Komedjanci/Część IV/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Komedjanci
Wydawca Wydawnictwo M. Arcta
Data wydania 1935
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część IV
Pobierz jako: Pobierz Cała część IV jako ePub Pobierz Cała część IV jako PDF Pobierz Cała część IV jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron


Porankiem zimowym, jasnym i łagodnym powóz Wacława stanął przed dworem w Wulce, miał on zawieźć młodą parę do kościołka w Smolewie, gdzie ich już z błogosławieństwem czekał wikary. Był to dzień powszedni, nie spodziewano się nikogo w miasteczku, prócz kilku ciekawych i dziadów, co u drzwi siadywali, a narzeczonym jedna towarzyszyła Brzozosia.
Dla niej to była uroczystość prawdziwa: krzątała się noc całą, łajała cały ranek, ludziom nie dała zmrużyć oka, narzekała, śmiała się, płakała, klaskała w dłonie, kiedy niekiedy westchnęła za duszę rotmistrza, ale raz go już pogrzebawszy i otarłszy szczere łzy żalu, teraz cała zajęła się szczęściem, a nadewszystko kuchnią państwa młodych.
Wystrojona niezmiernie wyszła razem z nimi na ganek, a gdy jej oboje do nóg upadli, prosząc o błogosławieństwo, rozpłakała się raz jeszcze, wycałowała ich i przynagliła, żeby co prędzej wsiadali do powozu. Jeszcze się może obawiała, by co temu weselu, tak upragnionemu, nie stanęło na przeszkodzie; a w myśli prześcigając już ślub i kilka lat po ślubie, zajęta była wychowaniem dziatek, których wyglądała niecierpliwie.
W milczeniu przebyli tę drogę do Smolewa, tak im dobrze znajomą, a tak smutną dziś i świeżą jeszcze posypaną pamiątką; jedna Brzozosia tylko może, odpędzając żałobne myśli, śmiała się i cieszyła czystą radością poczciwego serca, umiejącego zgadzać się z wolą Bożą i filozoficznie przyjmującego wszystko, czem ziemia karmi swe dzieci.
Ile razy wprzód Frania zachmurzyła się wspomnieniem ojca, panna ciwunówna gromiła ją bez ogródki:
— Ale dajże pokój tym łzom, dopóki to tego będzie? Pomodlić się ślicznie, pięknie, popłakać, otrzeć łzy i dalej w drogę. Pan Bóg nas stworzył do pracy, nie na szlochy. Ot jest, chwała Bogu! czem się cieszyć, czego używać, za co Bogu dziękować; to lepiej o tem myśleć, niż psuć zdrowie i wypłakiwać oczy.
Często też temi prostemi wyrazy, choć nie pocieszyła, odwróciła przynajmniej od serca boleść, ugniatającą je, widokiem swej dziwnej rezygnacji.
Obok kościołka świeżo usypana wysoka mogiła rotmistrza, której późna pora ani odarniować, ani ogrodzić nie dozwoliła, zatrzymała narzeczonych; poszli do niej po zimne błogosławieństwo zmarłego, a ciwunówna za nimi, wcześnie przysposobiwszy flaszeczkę na przypadek, gdyby Frania omdlała.
Rozpłakała się biedna sierota, ale Wacław był przy niej i łzami oblaną wprowadził do wiejskiego kościołka. Pusto w nim było, bo dzwonek dopiero, na mszą wołając, odezwał się, gdy powóz Wacława się ukazał; kilku ubogich, kilku mieszczan miało być świadkami obrzędu.
Choć szczerze się modląc, panna ciwunówna wzdychała serdecznie i uraza do nieboszczyka rotmistrza, któremu w duchu robiła wymówki, przerywała jej modlitwę.
— Tfu, maro! — mówiła w sobie — ani się pozbyć tych myśli. Królowo Niebieska! Gdyby był, Panie świeć nad jego duszą, nieboszczyk nie dziwaczył, byłoby przynajmniej wesele się odbyło po ludzku... A to... witaj Pani świata... A to po niemiecku: cicho, bez żadnej gali, jakgdyby nas na to nie stało... Zdrowaś Marja... Zdrowaś Marja... ani gości, ani obiadu, ani muzyki: co to za wesele?... nowomodne, farmazońskie jakieś... Panie odpuść... Witaj Królowo... Jeszczem takiego wesela nie widziała... i w żałobie... No! cóż robić, cóż robić?
