Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom piérwszy/XX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom piérwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom piérwszy jako ePub Pobierz Cały tom piérwszy jako PDF Pobierz Cały tom piérwszy jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XX.

Wschodzący dzień oświecił obraz zamieszania i nieładu; jak świt objechał Miller swój lud, policzył straty, z których go najwięcéj bolała śmierć półkownika de Fossis i śmiertelna rana Horna; kazał pościągać trupa, działa zagwożdzone zdjąć z baterij, nowe na ich miejsca naprowadzić i jął się z całą złością i gniewem, do jakich doprowadziło go te zuchwalstwo, nowego szturmu. Działa nieustając na chwilę biły do murów, ale napróżno; bo szkoda nie była ani tak wielką, ani tak widoczną, żeby go pocieszyć miała. Wejhard dowiedziawszy się o śmierci de Fossis i ranie Horna dopiero nazajutrz, gdyż nocnego allarmu, stojąc opodal w innéj stronie, nie słyszał nawet, pobiegł ku Millerowemu stanowisku, ale mu w oczy zajrzeć nie śmiał... Miller byłby to znów wszystko na niego zrzucił, i miarkował że generał wściekać się musi.
W istocie szwed był tak straszny, jak każdy w bezsilnéj złości szatana; czując swoją potęgę, wyższość, umiejętność, nie potrafić ani dobyć, ani zniszczyć tego kurnika, którego bronili wieśniacy, ślachta, i xięża! Wszystkie laury wodza tracił tu, nadaremnie w nierównym i wstydliwym boju. Było czego oszaleć! To też szalał opasły wódz i chodząc po swoim namiocie, coraz powtarzał.
— Żebym tu głowę miał położyć, nie ustąpię aż zdobędę.
Po działa burzące posławszy do Krakowa, gnał posłańca za posłańcem, aby dniem i notą wieziono je co najprędzéj.
Tymczasem dano mu znać, że górnicy z Olkusza przypędzeni do robienia miny, którą chciano od północy podłożyć pod mury, przybyli. De Fossis miał tą robotą kierować, plan był już gotowy, ale komu innemu teraz i mniéj świadomemu pozostało jego wykonanie.
Spędzono nieszczęśliwych górników, którzy pod strażą jak więzniowie trzymani, stali smutni i przelękli. Jeden tylko pomiędzy niemi starzec silny, barczysty, górujący całą głową, z włosem posiwiałym, sparty na kiju, z dumą na twarzy, z wzgardą poglądał na szwedów, jakby ich wejrzeniem miał pobić — niemogąc dłonią. Reszta znużona, stała i leżała na ziemi, raczéj niewolników, niż posiłku mając postać. W zamięszaniu ranném, rozkazał Miller prowadzić ich ku górze i wyznaczyć robotę, ale około południa znać mu dano, że Olkuscy górnicy, opierają się i nie chcą miny rozpoczynać.
Sądząc, że to tylko niewyrozumienie jakie, lub trudność w robocie, posłano do nich polaka aby się z niemi porozumiał. Był to pan Kuklinowski, chętny służka szwedów.
Zastał ich otoczonych żołnierzem na ziemi leżących, z pospuszczanemi głowami, tylko starzec ciągle na kiju sparty o swéj sile się trzymał, i na wodza wyglądał.
— Ho! do roboty! rozpoczynajcie górę! zakrzyczał Kuklinowski.
— Albośmy to szwedzi, czy zdrajcy jak ty, zawołał oburzony starzec, żebyśmy mieli na Matkę Najświętszą ręce podnosić.
— Co! jak to?
— A! tak ci to, — żywiéj jeszcze rzekł stary, — chcecie nas pozabijać to pozabijajcie sobie, lepiéj zginąć od was, niż w piekle gorzeć przez wieczność; nie będziemy robić i po wszystkiem.
Kuklinowski spójrzał i szybko odjechał, dając o tém znać generałowi; Miller ledwie uszom wierząc, zakrzyczał — Wieszać łajdaków! wieszać!
— Ale, — zawołał Kuklinowski stojący blizko, — jak ich powieszamy to któż będzie minę robił?
— Wziąść tylko jednego co tam ich buntuje, na próbę, a reszta się upokorzy, powtórzył generał — a nie — to dziesiątego na stryczek! Kaliński wystąpił.
— Pozwólcie mi do nich pójść panie generale?
— Idź mości starosto, ale ich nie proś, nieposłusznych na gałąź, jak psów wywieszam. Staroście podano konia, pośpieszył do górników. Stali w miejscu jak przedtém, i spójrzawszy na te chmurne oblicza ludzi zwrócone ku kaplicy Matki Boskiéj z czcią, pobożnością, z przestrachem wiernych jéj dzieci, starosta uczuł jakby wstyd, cóś nakształt zgryzoty, — naukę wielką, którą odpędził od siebie. Prędko ochłonąwszy z piérwszego wrażenia:
— No! do roboty dzieci! — rzekł łagodnie, co to wy sobie myślicie? Nie znacie generała? nagrodzi za robotę, ale ukarze nieposłusznych; już wyrok śmierci wydany na was, kto do młota się nie weźmie, pójdzie na szubienicę!
