Kroniki lwowskie/61

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lam
Tytuł Kroniki lwowskie
Podtytuł umieszczane w Gazecie Narodowej w r. 1868 i 1869, jako przyczynek do historji Galicji
Pochodzenie Gazeta Narodowa Nr. 60. z d. 14. marca r. 1869
Wydawca A. J. O. Rogosz
Data wydania 1874
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
61.
Rada miejska, z którą niema rady. — Kwestja żydowska i kwestja teatralna. — O sumach neapolitańskich, na których siedzi Wydział krajowy, i o innych wynalazkach tego rodzaju. — Teatr polski we Lwowie. — „Pseudonim“. — Z nad Strypy.

Niedelikatnie, ale bardzo trafnie powiedział temi dniami Girardin: Lamartine a cessé de se survivre. Jako wielki amator zwięzłych a dosadnych sposobów mówienia, ubolewam mocno, że nasz czasownik „przeżyć się“ niema „tła ciągłotliwego,“[1] bo w skutek tego braku skrzydlate słowo Girardina nie da się przetłumaczyć na język polski. Snąć według pojęć polskich, można przeżyć się tylko przez chwilę, a potem — nie może już być mowa o życiu.
Owóż tedy, jakkolwiek Lwów jest polskiem miastem, i jakkolwiek, nie wyjmując nawet p. prezydenta ludu, wszyscy mówimy językiem, mocno do polskiego zbliżonym, na bruku naszym pojęcie „przeżycia się“ nie jest ograniczone powyżej nadmienionym brakiem gramatycznym. Dowodem tego jest nasza Rada miejska, która przeżyła się już od sześciu czy siedmiu lat — i nie umiera. Ta ciągłotliwość żywota, prowadzonego po śmierci przez Prześwietny nasz senat miejski, jest fenomenem, który powinien zwrócić uwagę naturalistów. Nigdy, nawet u starego, zatwardziałego skąpca, instykt zachowawczy, konwulsyjne chwytanie się ostatniej nadziei życia, bojaźń przed pogrzebem, nie objawiały się tak silnie, jak w łonie tego zgromadzenia. Widzimy, jak wniosek o rozpisanie nowych wyborów spychany bywa z jednego posiedzenia na drugie, od Bożego Narodzenia do Wielkiejnocy. W czwartek stał on na porządku dziennym jako piąty z kolei, przewlekano więc oczywiście cztery pierwsze sprawy jak najdłużej — ale mimo wszelkich usiłowań, zostało jeszcze pół godziny czasu. Wysunięto tedy jeszcze jakąś drobną, osobistą sprawę — podobno zapłacenie rachunku p. Rukerowi, a tymczasem kilku pp. radnych cichaczem wyniosło się z sali. Gdy prezes chciał dać pod rozprawy wniosek o rozpisanie wyborów, p. Żaak zawołał z tryumfem, że niema kompletu. Radny p. Darowski żądał, ażeby wniosek postawiono na czele porządku dziennego przyszłego posiedzenia, ale go nie dosłyszano, czy nie chciano dosłyszeć. Dzięki tym sztuczkom, sprawy miasta zawiadywane bywają ciągle przez koterję, liczącą około 30 osób, a w reprezentacji miejskiej zasiadają radni, którzy otrzymali tylko 6 głosów przy wyborach. Jak, za najgorszych czasów w dawnej Polsce, jeden poseł mógł zerwać sejm i narazić Rzeczpospolitą na największe klęski, tak u nas jeden radny wychodząc z sali, staje się przyczyną braku kompletu i najważniejsze sprawy muszą być odroczone.
Przyczynia się do tego niepojęta opieszałość większej części radnych wyznania mojżeszowego, którzy prawie nigdy nie przychodzą na posiedzenia. Panowie ci powinniby rozważyć, że tym sposobem nietylko praw, ale i obowiązków swoich nie przestrzegają. Większy udział żydów w czynnościach Rady miejskiej, byłby pożądanym, bo jakiekolwiek są stosunki oświaty u ogółu naszej ludności żydowskiej, to jest pewnem, że ludzie ograniczeni i niewykształceni nie cisną się u nich do sprawowania funkcyi publicznych, jak u nas, i że ci, którzy się podejmują takich funkcyj, odznaczają się zdolnościami i sumiennością. Niektórzy obawiają się, że żydzi, w większej liczbie przypuszczeni do Rady miejskiej, wprowadzą, tam przewagę żywiołu nienarodowego. Obawa to nieuzasadniona. Żydzi umieją tak dobrze dbać o interesa naszej narodowości, jak i my sami, a czasem lepiej, niż p. Gnoiński i p. Żaak, p. Starzewski i p. Komora Niedawno, gdyby nie p. Hönigsmann, Rada miejska dałaby była wotum nieufności p. Rajskiemu za to, że niechciał przyczynić 4.000 złr. rocznie p. Königowi, a raczej wierzycielom p. Königa. Żydowi tedy zawdzięczamy, iż miasto nasze nie okryło się wieczną hańbą wobec całej Polski.