Panna ciwunówna poczęła szeptać szybko pacierze, ażeby przemóc w sobie chętkę do gderania; ale nie było na nią hamulca, i Bóg wie, jak się tam modliła, choć pewnie Bóg przyjął i taką poczciwego serca prośbę. W zakrystji podpisywano księgi, a po mszy świętej białą stułą związał wikary nowożeńców, krótką i czułą przemową polecając w imieniu rotmistrza sierotę opiece temu, który się już zwał jej mężem.
Niedługo zabawiwszy w Smolewie, bo Brzozosia nigdzie nie lubiła się zatrzymywać i zawsze niepokoiła się z podróżą i z powrotem, państwo młodzi siedli do powozu. Wacław coś szepnął do ucha woźnicy i konie żwawo ku Wulce pobiegły. Nie było umowy, dokąd jechać mieli, Brzozosia nawet w Wulce wystąpiła była z obiadem, ale Wacław kazał zawrócić wprost do Palnika, przez tych kilka tygodni dom urządziwszy na przyjęcie Frani. Słowa o tem nie mówił, bo chciał smutek jej miłą przerwać niespodzianką. Ciwunówna, której szło o zadysponowany chróst i mus, o polędwicę, kupioną umyślnie, i zupę z winem, bardzo się zafrasowała, gdy zobaczyła, że ich wiozą do Palnika.
— A toż co? — zawołała — a to co? dokądże ten Jakób pojechał? czy zwarjował?
— Do Palnika — rzekł Wacław, spoglądając na Franię.
— Także się domyślił! nie wiedzieć poco! A toż obiad w Wulce zadysponowany! To sobie jutro pojedziecie, kiedy zechcecie, ale dziś, dalipan, nie dam.
— Kochana panno ciwunówno, jest obiad i w Palniku.
— Ale polędwica!
Wacław mimowolnie się rozśmiał.
Konie tymczasem szły żywo, a Brzozosia o mało się nie rozpłakała, zobaczywszy, że jej występ cały się zmarnuje. Wacław w ręce ją całował, prosząc, żeby mu się nie przeciwiła. Poczciwa ciwunówna uległa mu, wzdychając, rozczulona, ale w głębi jej serca lekką zachowując urazę.
— No! zobaczymy, z jakim on obiadem wystąpi.
Po chwili minąwszy dworek w Wulce, na widok którego jeszcze raz westchnęła Brzozosia, drożyną boczną zbliżyli się do Palnika. Od czasu, jak go widziała Frania i jej towarzyszka, zmienił się im do niepoznania. Dwór, zasłoniony wprzód mizernemi budowlami, które pozrzucano, teraz wśród drzew bielał jak nowy, odnowiony w istocie i na śliczne wiejskie przerobiony pomieszkanie. Wacław z wielkim kosztem i smakiem przesypał całkiem stare domostwo, ubrał, okrył na nowo i uczynił zeń ledwie nie książęcy pałacyk, ledwie nie willę bankiera, który nie patrzy, co ona kosztować będzie, byle nią zaćmił swych współzawodników.
Cacko to było, a Frania i Brzozosia, co mało świata widziały i nie pojmowały, jak za grosz wszystko można i prędko, i pięknie wykonać, zdumione krzyknęły obie, nie poznając Palnika. Trzymano przed niemi w tajemnicy to, co się tam działo, i niespodzianka tak się udała, że ciwunówna, stając przed gankiem, aż się przeżegnała.
— A toż co? a toż co? Jezu Chryste! czy czary, czy nieczysta siła, czy sen?! A kiedyż się to zrobiło? Chyba to nie Palnik! Gdzieżeśmy zabłądzili?
Frani dwie łzy wdzięczności płynęły z pięknych oczu, a twarzyczka jej zbliżyła się do zarumienionego lica Wacława, i pierwszy serdeczny pocałunek związał ich usta niewinne.
