę go przyjąć, jakbym sobie życzył; w drodze...
— Ale tu wszystkiego aż zanadto — rzekł baron, siadając.
Herbata w chwilę była gotowa, a Ocieski sam do niej w białych posługiwał rękawiczkach. Musimy wyznać, że się to wszystko bardzo pańsko odbyło i zdawało się wielkie na baronie czynić wrażenie.
Baron Hormeyer okazał się w bliższych stosunkach człowiekiem istotnie wielkiego świata, znał doskonale, co tylko było w Polsce i w Niemczech znakomitszych familij, wybornie pamiętał węzły je łączące z sobą. Z rozmowy można się było domyślać, ze poufale przestawał ze znakomitszymi dygnitarzami państwa rzymskiego, bo się jakby mimowolnie wygadał, że bywał u Lobkowitzów, u Metternicha, u Lichtensteinów, u Esterhazych i t. p. Mówił po francusku, po niemiecku, po włosku i po angielsku; zdrowo i umiarkowanie sądził o polityce europejskiej i żadna współczesna nowość nie była mu obca. Pomimo położenia, jakie prawdopodobnie zajmował na świecie, bo się także wygadał, że służył przy cesarskim dworze austrjackim, nie mówiąc w jakim wydziale, domyślał się jednak Sylwan, że w dyplomacji, baron był nadzwyczajnej pokory i niesłychanej uniżoności i grzeczności. Nieustannie powtarzał o swej małości, lubił dodawać co chwila, że nieznaczącą miał rolę na świecie i zdawał się umyślnie zniżać, ażeby go podwyższono.
Tem dziwaczniejsze to było, że obok upokorzeń tych, co kilka słów prąd rozmowy przynosił mu na usta wspomnienia życia, spędzonego na niepośledniej stopie w świecie, którego inni nie dosięgają tylko pragnieniem i zazdrością, że z dziurki u fraka ukazywały się wstążeczki, a na cygarnicy nawet herb baronowski był dobitnie bardzo wypiętnowany.
Sylwan rad się był czegoś od barona dowiedzieć, ale Hormeyer, choć mówił wiele, poufale, choć tu i owdzie błysnął swojemi stosunkami, tak jakoś umiał swe wyznania pokierować, że z nich żadnego wniosku, żadnej całości skleić nie było podobna. Wszystko dowodzić się zdawało, że był bogaty, a jednak naprowadzony na dobra, o posiadłościach swych nie wspomniał; rozpowiadał o książęcych i hrabiowskich domach, a do pokrewieństwa się z niemi nie przyznawał; zagadnięty o cel podróży, zbył Sylwana ni tem, ni owem; słowem, choć pozornie dobry człeczek i gaduła, miał prawdziwy talent nie wygadywania się nad zamiar i potrzebę.
Podano herbatę, zapalono cygara; baron sypał komplementami, prawił anegdotki dworskie, o kraj się rozpytywał i nawzajem z Sylwana ciągnął, co tylko było można. Młode hrabię zbrojne było i przygotowane do tego: paplało, rozpowiadało, kłamało i odgrywało rolę swoją z pozorem szczerości, trzpiotowatości, wywnętrzenia, któryby był rozradował starego Denderę, gdyby swego potomka mógł podsłuchać. Niby nieumyślnie wspomniał zkolei, mówiąc o gospodarstwie, wszystkie klucze, wsie i przysiołki ojcowskie, wyliczył swych najdroższych krewnych w rodzinach trochę arystokratyczniejszych, z przywiązania zapewne zbliżając stopnie kuzynostwa z nimi, wydał się ze swem znudzeniem na wsi, z tyranją ojca surowego i skąpego i z mnóstwem rzeczy, których mu do obrazu, jaki chciał przedstawić, potrzeba było. Baron się rozruszał także, podsycał rozmowę, potakiwał uczuciom, chwalił zamiary, ekskuzował płochostki i przyszedł do zupełnej poufałości z Denderą, który śmiał się w duszy, pewien będąc, że go złapał.
A że w dobrze urządzonym dworze i słudzy wiedzą, czem się przypodobać panu; gdy się to działo w izdebce, Ocieski naprzeciwko spowiadał kamerdynera barona przy szklance herbaty z rumem, a kozak badał sługi, paląc fajkę przy powozach. I gdy po dosyć długiem posiedzeniu, Hormeyer wyszedł na spoczynek, Ocieski pośpieszył z raportem do swego pana. Z porównania z tych źródeł pochodzących wiadomości, z zadziwieniem hrabiego i Ocieskiego pokazało się, że ani mniej, ani więcej, tylko tyle dowiedział się Sylwan w pokoju, co kamerdyner u Żyda i kozak w sieni. Wprawdzie zgoda była doskonała i informacje wybornie się schodziły, co ich prawdziwość potwierdzało, ale nikt nie wygadał się na włos więcej.
Ocieski tylko z natury postrzegacz, bo słudzy wszyscy, żyjąc z panami, nieprzypuszczeni do ich życia, muszą usiłować je odgadnąć, zrozumieć, wtajemniczyć się w nie i przez tę pracę ciągłą nabywają wprawy w poznawaniu ludzi z zewnętrznych cech charakterów, schwycił nieco żywych rysów w sieni, w rozmowie panien, z któremi już się zapoznał, z obojętnych napozór rzutów oka. Opowiedział on Sylwanowi, że młoda osoba, której imię było Ewelina, zdawała się główną i panującą wśród tego dworu postacią, około której żądań, zachceń i rozkazów obracali się wszyscy na palcach; że dama, dodana jej do towarzystwa, musiała być tylko pierwszą jej sługą, że baron nawet chodził przed nią z bojaźnią, z uszanowaniem, z troskliwością więcej niż ojcowską. Nie słychać było jej głosu, nie widać jej wcale; ledwie wysiadłszy z powozu, zamknęła się w swoim pokoju, podano jej tam herbatę, wieczerzę, posłano zaraz i ze światła tylko w oknie można było wnosić, że czuwała, ale cisza była zupełna.
Zawiodła trochę nadzieja Sylwana, sądził bowiem, robiąc przygotowania do swych postrzeżeń, że baronówna obierze sobie pokój, stykający się z jego ciupką, a tu zainstalował się sam ojciec i szlafrok jego aksamitny przez przygotowaną dziurkę postrzegł nasz Podróżny, a kaszel tylko usłyszał.
Nazajutrz rano, nie czekając, nim się Galicjanie wybiorą, bo ludzie ich zapewniali Ocieskiego, że ledwie o dziesiątej wyruszyć będą mogli, Sylwan pocichu się upakował i, wyprzedzając ich tęgim kłusem, puścił się na gościniec.
Rzućmy go na chwilę obładowanego nadziejami, domyślającego się miljonów baronówny, rozważającego piękność jej oczu i tworzącego sobie zawczasu świetną przyszłość przy dworze austrjackim, a wróćmy na wieś do dawniejszych znajomych.



Po powrocie z Denderowa Wacław wieczorem pojechał konno do Wulki i odetchnął ożywiony spokojnym, niewinnym, pogodnym uśmiechem Frani. Na ganku tylko spotkała go maleńka burka od Brzozosi, która, posłyszawszy tętent zdaleka, wybiegła z motowidłem i szpulką naprzeciw Wacława i zaczęła łajać go od bramy. Trzeba wiedzieć, że dwa całe dni nie mógł być w Wulce narzeczony i to srodze oburzało pannę ciwunównę, która, nie mając nic do roboty, domyślała się, że Frania musi się niepokoić, że płacze po kątach i t. p. Zdawało się jej nawet, że mniej przez te parę dni jadła, a to już było dla niej znakiem tak groźnym i przepowiednią tak straszną choroby, suchot, wycieńczenia, że winowajcy tego darować nie mogła.
— A to śliczny narzeczony! — poczęła, machając motowidłem i plącząc nici — a to śliczny mi kochanek! Dwa dni nie był, mieszkając jak kijem przerzucić! E! e! niech pan mi nic nie gada, co tu się ekskuzować! A panna Franciszka we łzach cała, nie je, nie pije, siedzi tylko w oknie i wygląda; a co zahuczy, to wyskoczy, myśli, że jej bohdanek; co zagada, podsłuchuje, czy nie on! gdzie tam. Jużciż to proszę pana hrabiego... jak Boga mego kocham... nie godzi się!... nie godzi...
— Ale, panno ciwunówno dobrodziejko!
— E! ciwunówna nie ciwunówna, pan mnie tem nie przekupisz, gniewam się na pana!
— Czyż pani wątpisz o mnie? — z żalem odezwał się Wacław.
Głos jego tęskny wnet rozbroił Brzozosię, której się żal zrobiło, że tak srogo wzięła się do niego.
— No, no! cicho, cicho! A nie byłeś pan chory?
— Nie, ale miałem interesa...
— Co tam interesa!... Pewnieś pan głodny...
Wacław się rozśmiał, śpiesząc do Frani, a Brzozosia, biorąc milczenie jego za potwierdzającą odpowiedź, pewna, że z głodu umiera, wleciała, wszystko roztrącając do kuchni, wołając pośpiesznie:
— Magda! Magda! kurczęta, zrazy, kasza, kartofle, jajecznica! Magda! ale gdzież Magda!
Magda stała wprawdzie przed ciwunówną w gotowości z warząchwią w ręku, ale jej Brzozosia nie zobaczyła zrazu, tak się niecierpliwiła, że natychmiast wieczerzy podać nie może.
Stary Kurdesz, który tylko co skończył był pacierze, wślad za Wacławem wszedł do pokoju Frani i trafił na tłumaczenie się przybyłego.
— Proszę mi darować, żem przez te dwa dni znaku życia nie dawał; nie spodziewałem się, żeby to miało niepokoić Franię...
— Patrzajcie zarozumialca, — zaśmiał się stary — a któż to, waści hrabio, powiedział, że się niespokoiło? Przecież ma rozum i przyszytego do sukienki trzymać nie będzie!
— Ale Brzozosia...
— A! Brzozosia, także mi asindziej mów — rzekł Kurdesz. — Ta zawsze jakąś bajkę spleść musi.
Jak naumyślnie na te właśnie słowa nadbiegła ciwunówna, szukając wszędzie kluczów, które jej u pasa brzęczały, i dosłyszała, że ją obmawiano. Stanęła, załamała ręce i tragicznie zawołała:
— Otóż to wdzięczność! Ja tu sobie głowę dla nich łamię, a tu mnie szkalują... Jakto bajkę splotłam? A toż Frania dwa dni już pieczystego nie je, a wczoraj zupy ledwie pokosztowała! Albo to ja się na tem nie znam?! Ale co ja powiem, to zawsze bajka, a wkońcu zawsze stanie na mojem... Kiedy tak, róbcie sobie, co chcecie, ja się już więcej do niczego nie mieszam. Ale gdzież klucze i gdzie klucze?... Człowiek, jak Boga mego kocham, głowę traci.
I poczęła przerzucać, co napadła na krosienkach, na stole, na kominie, gdy Frania podbiegła pocichu i szepnęła jej, wskazując, że zguba była u pasa.
Ciwunówna postrzegła swoje roztargnienie, ale się do niego nie przyznała.
— Ot! patrzajcie, — zawołała, wybiegając — zatrzęśli, zagubili, a potem mi do pasa przypięli... Niby to ja nie wiem, że ich nie miałam od południa; a potem powiedzą, że ciwunówna głowę straciła!
Wacław tymczasem zdawał ścisły rachunek z owych dwóch dni straconych Kurdeszowi i Frani, której różową rączkę całował z uczuciem; a gdy przyszło do owego dnia ostatniego w Denderowie, musiał po raz pierwszy pokryć milczeniem godziny, spędzone z Cesią, rozmowy z nią i przykre uczucie, jakie mu po nich zostało. Pocóż niepokojem karmić miał to serce czyste, pełne wiary, któreby może zadrżało na widok choć urojonego niebezpieczeństwa?
Kurdesz wysłuchał sprawozdania spokojnie, a gdy szepty ciche dokończyły rozpoczętej głośnej rozmowy, odezwał się powoli:
— Mój hrabio, powiem ci, zawsze to dla mnie ciężka rzecz, żeś ty hrabia i że jedną nogą stoisz poza naszym światkiem szlacheckim.
— Ale ja w nim jestem sercem całem.
— O! wierzę, ale czasem jedna noga później i serce pociągnie za sobą... Ot, mówili i gadają filozofowie, że to urojenie ta różnica stanów; ja nie wiem, ale tak jak to jest dzisiaj, nicpotem piąć się do góry, albo na dół schodzić... Zawsze mi markotno, że asindziej, panie hrabio, do tej magnaterji należysz!
— Gotówem się jej wyrzec najchętniej!
— Tak! gdyby to było podobna; zdaje się to rzecz łatwa, a spróbujże — ani weź! Naprzód nie można i nie godzi się zrywać stosunków familijnych, a gdyby się je rozplątało nawet, nigdy z nich całkiem wywinąć się nie można; powtóre na tym, kto zmłodu otarł się o panów, pozostanie zawsze coś, co go od nas odróżni... po trzecie — dodał stary — ot, źle i po wszystkiem, bo asindziej, panie hrabio, nigdy naszym być nie możesz!
Wacław się oburzył.
— Panie rotmistrzu! — zawołał — alem ja do tego świata i nie należał, i nie należę, i należeć nie pragnę. Jestem hrabią bardzo świeżo i śmieję się z tego tytułu jak z cudackiego stroju, któryby na mnie włożono; godziż się tak mnie martwić i przypominać to, co nie jest winą moją?
— No! no! cicho licho! jak chcecie. A panna Franciszka co na to?
— Ja, kochany ojcze, — żywo odezwała się córka — wierzę zawsze w to, co mi mówi Wacław, i gdyby mi kazał być spokojną wśród największej boleści, jestem pewna, że cierpiećbym przestała.
Wacław przykląkł i, pochwyciwszy ręce Frani, okrył je pocałunkami.
— Dziękuję ci! — zawołał z serdecznem przejęciem — stokroć, tysiąckroć ci dziękuję! Zrzucam hrabstwo moje na progu waszym, wyrzekam się go, wdziewam szaraczek, a bądźcie pewni, że w tej piersi bije serce szczere, gorące i synowsko do tego dachu przywiązane.
Stary Kurdesz zbliżył się i w milczeniu ucałował go w głowę.
— No, no! żartowałem, bredziłem i przepraszam — rzekł wzruszony. — Siadaj, panie Wacławie!... A kiedy pojedziesz do Warszawy?
— Choćby nigdy!
— Tak, ale i interes tego wymaga, i ja proszę, i wiedz, żem to dał za warunek, żebyś się lepiej poznał z tem, czego się dla nas wyrzekasz.
— Dobrze, ojcze, ale pozwolisz mi to trochę odłożyć?
— Odłożyć można, a spełnić potrzeba. Hrabia Sylwan pojechał przodem, asindziej za nim; jednakowo pewnie się tam bez twego sukursu nic obejdzie.
— Pojadę później, gdy go zapotrzebuje.
Znowu weszła Brzozosia, która widać trochę pode drzwiami podsłuchiwała, znać to było po jej ruszaniu ramionami; i, choć się niby do niczego mieszać nie miała, od wszystkiego umyła ręce, wybuchła jednak natychmiast:
— Poco jemu do Warszawy?! — zawołała. — Za pozwoleniem rotmistrza, czy się to godzi? Alboż to niema za co posłać adwokata, kiedy jest interes?
— Przez posły wilk nie tyje — rzekł, uśmiechając się, rotmistrz.
— A co mnie tam do wilka, kiedy tu Frania schudnie! To gorzej, spodziewam się. Poco go wyprawiać? Jak Boga kocham, że ja teraźniejszego świata nie rozumiem, a rotmistrz też nadto bierze na rozum. Do czego to? poco to?... A możeby wódki i piernika tymczasem? — przerwała sobie nagle, przypomniawszy, że Wacław mógł być głodny.
Rotmistrz rozśmiał się na całe gardło.
— Co? i to im już śmieszne? No, patrzajcie!
— Dawaj, kochana ciwunówno, dawaj — przerwał Kurdesz — starej wódki i piernika! Kolacja za pasem być musi.
— Tylko co była za pasem, — odparła Brzozosia — bom ledwie klucze znalazła, które mi ktoś za pas wetknął i dopierom wydała ze śpiżarni; kiedy to żadnego niema ładu i wszyscy rządzą... Gdzie kolacja! gdzie? Magda zamiast co ma robić, to jak puści języka, a jak zacznie dziwolągi na mnie wyplatać przed czeladzią!... Ale jakże ma być inaczej, kiedy pan rotmistrz nigdy mojej strony nie weźmie?
— Kochana panno ciwunówno! w jakim dziś jesteś humorze? — rzekł Kurdesz. — Ot! dawaj wódki lepiej, a Magdzie jutro damy pro sempiternam memoriam.
— Pfe! co pan pleciesz, panie rotmistrzu? Albo to ja chcę ludzi katować?!
— Ale cóż powiedziałem?
— Niby ja po łacinie nie rozumiem!
— Mówiłem tylko, że jej damy na wiekuistą pamiątkę.
— Proszę mi już nie tłumaczyć.
Wszyscy potrosze się śmieli, a Brzozosia, otworzywszy szafkę, dobywała tymczasem z niej flaszy i łakoci, aby Wacław z głodu nie umarł, nim wieczerzę podadzą, sama zaś stanęła na egzekucji przy nim dopilnować jedzenia.
— Jedzno pan, jedz! — wołała — bo ja to wiem, co to te hrabiowskie, choćby i w Denderowie przyjęcia; po pańsku! po pańsku! półmisek jak na wołu, a potrawy gdyby z wróbla... Ślicznie! pięknie! a do gęby wziąwszy, nie wiedzieć co z tem robić, czy połknąć, czy wyplunąć? A jak wstaniesz od stołu, toś taki cienki, jak kiedy siadałeś. Dlatego też te paniczyki i panienki ich jak pajęczynka: drzwiami stukną, walą się z nóg; wiatr powieje, fluksja; zjedzą trochę, choroba gotowa... Ja to wiem, ho, ho! to nie po naszemu, po szlachecku!
Brzozosia była w takiem usposobieniu, że byłaby mówiła i mówiła bez końca, gdyby nie obawa o wieczerzę i nie chętka pogryzienia się trochę z nieposłuszną Magdą, której zarzucała, że zawsze chce swoim nosem robić wszystko. Wybiegła więc ciwunówna znowu, a rotmistrz, zamyślony, dał się wyszeptać Wacławowi i Frani, uciekłszy gdzieś przeczuciami, niepokojem, czy wspomnieniem.
Tak cały wieczór zszedł im rozkosznie na rozmowie z sobą, na wesołym śmiechu z Brzozosi, coraz nowe dającej do tego powody, a Wacław ani się opatrzył, jak na zegarze północ wybiła; i zerwał się dopiero, gdy Kurdesz, dla sprawdzenia chodu swego pektoralika, dobył go z za kapoty. Obiecano sobie zjechać się nazajutrz w Smolewie na mszy i rozstali się oboje weseli, z spokojnem sercem, jakgdyby ponad ich szczęściem nie krążyło czarne oko Cesi i nie biło pełne żądzy i zemsty jej serce...



Zaledwie Wacław powrócił do Palnika i rozmarzony usiadł na chwilę do fortepianu, gdy wpadł z łoskotem służący, oznajmiając mu, że przybiegł posłaniec ze Smolewa od księdza Warela, który, późnym wieczorem wracając od chorego, wywrócił się, spadł z wysokiego mostu i mocno się potłukł, tak że mu niebezpieczeństwo groziło. Wzywał on Wacława, chcąc go pożegnać, bo jak mówił posłaniec ze łzami, nie spodziewał się dożyć do rana. Nie zwłócząc ani chwili, Wacław siadł na konia i poleciał na złamanie karku do Smolewa.
Zdaleka zaświeciła mu z za obnażonych drzew uboga, pochylona plebanja, wszystkiemi okienkami swemi zwiastując nieszczęście, które do niej niespodzianie zajrzało. Cichy szmer dochodził uszów o staję i, mimo nocy, na drodze, w dziedzińcu, przed drzwiami, snuły się i roiły postacie ludzi, śpieszących z ubogiego domku lub dążących do niego. Na ganku, w sieni, w pokoju, wszędzie pełno było wieśniaków; kto tylko zasłyszał o nieszczęściu księdza Warela, tego ojca biednych, biegł się dowiedzieć do niego, śpieszył płakać nad jego cierpieniem, chciał mu czemś być użytecznym. Lekarza przyniesiono prawie na rękach, był to znajomy nam pan Szturm, który, jak zawsze, i tu naprzód zaczął od upatrzenia największego niebezpieczeństwa; ale na ten raz nie mylił się i nie udawał, bo ono było istotne i groźne.
Pod oknami plebanji, u ścian jej pochyłych, przysłuchiwali się i przypatrywali ubodzy tęskno, smutno, niespokojnie, chcąc pochwycić słowo, chcąc choć zdala zobaczyć jeszcze swego dobroczyńcę. Wewnątrz w pierwszej izbie zastał Wacław, prócz zapłakanej Doroty i doktora Szturma, zajętego przygotowywaniem lekarstwa z miną zamyśloną i poważną, starego Kurdesza, który tu po nocy swoją bryczyną przyleciał, i dwóch jeszcze czy trzech bliższych sąsiadów. Ubodzy, wchodzić nie śmiejąc, zaglądali ukradkiem, dopytywali się Doroty, przesuwali się na palcach i płakali. Ten, który wiózł księdza Warela, sam niebezpiecznie potłuczony, bo wpadł między konie, nie dawszy się opatrzeć, siedział skulony pod ścianą i płakał, przeklinając nieszczęsną godzinę.
