Kroniki lwowskie/18

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lam
Tytuł Kroniki lwowskie
Podtytuł umieszczane w Gazecie Narodowej w r. 1868 i 1869, jako przyczynek do historji Galicji
Pochodzenie Gazeta Narodowa Nr. 103. z d. 3. maja r. 1868
Wydawca A. J. O. Rogosz
Data wydania 1874
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
18.
Trzeci maj! — Dlaczego wiele mówimy? — Nasi Katonowie i Grachowie. — Róbmy co prędzej pieniądze! — „Niezawisłe dziennikarstwo“ a małe pokusy. — Ajschinesy i Mecen lwowski. — Nowe ofiary czcionek p. Poremby. — Nasza straż ogniowa.

Obchodzimy dziś najpiękniejszą i najpopularniejszą rocznicę historyczną. Polska nie zna dnia świąteczniejszego nad ten, który jej przypomina odrodzenie się narodu w chwili, gdy na nim spełniono jeden z najokropniejszych gwałtów, o jakich wie historja nowoczesna. To też nawet rocznice najświetniejszych zwycięztw, których blask opromienił tylekroć nasze sztandary, nie są tak drogie i miłe sercu polskiemu, jak to wspomnienie, że wśród najgwałtowniejszych klęsk daliśmy objaw prawdziwej żywotności, mogącej przetrwać wszystkie burze, i postawiliśmy wobec cywilizowanego świata dowód, że umiemy dotrzymać mu kroku, a czasem nawet wyprzedzić go na drodze postępu politycznego i socjalnego. Dziś ośmdziesiąt pięć lat upłynęło od pamiętnej chwili ogłoszenia konstytucji Trzeciego maja. Wśród bojów i klęsk, które przetrwaliśmy, zmieniły się niezmiernie wewnętrzne i zewnętrzne nasze stosunki, i to nie w drodze swobodnego i prawidłowego rozwoju, jaki przygotowywała ta konstytucja. Ale mimo to, święcimy z czystem skupieniem ducha pamiątkę aktu, który był jakoby aktem skruchy za błędy i winy, popełnione w przeszłości, i rękojmią rozwoju i życia na przyszłość. Nie urządzamy wprawdzie głośnych i demonstracyjnych obchodów publicznych, ale tem szczerzej i uroczyściej obchodzoną będzie ta rocznica w zaciszu domowem i w sercach wszystkich prawdziwych patrjotów.
Tak dziś stoją, rzeczy w naszej ojczyźnie, iż ze wszystkich większych miast naszych w trzech tylko, we Lwowie, w Krakowie i w Poznaniu, wolno wspomnieć publicznie, że dnia 3go maja r. 1793, ogłoszono w Warszawie konstytucję, która miała przygotować odrodzenie się Polski! Tem większy obowiązek spada na te części Polski, nieprzygniecione tak ciężko ręką dzikiego gwałtu, by od czasu do czasu nie mogły zachwycić bodaj trochę powietrza. Powinniśmy, nietylko obchodzić rocznicę 3go maja, ale w dzień jej przypominać sobie tem silniej, ze stósownie do zmienionych stosunków i wymagań czasu, należy nam w interesie wspólnej, wielkiej sprawy rozwijać nasze siły we wszystkich kierunkach, ażeby zastąpić to, co niszczy przemoc i barbarzyństwo za kordonem. Powinniśmy ścieśniać w duchu węzeł braterski, który nas łączy, i pracować za siebie i za tych, którzy pracować nie mogą, ażebyśmy się stali godnymi następcami tych, co wśród zamętu kastowych i anarchicznych tradycyj własnych, i wśród przyjętych w całej Europie fałszywych wyobrażeń politycznych XVII. wieku, potrafili tak dobrze poznać i w prawo pisane zamienić zgodne z duchem postępu warunki rozwoju państwowego i społecznego.
Mówi się u nas, niestety więcej może niż potrzeba, o powinnościach i obowiązkach względem sprawy publicznej, a dlatego może, że tyle się mówi, robi się bardzo mało. Mamy pisma publiczne, które codziennie W szumnych, choć nie zawsze gramatycznie poprawnych frazesach powtarzają ogólniki, już po tysiąc razy i daleko lepiej wygłoszone przez poetów, mówców i pisarzy narodowych. Ale gdy się wywiąże dyskusja nad praktycznem zastosowaniem tych pięknych zasad, gdy w tej lub owej kwestji potrzeba wypowiedzieć stanowczo swoje zdanie, naówczas milkną najczęściej piękne frazesy, a zamiast słów, natchnionych miłością całej ojczyzny, dają się słyszeć sofisterje adwokackie w obronie interesów partykularnych jakiegoś jednego kącika, albo nawet płatne wykręty na rzecz pojedyńczych ludzi, chciwych zysku i nigdy nienasyconych bogactwami. Dość jest znać pobieżnie historję najświeższych sporów w sprawach publicznych naszego kraju, ażeby się przekonać, jak daleko nieraz praktyka zostaje poza teorją, jak mało znaczą zasady wobec zysku, i jak łatwo nasi Katonowie i Grachowie mogą stać się jurgieltnikami pierwszego lepszego spekulanta, który zbiera miliony — z patrjotyzmu.
Minęły dziś czasy poezji i ideałów. Nikt nie będzie już prawił narodowi, że może dokazać cudów samą siłą uczucia, i pobić wrogów piorunami pieśni. Potrzeba wprawdzie przedewszystkiem teraz, jak zawsze, dzielności ducha i silnej woli, ażeby pobić nieprzyjaciół, ale potrzeba także karabinów odtylcowych i armat. Są to rzeczy, których nie można zaimprowizować; trzeba je kupić, a na to znowu potrzeba mieć pieniądze. Słusznie więc wołają ze wszech stron: Róbmy czemprędzej pieniądze! Szkoda tylko, że niektórzy robią pieniądze tylko dla siebie, a niektórzy znowu tak mało przebierają w środkach, że nawet ze szkodą ogółu skupiają jak największe kapitały — oczywiście, dla dobra ogółu! Szczególny ten sposób służenia sprawie publicznej znajduje w najnowszych czasach coraz więcej amatorów i obrońców.