— A no! to i wieszajcie — odparł starzec dumnie, czegoż czekać?
— Co to wam w głowie?
— Co w głowie? — to że szwedowi heretykowi, przeciw Matce Jezusowéj niebędziemy pomagać jak wy, panowie ślachta...
Zarumienił się Kaliński.
— Ty starcze! — krzyknął — pierwszy pójdziesz na szubienicę!
— I Chrystus wisiał, — rzekł Górnik spokojnie, — a szubienica za Bożą sprawę, nie hańbi!
Kaliński stanął wryty, słów mu nie stało, myśli mu brakło przeciw temu bohaterskiemu starcowi, który tak zimno tak mężnie urągał się śmierci. Znać było po twarzach reszty, że on sam tylko ich trzymał, więc kazał zaraz porwać Jana Waćka starszego górnika i odwieść na stronę.
— A wy — odezwał się do reszty, — czy także robić nie myślicie i czekacie aż dziesiątego wieszać zacznę? — Któś się odezwał — wieszajcie i nas. Inni milczeli.
— Do roboty! — krzyknął Kaliński; a szwedzi stojący w okół prętami poczęli bić górników, którzy stali niemo i ponuro.
Jeden ukląkł uderzony.
— Niemam siły Jana, Panie Boże odpuść, róbmy bracia póki siłują nas, nie my to ale szwedzka przemoc winna będzie.
— Nie — nie — rzekł drugi — pójdziemy gdzie i Jan, niech nas wieszają.
Szwedzi ciągle smagali i gnębili, a żaden jeszcze za młot nie chwycił. Kaliński zagrał z innego tonu.
— Co chcecie żeby wam za to zapłacono? zapytał.
— My się sami okupim czém mamy, byleście nas niebrali.
— No! to wiedzcie że was śmierć czeka!
Krzyki bitych, zamięszanie które powstało, niedozwoliło dłużéj mówić Kalińskiemu; rozkazawszy szwedom pędzić do roboty siłą, postawiwszy dozorców, starosta pobiegł do Millera chmurny i niespokojny.
Sumienie mówiło, — walczył z niém.
W drodze spotkał żołdaków, wiodących Jana Waćka ze związanemi w tył rękoma. Górnik spójrzał w twarz staroście, nie prosząc mu się, nie mówiąc słowa; jeszcze zdając mu się urągać, szedł bez postrachu, bez łzy na śmierć, któréj oczekiwał. Kalińskiego przemogło to męztwo tak wielkie i rozkazał go puścić.
— Idź, — rzekł — idź, uciekaj...
Górnik nic nie odpowiedział, uczuwszy ręce wolne, bo mu je zaraz rozwiązano, obejrzał się i zawrócił w stronę, z któréj go wiedziono, do towarzyszów swoich. Kaliński nie miał czasu i niechciał oglądać się na niego. A tymczasem stary Waćek, poszedł do miny, którą rozpoczynali płacząc Olkuscy robotnicy pod razami szwedów; stanął na pagórku ręce złożywszy.
— Ej! bracia słyszycie, — zawołał, a toż na was patrzy Bóg i Matka Jego przenajświętsza! a wam nie wstyd małego serca, a wam nie żal pracować przeciwko Częstochowie. Niech biją i zabijają, rzućcie młoty i nie róbcie.
Kilku się wstrzymali z płaczem.
— Co my poradziemy przeciwko sile? przeciwko tylu?
— Niech katują ! — zawołał górnik, prędzéj u Pana Boga pomstę wywołają. A co to wy? cierpieć nie umiecie? komuż to jak nie nam, dać przykład? niech biją, cierpmy.
Wtém chwyciwszy go za kołnierz żołdak przerwał mu mowę; starzec się nie bronił, powleczono go ku ogorzałym belkom niedalekiego rozrzuconego domostwa; zwróciły się oczy braci na ten widok straszny. Jan Waćek szedł na śmierć, a nigdy może męczeństwo nie było zniesione duszą silniejszą, stalszym umysłem. Szwedzi nieczekając zarzucili pętlę na belkę i uwiązawszy stryczek do szyi Jana, podnieśli go... Oczy wszystkich spoczywały na nim — Kordecki zdala stał na murze i odmawiał wieczorne modlitwy za umarłych, dając mu rozgrzeszenie.... bo widział i czuł że człowiek ten za swoję wiarę umiera.
W chwili gdy petla szwedzka zadrgała na szyi górnika, wszyscy jego bracia rzucili młoty o ziemię, i bicie żołnierzy niepotrafiło na nich wymódz roboty. — Gińmy jak on! gińmy jak on! wołać zaczęli.
Szwedzi patrzali na to w głupiém podziwieniu — dla nich było to niepojętém; jeden tylko litościwszy odciął nieszczęśliwego wisielca, którego ciało upadło bezwładne na ziemię. Olkuszanie rzucili się twarzą na kamienie i płakali.
Tak minął cały dzień prawie i plagi szwedzkie nie mogły ich do roboty przymusić; znękani, zbici, gwałtem parci, dopiero dni następnych znużeni, na siłach upadłszy, poczęli robotę, ale tak niechętną!, tak ciężką, tak łzawą i smutną, jakiéj jeszcze świat nie widział.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.