W pierwszej izbie paliła się jedna świeca, nieobjaśniona, ledwie mdłe światełko na cichy i ponury ten tłum rzucając; w drugiej na łóżeczku leżał ksiądz Warel straszliwie pokaleczony, pogruchotany, obwiązany cały bandażami, krwią zbroczonemi, modlący się głośno i wyraźnie jeszcze przed krucyfiksem, który trzymał w ręku. Twarz jego była pochylona ku niemu, wzrok weń wlepiony, ręce załamane, a niekiedy boleść, nie mogąc z piersi jego dobyć krzyku, zmuszała go tylko do martwego i długiego milczenia, straszniejszego może od jęków... Przezwyciężywszy cierpienie, poczynał znów osłabionym głosem szeptać pagerze. Wikary modlił się, klęcząc u nóg jego.
— Księże wikary! — rzekł Warel po chwili przestanku. — Proszę cię, żeby tam tego biedaka pan Szturm był łaskaw opatrzyć.
— Opatrzono go.
— Ale wierz mi, że dotąd nie jeszcze. Ja to widzę, ja czuję, że cierpi, że się go nikt nie dotknął; nie będę spokojny, póki tego nie uczynią.
Wikary wstał, poszedł, szepnął coś na ucho lekarzowi, który głową i ramionami z niedowierzaniem poruszył i wziął się nareszcie do biednego budnika.
— Księże Jerzy, — zawołał po chwili chory — żeby tym poczciwym ludziom, co przyszli czuwać nade mną, chleba nie brakło, żeby ich przyjęto, żeby nie byli głodni: pójdź do Doroty, poleć jej to ode mnie.
— Dorota oddałaby im do ostatniej prószynki, ale żaden z nich nie myśli o chlebie: płaczą...
— Poczciwi ludzie, poczciwi. A! a! potrzeba umrzeć, Wacławie, — rzekł, zwracając się do przybyłego — ale śmierć nie straszna, moje dziecię, śmierć, to tylko koniec walki. Mój księże Jerzy, — dodał, niespokojnie zwracając się do wikarego — zrób, o co cię prosić będę, dla miłości mojej.
— Wszystko, co rozkażesz, ojcze.
— Znajdziesz tam kilka rubli po mnie: oddaj je ubogim, suknie ubogim, książki zostawisz sobie, krucyfiks odeślesz bratu mojemu do Inflant z datą śmierci... i...
— Ale ty, ojcze, nie umrzesz! — przerwał mu wikary. — Pan Szturm czyni nam nadzieję.
— Co to mówisz, bracie: ja lepiej od Szturma wiem, że umrę! Spowiedź już odbyłem przed tobą, jeszcze mam jedną do spełnienia, nim zamknę powieki. Z wielkich grzechów publicznych, co ludzi gorszyły, z uczuć zbrodniczych, z któremi się walczyło: spowiedź powinna być publiczna, jawna, głośna, jak w pierwszych chrześcijaństwa wiekach.
— Mój Boże! czyż ty, ojcze, mógłbyś sobie co podobnego wyrzucać?
— Zobaczycie, dzieci moje, — odparł spokojnie ksiądz Warel — chcę Bogu na ofiarę złożyć i tę, jaką miałem u świata opinję świątobliwości, może mi za to Bóg grzechy przebaczy... Wszystkich tu do mnie poproście.
— Ale, mój ojcze... Bóg takich ofiar nie wymaga.
— Bracie Jerzy, w imię Chrystusowe zaklinam, uczyń, jak proszę.
— Lecz gdybyś nie umarł, pocóż to, ojcze?... Daj się uprosić!
— Że umrę wkrótce, Bóg mi dał pewność: cierpię mocno, jestem potrzaskany w kawałki. Śpiesz uczynić, co żądam, bo mnie gorączka schwycić może i odbierze przytomność. Szturm niewiele obiecuje; pożyję godzin kilka, ale bez pamięci, to będą chwile stracone.
Ksiądz Jerzy wstał powoli i wyszedł do pierwszej izby smutny, zafrasowany, prosząc do łoża chorego wszystkich przytomnych. Ruszyli się pocichu, stanęli u drzwi, a ksiądz Warel głosem jeszcze dość silnym i wyraźnym tak począł z powszechnem zdumieniem:
— Pozwólcie, bracia moi, by się wielki grzesznik wyspowiadał przed wami z występków swoich i prosił was o modlitwę za duszę; pozwólcie, by wam na sobie wszechmocność Bożą i silną prawicę Jego pokazał, abyście nigdy nie wątpili o Bogu.
Zamłodu — rzekł, odetchnąwszy ciężko — byłem wietrznikiem i niewiarą. Doszedłem lat kilkunastu, nie mając wyobrażeń religijnych żadnych; wychowali mnie ludzie z nich ogołoceni, ludzie, obałamuceni nauką szkodliwszą od zabobonnej nieświadomości. Stryj mój wychował i mnie, i brata mojego, sposobiąc do świeckiego życia, po męsku, chłodno, nie przypominając nam nigdy tych wielkich i świętych zasad, ofiary, miłości, ujarzmienia siebie, na których spoczywa moralność chrześcijańska. Dogmatów tylem wiedział, ile ich przypomnieć mogą święta, obchodzone dla zabawy, i kalendarz, przeglądany dla potrzeb światowych. Uczucia religijnego nietylko nie miałem w sobie, alem go w drugich nie pojmował, alem mu nie wierzył; śmiałem się sceptycznie z towarzyszów szkolnych, a sam bez żadnej iskry wiary, jeszczem ją w drugich szyderstwem wypleniał.
Ale Bóg wielki! Stryj mój umarł, brat starszy poszedł się na świecie dobijać majątku i sposobu do życia; ja, żem nie smakował ani w nauce, ani w wojaczce, ani w pracy ręcznej rolnika, nie wiedziałem co począć z sobą; i raz, gdy mi jakiś protestant szydersko, jako próżniakowi, raił suknię mniszą i klasztor, usłuchawszy tej rady żartobliwej, bez najmniejszego powołania, dla chleba wstąpiłem do seminarjum.
Wdziać tę suknię czarną i świętą dla żywota doczesnego — jest grzechem, włożyć ją z niewiarą w sercu — jest świętokradztwem: obojem to popełnił niebaczny... Ale Bóg wielki! Bóg wielki! Przez cały ciąg studjów, które mi szły dość łatwo, nic nie wstąpiło w głąb serca mojego: sprawowałem się uczciwie, uczyłem dobrze, ale żaden obrzęd, żadna książka, żadna natchniona z kazalnicy nauka nie znalazły przystępu do zamkniętej mojej piersi. Cierpiałem tylko, nie wiedząc, co mi jest, i przypisywałem to znudzeniu.
Przeszły nareszcie lata nauki, zbliżyła się chwila wyświęcenia.
Nie wiem czemu, zrana dnia tego zapłakałem, alem w nic jeszcze nie wierzył: na zepsutą, zeskaloną ziemię serca mego ziarno wiary padając, spróchniało i niepłodne tylko wydało kąkole.
Przybrany w szaty kapłańskie, przystąpiłem do ołtarza z świętokradzką obojętnością, z występnym żalem po świecie, któregom wyrzec się musiał.
Tu głos w piersiach wstrzymawszy, chory po chwili dopiero mówić począł:
— Ale Bóg, widać, chciał na mnie ukazać przykład swej potęgi. Zostałem kapłanem bez wiary, a ledwiem od stopni ołtarza odszedł, uczułem, jakby mnie silna, nieprzemożona chwyciła władza, a głowę i serce ucisnęło uczucie przestrachu jakiegoś i niewoli. Ręka Boża spoczęła na mnie niegodnym. Nie miałem jeszcze w sercu wiary, a Bóg wybrał mnie nędznika na apostoła swego i obrońcę, jakoby chciał rzec do zbuntowanego sługi:
„Mimo woli twej służyć mi będziesz, zmuszę cię, byś był moim“.
Odtąd ta siła niepojęta, którą czułem nad sobą, zamknęła mi usta, owładła niemi i obracała myślą moją, jak chciała. Nie mogłem powiedzieć tego, co mnie dręczyło: mówiłem to, co mi siła Boża dyktowała. Sam bez wiary, musiałem żarliwie stawać w jej obronie, nie wiedząc, skąd do tego brałem dowody i słowa, których w mej duszy nie było. Myślałem co innego, co innego mówić byłem zmuszony; gromiłem małowiernych, nawracałem obojętnych, katechizowałem nie swoją, ale obcą, Boską, niepojętą mi władzą, która mnie uczyniła niewolnikiem i sługą.
Ten dziwny stan trwał do połowy życia mojego; czułem jeszcze chłód i niewiarę w sercu, a na ustach w sprawie religji znajdowałem dowody niezbite, które nie ze mnie pochodziły, ale szły tylko przeze mnie. Na większe upokorzenie moje Bóg mi dał uczucie mojego upadku, a pozory cnoty; byłem cnotliwy mimowoli, jakem był gorliwy mimo siebie.
Ta nieustanna walka dwóch myśli, dwóch ludzi we mnie, zgięła mnie i złamała okrutnie: nie byłem panem siebie, żyłem rozdarty na dwoje. W rozpaczy począłem się nareszcie modlić o nawrócenie; ale nie zaraz, nierychło Bóg mnie wysłuchać raczył.
Dziwne przebyłem koleje; nie wiem, czy kto żył życiem podobnem. Wewnątrz ta susza, ten chłód niewiary, co wszystko warzy, czego się dotknie, myśli najwznioślejsze, nadzieje najpiękniejsze, czyny najcnotliwsze; lecz nigdy to, co kalało duszę moją, wynijść przez usta nie mogło, nigdy nikt nie posądził mnie o fałszywość, bom był pod panowaniem ręki Bożej, która mną miotała, jak narzędziem. Stan mój przestraszał mnie i upokarzał. Wśród nieustannych wątpliwości i udręczeń, gdym o najświętszych wiary tajemnicach powątpiewał, gdym w duszy z nich szydził prawie; niechli kto wobec mnie odezwał się temi słowy, co krążyły w sercu zbolałem, natychmiast usta mi się rozwiązywały: broniłem prawdy, a w obronie jej znajdowałem naukę, wymowę, zapał, namaszczenie i, zdało się, żem mówił z głębokiego przekonania, bo słowa moje rumieniły się gniewem, żarzyły przejęciem, oblewały łzami. Tak, by mnie upokorzyć i ukarać, Bóg rozdwoił mnie, stawiąc obok, czem byłem i czem być mogłem i miałem; aż długie, niezmierne, śmiertelne cierpienie, za które ojcowską dłoń Jego błogosławię... wywołało przebaczenie, spokój i litość Bożą.
Te dwie rozbite części mojej istoty: jedna zbolała i stłuczona, druga odradzająca się i silna, nierychło poczęły się spajać i łączyć. Potrzeba było modlitwy, zrazu formą tylko będącej, potem rozpaczliwej i błagającej, uczynków, ofiar, udręczenia ciała, by Bóg świętokradzcy przebaczył i występnego podźwignął.
Nieubłaganego wroga nosiłem ciągle w sobie: już uśpiony, już rozbrojony, budził się często groźny, a jam padał na widok jego, wołając:
— Przebacz mi, Panie, i usuń go ode mnie!
W takich męczarniach zasłużonych, przetrwałem połowę życia. Bóg czuwał nade mną cudownie; widząc nad sobą jego prawicę, upokarzałem się w bojaźni wielkiej, jak Mojżesz, gdy Go w płomieniach oglądał. To oblicze, jam je widział w sile Jego, nieustannie rozpostartej nade mną. Wszędzie był ze mną prześladowca mój i obrońca, aż nareszcie znikły te wyziewy młodości, ta pozostałość grzechu, te męty obłąkania i czysta zajaśniała jutrzenka; stałem się jednym w sobie, ułomną istotą, ale pełną wiary, której już nic naruszyć nie mogło. Byłem ocalony cudownie.
O! bracia moi, wiary! wiary nad wszystko nigdy nie traćcie, bo jej niełatwo odzyskać, a kto lekkomyślnie naraża się na niepowetowaną szkodę, jest jak zuchwalec, co wśród prochów z iskrą igra bezrozumną.
Tu ustał ksiądz Warel, a przytomni mową jego przejęci jedni płakali, drudzy stali w zamyśleniu i zebraniu ducha, jakby się z trwogą modlili. Ksiądz Jerzy, po którego ogorzałem czole pot zbiegał kroplami, z oczyma spuszczonemi, rękoma załamanemi, klęczał u nóg i milczał, modląc się też w duchu. Wielki przykład cnoty podnosił go od ziemi zachwytem.
Po chwili ksiądz Warel tak mówił dalej:
— Jednego poranku po świętej ofierze ostatnia wątpliwość, cień niedowiarstwa ostatni, ostatnia myśl grzeszna uleciała ze mnie i uczułem się jakby nowym chrztem odrodzony, jako niewinne dziecię, jako ułaskawiony zbrodniarz. Wziąłem się do pracy, by wynagrodzić przeszłość, by wywdzięczyć się Bogu za łaskę nawrócenia. Znacie życie moje i nieudolne jego mozoły; proszę was, bracia moi, przebaczcie złe, przebaczcie słabość ludzką, niedoskonałość i wszystko, czem was zgorszyć mogłem mimowoli, a te słowa moje ostatnie zapamiętajcie, abyście w nich mieli dowód wielkiej mocy Bożej, która z niewiernego nawet może uczynić narzędzie zbawienia dla drugich; zapamiętajcie je, abyście mi nie przypisywali cnót, których nie miałem, świątobliwości, której imienia włożyć nie jestem godzien. I módlcie się, bracia, za duszę moją, a jeślim komu zawinił, przebaczcie, a jeślim komu w czem usłużył, oddajcie mi modlitwą; a pielęgnujcie w sobie wiarę: bo wiara jest darem Boga i nie nabędzie jej, kto zechce.
Ustał znowu, a lekarz zbliżył się do niego, bo w słowach ostatnich zdawał się czuć głos gorączkowy i coś oznajmiającego, że chory ze stanu spokoju przechodził w egzaltację szkodliwą. Jakoż wkrótce potem ksiądz Warel począł jęczeć jękiem, modlitwą przerywanym i, podniósłszy głos, zaśpiewał to, co tylekroć odmawiał u łoża konających.
Noc miała się ku schyłkowi, a nieruchomi tej sceny świadkowie stali przykuci do miejsca: jedni we łzach, drudzy w zdumieniu i strachu lub ciekawi tylko i chłodni. Ubodzy duchem prostaczkowie całkiem nie zrozumieli tej spowiedzi, bo łzy słów im dosłyszeć nie dały, a jęk ich własny głuszył wyznania chorego.
Gorączka, pomimo szybko przeciw powiększaniu się jej przedsięwziętych środków, rosła olbrzymio z każdą chwilą; pogruchotanie bowiem było tak gwałtowne i silne, a głowa sama tak potrzaskana, że doktór Szturm, opatrzywszy ją, żadnej nie zostawił nadziei, co moment oczekując delirjum i śmierci.
Nie było więc chwili do stracenia i, korzystając z ostatków spokoju i przytomności, które jeszcze przerywały rozpaczliwy wysiłek organizmu, ksiądz Jerzy pośpieszył do kościoła po Sakramenta. Wchodząc z Bogiem i olejami świętemi, ostatnim posiłkiem na podróż daleką, ostatniem błogosławieństwem na wieczności drogę, ksiądz Warel, pomimo stanu, w jakim zostawał, jakby cudem na widok kapłana i hostji powstał z łóżka dźwignięty o swej mocy i ukląkł na pogruchotanych nogach.
Doktór, nie mogąc pojąć tego wysiłku, krzyknął nań jako na cud: a była to potęga ducha, co martwym rzuciła głazem.
Lecz zaledwie modlitwy, komunja i namaszczenie się spełniły, chory jak bryła bezsilna upadł znowu na łoże i w tejże chwili począł śpiewać psalm głosem słabym, ale dziwnie pełnym szczęścia i do łez rozrzewnionym:
Magnificat anima mea...
To uroczyste Magnificat zdawało się wychodzić z głębi grobu, tak pierś, co go nuciła, była rozbita i zesłabła; ale wyraz śpiewu był anielskiej słodyczy, szczęścia i uniesienia, był to jakby głos z niebios, pieśń ptaka, co się unosi coraz dalej ku słońcu, a nuci coraz słabiej, ciszej, ciszej, aż zupełnie ustanie.
Można rzec, że śpiew ten przeniósł słuchaczy w inny świat, w krainę nadziemską, i porwał z sobą aż ku wrotom niebieskim, bo gdy coraz słabiej, konając, ustawał i w niewyraźnym szepcie obumarł, zdało się im, jakby na ziemię upadli. Nawet najtwardsi oprzeć się nie mogli temu niepojętemu uniesieniu; a doktór opowiadał, że czuł, jak się w nim życie zatamowało na chwilę, zastanowiło, przerwało.
Gdy głos nareszcie przycichł zupełnie, wszyscy się rzucili do łoża: blask wschodzącego słońca padał różowy jednym promieniem na łoże, na którem ksiądz Warel z krzyżem w dłoni, wpoiwszy usta w nogi Zbawiciela, spoczął snem wiekuistym...
Głuche milczenie trwało długo, jakgdyby anioł, co tę świętą duszę unosił, przeleciał ponad ich głowami. Łzy tylko z oczu płynęły jedyną modlitwą, aż ksiądz Jerzy pierwszy głosem, od łkania przerywanym, rozpoczął:
— Anioł Pański...
Tak zmarł pleban Smolewa.



Skromny był pogrzeb ubogiego kapłana, ale go wiodły do mogiły tłumy rozpłakanego ludu, starców, których pocieszał; dzieci, które uczył; chorych, których leczył; ubogich, których wspierał, i wszyscy, co go tylko znali, szli we łzach za prostą jego sosnową trumienką, do piaszczystej mogiły na wzgórzu cmentarnem, gdzie sobie grób wyznaczył.
Gdy trumnę spuszczono w wykopany rękami przyjaciół dół głęboki, a ziemię na nią rzucać poczęto, jakiś zapał objął serca wszystkich: zapragnął każdy pamiątką uczcić grób człowieka, co tyle cierpiał i tak wiele dobrego uczynił. Jakby iskrą elektryczną przebiegła po głowach myśl usypania mu mogiły i, gdy poczęto nosić ziemię, lud wszystek rzucił się, dźwigając ją w połach siermięg, czapkami, fartuchami, rękoma, tak że w godzinę stanął wielki okrągławy wzgórek, a najgorliwsi do wieczora pracowali, dopóki go zieloną z nad ruczaju nie pokryli darnią.
Jak niegdyś wodzom zastępów pogańskich wierni ich żołnierze sypali kurhany, krwią oblane na obcej ziemi; tak teraz wodzowi Chrystusowych żołnierzy lud ze łzami naniósł mogiłę, a na niej prostym krzyżem wypowiedział całą historję tego człowieka, jego walkę, cierpienia, poświęcenie się i śmierć w pokorze i wierze, poniesioną na drodze posługi chrześcijańskiej.



Tymczasem Sylwan, wślad za baronem i jego córką, niekiedy ich wyprzedzając, to znowu przyzostając nieco tak, aby podróż jego nie miała pozoru jakiejś pogoni, posuwał się ku Warszawie. Znajomość, zabrana z ojcem panny, która wróżyła coraz bliższe stosunki i obiecywała poznanie pięknej Eweliny, nie ziściła jednak powziętych nadziei; Sylwan sam pomiarkował wprędce, że zbyt natrętne przywiązywanie się do barona jakiśby nań cień rzuciło, a baron pozostał w szrankach ulicznego zapoznania przypadkowego, które często odrazu bywa prawne poufałem, ale do niczego nie prowadzi i na niczem się kończy. Tak często znudzeni przybliżamy się w obcem miejscu, w teatrze, u wód, na przechadzce do pierwszej życzliwie nam uśmiechniętej twarzy, do człowieka, który nam wskazał chustkę zgubioną lub podszepnął dobrą jaką radę: rozmawiamy z nim, kłaniamy mu się na ulicy; ale, spotkawszy go w salonie, ani on nam, ani my jemu nie mamy już ochoty kiwnąć głową, zostając pod prawami społeczności, którą salon reprezentuje. Znajomość pana barona i Sylwana była tego rodzaju, do niczego nadal nie obowiązująca, a oba znać nadto byli dobrze wychowanymi ludźmi, żeby, w ten sposób się poznawszy, daleko z sobą zaszli. Sylwan korzystał tylko z podróży i śledził zagadkowych przybylców sam przez się, przez Ocieskiego i kozaka, czy to razem popasywali lub nocowali, czy po baronie przybyli. Ale suma danych, które się w ten sposób zebrać udały, nie była wielka: wszędzie panna mało się pokazywała, baron milczał, słudzy chodzili na palcach, płacono z targiem, ale po pańsku, nie żałowano sobie niczego. Ocieski nawet dostrzegł dwie kute hebanowe szkatuły, które jak tylko wysiadano z powozów, wnoszono do pokoju Eweliny, czemu nie barona? nie wiemy. Jedna z nich miała, wedle kamerdynera, zawierać klejnoty baronówny; druga weksle i kasę podróżną. Sylwan raz tylko był tak szczęśliwy, że się podkradł pod pokoje, zajmowane przez Galicjan, stanąwszy w przyległym, i z niego mógł doskonale robić postrzeżenia nad baronem i jego familją.