W ogóle niema u nas sprawy, tak brudnej i głupiej, aby się nie znalazł ktoś posiadający dostateczną dozę odwagi cywilnej i nie wystąpił publicznie w jej obronie. Posiadamy nawet osobny organ, który czasem z amatorstwa, a czasem z innych pobudek broni zawzięcie wszystkich spraw, które z góry liczyć mogą na przegraną wobec opinii publicznej. Mamy pewną firmę opozycyjną, która czasem ex propria diligentia staje się ministerjalną, konserwatywną i ultramontańską. Mówię: ex propria diligentia, bo jakkolwiek nie uważam ministrów, konserwatystów i ultramontanów przedlitawskich za ludzi zbyt jenialnych, nie śmiałbym imputować im takiego braku zdrowego rozsądku, aby się mogli starać o względy i o poparcie stylistów, którzy trafnością i logicznością swoich wywodów potrafiliby zdyskredytować nawet najlepszą sprawę, gdyby ją powierzono ich obronie. Na to, ażeby sobie kupić poparcie takich sił dziennikarskich, potrzeba mieć wprawdzie nie wiele pieniędzy, ale wiele chęci wyrzucania ich przez okno. Pod względem tedy wyższej polityki, każdy „literata“ lwowski jest z pewnością integer vitae i nie cięży na nim żadna plama, oprócz owego pierworodnego grzechu, który się nie da zmazać nawet dyplomem doktorskim, i który jest wynikiem jakiejś szczególnej niełaski Ducha św., nie każdemu w jednej mierze udzielającego daru poznawania co złe, a co dobre, i daru władania choćby jednym z tysiąca języków ludzkich.
Ale w innych, pomniejszych kwestjach niezawisłość dziennikarstwa, którą niedawno Chochlik wystawił na sprzedaż, bywa narażaną na próby tem cięższe, im trudniej jest oprzeć się małym pokusom. Niejeden mąż cnotliwy i nieposzlakowany, za młodu wykradał swojej matce konfitury ze szafy. Niejeden ultrademokrata został już sekretarzem banku rustykalnego, założonego przez książąt, hrabiów i prałatów ad majorem Dei gloriam et Sancti Georgii honorem. Niejeden też zawzięty przeciwnik małodusznej, galicyjskiej, niepolskiej polityki, niejeden Demostenes z nad Pełtwi, z miłości ku sprawie greckiej nienawidzący z gruntu wszystkich Macedończyków, póty piorunował na Ajschinesów galicyjskich, póki Ajschinesy zwąchawszy się z ministrami króla Filipa, nie zapewnili sobie dobrego „geszeftu“ i nie obiecali dać Demostenesowi przynajmniej ochłapów, byle przestał być opozycjonistą ateńskim, a został kameralno-macedońskim ekonomistą.
Jeżeli p. Miłaszewski twierdzi, że ma prawo uskarżać się na systematyczną niechęć krytyki, to pp. Stengel i Nowakowski, skoro im się uda uzyskać koncesję na otwarcie drugiego teatru, będą mogli pochlubić się, że jeszcze przed rozpoczęciem swoich czynności narazili sobie Arystarchów Dziennika Lwowskiego i padli ofiarą tych samych czcionek M. F. Poremby, które „wprawdzie mniej miały współczucia dla obcych plant, jak Piękna Galatea, na grunt polski przesadzonych, ale zawsze przyznać musiały wielką zasługę p. Miłaszewskiemu, ileże stworzył operę polską we Lwowie“. Jak Dziennik Lwowski nie może znieść myśli, by obok niego powstało drugie jeszcze, mniejsze pismo polityczne, tak nie może pogodzić się z zamiarem utworzenia drugiego teatru polskiego, niezostającego w komornem u Niemców, którzy zagnieździli się w gmachu Skarbkowskim. Mógłbym pp. Stenglowi i Nowakowskiemu podać radę, jakim sposobem, zdołaliby może pozyskać cenne poparcie c. k. kameralnej opozycji dla swojego zamiaru, ale wątpię, by przywiązywali tyle wagi do tego poparcia. Oto powinni kupić los loterji frankfurckiej, na której p. Miłaszewski („mimo intryg Gazety Narodowej“, jak pisze Dziennik Lwowski) wygrać miał niedawno 10.000 talarów. Gdy już wygrają pieniądze i kupią za nie odpowiednią ilość akcyj banku włościańskiego, powinni wydrukować manifest przeciw Gazecie Narodowej, w którymby było jak najwięcej błędów ortograficznych i gramatykalnych, i z któregoby przebijała jak największa nieznajomość sztuki i literatury, tak coś nakształt rozlicznych płodów literackich, przypisywanych p. Miłaszewskiemu. Wówczas opozycja rzuci się w ich objęcia, p. Nowakowski stanie na równi z Dawizonem, p. Stengel przejdzie Laubego, a p. Miłaszewski pójdzie na drugi plan. W Towarzystwie wzajemnej admiracji hebesów lwowskich większa bywa radość z jednej owieczki, świeżo pozyskanej, aniżeli z 99ciu już ostrzyżonych i wydojonych.

(Gazeta Narodowa Nr. 103. z d. 3. maja r. 1868.)





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Lam.