Co do sprawy z p. Königiem, czy nie cieszy was to, kochani czytelnicy, że p. minister jest bardzo kontent z księcia kuratora fundacji Skarbkowskiej? Mnie to bardzo cieszy, że p. minister kontent, bo musi być także kontent z p. Smolki i p. Gnoińskiego, a więc aż trzech Polaków powinno być w łaskach u pana ministra, i to jeden z arystokracji, jeden — ze szlachty, a jeden z rodowej demokracji. Miejmy nadzieję, ze z czasem miłość ministerjalna obejmie wszystkie nasze stronnictwa i przytuli nas wszystkich do swego łona.
Pp. Pietruski i Rajski utrzymują, że 4.000 zł. w. a. rocznie za tę miłość, to trochę za drogo. Ja mam tych panów w podejrzeniu, że nie daliby ani centa za miłość pana ministra, bo myślą, że my nie mamy pieniędzy. Mylne to mniemanie należy do rzędu tych przesądów, z których powinnaby się już raz otrząść „utylitarystyczna“ większość kraju, odkąd mianowicie udało się niestrudzonym zabiegom Dziennika Lwowskiego odkryć owe niezmierne skarby, na których siedzi nasz Wydział krajowy. Młody ten organ ma teraz węch tak niepospolity, że i pod ziemią podobno nic się przed nim nie ukryje. Kto wie, czy nie mógłby być użytym z korzyścią przy poszukiwaniach za naftą — albo za truflami? Wszak znaliśmy demokratów, którzy byli urzędnikami Wydziału krajowego, a nie wiedzieli, że ten stary sknera o sześciu głowach ma milion rocznego dochodu, a drugi milion — także rocznie — w kapitałach stypendyjnych, szpitalnych i t. p.! Nie brak oczywiście na zazdrośnikach, którzyby radzi odmówić wszelkich podstaw tym odkryciom Dziennika, tak, jak już starali się zredukować do zera jego odkrycia, poczynione co do fortec i kolei żelaznych na księżycu, i inne nie mniej ważne wynalazki i zdobycze naukowe narodowo demokratyczne. Wszak w fejletonie samego Dziennika Lwowskiego poważył się ktoś niedawno wspominać z niedowierzaniem o Albinosach, czyli murzynach białych, zamieszkujących, jako żywo, wszystkie „okolice Paraguay“ i niektóre przyległe folwarki! Ale ja jestem przekonany, że Dziennik nie straci otuchy, i skoro tylko wyćwiczy się jeszcze trochę lepiej w arytmetyce, zsumuje dochody wszystkie Wydziału krajowego — a wtenczas pokaże się, że dochody te wynoszą więcej niż dwa miliony, zwłaszcza jeżeli Dziennik będzie się i nadal trzymał systemu dodawania kapitału do procentów. Niektórzy matematycy twierdzą, że system ten jest mylnym, ale to nieuki — bo, proszę państwa, jeżeli ja mam np. kamienicę, która warta 100.000 zł., a niesie 5000 zł., to przecież mam co roku i tych 5000, i kamienicą, a więc co roku 105.000 zł, w. a.! Rzecz to bardzo jasna. Nie pojmuję, dlaczego oprócz mnie i Dziennika Lwowskiego nikt tego zrozumieć nie może?
Gdyby Dziennik Lwowski pospieszył się był trochę ze swojem odkryciem, byłoby może już przeszło niedzielne zgromadzenie „ludu“ uchwaliło, to ma się stać z temi neapolitańskiemi sumami, aby się obróciły na pożytek ogółu. Śmiem przypuszczać, że lud poleciłby Wydziałowi wystawienie takiej „maślanej wieży“, o jakiej pisał raz Dziennik Lwowski za swoich dobrych czasów, t. j., kiedy posiadał jeszcze swego recenzenta (O) i kronikarza, obznajomionego z etnograflcznemi stosunkami Paraguay i z takiemi tajemnicami gramatyki polskiej, o jakich się ani Kopczyńskiemu, ani Małeckiemu, nie śniło. Mój Boże, co to były za dobre czasy!
Ale temat to dla mnie zbyt rozrzewniający, muszę go porzucić na teraz.
Do pocieszających objawów we Lwowie należy zwiększający się udział publiczności w losach sceny polskiej. Przynajmniej, nim zjedzie tu panna Baudius i nim guldeny nasze zaczną znowu płynąć dawnem swojem korytim ku vaterlandowi naddunajskiemu, teatr polski bywa zawsze dosyć pełny. Przyczynia się do tego wiele częste wprowadzenie nowych utworów na scenę, ale podobno najsilniejszą zachętą dla publiczności było i będzie zawsze, jeżeli teatr ma artystów, którzy cieszą się trwałemi jej względami. Krakowski teatr ma p. Modrzejewskę i Rapackiego. U nas głównie p. R. Popielówna ma wszystkie sympatje po swojej stronie. Nie układamy wprawdzie naszego uwielbienia w tak piękne rymy, jak Krakowianie, ale niemniej umiemy oceniać prawdziwy talent i przyznać zasługę, komu należy. A ponieważ niedawno ten brak poetyckiej weny wzięto nam w pismach krakowskich za brak wszelkiego zapału, wszelkiego zamiłowania do sztuk pięknych, stawiamy tu tezę, że p. Popielówna w swoim rodzaju jest tak dobrze ozdobą każdej sceny, jak p. Modrzejewska w swoim — i podejmujemy się bronić tej tezy przeciw wszystkim doktorom krakowskich fakultetów, którym rzucamy niniejszem kronikarską naszą rękawicę.