Zdziwiło go to niepomału, że w ciągu kilku godzin baron ledwie raz i to obojętnie zajrzał do córki, raczej z jakiemś uczuciem uszanowania, niżeli czułości rodzicielskiej; szepnął coś do niej, odpowiedziała mu, nie podnosząc oczu, i wyszedł na palcach. Przez cały wieczór towarzyszka baronówny zajmowała się jej wygodami, urządzeniem pokoju, podaniem wieczerzy; a panna, wsparta na ręku, w postawie nieruchomej, zobojętniałej, smutnej, siedziała przy stoliku. Wzięła jakąś książkę i czytała ją dopóźna, nie żeby ją zajmowała, ale widocznie dla odpędzenia dokuczliwej nudy. Sylwan przypatrzył się także jej prześlicznej twarzyczce, na którą padało światło dwóch świec, zapalonych na jej stoliku. Cudna była, pełna wyrazu, ale na swą młodość dziwnie głęboki ślad wyryło na niej doświadczenie; dziwnie była ostygła, smutna, obojętna; żeby choć uśmiech, żeby słowo weselsze, żeby dowód jakiej dla kogo czułości! Martwym siedziała posągiem, a przy dziewictwie tej twarzy, ta starość charakteru stanowiła niepojętą sprzeczność. Może płakała po matce, bo czarno była ubrana; może tęskniła po kim, bo częste tłumiła w sobie westchnienia; może ją ojciec wiózł mimo woli? A jednak baron, mimo powagi, nie miał wcale miny tyrana, a przy córce wydawał się pierwszym jej sługą, tak dla niej był uległy, usłużny, tak w niczem skinieniu jej nie śmiał się sprzeciwić. Sylwan, mimo niedoświadczenia i nieznajomości ludzi, postrzegł, uczuł, domyślił się, że jakaś tajemnica zamknięta była w sercu dziewczyny, w piersi ojca; to go nawet ostudziło nieco, bo jak tylko tajemnica, coś w niej złego być musiało. Tak nawykł rozumować Sylwan.
Ale jak się jął rozpatrywać w tem, co otaczało rodzinę, on, który całą respectability w groszu i jego użyciu mieścił; w wytworze jej dworu, powozów, usługi, w sposobie życia, w tysiącu fraszek, które znamionują wszakże sferę, do której człowiek należy, odurzył się Sylwan i powiedział sobie, że tajemnica ta nie była niczem innem, jeno jakimś smutkiem i ciężką boleścią.
Już za Lublinem, nocując w lesie w karczmie na pustkowiu, zaprosiwszy barona na herbatę i przekąskę, Sylwan miał zamiar cokolwiek go wybadać; na ten cel nawet myślał go trochę podchmielić i kazał podać do zimnego mięsiwa sherry, cognac i butelkę dobrego burgunda. Baron dał sobie lać naprzód wódkę, potem wino, jadł, pił, śmiał się, dolewał sam sobie, do herbaty wziął rumu, namówił się na clos-vougeot; ale od tego wszystkiego oprzytomniał tylko i rzeźwiejszym się zrobił. Sylwan, wykręcając się od kieliszków, mimo to podchmielił nieco; a Galicjanin wstał od stołu, jakby parę szklanek wody wychylił. Co miał się wygadać, baron jeszcze Sylwana wyegzaminował; ale Wołyniak, acz cięty, z pozorną szczerością kłamał jak po trzeźwemu, z trochą tylko śmielszej przesady, o dobrach ojca, o znaczeniu rodziny i t. p. A gdy młode hrabię chciało zkolei pociągnąć na konfesatę przybysza, od pierwszych zapytań siwak tak się zaciął, że zeń i pół słowa dobyć już nie było podobna, prócz dowcipnych żarcików i anegdotek.
Wyciągnięci na stołkach karczemnych, które dla wygody Ocieski poduszkami poukładał, ziewali nasi podróżni, gdy Sylwan, jakby odniechcenia, zaproponował karty. Baron się na nie zgodził zaraz i z ochotą. A że w podróżnych bagażach Sylwana, prócz win i wódek, cygar i tym podobnych zapasów, było zawsze kilka talij kart na wszelki wypadek, przyniesiono je zaraz. Siedli do ecarté, po dukacie punkt, wedle projektu barona, który drożej grać się nie ofiarował. Dla Sylwana było to bardzo drogo; ale jak się wymówić, udając wielkiego pana?
Baron dowiódł zaraz człowieka dobrego wychowania; grał jak anioł (wyrażenie Sylwana), spokojnie, zimno, a nadewszystko szczęśliwie; grywał z krwią zimną, a gracz doskonały i niezmiernie baczny. Koniec końcem Sylwan przegrał kilkanaście dukatów wesoło, i na tem się jakoś skończyło; o drobnostkę przyszło się rozegrać sztosa i to wykonał baron zręcznie, gładko, a z wielką zawsze i pańską fantazją. Gdy przyszło się rozchodzić, Ocieski dostał kilka dukatów i rozstali się w najlepszej komitywie.
Sylwan wszakże skrzywił się, obrachowawszy, co go ten wieczór kosztował, a jak mało z niego skorzystał; ale cieszył się i tem, że barona niejako zmusił do dalszych z sobą stosunków. Następnych dni kilka, bo się jakoś pomału do tej Warszawy wlekli, widywali się codzień. Baron już nie potrzebował wypytywać hrabiego, dobywszy z niego, co tylko było można; hrabia zaś nie próbował ani poić, ani badać, przekonawszy się, że to się na nic nie zda.
Kilka razy udało się Sylwanowi spotkać piękną baronównę i zrobić z nią nawet rodzaj znajomości; ale panna nie zdawała się nań zwracać baczności: raz tylko utopiła w nim czarne swe ogniste wejrzenie i więcej nie spojrzała. Cóż, gdy ten jeden postrzał jej oczu zimnego Sylwana napełnił niepokojem i nieznanem mu uczuciem, żądzą, jakiej dotąd nie miał pojęcia! Może obojętność dziewczęcia przyczyniła się do rozognienia go jeszcze, ale nie mógł się już pozbyć tych czarnych źrenic, ziejących płomienie, sypiących iskier tysiące, które noc i dzień zdawały się nań patrzeć ze słońca, z chmur, z ciemności nocy, z każdej twarzy, z każdej strony. Sylwan śmiał się sam z siebie i łapał się na dzieciństwach niedarowanych zimnemu, jak on, człowiekowi, na przebiegach, podstępach, na młodzieńczych figlach, któreby nań raz jeszcze to czarnych oczu spojrzenie sprowadzić mogły. Ale baronówna, jakby więcej nieciekawa była go oglądać, już nie obdarowała ani uśmiechem, ani słowem, ani przelotnym rzutem oka. Sylwan gniewał się, zżymał, nic to nie pomagało; przyrzekał, że więcej na nią nie spojrzy i za chwilę podkradał się w sieni, gdy do powozu wsiadała, aby ją raz jeszcze zobaczyć. Słowem, choć do tego przed sobą się nie przyznawał, biedny Sylwan wypłacał dług młodości; był zakochany w najniebezpieczniejszy sposób, bo dwie naraz dotknięto w nim struny drażliwe: miłość własną i miłość, której jeszcze dla nikogo nie doznał.
Widział on w życiu wiele kobiet, do wielu się już, nie tracąc czasu, wdzięczyć próbował, począwszy od podeszłej wdówki, uróżowanej niemiłosiernie, która mu pierwsza dała o jego potędze najwyższe wyobrażenie, do garderobiany mamy, z których kilka padły ofiarą jego zapałów. Kochał się niby w Frani Kurdeszance; ale to była pańska fantazja, miłość z projektu, a tu zupełnie co innego doznawać poczynał. Marzył, kłamał przed sobą, stawał się dzieckiem, tłumaczył Sylwanowi, że Sylwan w niepotrzebne wdaje się rzeczy i daleko zabrnąć może; naostatek już argumentował pocichu, że miłość jest uczuciem niepokonanem, że człowiek od niej oszaleć może i największych dla niej ofiar nie skąpić. Z drugiej strony baronówna już mu się, mimo braku dostatecznych o rodzinie i przeszłości wiadomości, wydawała partją bardzo stosowną. Czego nie wiedział jeszcze, to bardzo zręcznie dokomponowywał.
Tak nareszcie baronostwo wprzód, on za nimi dojechał do Warszawy; a że nie miał ochoty stracić ich całkiem z oczu, postarał się, by w jednym z nimi stanąć hotelu. Baron zostawił to wyborowi pocztyljona, który Angielski zarekomendował; a hrabia wytłumaczył się przed sobą, że przyzwoiciej zajechać nie mógł. Galicjanie zajęli wielki apartament na pierwszem piętrze; Sylwan mniejszy, kawalerski, nieco wyżej. Tu jednak całkiem pozostać nie mógł, przybywszy na czas dłuższy do stolicy, musiał sobie szukać mieszkania odrębnego, które, dzięki usłużności pośredników z izraelskiego plemienia, trzeciego dnia znaleziono mu na Nowym Świecie. Był to lokal umeblowany na pierwszem piętrze od ulicy, z pięciu pokoików złożony, wcale dogodny i ładny, ze stajniami, kuchnią, składami i wszystkiem, czego Sylwanowi było potrzeba. Gdy mu się przyszło instalować i wynosić, hrabia przez grzeczność poszedł pożegnać pana barona. Choć apartament Galicjan bardzo był wspaniały i obszerny, sam Hormeyer, cały prawie ustępując córce, przyjął Sylwana w maleńkiej ciupce od dziedzińca, wcale nie po pańsku urządzonej. Zdziwił się hrabia, znalazłszy tego tak dystyngowanego człowieka w izdebce, ogołoconej ze sprzętów i wygódek, w której jedno skromne łóżeczko, stoliczek ze starym neseserem skórzanym i mały leżał tłumoczek.
Baron przyjął go trochę zmieszany, wymawiając się, że się nie urządził i zaprosił go do saloniku. Tu zastali baronównę, szybkim krokiem przechadzającą się po salce ze spuszczoną głową. Czy w lepszym była humorze, czy potrzebowała znajomej twarzy, czy nie wiem z jakiej przyczyny, ale spojrzała łaskawie na Sylwana, przywitała go i pierwszy raz słówko do niego dźwięcznym wymówiła głosikiem, pytając, dokąd się z hotelu wynosi, bo baron, wprowadzając gościa, oznajmił, że przychodzi z pożegnaniem.
— Wyszukałem sobie mieszkanie na Nowym Świecie, — rzekł Sylwan — śliczny kawalerski apartamencik; i państwu, jeśli dłużej bawić chcecie, życzyłbym pomyśleć także, by się wynieść z hotelu.
— Dlaczego? — spytała z roztargnieniem Ewelina.
— Dlatego — rzekł, siadając Sylwan i obiecując sobie przedłużyć rozmowę — że hotel, jako pied à terre na chwilę, jest wyborny, ale à la longue nieznośny, a nawet dla ludzi comme il faut nieprzyzwoity.
Baron nic nie odpowiedział, spojrzał tylko na córkę, a Ewelina ruszyła ramionami obojętnie.
— Ale bo nie wiem jeszcze, czy długo tu zabawimy — odpowiedziała. — A zresztą, to mi wszystko jedno...
— Mamy tu stosunki, znajomości, krewnych, — dodał baron — naradzimy się i coś postanowimy.
— Jeślibym w czem mógł być użytecznym? — zapytał Sylwan.
Ale Hormeyer ukłonił mu się z uśmiechem milczącym, dając do zrozumienia, że od nieznajomych osób taka ofiara jest dziwna, a przyjęcie jej byłoby nieprzyzwoitością.
— Pani nie uwierzy, — odwrócił się hrabia do Eweliny — jak Warszawa jest miła, jak się tu dobrze, ochoczo i wesoło bawią, ręczę, że skosztowawszy jej pani, oddalić się stąd nie zechcesz...
Baronówna spojrzała nań, blady uśmiech, jakby politowaniem zaprawny, przebiegł jej usta, ale nic nie odpowiedziała.
Nadeszła owa dama, towarzyszka Eweliny, szepcąc jej coś na ucho; baron zbliżył się także do córki, a rozmowa, rozpoczęta pocichu, zmusiła Sylwana do prędszego niż sobie życzył i zamierzał pożegnania. Baron zresztą był tak grzeczny, że na żądanie dozwolił mu się niekiedy odwiedzać; a Ewelina odchodzącemu rzuciła wejrzenie obojętne wprawdzie, lecz przenikające, bo oczy jej czarne, czarodziejskie czarne oczy zimno spojrzeć nie umiały.
Pierwsze dni pobytu zajęły Sylwanowi odnawianie znajomości, rozwożenie listów, wyszukiwanie krewnych wysoko położonych, proszone obiadki i herbaty, któremi kuzynka dla formy witano, tysiączne przygotowania do życia, sprawunki w sklepach, szycie sukien, prezentacje po pierwszych domach i wcielenie się w towarzystwo, w którem żyć pragnął. Wprawdzie i wpośród tych zatrudnień przychodziła mu na myśl piękna baronówna, ale, zajęty sobą, trochę ją Sylwan zapomniał, a gdy po tygodniu czy więcej tej krętaniny zajechał do Angielskiego hotelu, już tam ani baronówny, ani barona nie zastał, bo, jak mówił szwajcar, wynieśli się byli do mieszkania najętego przed dwoma dniami gdzieś około ulicy Miodowej. Sylwan dopytywał różnych osób o barona Hormeyera z Galicji, ale mu nikt o nim nic powiedzieć nie umiał; dopiero po kilku dniach znowu spostrzegł na ulicy znajomą karetę, a w niej pana barona z Edziem X. i w ten sposób trafił na nić, która go do celu doprowadzić miała.
Edzio X., liczący się jeszcze do młodzieży, choć całkiem był łysy i połowę tylko zębów dochował, miał lat przeszło czterdzieści. Oryginalny był on w swoim rodzaju: widziany zdaleka, wyglądał na urwisa, hulaka, próżniaka i utracjusza, a w istocie nosił tylko na sobie suknię wieku i społeczności, wśród których się kręcił, wewnątrz wcale będąc odmienny. Nie miał on odwagi być sobą wobec świata, ale go świat nie popsuł całkowicie: słaby tylko, złym nie był wcale. Żaden może wiek tylą słabościami, co nasz, nie grzeszy, połowa win naszych z nich pochodzi. Braknie nam serca do wszystkiego, wzdychamy do cnoty, ale nie dźwigniem jej skaleczałem ramieniem. Z tego względu Edzio był prawem wieku dziecięciem, daleko gorszem z pozoru, niżeli w głębi duszy. Przebaczał grzechy ludzkie, to dobrze, pobłażał im, co mu darować było można; ale co gorzej, dzielił je, nie czując w nich smaku, przez niedołęstwo, przez obawę skłócenia się z ludźmi i naruszenia sobie spokoju. Edzio lubił pracę, a nie pracował, bo się śmiano z pracujących, chyba ukradkiem i pocichu; lubił samotność, a dawał się wciągać w nieustanne czcze zabawki próżniaków; szydził wzorem innych, choć nie miał usposobień szyderskich; udawał, że traci grosz, z bólem wydając na dzieciństwa, gdy go wolał zachować dla podzielenia się z ubogim; słowem, grał rolę zepsutego i lekkiego człowieka, nie będąc nim wcale. Lenistwo, słabość, tchórzostwo odziały go tą suknią tak dla niego niestosowną. Miano go nawet za jednego z najgłębiej popsutych ludzi, zwłaszcza pod względem stosunków z kobietami, choć Edzio raz tylko w życiu kochał i raz na zawsze wszystkim paniom służył na pokrywkę ich trzpiotowatości. Tysiące mu przypisywano miłostek, o których mu się nie śniło. W tak przeciwnem swym chęciom i usposobieniu zajęciu, Edzio strawił młodość: wyłysiał, zestarzał i, nie nabrawszy odwagi być sobą, czemby już może teraz i być nie potrafił, wlókł się smutny do końca... Tymczasem świat miał go za jednego z tych szczęśliwych hulaków, którym żywot płynie złocistą strugą nasyceń i wskazywał go jako bohatera salonów, jako kochanka najpiękniejszych pań, jako człowieka zobojętniałego, zimnego i zużytego, złamanego wszelkiego rodzaju rozkoszą. O! mylności sądów ludzkich! Ten bohater gotowalni i zielonych stolików, ten zwodziciel i lew stolicy, pokryjomu codzień klęczał godzinami w krużgankach kapucynów na łzawej modlitwie, a gdy go złapano wychodzącego z kościoła, tłumaczył się, że szukał tam pani M., panny Z. lub jakiej gryzetki. Rola jego, którą raz przybrał i przez fałszywy punkt honoru utrzymywał, do poczciwej prawdy przyznać mu się nie dozwalała. Tak było we wszystkiem: gdy szedł wyszukać ubogiego, którego wspomagał, dzieląc się z nim groszem ostatnim, myślano, że na strychu odkrył czarne oko dzieweczki, wabiące go młodością i krasą świeżości; gdy stawał za przyjaciela lub ujął się za kobietą, rozpowiadano, że się skłócił o karty, o aktorkę i t. p. Mało osób znało Edzia, jakim był, cały świat przysiągłby, że takim być musiał, jakim go sobie wyobrażano. Jak wszelkie życie walki, choć bezsilnej, smutny był los Edzia, boleścią wewnętrzną każdy dzień się w jego pamięci piętnował; ale z obowiązku swej roli, Edzio udawał wesołego i uśmiechał się do wszystkich.
Do tego biedaka, któremu tylu zazdrościło mniemanego szczęścia, pobiegł nazajutrz Sylwan z zapytaniem o barona. Edzio był mu już nieźle znajomy: zjedli razem kilka obiadów, wypalili z dziesięć cygar i zwali się po imieniu od ostatniego śniadania u Flateau, na którem pękło kilkanaście butelek szampana. Edzio X, choć dość majętny, stał skromnie i tyle jeszcze miał siły, że rzadko u siebie przyjmował, lubiąc się zamykać samotnie, raz tylko w tydzień dawał dla znajomych herbatę.
Sylwan, który koniecznie dostać się do niego pragnął, wybrał bardzo ranną godzinę i przebojem wszedł do jego pokoju. Edzio zmieszany szybko pochował książki, które czytał, pod poduszkę fotelu, dobył jakiegoś romansu, służącego mu na ten cel, a nieprzerzuconego ani razu, i z tym lekkim pokarmem w ręku przyjął Sylwana.
— Trochem niezdrów, — rzekł, wymawiając się — z próżnowania wziąłem jakąś książkę do ręki.
— Przepraszam, że ci odpoczynek przerywam — zawołał śmiało hrabia. — Trzeba coś przebaczyć wieśniakowi. Chciałem cię zastać koniecznie.
— Siadaj, proszę: cygaro?
— Dziękuję, niedługo zabawię.
— W czem ci usłużyć mogę?
— Będę szczery — rzekł Sylwan. — Jadać tu do Warszawy, spotkałem się w drodze z jakimś baronem Galicjaninem i prześliczną jego córką. Przyznam ci się, że baron jak baron, ale cudna Ewelina niezmiernie mnie zajęła. Wczoraj spotkałem cię z nim w karecie, wiesz więc, gdzie stoi? znasz ich? możesz mi Roś powiedzieć?
Edzio spojrzał z uśmiechem na hrabiego i ruszył ramionami.
— Znam ich i nie znam — odpowiedział. — Stoją na ulicy Miodowej, około pałacu Paca. Baron miał do mnie list polecający od hrabiego Z. ze Lwowa; tyle o nim wiem tylko. Mój przyjaciel zaleca mi go jako bardzo dystyngowanego człowieka, dobrze położonego na dworze austrjackim, bogatego i mającego interesa w Warszawie. List zapoznał mnie z baronem.
— Ale któż to jest? — spytał Sylwan. — Obywatel galicyjski? wysoki urzędnik? jakie są jego stosunki?
— Wszystko to tajemnica, — rzekł Edzio — wczoraj M. mówił mi, że zdaje mu się, jakoby go w Wiedniu widział, ale sobie dobrze nie przypomina, w jakiej roli i gdzie.
— Baron musiał ci się przecie nieco wygadać?
— Tyle co list, — odparł Edzio — a przyznam ci się, nie byłem ciekawy i badać go nie chciałem.
— Widziałeś baronównę?
— Widziałem.
— Bardzo ładna! prześliczna! nieprawdaż?
— Ładna, ale mi się tak bardzo nie podobała; jak na młodą osobę, nienaturalnie jest dumna, obojętna i chłodna.
— Czy będą tu bywali? przyjmowali? Czy zabiorą jakie stosunki?
— Widzę, że baron tego pragnie; prezentowałem go wszędzie, dom najął obszerny i urządza go na pańską skalę. Myślę nawet, że zamieszkają w Warszawie.
— Będę cię prosił, abyśmy tam kiedy razem być mogli — dodał Sylwan.
— Najchętniej! — pośpieszył oświadczyć się Edzio.
Na tem skończyła się rozmowa, z której Sylwan niewiele się wprawdzie dowiedział, ale obiecywał sobie, że po nitce do kłębka prędzej czy później dojść musi.



