Królowa Śniegu (Andersen, przekł. Szczęsny)/Ogródek staruszki, która umiała zadawać czary

<<< Dane tekstu >>>
Autor Hans Christian Andersen
Tytuł Królowa Śniegu
Pochodzenie Baśnie Andersena
Wydawca J. Mortkowicza
Data wyd. 1913
Miejsce wyd. Warszawa, Kraków
Tłumacz Aleksander Szczęsny
Źródło Skany na Commons
Inne Cała baśń
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


3. OGRÓDEK STARUSZKI, KTÓRA UMIAŁA ZADAWAĆ CZARY.

Teraz zobaczymy, co się działo z Zosią, gdy Janek nie wrócił z zabawy na placu miejskim. Coraz smutniejsza zadawała sobie pytanie, gdzieby mógł być. Nikt tego nie wiedział, nikt nie dawał na to rady. Chłopcy opowiedzieli jej, że przywiązał się z saneczkami do jakichś wielkich i pięknych sań, które wyjechały za bramę miasta. Nikt jednak nie wiedział, co dalej było, wszyscy płakali, a mała Zosia najwięcej i najdłużej. Mówiono jej, że pewnie utonął w rzece, płynącej pod miastem... Okrutne to było zmartwienie w zimowe, ciemne dni.
Wreszcie nadeszła znów wiosna z blaskami słońca.
— Janek nie żyje — pomyślała znowu Zosia.
— W to ja wątpię, — odparł jej promień słoneczny.
— Czy słyszycie, Janek umarł! — mówiła Zosia jaskółkom.
— W to my nie wierzymy — odświergotały ptaki, aż wreszcie i Zosia przestała temu wierzyć. — Włożę moje czerwone trzewiczki, — pomyślała pewnego poranka, — te, których Janek jeszcze nie widział i pójdę zapytać rzeki, co się z nim stało.
I dziewczynka ucałowała śpiącą jeszcze babkę, włożyła trzewiczki i poszła za bramę miasta do rzeki.
— Czyś to ty zabrała mi mojego przyjaciela? — pytała. Dam ci moje czerwone trzewiczki, tylko wróć mi go. — I Zosi wydało się, że fale skinęły na nią, więc zdjęła trzewiczki i wrzuciła je do wody. Lecz trzewiki upadły tuż przy brzegu i woda znów je na ląd wyniosła. Wyglądało to, jakby rzeka nie chciała przyjąć ofiary Zosi, bo o Janku nic nie mogła jej powiedzieć. Lecz dziewczynka wyobraziła sobie, że rzuciła je tylko za blizko. Więc weszła do łódki stojącej u brzegu i z najdalszego jej końca rzuciła trzewiczki jeszcze raz. Łódka nie była dobrze uwiązana i przy poruszeniach Zosi oddaliła się od brzegu. Zosia chciała prędko z niej wyskoczyć, lecz łódkę porwał już prąd i poniósł szybko z sobą. Wtedy przerażona dziewczynka poczęła płakać, choć nikt jej nie słyszał i tylko wróble latając nad wodą, jakby ją chcąc pocieszyć, ćwierkały: — myśmy tu, myśmy tu!
Łódka płynęła z prądem, Zosia siedziała w niej cichutko w samych pończoszkach. Maleńkie, czerwone trzewiczki płynęły za nią, nie mogąc jakoś nadążyć. Pięknie było na obydwuch brzegach: rosły tam wspaniałe kwiaty, stare drzewa, wznosiły się zielone wzgórza z pasącemi się owcami, ale ludzi nigdzie nie było widać.
Rzeka niesie mnie napewno do Janka, myślała Zosia, uspokajając się coraz więcej i spoglądając na piękne, zielone brzegi. Aż wreszcie łódka zaczęła mijać wielki sad wiśniowy, w którym stał mały domek. Domek miał słomiany dach, lśniący jak złoto, okiennice pomalowane na czerwono i zielono, a u drzwi stało dwuch żołnierzy drewnianych, prezentujących broń każdemu, kto przejeżdżał.
Zosia zawołała na nich, bo sądziła, że są żywi, ale ci, ma się rozumieć, nic jej nie odpowiedzieli, a tymczasem prąd zbliżał powolutku jej łódkę do brzegu. Wtedy Zosia zawołała głośniej i z domku wyszła stara, bardzo stara babuleńka, wspierając się na zagiętym kijku. Babcia miała na głowie wielki, letni kapelusz, pomalowany w prześliczne kwiaty.