W piątek doczekała się nareszcie przedstawienia komedyjka Pseudonim, „niewiadomego“ autora. Przedstawienie to uspokoiło nas co do krzywdy, jaką zdaniem organu demokratycznego, wyrządziła Gazeta p. Starklowi — bo komedja nie jest tak złą, by posądzenie o jej autorstwo było obrazą honoru, plugawem oszczerstwem, lub inną jaką podobną okropnością z wokabularza demokratycznego. Nie możemy zresztą ocenić, jak dalece ubawiła się publiczność tym utworem; dla nas był on bardzo ciekawym, ponieważ jako kronikarz niedzielny Gazety mieliśmy zaszczyt figurować w nim po raz pierwszy na deskach teatralnych przed oczyma Szanownej publiczności, która raczyła uśmiać się serdecznie na sam widok tego, co sobie p. Doroszyński wyobraża jako naszą fizjonomię. Dla wiadomości pozamiejscowych czytelników opowiemy tutaj, że według p. Doroszyńskiego, kronikarz niedzielny ma długie, kudłate włosy, takąż brodę i wąsy, okulary, kapotę i szal, z którym nie wie gdzie się ma podzieć. Przytem dzierży w ręku laskę dość imponujących rozmiarów, jako człowiek, uczęszczający na posiedzenia narodowo demokratyczne, gdzie bywa także p. Malisz. Oprócz tego wszystkiego, budującemi były jeszcze moralne pioruny, które autor, p. Nie-Starkel, włożył w usta jakiemuś staremu majorowi, i za które kronikarz niedzielny przez usta p. Doroszyńskiego obiecał „wsadzić“ całe Towarzystwo do najbliższej swojej kroniki, co też niniejszem się uskutecznia, — z tym dodatkiem, iż bylibyśmy sami nierównie lepiej odegrali naszą rolę, niż to uczynił p. Doroszyński. Obiecujemy też że kiedyś przy sposobności wyręczymy p. Doroszyńskiego, a mianowicie, jeżeli dyrekcja zobowiąże się dać przedstawienie w celu zebrania funduszu dla naszej delegacji, ażeby miała o czem powrócić z Wiednia, — bo po przeczytaniu onegdajszego wstępnego artykułu Gazety przyszła nam nagle myśl, że pp. delegaci dlatego może nie opuszczają Rady państwa, iż nie mają czem zapłacić za bilety na kolei żelaznej. Na cel tak chwalebny, warto pokazywać się za pieniądze.
Z nad Strypy donoszą do kroniki niniejszej o nadzwyczajnym rozwoju życia politycznego w jednej z tamtejszych Rad powiatowych. Wiceprezes, trzech członków Wydziału i dwóch zastępców złożyło mandaty, ponieważ sprawy powiatu szły cokolwiek „na bakier“. Większość Rady była także tego samego zdania, ale nad Strypą, jak wszędzie, człowiek strzela, a kule nosi — p. marszałek. Nowe wybory poszły tedy podług myśli wyborców, co świadczyłoby bardzo warunkowo o dojrzałości politycznej tych ostatnich. Reprezentanci pocieszają się jednak tem, że wybrali wiceprezesem męża, który jako osoba duchowna i „na książkach“ uczona, potrafi zastąpić pana marszałka w mozolnej pracy redagowania adresów do kurji rzymskiej, co ma być od r. 1860 ulubionem zatrudnieniem prezesa autonomii nadstrypiańskiej. Żartownisie powiatowi twierdzą, że ks. kanonik będzie odbywał za pana marszałka mozolną pracę myślenia, a p. marszałek natomiast będzie śpiewał nieszpory i prawił kazania za ks. kanonika. Taka jest mniej więcej treść korespondencji, którą otrzymaliśmy. Podajemy ją tu dlatego, aby publiczność nie myślała, że Rady powiatowe nasze przestały zupełnie funkcjonować, bo nie słychać nic o nich. Otóż żyją — bo wybierają członków Wydziału!

(Gazeta Narodowa, Nr. 60. z d. 14. marca r. 1869.)




Przypisy

  1. Jeżeli który z P. T. pp. gramatykarzy galicyjskich lub poznańskich mniema, że powinno się nazywać inaczej formę czasownikową, o której tu mowa, gotów jestem w najbliższej Kromce umieścić sprostowanie — bo za nic w świecie nie chciałbym obruszyć przeciw sobie irritabile genus pp. nauczycieli języka. Mam się już z pyszna wskutek pochylonego à, i boję się nowej burzy filologicznej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Lam.