W Denderowie po odjeździe Sylwana nic się nie zmieniło, nie czuć było nawet, że ubył. Hrabia tylko, sam wyprawiwszy go na to polowanie na żonę, już spokojniejszy zasypiał, rachując, że z posagiem powróci, że synowa może swoją gotówką interesa jego poprawić, i nabrał większej otuchy, niecierpliwie o wyprawie oczekując wiadomości. Tak samo z drugiej strony zamążpójście córki za Farureja uważał spekulacyjnie za źródło, z którego coś wyczerpnąć był powinien; powoli nawet zaczynał zdaleka zaczepiać o to przyszłego zięcia, że niedosyć intraty czynią mu jego dobra, że w ręku czynnego człowieka we dwójnasóbby robić mogły, i ukazywał dla porównania swoje majątki. Stary młokos uśmiechał się, ale nie zdawał się rozumieć, do czego to zmierzało, cały zajęty ubóstwianą Cesią. Ubóstwiana zaś Cesia, która poprzysięgła, że Wacława upokorzy i do nóg swoich przywiedzie, pracowała pocichu, jakby tego dokazać; dotąd bowiem wcale jej się nie udawało.
Bardzo jej było na rękę, gdy jednego wieczora hrabia przy herbacie oświadczył żonie i córce, że życzył sobie, żeby się wybrały z wizytą do Wulki do Kurdesza. Dał za powód, że wkrótce Frania, idąc za Wacława, stanie się ich krewną, że dla Wacława nawet tę grzeczność zrobić wypadało; a w istocie myślał tylko, jakby ująć starego szlachcica, nie wiedząc, czem mu jego dwakroć zapłacić. Hrabina skrzywiła się bardzo na to rozporządzenie mężowskie, nie tając się ze swym wstrętem dla Wacława i obojętnością dla familji, ale Cesia żywo się tej myśli chwyciła.
— O! jedźmy! jedźmy! — zawołała. — Od tak dawna jestem już ciekawa... szczególniej tej tak pięknej Frani, w której i Sylwan się kochał, i Wacław za nią szaleje... Prosta dziewczyna, to jednak musi być coś osobliwszego czy pięknością, czy rozumem...
Hrabia parsknął śmiechem.
— Sylwan się w niej nie kochał, ale ją chciał bałamucić, — rzekł stary, dbały o honor domu — a co się tyczy Wacława, ten pokochać się mógł w pierwszej lepszej, tak mu było pilno... Dziwi mnie, że się nie żeni z twoją garderobianą...
Cesia potrząsnęła głową w milczeniu, hrabina nie protestowała głośno, nie sprzeciwiała się; wizyta była całkiem dla niej obojętna: hrabia jej sobie życzył, córka pragnęła, złożyć się więc musiało. Wyrządzając tak znakomity honor domkowi szlachcica, Dendera nie mógł nie pomyśleć też, jakby go trochę upokorzyć i dać mu poznać, jaka to przestrzeń ich dzieli. Rozkazano więc dobyć karetę, szory, liberje paradne, a hrabina i Cesia nie żałowały brylantów i cacek w ubraniu.
— Ha! — myślała hrabianka — nareszcie poznam ją, tę Franię, tego nieprzyjaciela tak niebezpiecznego, tę wiejską piękność sielankową, dla której ci panowie głowy tracą. Ciekawam! ciekawa! Chciałabym doprawdy, żeby się Wacław tam znalazł, żeby nas obie mógł porównać i żeby mu się serce ścisnęło taką boleścią, jakiej ja doznałam z jego przyczyny!
Przyśpieszono nieco obiad dnia tego, hrabia sam ekwipaż i ubranie żony i córki opatrzył, a gdy ruszyli, puścił kłąb dymu z fajki, którą palił, z oznaką radości, że do tak skutecznego środka ujęcia sobie Kurdesza doszedł nareszcie. Chmurzyło mu się tylko czoło, gdy pomyślał, że pani hrabina może się tam znaleźć niebardzo grzecznie i, zamiast pogłaskania, obrazić; ale że Cesi dał osobną instrukcję, którą ta zdawała się doskonale pojmować, był nieco spokojniejszy.
Nareszcie paniom, jadącym w głębokiem milczeniu, pokazała się Wulka i jej malutki dworek, tak licho wydający się po denderowskim pałacu, a w tejże chwili stojąca koło drobiu Brzozosia ujrzała ten pyszny ekwipaż w ulicy i w pierwszej chwili, niedowierzając oczom, gdy się przekonała, że wprost przed dwór dąży, o mało nie umarła ze skłopotania i strachu. Nigdy jeszcze gość tak paradny nie nawiedził pana Kurdesza! Kareta, sześć koni! lokaje w galonach: gdzie to pomieścić, przyjąć, posadzić! Dodajmy dla lepszego wytłumaczenia przestrachu panny ciwunówny, że w pierwszym, w bawialnym, w paradnym owym pokoju, który mógł służyć do przyjęcia gości, jako w najsuchszym i najcieplejszym, rozesłana na obrusach schła na stole, na podłodze, na kanapie nawet pszenna mąka, tylko co z pytla przywieziona; że w sieniach mnóstwo było od garbarza odebranego rzemienia, że wszystek drób gwarzył przed gankiem, a wyprana bielizna w malowniczych różnobarwnych zwojach schła na sznurach wpośród dziedzińca. Biedna ciwunówna nie miała odwagi po szlachecku, z pewną dumą, przyjmować wśród tych oznak pracy, gospodarstwa i skrzętności; krzyknęła więc: „Jezus, Marja, Józef!“ i wpadła do Frani, nie mając siły wymówić wyrazu strasznej groźby, ręką tylko wskazując na drogę z przerażeniem. Frania, która sądziła, że się wielkie jakie stało nieszczęście, porwała się, nie wiedząc, co począć.
— Ratuj, kto w Boga wierzy! — wrócił nareszcie głos Brzozosi — nieszczęście!
— Co za nieszczęście? — zapytał Wacław i Kurdesz, razem siedzący trafem w pokoiku Frani, zrywając się jeden z kufra, drugi z ławki.
— Okropności! landara, sześć koni, galony, kareta, jakiści hrabstwo! wprost! wprost! a tu gęsi, mąka, rzemień, bielizna i Frania w perkaliku!
Rzucili się do okien mężczyźni, dorozumiawszy się, o co chodziło; Wacław poznał karetę z Denderowa, konie i ludzi. Rotmistrz sobie przypomniał mąkę w bawialnym pokoju i z Brzozosią razem wybiegli ją zabierać, zwołując, co żyło we dworze, do pomocy. Ale, pomimo pośpiechu czeladzi, tyle tylko dokazać potrafili, że pani hrabina wjechała na najokropniejszy nieład, śmieszniejszy stokroć od pierwszego gospodarskiego nieporządku, na rozpędzanie gwałtowne drobiu, zrywanie bielizny i rozsypywanie pytlowanej mąki po sieni. Ta nieszczęśliwa mąka, której się Brzozosia odpłakać nie mogła, gdy ją Janek z Magdą dźwigali, a róg się im obrusa z rąk wysunął, na samo przyjęcie hrabiny wielkim obłokiem kurzawy wzbiła się w ciasnej sionce.
Nie było też czasu pościerać, a choć ostrożnie suszono owe wielkanocne zapasy i podkładano je starannie, wszędzie jednak zostawiły ślady po sobie. Wielki stół cały był w białych pręgach, na kanapie leżała w kilku kupkach, a podłoga dawała rozpoznać kształt bielizny, na której była rozpostarta. Brzozosia do wszystkich świętych uciekała się, aby ją ratowali, a nieszczęście to tak ją dotknęło, że rzemień pod pachę porwawszy, nie do czeladnej z nim, ale przez ganek uciekała i, spotkawszy się z panną Cecylją, wszystek swój ciężar pod nogi jej upuściła. Kurdesz tylko nie stracił przytomności: wdział szybko kontusz i pas lekki, wybiegł rzeźwo do powozu, a na nic nie zważając, hrabinę do chatki swej wprowadził, z tysiącem niskich ukłonów i przesadnych podziękowań. Frani radził, żeby się wcale nie przebierała; na Wacława mrugnął, aby mu w pomoc przyszedł i, udając, że hrabiny uśmieszków i Cesi urągliwego skrzywienia nie widzi, począł od najotwartszego tłumaczenia:
— Daruje JW. hrabina dobrodziejka, że nasz domek, nieprzywykły do tak dostojnych gości, w takim zastają nieporządku. Zwyczajnie u zaściankowego szlachcica: ciasnota i ubóstwo... Ot... mąkęśmy suszyli.
— To dosyć widoczne! — powiedziała sobie w duchu hrabina i poczęła przez zęby chwalić wiejskie życie.
Cesia ciekawem okiem mierzyła wszystko, chwytała szczegół najmniejszy, złośliwie spoglądała na Wacława, który się rumienił mimowolnie, i oczekiwała przybycia Frani, coraz to na drzwi spozierając.
Frania w śmiertelnym strachu, przeżegnawszy się i, wedle rady ojcowskiej, nie zmieniając stroju, który był skromny, ale przyzwoity, wśród kiwań głową Brzozosi, z bijącem sercem weszła do pokoju. Oczy obu pań badawcze, ciekawe, nielitościwie szyderskie, zatrzymały się na niej; a Cesia po chwili, mając w tem zapewne myśl jakąś, zbliżyła się do Frani z czułą niemal grzecznością.
Wacław, cały zmieszany, poglądał na ukochaną, jakby jej na ratunek przybiec był gotów: obawiał się Cesi, drżał o Franię, niepokoił swojem i jej położeniem. Mimowolnie jednak porównać musiał z sobą zbliżone trafem te dwie istoty, z których jedna tak dziwnie go dręczyła, druga tak czule kochała. Może na to porównanie rachowała trochę Cesia i wywołać je pragnęła; ubrana też była z największem obrachowaniem na efekt, z zalotnością, ze sztuką nie do naśladowania: serce i miłość własna stroiły ją na te odwiedziny. Miała na sobie białą suknię, różowe tylko wstążki, perły na szyi, różę we włosach i parę bransolet na pięknej, malutkiej, po łokieć odsłonionej rączce; twarz jej stroił smutek i melancholja, a cała postać tak była pełna arystokratycznego powabu, że przy niej biedna rumiana, świeża, trochę zakłopotana i mniej starannie ubrana Frania musiała się wydać prostą dzieweczką tylko. Twarz i rysy panny Kurdeszanki były stokroć piękniejszego typu od zmiętej i nieregularnie narysowanej twarzyczki hrabianki, ale w swej prostocie stały się pospolitemi prawie. Cesia była śmiała, niezmieszana, pewna siebie; Frania upadała pod brzemieniem niezwyczajnego położenia. Tej z ust płynęły słowa potokiem; tamtej myśl błąkała się, nim jedno i to pospolite słówko znalazła. Wacław spojrzał i westchnął, widząc wyższość tej, która nie miała serca, nad biednem dziecięciem, pełnem uczucia, ale odrętwiałem ze strachu.,
Pewna zwycięstwa hrabianka nie puściła już od siebie Frani i, gdy pan Kurdesz zabawiał hrabinę, mówiąc jej o omłotach pszenicy i urodzaju konopi, Cesia tymczasem starała się ośmielić Franię, pociągnąć ją ku sobie, otworzyć jej usta i serce. Rotmistrzówna powoli, powoli przychodziła do siebie, ale pozostała prostem dziecięciem wioski, naiwnem, nie umiejąc się zejść z Cesią na żadną myśl wspólną, nie mogąc zastosować do niej ni złączyć z nią na żadnym z nastrojów, w których najsprzeczniejsze czasem spotykają się wyobrażenia i pojęcia.
A! z jednej wszyscy wychodzimy kolebki, lecz jakże różnymi czynią nas ludzie, świat, pierwsze głosy, któremi karmią się uszy, pierwsze uczucia, poruszające sercem naszem! Jak dwa promienie, z jednego wyskakujące ogniska, wylatujemy w przestrzeń, wśród której im dalej pędzi nas przeznaczenie, tem szerzej rozbiegamy się, połączyć nie mogąc nigdy. Frania nie pojmowała Cesi dojrzalszej od siebie, na świat spoglądającej z uśmiechem szyderczym i urągliwym; Cesia litowała się nad Franią bezbronną, bojaźliwą, słabą, nieśmiałą, która się jej wydała dziecięciem.
W pierwszej na wygasłego uczucia popieliskach świecił dowcip chłodny i doświadczenie myśli, która już wszystko przebiegła i we wszystkich się skąpała kałużach; u drugiej biło uczucie wstydliwe i skromne, nie umiejące się wydobyć usty. Cesia była cała pożyczana, Frania sobą tylko; pierwsza lepiej znała świat i człowieka, druga naturę i Boga.
Każde prawie słowo Frani było śmieszne dla wychowanki pałacu; każdy wyraz Cesi niezrozumiały rotmistrzównie. Wacław ze strachem zdaleka poglądał na zawiązującą się ich rozmowę, roztargniony pomagając Kurdeszowi bawić panią hrabinę. Cesia tymczasem korzystała z czasu, stała się słodziuchną, przymilającą i, łatwiej od Frani potrafiwszy nastroić się na ton wiejski, powoli badała biedną wieśniaczkę. Nic nie uszło jej baczności pod żadnym względem; potrafiła zaczepić najdrażliwsze fibry jej serca, najdroższe jej przekonania, najtajniejsze nadzieje; a po kobiecemu obejrzała ją też, począwszy od czerwonych rączek do czarnego bujnego warkocza. Uznała się stokroć wyższą umysłem od tej, która jej Wacława odebrała, a powierzchownością i wdziękiem także się nie czuła zwyciężoną.
— Trochę świeższa ode mnie, — rzekła w duchu — ale co za postać niezgrabna, jaki chód, jak nie umie korzystać z tego, co jej los wydzielił! Ani dowcipu, ani zalotności; chyba młodość, chyba wieśniacze zdrowie czynią ją tak powabną... nie pojmuję! nie pojmuję!
Cesia, obejrzawszy tak przeciwniczkę, pocieszyła się tem, że Wacława od niej oderwać potrafi; kilka razy wśród rozmowy zdradziecko rzuciła nań okiem, gdy Frania nieśmiało się lub w sposób pospolity odezwała, widziała płomienie na jego twarzy i napoiła się tą kropelką zemsty.
Wacław wcale był nierad odwiedzinom hrabiny, zupełnie niespodzianym; przewidywał on ich skutki, domyślał się powodu i dziwił zimnej krwi, z jaką Kurdesz płaszczył się przed hrabiną, zapewniając ją, że najwyższem szczęściem dla domku jego jest przestąpienie niskiego progu przez tak dostojne osoby.
Nie kleiło się bardzo w salonie, a Bóg jeden wie, co z Brzozosią się działo zostawioną samą sobie, wśród przygotowań do herbaty. Żadna siła ludzka wmówićby jej nie mogła wstrzymanie się od pokazania wszystkich sreberek, porcelany i oddawna w pyle stojących drogocennych sprzęcików, z któremi popisać się chciała koniecznie. Powydobywała więc, co tylko dom miał, a do herbaty i pieczyste, i kartofelki, i frukta, i masło, i figi, i rodzenki, i konfitury, i arak, i nalewkę, i co tylko znalazła, powysyłała. Nie było stołu, na którymby się to wszystko pomieścić mogło, ale nad tem nie zastanowiła się Brzozosia. Frania i Wacław jakoś ostrożnie i nieznacznie usunęli część tych niepotrzebnych jadeł, któremiby dziesięcioro wygłodniałych drabów nasycić było można i, choć zawsze na szlachecki dworek za wielki był występ, nic w tem tak bardzo bijącego w oczy nieprzyzwoitością nie było. Kurdesz zresztą, doskonale w swojem położeniu utrzymać się umiejąc, poprawił, co mogło być dla hrabiowskich oczu i ust niesmacznego, szczerem wyznaniem swej nieznajomości świata i jego obyczajów.
Cesia w ciągu całych tych odwiedzin była aż do zbytku nadskakująca dla Frani; a że ją łatwo ująć było można, wydobyła z niej, co tylko chciała; poznała ją, odgadła, zrozumiała, zwycięskim rzutem oka mierząc Wacława, jakby mu powiedzieć chciała:
— Teraz cię mam, nie wywiniesz mi się!
Odwiedziny przeciągnęły się dość długo i mrok padał, kiedy nareszcie po herbacie hrabina powstała, by pożegnać gospodarza. Dawszy się namówić na bytność w Wulce, która dla niej najmniejszego nie przedstawiała zajęcia, nasyciwszy ciekawość odrazu, pani hrabina przesiedziała godzinę tę, z przykładną cierpliwością słuchając Kurdesza, który, na rożku krzesła z przyzwoitem uszanowaniem zawieszony, bawił ją rozmową, na jaką tylko się mógł zdobyć: patrjarchalną, pasterską, gospodarską, o owcach, bydle, hładyszach, nabiale i t. p., sądząc, że tem zająć potrafi znudzoną sobą i światem, i nadchodzącą starością zalotnicę. Hrabina odpowiadała mu półsłówkami, głową, ręką, nie wymuszając się zbytecznie, ale też nie popełniając niegrzeczności. Milczenie swe odrazu złożyła na ból głowy: obstawiono ją wodami, wódkami, lekarstwami, krzątano się, latano. Nic nie pomogło oczywiście, ale oszczędność w mowie została wytłumaczona.
Cesia, przeciwnie, ożywiona była, rozmowna, ujmująca, słodka dla Frani i zyskała jej serce tą komedją, której fałszu dziecię ani domyśleć się nawet nie mogło. Wacław, jak na żarzących węglach, nie miał czasu przestrzec Frani, a widział, że zanadto otworzyła swe serce; i po uśmiechu hrabianki, przelatującym jej usta jak wietrzyk wieczorny, zgadywał, ile naiwnych wyznań złapała. Kurdesz wreszcie pocił się, ocierał co chwila czoło, mordował, ale do upadłego zabawiał hrabinę; a naprzeciwko nieoszacowana Brzozosia, nie ukazując się i pozostając za kulisami, jak oparzona kręciła się, karmiąc wszystkich, pojąc i dom do góry nogami przewracając dla honoru rotmistrza.
Dała dla furmanów i lokajów cały gąsior starki, jedzenia we dwójnasób tyle, ile go spożyć mogli i powtarzała, fartuszkiem rozpłomienione ocierając policzki:
— Niechaj znają! Szlachcic ci to, ale pewnie u nich tak nie przyjmą! Niechaj znają! ot tak!
Nareszcie odwiedziny te, jak wszystko w świecie, skończyły się, runęły krzesła, rzucili się gospodarze, poprzynoszono salopy i chustki. Kurdesz pod rękę procesjonalnie wyprowadził hrabinę, Cesia wyściskała Franię, zapraszając do Denderowa... i mieszkańcy Wulki odetchnęli, gdy landarę ujrzeli za bramą. Kurdesz upadł na ławkę w ganku z zaschłem gardłem, Wacław podparł się we drzwiach zadumany, Brzozosia wybiegła zwycięska.
— A co? źle było? — zawołała. — Nie chwaląc się, jak Boga kocham, rotmistrzu, gdyby nie ja, nigdybyście sobie rady nie dali. Otóż, spodziewam się, żeśmy się nie poszkapili: jadła huk, dostatek wszystkiego; niech znają! A ludzi im popoiłam, tak że tańcowali po dziedzińcu; a jeden musiał być dobrze napity, kiedy starą Magdę niepoczciwy wyściskał, że jeszcze przyjść do siebie nie może...
— Dziękuję pannie ciwunównie, — odparł Kurdesz powoli — wszystko to było pięknie, ale jakby tak drugi raz, nie wypocząwszy, naprzykład jutro, przyszło znowu panów przyjmować...
— To co? Alboby to nam czego zabrakło? — przerwała Brzozosia.
Rotmistrz tylko westchnął.
Frania przystąpiła do Wacława.
— A! jakaż ona miła! — odezwała się — jaka uprzejma, ujmująca, a pan mi nic nie mówiłeś o niej.
Wacławowi twarz zapłonęła ogniem: nie umiał odpowiedzieć.
— Musi mieć dobre serce — dodała Frania. — Jak mnie zapraszała do siebie, ile to mi rzeczy poobiecywała, jak ją najmniejsza zajmowała fraszka, jak słuchała, com jej opowiadała o sobie! Prawdziwie, niczemu innemu tego przypisać nie umiem, tylko siostrzynemu jej sercu dla ciebie.
— A jam się tak obawiał — rzekł Wacław pocichu.
— Czego?
— Ona trochę szyderska, ty tak wierząca i tak łatwe anielskie masz serce...
— A czegożby ona szydzić miała? — zapytała Frania. — Fe! panie Wacławie, nie godzi się tak czarno widzieć ludzi, posądzać i nie wierzyć! A ja ją pokochałam... i gdyby tatko pozwolił, chętniebym pojechała z nim do Denderowa.
— Pojedziemy, moje dziecko, — rzekł stary — ale niechno się wysapię trochę.
I otarł pot z czoła. Brzozosia spojrzała nań niemal z politowaniem i, zlekka ruszywszy ramionami, nierada może, że jej pracę za mało oceniono, pomrukując coś niewyraźnie, odeszła.



W kilka dni potem Wacław siedział z Franią na ganeczku w Wulce i pocichu, znowu spokojni, rozmawiali już jak swoi o przyszłości, o której marzyli oboje, którą odgadnąć usiłowali. Jakgdyby kiedykolwiek można przyszłość odgadnąć! Nie, los szydzi z niedołężnych rachub naszych; niech nawet będą tak liczne, tak różne jak losu obroty, znajdzie on drożynę, którą się między niemi prześliźnie. A przecież któż nie osnuwa i nie układa przyszłości? Jest to sobie zabawia jak inne: przegrywamy w tę grę sto razy i setny pierwszy podsuwamy znów stawkę naszą. Lubo to marzyć, choćby na samem marzeniu skończyć się miało!