W ganku, spartym na słupkach żelaznych i obwiedzionym wytworną kratką z żelaza, czekała już na panią czeladź cała, a najstarsza z niewiast podała jej klucze domu, sól, chleb i cukier, godła zajęć i wróżby przyszłości. Brzozosia z otwartemi usty szła za młodą parą i choć niesłychanie zdziwiona, przestraszona niemal, powtarzała jednak pocichu:
— Jak sobie chce, a mogli dziś jednak na moją polędwicę pojechać.
Zewnątrz już domek był do niepoznania, ale wewnątrz największy w nim panował przepych, na widok którego Frani się jakoś przykro, a Brzozosi smutno zrobiło. Obie przywykłe były do drewnianych stołków, do prostych stołów, do wymytej świeżo podłogi i stąpały nieśmiało po kobiercach, woskowanych posadzkach, wśród zwierciadeł, obrazów, posążków, kwiatów, ze zdumienia w zdumienie.
— Chyba to miljony kosztuje! — mówiła Brzozosia, ruszając ramionami — a! mój Boże, ten człowiek się stracił ze szczętem!
Wacław oprowadzał ich dokoła, pokazywał Frani wszystko; nareszcie otworzył drzwi i okrzyk zdumienia wyrwał się z ust pani młodej, która rzuciła się mężowi na szyję. Brzozosia wspięła się na palce i, przez ramiona wychowanki spojrzawszy, krzyknęła sobie:
— A to czary!
Prosta to była przecie izdebka, zupełnie podobna do tej, którą Frania w Wulce zamieszkiwała: ten sam sprzęt w niej, okna tak samo na podwórko i ogród zwrócone, nawet naprędce przyniesiono jej krosienka, jej książki, jej kwiateczki i jeden tylko wspaniały hebanowy klęcznik z krucyfiksem z kości słoniowej, jak obcy przybysz, wstydzić się zdawał swojej wytworności wśród prostych sprzętów. Na ścianie, nowe zdziwienie, wisiał portret rotmistrza w mundurze kawalerji narodowej, choć po śmierci już i tajemnie, ale tak szczęśliwie zrobiony, że obie kobiety, patrząc nań, się rozpłakały.
— A też drzwi dokąd prowadzą? — spytała panna ciwunówna, wskazując na proste zamknięte jeszcze wnijście, w tem właśnie miejscu znajdujące się, w którem były w Wulce drzwiczki, łączące mieszkanie Brzozosi z pokoikiem Frani.
— Niech panna ciwunówna zobaczy — rzekł Wacław z uśmiechem.
Na ciekawości nie zbywało Brzozosi; poskoczyła więc, nacisnęła klamkę i, ujrzawszy swoją, ale swoją własną izdebkę, w której już i kłębuszki, i motowidło, i wszystkie stare swe graciki znalazła, znowu w krzyk:
— Cuda! cuda!
Nuż ściskać Wacława, któremu ta poczciwa radość nagrodziła sowicie trud podjęty i starannie zachowywaną tajemnicę.
— A kłębuszki to chyba poprzenosili z Wulki — zawołała po namyśle — dalipan poprzenosili. Czy tylko kto przędzy nie ukradł?
— Ja za szkodę odpowiadam, — śmiejąc się, rzekł Wacław — a teraz, kochana gosposiu, swojego jedynego gościa proś do stołu.
— Zobaczymyż jego polędwicę! — pocichu szepnęła ciwunówna.
Stół na trzy osoby nakryty był przepysznie, co starą naszą znajomą niepomału zafrasowało; bo gdzie jej było sprostać tym wykwintom, o których nie marzyła nawet. Ale kuchnia, choć skromna, nieprzywykłemu do niej podniebieniu wcale się nie podobała. Skosztowała zupy, nie mogła się z nią pogodzić, z wielu przysmakami nie wiedziała, jak się obejść, ruszyła ramionami na zimowe szparagi, lodów się zlękła i jeść ich nie mogła, a koniec końcem powiedziała sobie w duchu, że lepszaby była w Wulce polędwica.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.