— Biedne, maleńkie dziecko, gdzieżeś ty zapłynęła tą wielką, bystrą rzeką. — I babusia zbliżyła się do brzegu, przyciągnęła łódkę zakrzywioną laską i pomogła Zosi wyjść na brzeg.
Dziewczynka ucieszyła się z wylądowania, bała się tylko trochę nieznanej staruszki.
— Pójdź — powiedziała jej babcia — opowiedz mi, skąd przybywasz i jakeś tu trafiła.
Więc Zosia opowiedziała jej wszystko. Staruszka potrząsła na to głową i rzekła: — „Hm, hm!“ — A gdy już od Zosi dowiedziała się całej żałosnej historji, uspokoiła ją, że wszystko jeszcze będzie dobrze, tylko nie trzeba się martwić, lecz skosztować wisienek w sadzie, które są lepsze, niż książki z obrazkami, bo każda z nich opowie piękną historyjkę. I babcia wzięła dziewczynkę za rękę, zaprowadziła do domku i zamknęła drzwi za sobą.
Okna domku umieszczone były wysoko i składały się z samych kolorowych szybek, co podczas dnia bardzo pięknie wyglądało. Na stole stały wspaniałe wiśnie, które wolno było Zosi jeść do woli, a podczas gdy jadła, babcia czesała ją złotym grzebieniem, od którego włosy układały się w lśniące kędziory naokoło jej okrąglutkiej, różowej twarzyczki.
— Oddawna chciałam zobaczyć tak miłą, dobrą dzieweczkę — mówiła babcia. — Zobaczysz, jak będzie nam tutaj dobrze we dwie. — I gdy tak czesała jej włosy, Zosia coraz bardziej zapominała kochanego Janka. Bo choć babcia nie była złą czarownicą, jednak umiała udawać czary, tak tylko troszkę, tylko dla swej przyjemności, chcąc, aby Zosia pozostała u niej. Dlatego, gdy wyszła do ogrodu, wyciągnęła swój kijek nad wszystkie rosnące krzewy różane i te tak, jak kwitły, zapadły się głęboko w ziemię. Bo babcia obawiała się, że ich widok przypomni Zosi Janka i dziewczynka będzie chciała stąd odejść. Potem dopiero zaprowadziła Zosię do ogrodu. Ach, cóż tam był za widok i zapach! Wszystkie kwiaty, jakie tylko rosną o różnych porach roku, kwitły tu jednocześnie. Zosia skakała z uciechy i bawiła się, aż póki słońce zaszło nad drzewami wiśniowemi. A wtedy położyła się spać w pięknem łóżeczku z jedwabnemi, różowemi poduszkami, haftowanemi w fiołki. Zasnęła i śniła tak pięknie, jak śnią królewny w dniu wesela.
Następnego dnia mogła znów się bawić śród kwiatów i tak upłynęło jej wiele czasu. Zosia znała już wszystkie kwiaty. Ale choć było ich wiele, zdawało jej się, że brakuje jednego, którego sobie dobrze nie mogła przypomnieć.
Gdy Zosia siedziała jednego dnia i oglądała letni kapelusz staruszki, zauważyła między namalowanymi na nim kwiatami piękne róże, bo staruszka zapomniała o nich zupełnie.
— Dlaczego — pomyślała wtedy Zosia — niema wcale róż w ogrodzie? — I pobiegła między grządki, szukając, lecz ani jednej nie znalazła. A wtedy usiadła na ziemi i zapłakała, a łzy jej upadły akurat na to miejsce, gdzie był pod ziemią jeden z krzaczków różanych. Od łez dziewczynki krzaczek teraz wykwitł na nowo nad ziemią, a Zosia, pieszcząc go i całując, przypominała sobie powoli Janka. O, dlaczegóż się tu tak długo zatrzymuję? Muszę Janka szukać. Czy nie wiesz, gdzie on jest? — spytała różyczki — czy myślisz, że umarł?
— Nie, Janek nie umarł — odpowiedziała róża. — Byłyśmy w ziemi, tam są wszyscy zmarli, ale jego nie widziałyśmy. Dziękuję — powiedziała Zosia i poczęła pytać innych kwiatów o to samo. Lecz każdy z kwiatów stał w słońcu i śnił swoje historje, więc choć Zosia bardzo się ich dużo nasłuchała, nie było w nich mowy o zaginionym.