W obrazie tej świetnej przyszłości były i Wulka, i Palnik, i stary rotmistrz, i poczciwa Brzozosia, i książki, i muzyka, i zajęcie biednymi, i przekazane przez księdza Warela w świętej puściźnie do spełnienia legata. Frania, choć udawała dość obojętną, gryzła się jednak, że Wacław z woli ojca i z potrzeby interesów musiał wkrótce odjeżdżać do Warszawy, ale milczała. Wacław, posłuszny rotmistrzowi, choć myśl jej zgadywał, choć byłby rad zaspokoić największą ofiarę, musiał spełnić rozkaz Kurdesza: wybierał się, wybierał powoli.
Frania, choć pieszczona, choć często samowolna, umiała się korzyć przed stanowczą wolą ojca; a zdziwiona chłodem i niedowiarstwem rotmistrza, wystawiającego Wacława na rodzaj próby, czuła w nich rodzicielskiego serca obawę i bardzo przeciwko niej gniewać się nie mogła. Ojciec na kilkakrotne próby jej wymówek, odpowiedział pieszczotami, żartami: często widziała, jak łzy puszczały się z oczu i serce żywiej zabiło starcowi; czuła, że on sam tych odkładań się lękał, bo siwe włosy o śmierci mu nad skronią szeptały. Ale co raz postanowił, obmyślił, uznał słusznem i dla przyszłości rękojmię przynoszącem, tego się trzymał wytrwale. Nie próbowano już wymóc na nim zmiany zdania.
— Powrócisz prędko? prędko? — pytała Frania z wdzięcznym uśmiechem.
— Kiedy mi każecie — rzekł Wacław. — Wiesz, że jadę przez posłuszeństwo.
— Prędko, prędko; prędzej nawet, niż się umówimy, potrzeba będzie panu powrócić! — mówiła Frania. — Wiem, że dobry ojciec ten pośpiech wybaczy.
— A! gdyby mnie od tej próby uwolnił! — westchnął Wacław.
— Nie! o tem mu już mówić nie można — szepnęła Frania. — Jedź! Ja tymczasem będę czytać, będę się uczyć: zostawisz mi dużo, dużo książek, naznaczysz mi kolej; będę żyć niemi, zajrzę przez nie w świąt nieznany, podniosę się, bym cię zrozumieć i ocenić potrafiła.
— O! droga Franiu! niewiele książki cię nauczą; zajrzyj w serce swoje, tam droższe masz skarby! A jeśliś chciwa pokarmu dla duszy, chcesz książek i nauki, ta ci przyjdzie łatwo, bo jej połowę odgadniesz. Książka zresztą nietyle nas sama uczy, ile do rozwinienia naszego pomaga, budząc to, co w nas spoczywa. Nauka codzień się zmienia, podnosi, upada, zwraca kołem do drogi, którą przebiegła, ona niekoniecznie jest celem, jest tylko środkiem, sposobem rozwinięcia władz naszych.
— Rozumiem cię, Wacławie: będę czytać i myśleć, nie zaprzedam się żadnej książce w niewolę, zostanę sobą! Ale bez ciebie na ilu to trudnościach przyjdzie mi się łamać bezskutecznie. Spotykać je będę na każdym kroku: kto mi je usunie, kto mi wskaże drogę, kto, jak ty, jednem słowem skruszy zaporę?
— Droga Franiu! bądź pewna, że serce z rozumem ująwszy się za ręce, przejdą wszystko, złamią i obalą najstraszniejsze zapory; ale obojga radzić się potrzeba.
— Któż mi powie, że się nie mylę, że nie błądzę?
— Alboż się ty omylić możesz?! — zawołał Wacław z uniesieniem. — Często myśl twoja tak młoda, świeża i bujna, tak niczem nie skrzywiona, moją prostuje i mnie zdumiewa i upokarza.
Frania spuściła głowę.
— To pochlebstwo! — odezwała się pocichu.
— Nie, mówię, co czuję, Franiu kochana.
— Dość tego! jedziesz, jedziesz pan! — poprawiła się, bo w ich języku nie było jeszcze stale przyjętej formy: wyzwalał on się już z „pana“ i „pani“, ale przy obcych powracał do nienawistnych tytułów i często, mimowoli, się mylili. Sami będąc, niepotrzebnie mówili sobie „pan“ i „pani“; przy obcych wymykały się im poufalsze wyrazy. — Jedziesz pan, — mówiła Frania — to przynajmniej pisz często, często, do ojca, do Brzozosi... to jest do mnie.
— Jak i do kogo mi tylko każesz, — rzekł Wacław — to pewna, że każdy mój list do ciebie będzie i dla ciebie.
— I dzień po dniu, godzina po godzinie, potrzeba mi będzie zdawać sprawę z każdego ruchu, z każdej myśli...
— Ze wszystkiego! Ja nie mam tajemnic.
Frania westchnęła.
— Miałam dziś tego dowód, gdyś mi, tłumacząc tę Cesię, którą byłam tak pokochała, a której teraz tak się już boję, przyznał się, żeś ją kochał troszeczkę. A czy tylko troszeczkę?
— Troszeczkę i to już przeszło.
— Przeszło? a nie wróci?
— Uczucia takie nie powracają.
— Ja nie wiem; ja sądzę, że na dnie serca zawsze, na wieki, zostawać muszą.
— Ale to nigdy nie było uczucie gwałtowne; pytałem siebie, jestem pewien, że dla mnie siostrą tylko być może. Chłodny z nią jestem, obojętny i litość zajęła miejsce uczucia, zrodzonego sieroctwem, samotnością, pragnieniem dziecinnem współczucia.
— Litość? — spytała Frania — a czegoż się nad nią litujesz?
— Cesia wychodzi za starca, do którego nie ma przywiązania; przyszłość jej straszna i ciemna.
— Wszakże go sobie sama wybrała?
— Tak, pragnienie bogactw, zbytku, błyszczenia na świecie obłąkały ją. Żal przyjdzie za późno...
— A, proszę, nie żałuj jej pan tak bardzo!
Wacław się rozśmiał.
— Nie bądź zazdrosna! — rzekł pocichu, całując przytrzymaną jej rękę. — Możeszże się kogo obawiać?
— A, wszystkich! — odezwała się Frania tęsknie. — Czyż nie znam siebie? czyż myślisz, że nie wiem, jak wiele mi braknie? jak wobec was jestem prostą, dziką, nieokrzesaną wieśniaczką?
— To właśnie daje ci wdzięk nieopisany: nie trać go, proszę, nie staraj się być inną! Bądź pewna, że przy tobie zniknie dla mnie świat cały.
— Muszę, jaką jestem, pozostać — odpowiedziała Frania. — Wiem dobrze, że za późno byłoby chcieć siebie odmienić, mogłabym przestać być sobą, a nigdy nie pochwycić tego, czego mi braknie!
To mówiąc, uśmiechnęła się; oboje ujrzeli nadchodzącą pocichu z kluczykami Brzozosię, uśmiechniętą, połyskującą wyrazem radości. Bo ilekroć widziała ich tak z sobą, poczciwe jej serce radowało się i rosło, miło jej było choć spojrzeć na szczęście, którego nie doznała sama.
— Cóż tam państwo spiskujecie pocichu? Dalibóg, rotmistrzowi powiem! — zawołała, miląc się do nich.
— Odkładamy wesele na lat trzy od Bożego Narodzenia, bo czegoż się śpieszyć — z uśmiechem odpowiedziała Frania.
— Zapewne! zapewne! jeszcze na pięć sobie odłóżcie! — szybko odparła ciwunówna. — To najlepiej, a rotmistrz pochwali i podziękuje! Jużto, powiem państwu, że teraźniejszych kawalerów, dalipan, nie rozumiem! Dawniej, bywało, jeśli się sobie podobali, a rodzice się zgodzili, nie odwlekano tak od roku do roku: poszli na kobierzec i kwita! Ale dziś u nas wszystko inaczej: po pańsku, po francusku! djabli wiedza po jakiemu! Ot i rotmistrz jak zaczął odkładać... Oj! to odkładanie... tylko ser odkładany dobry... pożal się, Boże!
— Więcby nas panna ciwunówna choćby jutro pożeniła? — spytał Wacław.
— A zapewne, choćby jutro! Cóżto, człowiek ma tyle życia na zbyciu, żeby latami młodości szafował jak plewą?
— Brzozosia, już widzę, po swojemu gderze, — przerwał stary Kurdesz, wysuwając się z laską i czapką w ręku — zawsze ma coś do nas!
— Ale u mnie, co na myśli, to na języku: ot tak! — zawołała panna ciwunówna. — Z niczem się nie taję.
— Mnie tam szczególnie dostawać się musi — z uśmiechem dorzucił stary, domyślając się, o co chodziło.
— I tego nie zaprę, bo ja pana rotmistrza nie rozumiem: męczyć tak tych dwoje biednych dzieci!
Stary spojrzał na Franię i Wacława i szepnął Brzozosi:
— Albo to im tak źle? To, moja panno ciwunówno, ich roczek różany; a potem! a potem, przyjdzie gospodarstwo, kłopoty, życie powszednie, chłód, jesień i zima. Niech się nacieszą sobą, tyle ich, co teraz!
Brzozosia, już nie chcąc czy nie umiejąc odpowiedzieć, bo życie wcale inaczej pojmowała, ruszyła tylko ramionami z oburzeniem; Frania zerwała się, biegnąc niby czegoś poszukać, a Wacław sam pozostał z rotmistrzem.



Wróćmy jeszcze na chwilę do Denderowa, dokąd nazajutrz Wacław mimo woli musiał pośpieszać z pożegnaniem przed podróżą, obawiając się dziś spotkania z Cesią więcej niż kiedykolwiek po jej w Wulce odwiedzinach. Dendera siedział, jak wprzód, za swym stołem i papierami, układając plany, marząc o sposobach podtrzymywania walącej się fortuny, o środkach dźwignienia jej, które codzień sztuczniej, ale coraz mniej praktycznie obmyślał. Jak zwykle w rozpaczonych razach, im trudniejszem stawało się położeniem, tem cudowniejszych na nie szukano lekarstw, uciekając się i do losu, i do Boga, i do ludzi, i do zawodzącego rozumu. Nie było już sposobu utrzymać nadal życie na tej stopie, na jakiej je był przywykł prowadzić, a codzień natarczywiej odzywający się wierzyciele przerażali go coraz bardziej, bo mu już do wywijania się im brakło konceptów. W więzach tych długów ściśnięty, przełamywał się jak Laokoon, jak Laokoon przyszłość swych dzieci widząc w tych samych męczarniach.
Zkolei, po awizowaniu Kurdesza, zewsząd przychodziły listy, zjawiali się niemili goście, sypały się zgłoszenia, prośby usilne i niegrzeczne nalegania o zwrot kapitałów; a że zakołatano o nie jednocześnie i każdy wymagał natarczywie, i nikt się nie dawał ani procentem, ani komplementem, ani pochlebstwem ułagodzić, by zostawił sumkę, hrabia rozmyślał tylko, jak uratować z rozbicia choć odrobinę majętności, a samą ruinę zrzucić na czyjeś plecy i od odpowiedzialności moralnej za nią się uwolnić. Klęska jakaś ogólna, przewrót, nieszczęście publiczne byłyby mu bardzo na rękę; ale horyzont, jakby naumyślnie, był jasny i wypogodzony.
W tych gryzących troskach Wacław zastał Zygmunta-Augusta, zestarzałego nagle, wybladłego i, pomimo usilnych chęci udawania spokoju, rozdrażnionego, zniecierpliwionego dojmującem położeniem. Na widok bogatego krewniaka nagle jasna myśl zaświeciła w głowie hrabiego, pomiarkował, że mógłby użyć jego spadku na podźwignienie siebie i, choć mu ciężko przychodziło zniżać się do prośby względem człowieka, w takich dziwnych z nim zostającego stosunkach, powitał go, schowawszy wstyd do kieszeni, z wylaniem i nadzwyczajną serdecznością. Po pierwszych przygotowawczych kilku słowach, przybrawszy minę poważną i smutną, hrabia począł mówić o sobie.
— Nigdym nie przewidywał, — rzekł — żeby mnie spotkał taki dziwny, nieprzewidziany zbieg interesów; mogę ci się przyznać, jako krewnemu, żem przyciśniony doostatka! Wszystko to spowodował ten nieszczęsny załóg, któremu zawsze byłem przeciwny, ta konfiskata klucza Słomnickiego... Kto wie, może będę musiał sprzedać wszystko, a sam usunąć się na spokojne i mniejsze gospodarstwo do dóbr naszych w Galicji. Prócz tego nie lubię tej prowincji... Nie chciałbyś u mnie kupić Denderowa?
— Kupię go — rzekł po namyśle Wacław.
Radość źle ukryta błysnęła na czole hrabiego, który już obrachował, że niedoświadczonego potrafi podejść, uwikłać i wymóc na nim cenę, jakiejby mu nikt inny nie zapłacił.
— Kupię go, — powtórzył Wacław — ale że sam nie znam się wcale ani na dóbr wartości, ani na interesach, użyjemy kogoś za pośrednika, jeśli hrabia zdecydujesz się traktować.
— Zapewne — spuszczając oczy, odparł hrabia — ja także wołałbym to zdać na kogoś obcego. Muszę tych kontraktów ostatecznie moje interesa ułożyć i Denderów sprzedam koniecznie: znudził mnie! Mogę rachować cię za kontrahenta?
— To rzecz jak skończona — rzekł Wacław chłodno.
Po tych kilku wyrazach pełnych nadziei dla hrabiego, gdy rozmowa między nimi, schodząc z tej drogi, stawała się prawie niepodobną, Dendera, zrzuciwszy swój paradny szlafrok, wniósł, żeby pójść do salonu, na co Wacław tem chętniej się zgodził, że w dziedzińcu postrzegł konie Farureja i sądził, że z Cesią sam jeden nie będzie. Ale się pomylił, bo dziewczę zawsze miało wpogotowiu sposób pozbycia się go, gdy jej był niepotrzebny.
Wchodząc, zastali czułą parę przy stoliczku: hrabiankę rozpartą w krześle, z oczyma w ogrodowe okna wlepionemi; starego młodzika pochylonego ku niej, uśmiechnionego z tym śmiesznym wyrazem, jaki twarzy nadaje uczucie, z wiekiem w sprzeczności będące. Chcąc się przymilić, Farurej zrobił się karykaturą: oczy jego, czyniąc się słodkiemi, obwiodły mnóstwem zmarszczek i fałdów, usta drżały, całość rysów wybitniej jeszcze z pod powłoki kosmetyków i malowań wyglądała nieposzanowaną starością. Trafili znać na rozmowę daleko zaszłą i niebezpiecznie wyegzaltowaną, gdyż się ta zaraz przerwała; Farurej odprostował się i powstał na nogi, nie bez wysiłku, który się odbił na twarzy; Cesia, jak swawolne zwierzątko, poskoczyła z krzesełka, rumieniąc się, że ją tak Wacław zastał z tym zgrzybiałym kochankiem. A że miała bardzo wiele do mówienia z Wacławem i nie życzyła sobie mieć świadków rozmowy, ledwie przywitawszy brata, poczęła myśleć, jakby się pozbyć natręta. Gniewać go i rozdrażniać nie chciała, trzymała go bowiem zawsze w odwodzie, zadumała się chwilkę i spytała, nie zważając na ojca i Wacława:
— A mój bukiet? dziś mi pan nie przywiozłeś bukietu?
— Prawda! — rzekł stary elegant. — Wina nie do darowania; ale śpiesząc do nóg pani, o wszystkiem zapomnieć można.
— A pan tak ślicznie układasz bukiety! — dodała Cesia pocichu.
Farurej się uśmiechnął.
— Istotnie, j’en ai fait l’etude à Paris... a nie jest to rzecz tak łatwa, jak się zdaje...
— Właśnie w każdym pańskim bukiecie jest myśl, jest całość artystyczna: każdy z nich jest dziełem sztuki.
Farurej rosnął, nie wiedząc, do czego to prowadzi.
— A! jutro więc pozwolisz pani przysłużyć się sobie?
— Aż jutro! aż jutro! A, ja tak czekać nie lubię! — odpowiedziała Cesia kapryśnie.
Nie było sposobu, stary kochanek, choć czuł, że go to wiele kosztować będzie, a kości odbolą za przejażdżkę niepotrzebną, pochwycił kapelusz i pobiegł ku drzwiom, o ile bolącemi nogami po śliskiej posadzce biec potrafił.
— Co to jest? dokąd? — chwytając go, zawołał hrabia; ale spojrzawszy w twarz rozjaśnioną, domyślił się, że to była jakaś grzeczność dla Cesi: nieco porozumiał, że nie bez przyczyny odsyłano Farureja i niebardzo się zatrwożył. — Dokąd?
— Natychmiast powracam! — głosem pełnym drgań uczuciowych odparł Farurej — natychmiast...
— Ale dokąd? — nadbiegając, zawołała niby zatrwożona Cesia.
— Na skrzydłach wiatru... po bukiet dla pani.
— Czyż się to godzi? pana to zmęczy! — dodała Cesia filuternie.
— Mnie zmęczy! — oburzył się Farurej — mnie?! Ale to maleńka przejażdżka, a dla pani — choć w piekło!
To mówiąc, wyrwał się wstrzymującym go i wybiegł do sieni. Cesia się rozśmiała, Wacław zadumał, hrabia ruszył ramionami.
— Ależ wiedziesz nim, jak chcesz! — rzekł ojciec do Cesi pocichu. — Biedny Farurej! Poleciał jak opętany.
Dziewczę ruszyło ramionami, spojrzało ojcu w oczy, i zrozumieli się. Zygmunt-August wybiegł niby za Farurejem, a Wacława z Cesią sam na sam zostawił.
Nie było już sposobu uniknąć rozmowy, którą przeczuwał przykrą; Cesia całą siłą wzroku i szyderstwa patrzała nań długo milcząca.
— Wiesz, Wacławie, — odezwała się nareszcie powoli — ukochałam twoją Franię. Co za śliczna dzieweczka! A jakie to miłe! kochające! serdeczne! a jakie naiwne!
Wacław zastygł: pochwały te kłuły go jak szpilki; ukłonił się grzecznie i chciał odwrócić rozmowę.
— Przyjechałem was pożegnać — rzekł.
— Jakto, odjeżdżasz? jedziesz? Od nas, to nic jeszcze, ale od ślicznej Frani!
Uśmiech jej, towarzyszący słowom, był zjadliwie ironiczny.
— Nie mówmy o niej — rzekł Wacław poważnie.
— Ale owszem, mówmy o niej jak najwięcej — przerwała Cesia. — Ty ją kochasz, zdaje mi się, że rozmowa o niej najmilszą ci być musi... chyba... nie ze mną? Ale cóżby to znaczyło?
— Kuzynko! dasz mi jakie polecenie do Warszawy?
— Może, choć sama także być się tam spodziewam. Ale naco zwracasz rozmowę, a jeszcze tak niezgrabnie? Co ci jest? Widzę, nie wierzysz mi, boisz się, bym z twojej Frani nie żartowała? Jesteś niesprawiedliwy! Cóż złego można o niej powiedzieć? Ale doprawdy, prześliczna! przemiła, a tak pełna prostoty! Co za domek oryginalny!
— Kuzynko! I dom ten, i Frania są mi droższe nad wszystko w świecie — odparł Wacław głosem drżącym.
— Przecież nie sądzisz, byś mi nowinę powiedział; bardzo to pojmuję! — mówiła dalej Cesia z miną przerażająco poważną. — I dziwnieście się państwo dobrze dobrali: dwoje jak jedno; będziecie szczęśliwi!...
Wacław milczał, ale w nim wrzało, bo czuł, że rozmowa, rozpoczęta pochwałami, ukąszeniem skończyć się musi.
— Dla mnie — ciągnęła dalej Cesia — był to widok wcale nowy tego dworku szlacheckiego, tego miłego sielskiego życia wśród drobiu, mąki i skór: zdawało mi się, żem patrzała na flamandzki jakiś obrazek. Frania w tem tle wydała mi się prześlicznie! Ale jaka to szkoda, — dodała zaraz — że nie poradzisz im jednak, żeby się trochę, trochę ucywilizowali i przerobili do nowego świata, w który wejść muszą za tobą. Jużciż, bogaty, jak ty, człowiek nie może, nie potrafi żyć w kącie, wśród zapleśniałej szlachty; biedna Frania będzie cierpiała, wychodząc w świat...
— Ale nacóż ma wychodzić z tego, w którym jej tak dobrze?
— Prawda, że w tym świecie jej najlepiej, — dodała Cesia — ale położenia swego zmienić nie możesz. Frania będzie musiała pójść za tobą... a taka bojaźliwa, nieśmiała i tyleby jej wdzięku dodać mogło trochę otarcia w świecie!
— Nie chcemy tego świata, o którym mówisz.
— Wierzę, ale on was zechce i oprzeć mu się nie potraficie; potrzeba rachować na to. Frania nie gra? — spytała Cesia po chwili.
— Nie uczyła się muzyki.
— I nie umie po francusku? — dodała kuzynka.
— Po polsku zato doskonale.
— Wierzę, ale ją to nieustannie upokarzać będzie. Wszak jeszcze czas uczyć się wszystkiego.
— Kuzynko, czy nie moglibyśmy zmienić rozmowy? — zapytał Wacław, zbierając się na cierpliwość.
— I owszem, mówmy o wdziękach Frani: śliczna, to prawda, ale jak ze swej piękności korzystać nie umie!...
— Dla mnie będzie zawsze piękna.
— A! wiem o tem; dopóki? tego mi nie powiesz.
— Mówiłem: zawsze.
— „Zawsze“ bywa rokiem, miesiącem i tygodniem.
Wacław się męczył, ale zmuszał się do utrzymania obojętności; Frania na ustach Cesi i jej imię, wymawiane nieustannie, robiło na nim przykre, dojmujące włażenie; a tu rozmowy zmienić nie było sposobu.
— Rozumiem, zdaje mi się, i wieś, i ten dworek, i to życie, — dorzuciła Cesia po chwili — ale, oceniając je, nie pojmuję, jak w tej atmosferze poetyczna dusza wytrwać może, co chwila rozbijając się o prozę i rzeczywistość.
— Poezja niekoniecznie wszystka jest w atłasach i zlocie! — zawołał Wacław. — Bóg nią i siermięgi ozłaca.
— Czasami, chwilami, — odpowiedziała Cesia — ale możnaż nie spowszednieć i nie upaść, wyrzekając się wyższej sfery, która zbliża do ideałów?
— Kuzynko, mylisz się bardzo, to, co zowiesz sferą wyższą, jest może światem fałszu.
— To, co zowiesz fałszem, jest poezją życia.
— Ja poezji w prawdzie szukam.
— I nie znajdziesz jej, biedny marzycielu! — dodała Cesia z westchnieniem smutnem, schodząc na ton inny i omdlałe oczy kierując na biednego Wacława.
Dlaczego Wacław tak się jej obawiał, tak drżał jakby od przeczucia jakiegoś, gdy się do niego zbliżała, tak się czuł słabym do walki z nią i pragnął od niej uciekać!? — Nie wiem. Pierwsze uczucia zawsze, choć zawiedzione, choć opłacone ranami i łzą, głęboko w sercu pozostają. Widok Cesi poruszał w nim wspomnienia, urok jakiś mające grzeszny, ale silnie pociągający. Wacław napróżno wyrzucał sobie wzruszenie, którego przemóc nie umiał.
Nie wychodziło ono na usta jego, ale Cesia postrzec musiała, co się działo z sercem i już rachowała na nie, bo wkrótce odezwała się z uśmiechem:
— Więc tylko do zobaczenia w Warszawie?
— Jeżeli panie przyjedziecie rychło, bo ja tam nie zabawię — rzekł Wacław.
— Jakto! I byłbyś tak niegrzeczny, kuzynku, że na nasbyś nie chciał czekać?
— Nie wiem, doprawdy: niedosyć jestem swobodny.
— A któż swobodniejszy od ciebie?
— Ode mnie? — zapytał Wacław. — Chyba pani nie znasz mojego położenia.
— Może. Ale cóż cię tak wiąże, jeżeli wiedzieć wolno?
— Tysiące nudnych spraw, projektów, układów, rachunków; wostatku ciągnie mnie mój cichy i miły domek, którego nic dla mnie nie zastąpi.
— Tak go już pan kochasz?
— Dobrześ pani powiedziała, kocham go! Ja się tak przywiązuję łatwo i trwale.
— Łatwo! — przystaję; trwale! — wątpię bardzo.
— Dlaczego?
— Dlaczego? — śmiało powtórzyła Cesia, podnosząc oczy. — Bom doświadczyła może, że na uczucie pańskiego serca więcej rachować nie można, jak na świeżość gałązki rezedy. Dziś pachnąca, jutro uwiędła i sucha! A! a to boli — dodała pocichu, wzdychając.
Wacław nic odpowiedzieć nie umiał, badał tylko szczerość uczucia, które wywołało to westchnienie, a Cesia, podrażniona jego milczeniem, mówiła dalej:
— Doprawdy, wszyscy bo mężczyźni nas kobiet nie są warci, u nas uczucie, raz zrodzone, trwa do zgonu; u nich...
— Powszechnem zdaniem — rzekł Wacław — wcale się ma przeciwnie.
— Przesąd to i potwarz; kobiety tylko kochać umieją! — żywo zawołała Cesia.
Ale i tym argumentem nic jeszcze z ust milczącego kuzyna nie wyrwała; wstała niecierpliwa i dorzuciła, coraz się napozór bardziej unosząc, a może trochę już gniewna:
— A! tak to smutno, tak ciężko, tak boleśnie zostać opuszczoną i zapomnianą!
Wacław głowę spuścił, nie chcąc zrozumieć jeszcze.
— Pani się tego obawiać nie możesz — wyjęknął po chwili.
— Któż pana o tem zapewnił?
W tej chwili zmieniła nagle ton, postawę i odezwała się namiętnie:
— Rozumieć mnie nie chcesz, Wacławie, dręczysz naumyślnie świętokradztwem swojem! Jesteś doprawdy nieznośny! Nie kochałżeś mnie nigdy? ani na chwilę? Wszystkoż to było snem i ułudą? dziecinną igraszką? czy poprostu kłamstwem i podejściem? Przyznam ci się, jam w szczerości ducha wzięła to za prawdę!
Wacław był poruszony i zmieszany.
— Pani, — rzekł pocichu — nie wiem, o co się upominasz u mnie! Nigdym przecie śmielszego nie wyrzekł słowa, zuchwałego nie rzucił wejrzenia, nigdym się niczem, bolejąc, nie zdradził! Prawda! o! prawda, — dodał — że była chwila, kiedym sierotą jeszcze i wychowańcem będąc na łasce, śmiał zwrócić oczy ku tobie, lecz odtrąciłaś mnie tak nielitościwie, tak zimno, tak wzgardliwie, żem musiał zagrzebać w sobie uczucie, które dziś stało się garstką popiołów.
Gdy te słowa kończył, turkot powozu zajeżdżającego przed ganek kazał się właśnie domyślać przybycia Farureja, który pośpieszał z żądanym bukietem dla swojej bohdanki. Cesia z pogodną twarzą wysłuchała Wacława, wysiliła się na uśmiech i, pokazując białe drobne ząbki, wyciągnęła doń rączkę drżącą.
— Wacławie, — odezwała się, starając w żart obrócić rozmowę — masz tę wadę, że wszystko bierzesz na serjo, nawet oświadczenie się kuzynki, która trochę sobie chciała pożartować z ciebie. Cha, cha! kuzynie! cały zarumieniony! Jakżeś się na mnie nie poznał: trzeba było spojrzeć mi w oczy, byłbyś zrozumiał, żem sobie pozwoliła trochę cię podrażnić. Daj mi rękę i bądźmy w zgodzie jak brat z siostrą; bądź pewien, że spopielałej przeszłości poruszać więcej nie będę.
Wymówiła to tak naturalnie, swobodnie, łagodnie, że Wacław nawet dał się uwieść wielkiej aktorce; a jednak w sercu jej wrzała chęć zemsty, osnuwały się plany przyszłości.
— Dotknęłam struny, — mówiła w duchu — brzmi jeszcze! brzmi niezerwana! I wydobędę z niej dźwięk, zazdrością i obojętnością ją drażniąc... O! pomszczę się, upokorzona, na nim i na tej wieśniaczce, która śmie walczyć ze mną!
To mówiąc, zwróciła się, podbiegła lekko i swobodnie ku wchodzącemu Farurejowi.
Stary zalotnik, pomimo ochoty trzymania się młodo i okazania, że mu ta gwałtowna przejażdżka nic nie zaszkodziła, blady był, zbity, drżący i cierpiący widocznie. Zdobył się na uśmiech słodki, podając przepyszne kwiaty, nad któremi Cesia unosić się zaczęła; ale zaledwie zdołał wymówić kilka słów francuskich, które przez drogę ułożył, a oczyma wyszukawszy krzesło, padł na nie, nie mogąc się już na nogach utrzymać. Cesia na ten raz zdawała się nie widzieć nic prócz niego, przysunęła się, zbliżyła, spojrzała mu w zagasłe i łzawe oczy i poczęła szeptać, ożywiając starca tysiącem zalotnych poruszeń. Farurej chwycił podaną sobie rączkę w dłonie oziębłe i mimowoli drgające jeszcze od znużenia, resztka młodości obudziła się w nim i na chwilę o bólach zapomniał.
Cesia poczynała grać obojętność i budzić zazdrość, którą Wacława miała ku sobie pociągnąć; wiedziała czy przeczuła, że w biednem sercu ludzkiem to nawet, co odrzuciło, czego się zaparło, w posiadaniu cudzem budzi nieopisane uczucie pożądliwości. Nie mogąc się okazać ujętą innemi przymiotami swego narzeczonego, starała się podnieść francuski jego dowcip, pożyczany, i wykształcenie doświadczeniem nabyte. Poklaskiwała każdemu jego ucinkowi, każdemu słówku, wyzywała je, powiększała ich wartość i szczerze starała się być zajętą Farurejem. Niepodobna odmalować szczęścia, radości, ekstazy, w jaką tak niezwykłe, tak serdeczne obejście się Cesi wprawiło starca; widać było, że w tej chwili życie, mienie, najdroższe skarby rzuciłby był pod nogi czarującej dziewczynie. Postrzegła to hrabianka i, poczuwszy swą siłę, śmiało już na nią postanowiła rachować.
Chciała jeszcze przelotnym rzutem oka przekonać się, jakie zrobiła nową swą strategją wrażenie na Wacławie, ale Wacław zniknął.
Pocichu wysunąwszy się, powracał do Wulki. Czemu tak smutny i czemu wzruszony, i czemu dotknięty głęboko, powtarzający w myśli całą swą z Cesią rozmowę — ja nie wiem. Może dlatego, żeśmy zawsze słabi i biedni, że nigdy żaden z nas dłużej jak na chwilę szału wyczłowieczyć się nie może...



Pożegnanie w Wulce było krótkie a smutne. Frania, nie kryjąc się ze łzami swemi, płakała; Brzozosia z gniewu, że, jak mówiła, narzeczonego wyprawiano na cztery wiatry, poczynała zaciskać pięści i nabierać nałogu rzucania ramionami co chwila, ale to jej nie przeszkadzało do obmyślania najdziwniejszych środków przeżywienia go w drodze. Między innemi chciała mu koniecznie dać faskę masła świeżego, utrzymując, że w Warszawie ludzi karmią łojem i fryturem, co ich o śmierć przyprawia, kilkadziesiąt funtów świeżej słoniny i t. p.
Rotmistrz był smutny: wstrzymywał i wyprawiał, chciał, żeby jechał, i odkładał pożegnanie i podróż samą, wypraszał godzinę i jeszcze godzinę, jakby się lękał go stracić i w powrót jego nie wierzył. Wreszcie dnia jednego, nad który już odjazdu przeciągnąć nie było podobna, odprowadził go aż w ganek, uściskał, pobłogosławił po ojcowsku i rozczulony rzekł, kręcąc wąsa, żeby łzy obetrzeć niepostrzeżenie:
— No, no! dosyć tego babstwa, mosanie; kto zaś widział: mężczyźni jesteśmy! Ale wracajże mi asan prędko, panie hrabio, my cię tu tęsknie czekać i wyglądać będziemy. I piszże wasan, pisz często: posyłać będziemy na pocztę co tygodnia. Hryćko już gotów. A wracaj, kochanie moje!
Wacław wszystkich zkolei ściskał i powracał jeszcze, i oglądał się, i szeptał, aż wostatku potrzeba się rozstać było; i gdy siadł do powozu, Frania, nie oglądając się, szybko odbiegła do swojej izdebki.
Ostatniem słowem poczciwej Brzozosi było:
— Wszyscy głowy potracili! warjaty: ten, że kazał, tamten, że posłuchał! Tak, tak! ślicznie! a teraz będą tęsknić, płakać i chudnąć! Ale kiedy mnie nie słuchają, dobrze im tak: niech pokutują!
I, ręce łamiąc, poleciała za Franią.
Wacław jechał, całkiem zapominając o Cesi, o Denderowie, myśląc już tylko o Wulce i Frani. Jakże ta podróż, druga dopiero w jego życiu, różna była od pierwszej, którą ubogi odbywał do Żytkowa za uciekającym od ust jego chleba kawałkiem, z tęskną, niepewną nadzieją przyszłości i ciężącym niedostatkiem!... Czemu dziś, tak spokojny, tak szczęśliwy prawie, tak dalece innym był człowiekiem? Świat mniej był dla niego ciekawy, mniej piękny i uroczy, a tak wrzawliwy i pełen ścisku; ludzie, z którymi już walczyć nie miał potrzeby, mniej go pociągali ku sobie, nieledwie natrętni mu się zdawali, a przynajmniej całkiem obojętni.
Bóg tak ułożył los ubogich, by dla nich w istocie walka była rodzajem rozkoszy, żywem zajęciem, a świat stubarwnym obrazem, a ludzie braćmi i rodziną; za ich cierpienia płacą zaraz zdawkową monetą: nadzieja, radość, drobne zwycięstwo, malutka przyjemność lub choć unikniona przykrość, wszystkie coś ważące na szali żywota. W tym świecie, który dla ubogich jest wielkiem więzieniem, każda cegiełka murów ma twarz, ma życie, ma jakiś związek z ich istotą; gdy dla bogatych i zużytych wszystko prawie obojętne: oni nie walczą chyba z sobą, a i z sobą często się nudzą, oni są panami świata i wiedzą, że wszystko ich groszowi służyć musi, nic więc nie pragną, na nic nie zwracają oka.
Wacław, jakkolwiek nowy, jakkolwiek młody, sercem doznał tej zmiany na sobie, jaką czyni bogactwo na każdym prawie człowieku; uczuł się sytym — choć nie kosztował, smutnym — choć uspokojonym i czegoś wewnątrz zimniejszym. Jedno tylko wspomnienie Wulki, Frani i tego kątka cienistego, gdzie pod lip gałęziami gniazdko szczęścia myśl słała, rozweselało go jeszcze: tem tylko żył i oddychał!
Szybko zbliżał się do stolicy, jak we śnie przebiegając kraj, który się przed oczyma jego rozwijał, przesuwał różnobarwny, gwarliwy, ożywiony, pełen, co kroku uderzający tym tysiącem sprzeczności, które stanowią główne piętno życia.
Tu chorągwie pogrzebu i trumna nad drogą, tam weselne skrzypki grają i długi szereg gości weselnych, z konwojem na przedzie, ciągnie się uroczystą wstęgą od chaty do chaty; dalej dzwony wołają na nabożeństwo wieśniaków i panów razem, i księża a lud idą z modlitwą dokoła kościołka, a tuż gościńcem zbrodniarze skuci, bladzi, wycieńczeni, wloką się na łańcuchu od więzienia do więzienia lub na dalekie wygnanie. Dalej jeszcze słychać śmiechy bydlęce pijanych, co smutek zaleli z rozumem razem, i płacz matki, której dziecię kona, i szwargot Żydów, co się targują, i francuszczyznę panów, co jadą się bawić, ziewając, i szczęk oręża przechodzącego wojska, i skrzypienie fury, wiozącej powolnie owoc potu i pracy, i tysiąc głosów, i tysiąc brzęków, i tysiąc przeróżnych słów, które się biją z sobą w uchu słuchacza, tysiąc barw, które się kłócą w oku, tysiąc objawów życia, będącego nieustanną sprzecznością. Z tych to drobiazgowych obłamków składa się wielka, pstra a harmonijna mozaika życia.
Szybka podróż najdziwniej jednoczy wrażenia tych kontrastów i w postrzegaczu budzi szczególne uczucie nicości: zbiegają się myśli najróżnorodniejsze w sercu i głowie, zlewając się w jedno ognisko, a człowiek powtarza na pociechę zarówno i na smutek: wszystko mija! wszystko przechodzi i ginie!
Nareszcie we mgle i dymach, opasana poważnem Wisły ramieniem, ukazała się z mnóstwem swych dachów stara Mazowsza stolica, którą powitał Wacław wszystkiemi wspomnieniami jej żywota. Dzieje jej wspaniałe, poważne; ale to pomnik, z którego na zaklęcie mistrza powstaje na chwilę blada choć żywa przeszłość, aby znów upaść weń, zasnąć i spoczywać na wieki wśród gruzów i wieńców. Na jej obliczu niema znikomej radości i szału żywych, a każda zwrotka jej pieśni kończy się jednem: — znikomość.
Zaledwie stanąwszy w mieście, Wacław musiał szukać Sylwana, do którego miał listy i polecenia z Denderowa; gdy nawpół przypadkiem, pół umyślnie Sylwan, czyhający oddawna na przybycie kuzynka, trochę zgrany, trochę przehulawszy już zapasu, nieco zadłużony u rzemieślników, wpadł do Wacława, niezmiernie radując się jego przyjazdowi do Warszawy.
Sylwan był tu już w swoim żywiole, zmieniony i zmieszczały do niepoznania. W mieście dopiero mógł się on okazać całym sobą, w majestacie młodości, pojętej po dzisiejszemu, z jej kapryśną, wyrodliwą fizjognomją, znudzoną i pokarmu chciwą, bez miłości i czci w sercu, z szyderstwem Mefistofela na ustach, z zarozumiałością nadludzką, z nerwami kobiety, z siłą olbrzyma do rozpusty, z twarzą umyślnie zestarzałą, jakgdyby zużycie było ozdobą i zasługą tego wieku rozkwitnienia i świeżości. Ubiór hrabiego był nieznacznie wyszukany, niepokaźnie wykwintny, kosztowny niewidocznie; minka doskonale impertynencka, ruch i słowo, namaszczone uczuciem swej godności, wyższości i siły.
— A, nareszcie! — rzekł, padając odrazu na kanapę salonu z nogami — przyjechałeś nam, Wacławie! Czekałem cię jak kania dżdżu, jak się to mówi... Ale stanąłeś w dziurze, pozwól sobie naprzód powiedzieć.
— Hotel bardzo porządny.
— Cóż znowu, któż przyzwoity staje w hotelu Wileńskim, Krakowskim lub jakimś tam drugorzędnym. Mauvais genre! Któż tu do ciebie zajrzy? Powinieneś był wiedzieć, że w Warszawie są dwa, najwięcej trzy hotele: dla bogatych — Angielski, to cię zaraz stawi na pewnej stopie; dla artystów i ludzi dystyngowanych — Rzymski, dla arystokracji i starych lubiących spokój ludzi — Gerlacha; krom tych niema, tylko dziury, karczmy i brudy. Rzymski nawet już pachnie mi nieciekawie; wprawdzie stał w nim Lamoriciere, ale w Angielskim na dole miała miejsce ta sławna scena Napoleona z ks. Pradtem, gdy w zielonej aksamitnej wilczurze wracał z Moskwy i Berezyny.
— A cóż mi do Napoleona i do ks. Pradta! — rzekł, ruszając ramionami, Wacław.
— Przecież musisz żyć z ludźmi, a któż cię zechce szukać w hotelu Wileńskim! Fi! przeniesiesz się dzisiaj.
— Kiedy mi tu dobrze! Przyjechałem tylko dla moich interesów.
— Ale się musisz zapoznać, pobawić, rozerwać.
— Zmiłuj się! mnie tak smutno i pilno do domu!
— Szczęśliwyś zaprawdę! — odpowiedział Sylwan, ruszając ramionami. — Urodziłeś się, widzę, na wieśniaka i domatora; co ja, tom tu dopiero poczuł, że żyję, innym jestem człowiekiem: jestem w swoim żywiole. Co za ludzie! jaki świat! A propos, a masz z sobą pieniądze?
A propos“ było dość niezręcznie przypięte, ale rozśmieszyło Wacława w duchu; twarz jego jednak spoważniała i odparł obojętnie:
— Mam ich ledwie tyle, co koniecznie wziąć było potrzeba.
— Pozwól sobie powiedzieć, że tak jechać do miasta nieostrożnie jest doprawdy grzechem.
Sylwan się zakręcił.
— Ale mi jednak pożyczysz, gdybym pilno zapotrzebował, nim mi z Denderowa, dokąd już pisałem, nadeślą?
— Wiele? — spytał Wacław, wcale nie nadskakując kuzynkowi, który już nadużywał powolności jego.
— Fraszka! kilkaset dukatów potrzebować będę może! Tyle tu wszystko kosztuje, a musiałem przecie sprawić powozik! Sądziłem, jadąc, że mój będzie bardzo paradny, ale zgasł nawet przy porządniejszych dorożkach, a w handlu wzięli mi go za cenę żelaza. Musiałem się oporządzić; tyle mi rzeczy brakło, by dom na pięknej kawalerskiej stopie postawić. Wiesz — rzekł, nagle zniżając głos — nikt nie ma takiego szczęścia, jak moje. Wyznam ci szczerze, że już mi celibat dokuczył. Starzeję... chciałbym się ożenić; przyszło mi to głowy jakoś w drodze. Trzebaż takiego trafu, samo mi w ręce lezie najpyszniejsze w świecie ożenienie. Panna anielskiej, idealnej, orjentalnej piękności; tytuł, znaczenie, związki i fortuna olbrzymia, książęca! Jestem już bardzo dobrze w tym domu... Zaprowadzę cię do nich, osądzisz!
— Któż to? Jakaś warszawianka?
— Gdzie zaś, ojciec baron, był jakimś Hof... djabełmajstrem przy austrjackim dworze, dyplomata, człek najwyższej sfery. Przybyli tu tylko na zimę dla jakichś interesów, których delikatność badać mi nie pozwala. Jestem zakochany! zakochany!
— Zrobiłeś dawno znajomość?