Bo oto co mówiły ogniste lilje: czy słyszycie dźwięki trąb? tra, traa... to tylko dwa dźwięki: tra, traa... Czy słyszcie chór płaczek i śpiew kapłana? Oto stoi na stosie w długiej, czerwonej szacie wdowa hindusa. Za chwilę pochłonie ją ogień, ale czyż ogień jej serca nie przetrwa ognia stosu?
— Nie rozumiem tego — powiedziała Zosia.
— To moja bajka — dodała lilja.
A później opowiadał wiatr.
— Nad wąziutką ścieżką górską wznosi się stare rycerskie zamczysko, gęsty bluszcz obrasta grube, czerwone mury, zwiesza się nad starą altaną, w której siedzi młoda dzieweczka. Schyla się ona przez poręcz i patrzy na drogę. Żadna róża nie jest od niej piękniejszą. Pod nią przerzucony przez oparcie powiewa wspaniały płaszcz jedwabny. Dziewczę patrzy i myśli: gdzie on teraz jest?
— Czy myślisz o Janku? — pyta Zosia.
— Mówię tylko moją bajkę, mój sen — odpowiada wiatr.
— Cóż opowiadają hyacynty?
Opowiadają one o trzech siostrach. Jedna z nich nosiła czerwone, druga błękitne, trzecia białe suknie. Trzymając się za ręce, tańczyły wszystkie trzy nad cichem jeziorem w noc księżycową. Nie były to wcale duchy, były to trzy dzieweczki. A tam, gdzie tańczyły, pachniało tak silnie, że wreszcie od zapachu posnęły śród traw. A wtedy robaczki świętojańskie zaczęły krążyć nad niemi z zapalonemi latarkami. I niewiadomo było na jak długo zasnęły dzieweczki. Niejeden dzwon wieczorny przebrzmiał odtąd nad jeziorem, niejeden poranek rozpędził mgły nad wodą. A one spały tak, jakby były martwe.
— Zasmuciłyście mnie — powiedziała hyacyntom Zosia. — Pachniecie tak silnie, a zapach przypomina mi uśpione na zawsze dzieweczki. Czyżby i Janek zasnął na zawsze? Wszak róże, co były pod ziemią, nic o tem nie wiedzą.
— Kling, klang — dzwoniły kielichy hyacentowe — nie myślałyśmy o Janku, bo go nie znamy, śpiewałyśmy tylko naszą piosenkę.
Więc Zosia zwróciła się do słoneczników, świecących wśród zielonych liści.
— Jesteście małemi, jasnemi słońcami — mówiła — o, powiedzcież mi, co się z Jankiem dzieje?
A słoneczniki, świecąc między liśćmi, zaśpiewały jej swą piosenkę.
Wiosenne słońce tak pięknie świeci na małem podwórku. Światło odbija się od bialutkich ścian domu, a pod niemi rosną pierwsze, żółte słoneczniki i lśnią w promieniach. Stara babcia siedzi przy nich na krzesełku i grzeje się na słońcu. Przychodzi jej mała wnuczka i całuje ją w rękę na powitanie. I wszędzie jest złoto. Złote jest słońce, złote serduszko ma wnuczka, złote są słoneczniki. Oto moje opowiadanie — dokończyły kwiaty.
— Moja biedna babko — westchnęła Zosia — martwisz się pewno taksamo, jak wtedy, gdy przepadł Janek. Ale ja wrócę niedługo i przyprowadzę ci go. — I Zosia zebrała rękami spódniczkę, aby wybiedz szybko z ogrodu. Zatrzymała ją jeszcze na chwilę biała lilja, ale ta nic jej ciekawego nie powiedziała.
Więc Zosia pobiegła aż do końca ogrodu, a stamtąd przez maleńką furtkę wybiegła w pończoszkach na świat. Trzy razy oglądała się dziewczynka czy ją kto nie goni, ale za sobą nie dostrzegła nikogo. Wreszcie usiadła na dużym kamieniu i obejrzała się naokoło zdziwiona. Bo lato tymczasem znikło. Wszędzie była późna jesień i widać tylko w ogrodzie panowało ono wiecznie. — Boże, jakżem się opóźniła — pomyślała Zosia. — To już jest jesień, muszę się śpieszyć. — I podniosła się zaraz, by iść dalej.
Jakżeż zimno i wietrzno było naokoło, nogi męczyły się i bolały bardzo, a zimna rosa świeciła na nich, jak czyste łzy. Z drzew opadały liście, tylko krzaki jałowcu miały jeszcze owoce, ale były one cierpkie i krzywiły usta. Smutno było i szaro na całym świecie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Hans Christian Andersen i tłumacza: Aleksander Szczęsny.