Figurez-vous, jeszcze na drodze przed Włodzimierzem, nietylko znajomość, ale początek starania formalnego: jestem już poufałym u nich prawie. Baron zimny jak lód, ale mnie nieźle przyjmuje; córka — anioł! anioł! Trochę smutna, ale jaki to jej wdzięk daje! Zmiłuj się, Wacławie, jeśliby przypadkiem jakim, bo wszystko przewidywać potrzeba, baron badał cię o dobra nasze i pozycję socjalną na Wołyniu, mów w interesie wspólnym, jak potrzeba. Rachuję na ciebie.
— Powiem prawdę.
— Więcej trochę niż prawdę powiedzieć potrzeba! — zawołał Sylwan. — Musisz ją ubarwić, ubrać: powinniśmy się trzymać! Jestem zakochany, a partja, o jakiej nie marzyłem, kilka miljonów, sądząc z życia ich i domu... A ton! a związki! a stosunki! Powiadam ci, stoję na drodze kolosalnego ożenienia!
— Tak rychło, tak długą przebiegłeś drogę! — rzekł, uśmiechając się, Wacław. — Prawdziwie winszuję ci.
— A! trzeba być mną, żeby tego dokazać — odparł Sylwan z zadowoleniem widocznem miłości własnej. — Umiem rzeczy poprowadzić! Rachuję, że i z przyjazdu matki i z Cesi, która tu ma po wyprawę przybyć, korzyści wyciągnę; dziś do nich piszę, żeby się, jak przystoi, pokazały tutaj, wiele od tego zależy. Baron z natury ostrożny, chłodny, niedowierzający dyplomata!
— Widzę w istocie, żeś zaszedł daleko i głowa ci się pali — rzekł Wacław. — Daj, Boże, szczęście!
— Dziękuję, ale na te dwieście dukatów mogę rachować, nieprawda?
— Jeżeli koniecznie będą potrzebne.
— Zdaje mi się, że są już nawet... A dziś co robisz z sobą? Nie chcesz, żebym cię w moje kółko męskie wprowadził? Co za ludzie!
— Dziękuję ci, ja lubię, jak wiesz, samotność: gwar i wesołość wasza zasmuciłyby mnie tylko.
— Biedny dziwaku! No! ale gdzie będziesz jadł?
— Tutaj.
— Jakto tutaj i w hotelu! A to cię strują! Ja cię proszę z sobą do Mary, do Michaux, do Herteux, zobaczysz, jak my tu jemy.
Wacław ruszył ramionami.
— Dziękuję ci, — rzekł — ale potrzebuję spoczynku, a potem do roboty.
— Uparty jesteś! Dowidzenia więc, do jutra!
To mówiąc, Sylwan porwał za kapelusz, wstrząsnął ręką Wacława i wyszedł, świszcząc jakąś piosenkę, a za drzwiami ruszył ramionami.
— Powiedzcie mi, — rzekł w duchu — czy warto, że mu Bóg dał miljony, kiedy ich użyć poczciwie nie umie? Ani poczuje, że je ma! Stanął w hotelu Wileńskim, będzie jadł suche pieczyste wczorajsze i zaszyje się w kąt jak prosty szlachcic, który wełnę przyjechał spieniężyć, a wzdycha do swego komina i tłustej żony. Głupi! głupi! ani go zbałamucić, tak ograniczony! Zmarnuje i grosz, i życie!



Dla dopełnienia w tej rozmowie zaczerpniętych wiadomości o postępie starań Sylwana i stosunkach jego z domem barona Hormeyera, musimy tu umieścić tłumaczony z francuskiego list jego do ojca, następującej treści:
„Miałem już jakieś przeczucie szczęścia, które mi w drodze całej towarzyszyło, — pisał Sylwan — mogę się niem pochwalić, choć trochę też i sobie winienem, bo kto inny na mojem miejscu pewnieby, jak ja, skorzystać z niego i fortuny za włosy uchwycić nie umiał. Wystaw sobie, kochany hrabio, że to marzone miljonowe, więcej może niż miljonowe ożenienie mam w ręku, a pierwszy raz spotkałem się z niem o kilkanaście wiorst od Denderowa. C’est fameux! Panna jak anioł piękna, ludzie najwyższej sfery, najpiękniejszego wychowania i niezmiernej fortuny. Ale muszę to jakoś porządniej opisać“.
Tu następowała relacja znanych nam już wypadków przybycia do Warszawy, pierwsze kroki Sylwana i dalsze badań jego i starań postępy.
„Jużem się mnóstwa rzeczy potrafił dowiedzieć, choć muszę udawać obojętność — mówił dalej. — Reszty, wnioskując i rozumując, domyśleć się łatwo.
Baron Hormeyer zaraz po przybyciu swojem urządził się, jak przystało jego fortunie i położeniu towarzyskiemu; dom jego na największej stopie, z najpierwszemi rodzinami zawiązał tu stosunki i życie dowodzi, że miljony mieć musi. Osobny ekwipaż dla niego i dla córki, sześciu lokai, kamerdyner, dwóch kucharzy, konie wierzchowe, salony, umeblowane z przepychem największym, srebra stołowe, jakich nie widziałem w życiu, panna w coraz nowych brylantach, których wartość już tu cenią na krocie, choć pewnie jeszcześmy wszystkich nie widzieli, słowem, dom pański. Sam baron, niełatwo dla kogo przystępny, zimny, trochę dyplomatycznie podejrzliwy, mnie podobno, jako najstarszego znajomego, najlepiej widzi i najgrzeczniej przyjmuje. Potrafiłem zyskać sobie jego przyjaźń i zaufanie ofiarą trochy miłości własnej. Pomimo to i on, i córka, i ich dwór dziwnie w sobie zamknięci ludzie i trudni do zawiązania poufalszych stosunków; nikt tu się nie pochlubi, żeby tak daleko, jak ja, zajść potrafił, chociaż i ja, mimo najusilniejszych starań, jestem na domysłach i na łapanych wiadomostkach. Co się tyczy panny, nic piękniejszego w życiu nie widziałem i prawie jestem zakochany. Poznawszy ich trochę, nie chcę brusquer le roman: prowadzę go wolno, idę krok za krokiem, ostrożnie, bacznie, ale zwolna. Z początku, jak na wszystkich, i patrzeć na mnie nie chciała, dziś kiedy niekiedy zostajemy na chwilę sam na sam i widzę, że baron wcale się temu nie sprzeciwia. Zdaje mi się, że nic lepszego trafić mi się nie może i nie trafi: sam los opatrzny zesłał mi tego miljonera i t. d. i t. d.“
List był długi i zawierał rozmaite postrzeżenia Sylwana, oparte po największej części na domysłach i wnioskach, mniej więcej zręcznie osnutych. Ale w nich wszystkich dla zimniejszego oka widocznem było, że młode hrabię dało się uwieść urokowi dwojga czarnych oczu i dowodziło tylko, czego usilnie dowieść chciało.
Stary Dendera, odebrawszy to pismo, przeczytał je z uwagą, brwi namarszczył, a doszedłszy do końca, splunął, ruszając ramionami. Wcale w innem świetle widział to, co Sylwanowi najjaśniejszą zdawało się przyszłością, i niepomału się uląkł projektu syna, o którego zdolnościach zwątpił odrazu.
— Głupi! — zawołał. — Potrzeba go ratować, bo wpadnie w jamę. Baron austrjacki! licho wie skąd! licho wie co! obszyty w tajemnicę! pół-Niemiec! To coś podejrzanego, to coś wielce podejrzanego! Sylwan już się dał pannic uwikłać: komedję z nim grają, gotów mi go złapać! To nieszczęście, to prawdziwe nieszczęście!
I, po raz drugi odczytawszy list Sylwana, Dendera zachmurzał się coraz bardziej.
— Wolałbym mniej, jakie cztery kroć, pięć kroć jasnych i czystych, niż te miljony, na srebrach, brylantach i podejrzanym tytule oparte! To jacyś awanturnicy!
Zygmunt-August tak był przestraszony zrazu, że gdyby nie interesa, sam chciał pośpieszyć do Warszawy i syna wyrwać z niebezpieczeństwa; ale nie było sposobu ruszyć z placu, bo musiał opędzać się wierzycielom i do końca durzyć ich widokiem swego pogodnego czoła. Pomyślał więc sobie, żeby wyjazd żony i córki przynaglić i przez nich działać na Sylwana, a to go zmusiło podzielić się z hrabiną Eugenją otrzymanym listem i swojemi nad nim uwagami. Oddawna już małżonkowie żyli z sobą na zimno, nie radząc się nigdy, w niczem do jednego nie dążąc celu; dla rozdrażnionej i upokorzonej hrabiny dość było, żeby mąż żądał czegoś, a rzecz ta, naturalną sprawą usposobienia jej, stawała się wstrętliwą i śmieszną. Można więc było przewidzieć łatwo, że i tu, jak skoro hrabia widzieć będzie czarno, hrabina biało zobaczy: tak się też stało. Udając pokorę i posłuszeństwo, z miną ofiary i poddaństwa wysłuchała Eugenja i listu, i uwag mężowskich, ale nie biorąc ich do serca, zlekka tylko ruszyła ramionami. Nie chciała się odzywać, bo wyjazd do Warszawy dla niej i dla córki wielce był pożądaną rozrywką: marzyła o nim znudzona i, choć wcale nie podzielała zdania hrabiego, a stosunki Sylwana z rodziną Hormeyerów zdawały się jej najszczęśliwszem losu zrządzeniem, zamilkła, zgadzając się na wszystko.
Cesia także miała powody, dla których spieszno jej było do miasta, chciała tam schwycić Wacława i nowy wcale obmyśliła plan kampanji. Wyjazdowi więc nic nie stawało na przeszkodzie, tylko jedne pieniądze, nieszczęśliwe te pieniądze, o które codzień trudniej było w Denderowie. Sylwan ich trochę zabrał, resztą opędzać się trzeba było od natarczywości wierzycieli, nadpłacając procenta, dając na rachunek kapitałów, byle się jakoś czas jeszcze pewien utrzymać. Zręczna Cesia sama poddała ojcu sposób dostania parę tysięcy dukatów, których w tej chwili tak bardzo potrzebowano w Denderowie.
— Niech się papa nie troszczy, — powiedziała mu pocichu — Farurej nam dać musi!
— Nie wypada! nie wypada, zrazićbyśmy go mogli! — zawołał Dendera. — Stary, jakkolwiek zakochany, gotów ostygnąć, gdy mu zajrzym do kieszeni.
— Jest na wszystko sposób, — odparła, uśmiechając się hrabianka — papa mi powierz to tylko, ja się podejmuję całej roboty, byle go tu sprowadzić.
— Ta daleko ma więcej sprytu od Sylwana — rzekł sobie hrabia w duchu. — Ha! zobaczymy, niech próbuje!
Stary djabeł nie może, trzeba posłać młodą babę.
Trafiło się tak, że w kilka dni potem Farurej, który od owego bukietu stał się niezmiernie czułym, przyjechał wyświeżony do Denderowa. Cesia przywitała go z minką tak melancholijną i smutną, że narzeczony odrazu, choć trochę ślepy, wyczytał w niej jakieś wewnętrzne strapienie. Milczała, wzdychała, poglądała w niebo i, patrząc w oczy nieszczęśliwej swojej ofierze, zdawała się mówić mu o tajemnicy, która ją wewnątrz pożerała.
— Czy mi się pani nie zechcesz zwierzyć swego smutku? — zapytał stary, chwytając niedbale na poręczy krzesła zwieszoną rękę.
— Gdzieżeś pan ten smutek wyczytał? — spytała Cesia.
— Oko i serce omylić mnie nie mogły — z wdziękiem rzekł zalotnik. — A! z upragnieniem wyglądam chwili, gdy wyczytawszy najlżejszy smutek na jej czole, będę miał prawo o jego przyczynę zapytać.
— Chwila ta jeszcze daleka — zawołała Cesia — i codzień, zdaje mi się, okoliczności ją odsuwają!
Farurej, gdyby nie przykry ból w nogach, którego doznawał od owej gwałtownej po bukiet przejażdżki więcej niż kiedy, byłby się porwał jak oparzony.
— Co pani mówisz! — odezwał się z zapałem dwudziestoletniego młodzieńca.
— Tak jest, — szepnęła Cesia — widzę, że się to musi daleko bardziej, niżeśmy rachować mogli, przeciągnąć. Ale nie mówmy o tem, nie mówmy, to mi przykrość sprawia.
— I owszem, na wszystko zaklinam panią, mówmy szczerze, mówmy otwarcie: miałażbyś pani dla mnie tajemnice?
— Nie mam ich, — odparła zręczna dziewczyna, smutne oczy zwracając na narzeczonego — ale godziż się tajemnice domowe zdradzać obcemu?
— Obcym mnie pani nazywasz? — uniósł się Farurej.
— Chciałabym ze wszystkiego się zwierzyć panu i nie mogę, boję się matki, boję się ojca nadewszystko.
Stary, któremu niezmiernie pochlebiała ta poufałość i zaufanie narzeczonej, przybliżył się ku niej, nalegając.
— Niech mi pani się zwierzy, a ręczę, że potrafię znaleźć sposób jakiś.
— Nie mogę! nie mogę! — zrywając się z krzesła, odpowiedziała Cesia; ale po chwilce, zasmucona i zamyślona, znowu przy nim usiadła.
— Cóż to być może? — zaniepokojony począł Farurej. — Zaklinam panią, niech mi pani powie, niech mi się choć domyśleć dozwoli.
— Ale to będzie tajemnicą między nami? — spytała Cesia po chwili namysłu.
— Daję na to słowo.
— Spojrzyj pan, czy ojciec na nas nie patrzy i czy nas podsłuchać nie może.
Stary Dendera udawał doskonale zajętego gazetą, której wiersze liczył tylko, myśląc wcale o czem innem, Farurej zaręczył za niego, że wszelką baczność odjął mu Espartero i Kortezy, a Cesia, podrożywszy się trochę, w ten sposób, nieśmiało niby i urywając, poczęła:
— Wystaw pan sobie, — rzekła — że choć nic napozór na przeszkodzie już nie staje, gdyśmy z matką dla wyprawy miały w tych dniach wyjeżdżać do Warszawy, nieprzewidziana okoliczność wszystkie szyki nam miesza.
Farurej ucieszył się niezmiernie z objawu uczucia, które wywołało smutek na piękną twarz hrabianki; chciała więc przyśpieszyć to, czego on tak pragnął. Stary jechał do nieba na skrzydłach miłości i westchnieniem odpowiedział tylko.
— Cóż się stało? — zapytał po chwili.
— A! ja tam tych interesów nic nie rozumiem, — mówiła Cesia dalej — ale okazuje się, że ojciec musi dla jakiejś tam ważnej spekulacji, w którą włożył, co miał, kapitałów, odwlec znacznie nasze projekta: dziś nam to zapowiedział.
Farurej ruszył niecierpliwie ramionami.
— To dzieciństwo, — rzekł — chodzi więc tylko o pieniądze, znajdziemy ich, ile zechce.
— A! na Boga! mylisz się pan, — odpowiedziała Cesia — nie o pieniądze tu chodzi. Pan jeszcze nie znasz mojego ojca, w tych rzeczach jest tak drażliwy, tak dumny, tak nieprzystępny, że nie widzę ratunku. Pożyczyć u nikogo nie zechce, musimy czekać, aż się tam jego interesa wyjaśnią.
— Ale ja mu dam, wiele będzie potrzeba! — krzyknął Farurej.
— Cicho! Zmiłuj się pan, ciszej, ojciec podnosi głowę, słucha, gotów się domyśleć, a nigdyby mi nie darował, gdyby to do niego doszło. Niema sposobu przystąpić do niego z pieniędzmi. Nie widzę ratunku.
Farurej głęboko się zamyślił.
— Tak jest drażliwy? — spytał. — Ale gdybym mu sam się zaofiarował z pożyczką...
— Mógłbyś go pan sobie narazić bezpotrzebnie; nigdy się nie przyzna, że jej potrzebuje, jestem tego pewna.
— Mógłbym kogo użyć za pośrednika.
Cesia zamilkła i westchnęła tylko znowu, z wyrazem tęsknoty.
— Dajmy pokój, — odezwała się, uśmiechając melancholicznie — na to poradzić niepodobna.
— Musimy! — zawołał Farurej. — Zostaw mi, pani, staranie, podejmuję się wszystkiego.
— Pan mnie zgubić możesz, jeśli się ojciec domyśli, — przestraszona poczęła Cesia — zlituj się.
— Nie mamże żadnej u niej ufności?
— Ale ta rzecz tak drażliwa!
— Pozwól mi, pani, spróbować.
Cesia zamilkła.
— Próbuj pan, — rzekła — ale ja nie mam nadziei, żeby mu się powiodło, znam ojca, znam charakter jego, to rzecz niemożliwa, niepodobna.
Farurej pocałował ją w rękę pocichu. Cesia wstała szybko pod jakimś pozorem, a stary Dendera, obudzony szelestem, podniósł głowę od gazety. Nie spuszczał on oka z córki i przyszłego zięcia, wiedział, że już przygotowano mu pole i z uśmiechem począł coś prawić o polityce hiszpańskiej. Farurej przysiadł się do niego i czas jakiś rozprawiali o niczem, igrając ze słowami, które ich doprowadzić miały nieznacznie do zamierzonego celu.
— Jaki tam kurs papierów? — spytał Farurej.
— Papiery nisko stoją, — rzekł Dendera — zanosi się na wojnę, na wszystkich bursach spadają.
— Chciałem właśnie kupić akcyj jakich — odezwał się zalotnik.
— Spekulujesz pan, jak widzę?
— Nie! ale doprawdy nie mam co robić z pieniędzmi.
Hrabia się rozśmiał serdecznie.
— Pierwszy raz coś podobnego słyszę; kupuj pan ziemię, to lepsze od papieru; ziemia podnieść się musi.
— Tak! ale nią zarządzać potrzeba! — rzekł stary. — A co to u nas gospodarstwo! I tego, co mam, bardzo mi dosyć, jeśli nie nadto! Nie wiesz tam hrabia jakiej pewnej lokaty na dobrach ziemskich?
— Nie wiem — zimno odparł Dendera, spoglądając na sufit z miną kwaśną.
— Obrachowawszy wszystkie najnieprzewidziańsze wypadki, — mówił dalej stary marszałek — zostaje mi kilka tysięcy dukatów, z któremi nie wiem, co robić.
— Warto je mieć w zapasie.
— Mam zapas oprócz tego, nie lubię trzymać pieniędzy.
— Prawdziwie trudno mi na to poradzić.
— Jakto! panu hrabiemu, takiemu jak on spekulantowi? Trudnożby ci było, naprzykład, przyjąć mnie do jakiej spółki?
Dendera wstał od stołu pochmurny, Farurej, widząc, że mu się niebardzo udaje, nalegał.
— Przestaję spekulować — rzeki hrabia. — Usuwam się od tych robót ryzykownych, chcę spokoju i bylebym los dzieci zapewnił...
— No! ale teraz, dwa, trzy tysiące dukatów, wszakże — zapytał Farurej — mogłyby się hrabiemu przydać do spółki: zrobiłbyś mi największą łaskę, biorąc je u mnie.
Dendera się skłonił dumnie, przybrał postawę niemal obrażonego w swej godności człowieka.
— Marszałku kochany, — rzekł — porozumiejmy się: stosunek nasz dzisiejszy jest tego rodzaju, że mieszając weń sprawy pieniężne, moglibyśmy go uczynić trudnym, zwłaszcza dla mnie. Nie nalegaj, ja tego nie zrobię, ale ci wskażę dobrego ewiktora.
— Pozwólże mi go sam sobie wybierać — odezwał się Farurej. — Zresztą kilka tysięcy dukatów nie są rzeczą tak wielką, w czemże one mogą utrudnić przyszłe nasze stosunki?
— Kochany marszałku, — potrosze rozczulając się, odpowiedział Dendera — mam za zasadę unikać interesu z osobami, familję składającemi lub do niej mającemi należeć. Pieniądz zwykle jest szkopułem, o który się rozbija przywiązanie i przyjaźń: potrzeba unikać wszelkiego powodu do naruszenia świętych węzłów familijnych.
Wymówił to z takiem namaszczeniem, z tak głębokiem przekonaniem, że Farurej trochę się zastanowił, co dalej miał począć.
— A, ba! — rzekł — unikaj sobie hrabia stosunków pieniężnych z innymi, kiedy chcesz, ale ze mną, co ci się proszę o tę drobnostkę, śmiesznybyś był, gdybyś się drożył. No! jak chcesz, przyjmij mnie do jakiej spółki! Zobaczysz, jak dobrego mieć będziesz motjanta!
Dendera ścisnął jego rękę.
— Dajmy pokój, — rzekł — to niepodobna.
— Mój hrabio, zaczynasz mnie drażnić — zawołał Farurej. — Cóż znowu? Czy tak dalece nie zasługuję na zaufanie, że ze mną unikasz stosunków pieniężnych? To niewiara, to obelga prawie! Serjo! to mnie żywo obchodzi.
— Nie bierzże pan tego z takiej strony!
— Muszę to tak wziąć, bo inaczej wytłumaczyć mi się nie potrafisz. Jestem dotknięty i przykro dotknięty.
Hrabia udał zmieszanego i począł przepraszać.
— Panie marszałku kochany, tej myśli nie miałem, nie zrozumiałeś mnie!
Farurej burzył się na zimno, chcąc dopiąć swojego celu, i coraz bardziej poruszony, począł żywo:
— Musisz pan hrabia wziąć te pieniądze, nie odstąpię od tego; inaczej śmiertelnie mnie obrazisz! To nieufność! to nieufność! — powtarzał — to niewiara!
Hrabia tłumaczył się dosyć niezręcznie, czując, że dopiął już celu i miłość własną ocalił; powoli począł ulegać, mięknąć, wolnieć, aż nareszcie skończyło się na tem, że zamilkł.
— Jutro przysyłam pieniądze, — zamknął Farurej — musisz je przyjąć.
Dendera, zachmurzony niby, ruszając ramionami, mrucząc, przystał na końcu, ale z widocznem umartwieniem wyszedł z pokoju, a Farurej pośpieszył do Cesi.
— Rzecz skończona, — szepnął pocichu z rozjaśnioną twarzą — zrobiłem, jakem pani mówił.
— Jakto! I ojciec przystał? — krzyknęła Cesia z podziwieniem.
— O! niemało to mnie kosztowało pracy, — z uczuciem zwycięstwa swego dodał kawaler, strudzone nieznacznie rozcierając nogi — alem na swojem postawił!
— Jakimże sposobem?
— Jak to się stało, nie powiem, dosyć, że jutro przysyłam pieniądze, a przyśpieszenie wyjazdu do Warszawy i chwili mojego szczęścia poruczam pani.
To mówiąc, ucałował rączkę, podaną z uśmiechem, spojrzał szaremi zgasłemi oczyma w ogniem ziejące źrenice Cesi, westchnął, położył rękę na piersi i wymownem milczeniem tę scenę zakończył.
W tydzień później hrabina z Cesią były na drodze do Warszawy.



Sylwan nie tracił czasu napróżno i nie spuszczał z oka na chwilę domu barona, który choć się z nim zdawał oswajać, nie tak jednak łatwy był, jak hrabia sobie obiecywał. Nie wychodził nigdy z granic zimnej grzeczności i nie dopuszczał Sylwana do pożądanej dlań poufałości. Baronówna, widocznie dziecko pieszczone, pani domu, o której względy codzień bardziej rozkochany hrabia usilnie się starał, bawiła się nim czasem, posługiwała trochę, ale nic nie straciła ze swej sztywności, melancholji i zimnego z nim obejścia. Im trudniej to szło, tem bardziej Sylwan się zapalał; a postępy tak były nieznaczne, tak powolne, że dumne hrabię niekiedy gniewem buchało. Tymczasem dom barona Hormeyera otwierał się dla coraz większej liczby nowych znajomości, napływała doń najpierwsza młodzież, którą wabiła nieporównanej piękności twarzyczka i przepych domu, na pańskiej utrzymywanego stopie. Sylwan śledził, patrzał i drżał, żeby kto nie został szczęśliwszym od niego, choć dotąd ani baron, ani jego córka nie zdawali się wyróżniać nikogo. Ewelina zawsze była równie smutna, zamyślona, znudzona ludźmi, niecierpliwa. Baron chłodny, rozpatrujący się i zapięty na wszystkie guziki. Tajemnica jakaś dom ten otaczała, a przybywający z Galicji, z Wiednia żadnej o nim pewniejszej wiadomości nie przywieźli. Kilka osób widywało barona, zgadzano się na to, że przy dworze jakiś miał urząd, że go w towarzystwach wyższych spotykano; ale o jego stanie majątkowym i położeniu towarzyskiem nic pewnego dowiedzieć się nie było podobna.
Ludzie, nie mając o nich pewnych danych, tworzyli tymczasowo dzieje bajeczne, zgadywali, domyślali się, wnioskowali. Baronówna pokazała się na kilku balach w coraz to nowych brylantach, tak niemi obwieszona, że precjoza jej ściągnęły oczy wszystkich, a cenę ich przesadzono nadzwyczajnie i podnoszono niezmiernie. Jeden naszyjnik z pereł i diamentów wzbudził zazdrość we wszystkich kobietach i zwrócił szczególnie uwagę na barona i jego córkę. Zaintrygowali wszystkich ci przybysze, występujący z takim zbytkiem, a całkiem prawie nieznani nikomu. Poczęto szperać i dochodzić, ale nikt nic stanowczego nie odkrył. Sylwan tylko po kilkotygodniowych stosunkach z baronem dowiedział się najniespodziewaniej i w sposób przypadkowy, że córka Hormeyera, ta, którą miał za pannę Ewelinę, młodziuchna i dziewicza istota, była już wdową, że jej nagłe w pół roku po ślubie owdowienie spowodowało wyjazd z Galicji i smutek, którym twarz jej okryta była. Wygadał się z tem pan baron tak, jakby sądził, że to już wszystkim jest wiadome; wzdychał, mówiąc o córce i nie wyspowiadawszy się z niczego więcej, urwał, zachmurzywszy czoło.
Sylwan, jakkolwiek rad był, że więcej schwytał od innych, wyrzucał sobie, że dotąd tak prostej nawet rzeczy nie wiedział i, powróciwszy do domu, głęboko się zamyślił nad sobą i przyszłością. Ewelina teraz mu się wydawała inaczej, smutek je był wytłumaczony, rozdrażnienie naturalne, obojętność konieczna, miłość własna we wspomnieniu męża znajdowała tłumaczenie chłodu, z jakim go przyjmowano.
— Potrzeba czasu, — rzekł w sobie Sylwan — wdowa! To nic nie szkodzi. Musi więc mieć majątek po ojcu i coś odziedziczyła po mężu. A tak młodziuchna, a tak pociągająca!
Westchnął, zamyślił się i już zawracać nie chciał. List hrabiego ojca, który poprzedził przyjazd hrabiny i Cesi, pełen nieukontentowania, obawy i przestróg, więcej rozdrażnił, niż upamiętał Sylwana.
Nie chciał mu w niczem przyznać słuszności, rozśmiał się i obrażony niemal, że mu wyrzucano nieopatrzność i łatwowierność, odrzucił pismo z lekceważeniem, ruszył ramionami, ani myśląc się stosować do rady ojcowskiej. Oczekiwał tylko matki, żeby jej przybyciem poprzeć swoją sprawę; rachował na kobiety, na Cesię szczególniej, której znał przebiegłość, a tymczasem dnia prawie nie opuszczał, nie widząc się z baronem i jego córką.
Zaledwie dawszy wypocząć Wacławowi, zmusił go do odwiedzenia z nim razem nowych swoich znajomych. Wacław opierał się, wymawiał, ale uległ nareszcie bratu i poszedł z nim razem na wieczór do barona. Sylwan chciał mu się pochwalić nadzieją i olśnić go przepychem tej, którą zawczasu swoją przyszłą nazywał. W istocie dla Wacława, przywykłego do wsi i kłamanych występów Denderowa, ten dom, zbytkownie urządzony, był całkiem nowym i uderzającym widokiem. Wygalowana służba, stoły, od sreber się uginające, ogromne salony, z niejakim urządzone przepychem, doreszty onieśmieliły i tak bojaźliwego, ciszę lubiącego człowieka. Wszedł zakłopotany, zarumieniony, zmieszany; dał się zaprezentować baronowi, który nieznacznie zmierzył go wzrokiem badacza, i nie śmiał nawet spojrzeć na jego córkę, czarne swe oczy ciekawie obracającą na przybysza. Sylwan nie postrzegł, że baron i Ewelina, gdy Wacław się pokazał, spojrzeli po sobie jakby zdziwieni, że młoda wdowa zadrżała, zapłonęła i po chwili wyszła szybko z salonu. Nadto był sobą zajęty, żeby mógł nawet przypuścić, że ktoś większe nad niego uczyni wrażenie. Po pewnym przeciągu czasu jednak Ewelina powróciła do salonu i Wacław, nieco ośmielony, spotkał piękne jej oczy, wymierzone na siebie.
Wszyscy byli dlań nadzwyczaj uprzejmi, a wreszcie Sylwan nawet musiał postrzec, że dla Wacława zmieniono tryb postępowania z innymi gośćmi. Młoda wdowa zbliżyła się ku niemu ciekawie, uśmiechnęła, przeciągnąć się starała rozmowę z nim; baron nie spuszczał go z oka, a gdy więcej osób nadeszło, widocznie pierwszeństwo dawano nowo przybyłemu przed wszystkimi.
Kilka razy baron i jego córka szeptali coś z sobą tajemniczo, a gdy nadeszła chwila pożegnania, ojciec, czego dla nikogo nie uczynił, wyszedł za gościem, usilnie go zapraszając, żeby ich dom odwiedzał. Nie postrzegł tylko Sylwan, jak wzrok Eweliny pobiegł za Wacławem do drzwi i ścigał, gdy go już nie było; jednakże, dotknięty do żywego, obiecał sobie w duchu więcej się na porównanie z bratem nie wystawiać.
— To coś niepojętego, — rzekł w duchu — byliżby ślepi, czyby się mieli nie poznać na mnie? Mogliżby wiedzieć, iż Wacław ma miljony, których ja mieć nie będę? Ja go tam więcej nie zaprowadzę, on sam nie pójdzie pewnie!
Na Wacławie dom ten wielkiego nie uczynił zresztą wrażenia, przepych i bogactwo go zdziwiło, ludzie byli dlań zagadką. Ewelinę uznał piękną, ale mówił o niej chłodno i Sylwan, badając go, przekonał się, że sympatja, która się objawiła ze strony barona, nie wywołała wzajemności. To go uspokoiło.
Nazajutrz swoim zwyczajem rano pojechał po barona, którego miał zawieźć do kilku domów, jak się wczoraj umówili, i zdziwił się znowu, gdy po krótkim obojętnym wstępie, baron żywo go spytał o brata. Sylwan nadto był ostrożny, żeby go bardzo wychwalać, ale kłamać też nie mógł, bo wielki ów spadek i niespodziana fortuna, a z niej wynikłe interesa postawiły Wacława na widoku i łatwo było dojść fałszu. Odpowiedział więc obojętnie, uśmiechając się, ogólnikami, nie tając swojego podziwienia, dlaczego o niego tak go ciekawie badano.
— Musiałeś pan uważać, — odparł baron Hormeyer z niezwykłą sobie szczerością — jak mnie wczoraj widok tego młodego człowieka uderzył, i mnie, i biedną Ewelinę moją. Wystaw pan sobie, brat pański tak nadzwyczajnie, tak cudownie jest podobny do zmarłego jej męża, żeśmy na pierwszy rzut oka za widmo go wzięli. Córka moja dotychczas jest cierpiąca... przypomnienie świeżej straty... nieutulony jej żal po tym człowieku...
— Dobrze, że mi pan baron mówisz o tem, — rzekł Sylwan trochę niespokojny — więcej go tu już nie przyprowadzę i najmocniej przepraszam...
— Ale owszem, owszem, — pochwycił baron — Ewelina znajduje w tem niejaką pociechę, to łudzące przypomnienie.
— Mój brat jest dosyć dzikiem stworzeniem, — pośpieszył Sylwan — z wielką trudnością wczoraj go tu wyciągnąłem. Dziwne okoliczności sprawiły, że niepoznany długo, wychowywał się jak sierota, to go onieśmiela. Niedługo, zdaje mi się, zabawi w Warszawie, przygotowuje się tylko do bliskiego wesela.
— Jakto? zaręczony? — podchwycił baron z widoczną niespokojnością.
— I zakochany — dodał hrabia.
Rozmowa się na tem przerwała, dano znać o koniach. Sylwan wyjechał z baronem razem, ale, powróciwszy do domu, nie mógł się powstrzymać od gorzkich wyrzutów losowi.
— Wacławowi wszystko! — zawołał. — Majątek, szczęście idzie samo do rąk nieproszone, za cóż mnie się nie wiedzie? Zaczynam go nienawidzieć! Byleby mi pożyczył, czego potrzebuję, unikać go muszę, wyprawię go na wieś. Niech jedzie: ani on do miasta, ani miasto dla niego.
Nazajutrz odebrał zaproszenie na wieczór do barona wraz z bratem, ale go z sobą nie wziął i wymówił się nieśmiałością Wacława.
I ojciec, i córka, postrzegłszy, że sam przyszedł, nie umieli pokryć wrażenia, jakie to na nich uczyniło. Spytali zaraz o brata, a Sylwan, rozgniewany, prawie do kłamstwa uciec się musiał. Cały wieczór Ewelina była zamyślona i smutna, baron chłodny i milczący, Sylwan nie potrafił się nawet przybliżyć do pięknej wdowy, a za każdym jej głosem niecierpliwił się coraz bardziej, bo go pytano tylko o Wacława. Wychodząc, zżymał się na siebie, że mu na myśl przyszło wprowadzić tę marę, która w mgnieniu oka zepchnęła go z mozolnie otrzymanego stanowiska.
Szczęściem dla Sylwana, wśród zakłopotania jego nadjechała hrabina z córką: nowi i silni sprzymierzeńcy. Zaledwie się rozpakowano w hotelu, już nie-spokojny począł im opowiadać całe swoje dzieje.
Znano je potrosze z listu Sylwana i hrabina matka, naprzekór mężowi, usposobiona była pomagać, nie przeszkadzać synowi. Cesia milczała obojętna, ale gdy przyszło do Wacława, zarumieniła się, wstrzęsła i nadstawiła ucha na opowiadanie. Twarz jej zmieniona dozwoliła bratu domyśleć się uczuć serca: zwrócił się do niej cały. Cesia słuchała go naprzemiany blada i krasna od bijących na twarz rumieńców, ale milcząca i zamyślona.
— Kochana mamo, — zawołał Sylwan wostatku — na tobie i na drogiej Cesi całe moje nadzieje. Potrzeba się poznać z Eweliną, zbliżyć, poprzyjaźnić i opanować ją całkiem; a naprzód, jakkolwiek jesteśmy tu chwilowo, musimy się pokazać tak, jak nam przystało, i dcm choć w podróży urządzić w sposób przyzwoity, ja się tem zajmę. Jeśliby pieniędzy brakło, Cesia weźmie u Wacława.
— Dajże mi pokój, Sylwanie — oburzyła się siostra. — To nadto!
— Zrobisz to, gdy sama uznasz potrzebę, ja jestem zakochany, oszalały i od was wyglądam ratunku! Ojciec, wiem, obawia się, odradza, przestrasza, ale myli się najzupełniej.
Hrabina ruszyła ramionami na wspomnienie męża, Cesia poczęła badać brata i niespokojna już pocichu mu szepnęła, żeby po Wacława posłał, nie tracąc czasu. Sylwan dorozumiewał się coraz bardziej, na co jej był potrzebny; a rachując na pomoc siostry, chciał ją sobie zawczasu zaskarbić; sprowadzono więc biednego samotnika, który dosyć niechętnie stawił się na wezwanie.
Hrabina przywitała go zimno, Sylwan poufale, Cesia serdecznie, ale jak brata tylko. Nowy jej plan zależał na tem, żeby go zbliżać jak najbardziej ku sobie, a działać nań obojętnością i obudzeniem zazdrości w sercu jego. Do tego zastosowała humor: stała się trzpiotowatą, zajętą przyszłem zamążpójściem tylko, strojami, domem, jaki miała urządzić, zabawami i t. p. Usilnie pragnęła przekonać teraz Wacława, że się stał dla niej obojętny, rachując na to, że człowiek płacze zawsze po wszystkiem, co traci, nawet po tem, co, posiadając, nie cenił.
— Dobrze, żeśmy tu ciebie zastały, — zawołała do wchodzącego z uśmiechem, podając mu rękę — musisz nam służyć i pomagać. Mój narzeczony nagli, mamy całą ogromną wyprawę do zrobienia, kilka tysięcy dukatów do wyrzucenia za okno, nie potrafimy sobie dać rady, a ten biedny Sylwan taki zakochany, taki śmieszny, taki dziwny, że się na niewiele przyda!
Wacław przez grzeczność zaofiarował się na usługi.
— Ja ci się wywdzięczę, kuzynku, — dodała Cesia figlarnie. — Niepodobna, żebyś czegoś nie potrzebował dla Frani; nie potrafisz sam dać rady z kobiecemi gałgankami, my ci najdroższe, najpiękniejsze, najsmakowniejsze wybierzemy. Juściż nie wrócisz z Warszawy z próżnemi rękoma, wstydby ci było i śmiesznie!
Od tej chwili Wacław nie miał pokoju od Cesi, która go ciągle chciała mieć przy sobie, choć zmieniła z nim sposób postępowania, nigdy już nie mówiąc mu i nie przypominając niczem dawnych stosunków. Ciągle była zajęta tylko swoją przyszłością, weselem i rolą, którą na świecie grać miała; nieustannie zaś przypominała mu Franię, z udaną dla niej czułością, ale zawsze z odrobinką ironji, choć zręcznie bardzo ukrytej. Wacław posmutniał biedny i ugiął się pod ciężarem powolnego prześladowania, które najwymyślniejsze przybierało formy.
Hrabina Eugenja, która, pomimo braku świeżości i bardzo już przywiędłych wdzięków, spodziewała się jeszcze w salonie przy świecach znaleźć choć poddeptanego czciciela, równie z ciekawą i niecierpliwą Cesią, nagloną przez Sylwana, śpieszyła wyjść na świat, dawnym się przypomnieć znajomym i nowe zawrzeć stosunki. Najęto powóz, wybrano pokoje, urządzono dom na stopę jak najpokaźniejszą, wyrzucono wiele pieniędzy i hrabina wybrała się wreszcie z Sylwanem do barona Hormeyera, ale tu ich nie przyjęto. Potrzeba było czekać wzajemnych odwiedzin, a te dopiero czwartego dnia nastąpiły. Nieszczęściem dla Sylwana, Wacław znajdował się właśnie w salonie i nie było go sposobu sprzątnąć. Baron wszedł z córką, którą miał przedstawić hrabinie, ale, na progu ujrzawszy Wacława, młoda wdowa tak się zmieszała, pobladła, zmieniła, że ze wzruszenia usiąść musiała, ledwie ukłoniwszy się gospodyni domu. Złożono to na osłabienie, znużenie i przypadek jakiś, który ją przestraszył przed chwilą, choć Sylwan wiedział dobrze, co to znaczyło. Rozmowa zawiązała się z trudnością o ogólnikach, ale Ewelina udziału w niej prawie nie brała, wciąż zapatrzona na Wacława: dwie łzy płynęły jej z oczu powoli...
Sylwan wściekał się i nie wiedział, co począć; Cesia patrzała i nic zrozumieć nie mogła, bo jej się z tego dziwnego wypadku brat nie wyspowiadał; baron zaś, korzystając ze spotkania, poszedł do Wacława i z niezwykłą grzecznością i nadskakiwaniem przylepił się do niego.
Rozpytywał go, zapraszał, łasił mu się prawie i tak zręcznie manewrował, że go przyprowadził do córki, która, podnosząc nań oczy zamglone łzami, wstrzęsła się i zadrżała. W wejrzeniu biednej kobiety znać było, że w tym nieznajomym, który jej tak żywo przypominał utracone szczęście, szukała z rozpaczą tego uczucia, które jej dawniej jaśniało. Zdawała się błagać litości, spoglądając na Wacława, i ze smutnej, obojętnej, chłodnej tak się stała łagodną, wzruszoną, czułą, tak twarz jej piękna dziwnie się zmieniła, że Sylwan, patrzący zboku, oczom swoim nie wierzył. O! co z ludzkiego oblicza jeden robi promyk radości! jak ono inne! jak cudnie piękne, kiedy z za łez spojrzy weselem i uśmiechnie się choć marzonem szczęściem!...
Taką się stała Ewelina, kiedy bojaźliwy wzrok jej spotkał zimne, ale pełne współczucia wejrzenie Wacława, w którego źrenicy dobroć się malowała. Nie śmiała ust otworzyć drżących, a mówiła niemi, prosząc go o litość i choćby o zwodniczą nadzieję. Zdumiony Wacław zląkł się tego wzroku, którego wyraz mówił o wielu łzach uronionych napróżno; ale wzruszyła go boleść nieznajomej, choć całkiem niewytłumaczonym dlań sposobem zwracająca się z prośbą jakąś ku niemu. W tych pięknych rysach zwykle chłodnej i dumnej kobiety tyle było teraz czułości i wdzięku! Chciał uciec i nie mógł, przykuty litością i wdzięcznością razem; nie śmiał być niegrzecznym po tylu uczynionych mu przez barona i córkę jego uprzedzających krokach. Został więc na swojem miejscu, choć Cesia nań mrugała, choć Sylwan, zbliżywszy się, starał go oderwać od Eweliny, a sam miejsce jego zastąpić. Głosu nawet Sylwana nie zdawała się słyszeć młoda wdowa, tak była zajęta Wacławem.
— Pan tu jesteś, jak my, gościem, — odezwała się po francusku do sąsiada — równie, jak my, obcym trochę: masz obowiązek niejako żyć z nami! Jesteśmy jak podróżni wśród stepu, których znajomość zawiązuje się łatwo na obczyźnie. Czemu pan dotąd nie byłeś u nas? Kuzyn pański, hrabia Sylwan, daleko jest grzeczniejszy.
— A pani! Komuż się na co przydać może towarzystwo wieśniaka, który tęskni za wioską?
— I za tymi, których tam porzucił?
— I za nimi! — dodał Wacław pocichu.
— A któż nie tęskni za czemś i po czemś nie boleje — odpowiedziała Ewelina półgłosem. — Trzeba się pocieszać wzajemnie i bliźniemu ulżyć ciężaru. Lubisz pan miasto? — zapytała.
— Przyznam się pani, że nie.
— Dawniej jam je