Kroniki lwowskie/67

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lam
Tytuł Kroniki lwowskie
Podtytuł umieszczane w Gazecie Narodowej w r. 1868 i 1869, jako przyczynek do historji Galicji
Pochodzenie Gazeta Narodowa Nr. 83. z d. 11. kwietnia r. 1869
Wydawca A. J. O. Rogosz
Data wydania 1874
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
67.
Rzecz o przywódcach narodu z Bożej i pradziadów łaski, i o stronnictwie narodowem polskiem. — Niepotrzebne obawy p. Symfroniusza Mykity. — P. Symfroniusz Mykita. — Artyści z Warszawy. — Przyjazd Libelta.

Przed wybuchem krwawego dramatu w r. 1863 toczyła się we wszystkich ziemiach polskich podziemna walka między tymi, co jak królowie z Bożej łaski, na mocy zasług swoich przodków czuli się powołanymi do przodowania narodowi, a gorącymi motorami ruchu, poprzedzającego powstanie. Niepowodzenia, jakich naród doznał podczas szesnatomiesięcznego rozpaczliwego boju z wrogiem, w jednej tylko części spadają na nieprzychylne nam okoliczności, na brak sił, wynikający z rozprzężenia naszych stosunków społecznych i t. d. Drugą połowę winy, jak w r. 1863 dźwigają ci niepowołani i nieproszeni opiekunowie, którzy zrazu nieprzychylni ruchowi, paraliżowali i krzyżowali przygotowujące go czynności organizacyjne, a następnie, widząc iż powstrzymać się nie da, ujęli kierunek jego przeważnie w swoje ręce, gdy już pierwotni przewodnicy poginęli byli na placu boju i na rusztowaniu — i prowadzili go tak, że wszelkie wysilenia, wszelkie ofiary przez naród ponoszone, musiały spełznąć na niczem. Któż z nas nie pamięta tych zawziętych sporów o najwyższą władzę, tych intryg w celu uzyskania tajemnej dyktatury, prowadzonych w bezpiecznem zaciszu prowincji, oddalonej od widowni krwawych wypadków, podczas gdy o dwanaście mil, za kordonem, grzmiały wystrzały, brzęczały kosy i lała się najszlachetniejsza krew polska? Kto nie pamięta tych oddziałów, wiecznie rozlokowanych po dworach, wiecznie organizowanych, wiecznie oczekiwanych z niecierpliwością tam, gdzie pojawienie się ich było potrzebne — a kończących po ośmiu i dziesięciu miesiącach wojenny swój zawód w kozach powiatowych i sądowych? Kto nie pamięta, pod czyjemi auspicjami rozpoczął się i prowadził ten kunktatorski sposób wojowania?
Można mieć najrozmaitsze zdanie o powstaniu w r. 1863, można je uważać za przedwczesne lub niezbędne, za zgubne lub pożyteczne — na to jedno każdy musi się zgodzić, że kierownicy „z Bożej łaski“, którzy po wybuchu powstania wdarli się do władzy, oprócz wygórowanej ambicji, nie pogardzającej żadnym środkiem, nie mieli innych zdolności, i nie objawili niczem innem miłości dla kraju, jak tylko tem dobijaniem się władzy. Mówią o ofiarach — bo czasem, przez nieostrożność, wpadali w łapkę policji i sądów — ale czemże jest kilkomiesięczna ofiara z wolności osobistej i wygodny potem, przez czas jakiś pobyt za granicą, wobec ofiar wszystkiej krwi i całego mienia, do jakich przyzwyczajoną jest, jakich, wymaga sprawa polska? Nie, panowie ci nie ponieśli żadnej ofiary, i nie doznali innej goryczy, oprócz zawodu, który spotkał ich samolubną ambicję.
Dziś ruch narodowy przybrał już odmienny zupełnie kierunek, w innych odbywa się warunkach. Niepotrzeba już działań tajemnych, niepotrzeba dyktatorów — ale potrzeba zdolnych, wylanych dla sprawy publicznej obywateli, którzyby obdarzeni zaufaniem ogółu, przodowali mu jawnie w powolnej, mozolnej powszedniej pracy. Otóż i przodownictwo tego rodzaju stało się przedmiotem takiej samej ambicji, jak niegdyś dygnitarstwa narodowe w r. 1863. Ten sam egoizm, ten sam brak zdolności, połączony z niepohamowaną żądzą kierowania i rozkazywania, dobija się dziś wpływowego stanowiska w narodzie, dobija się takiej absolutnej władzy w jego łonie, jaką rabini mają między żydami. Oto są owe ukryte plany i zamiary,[1] które osłaniają się pozorami gorącego patrjotyzmu na zewnątrz, liberalizmu wielkiego na wewnątrz, wielkiej miłości narodu, dążącej do „wytworzenia narodowego polskiego stronnictwa“ — owe ukryte zamiary, o których wzmianka, uczyniona w Gazecie, tak zaniepokoła pana Symfroniusza Mykitę, lwowskiego fejletonistę Kraju, że wietrzy w niej maleńką, koleżeńską denuncjację. Niech się pan Symfroniusz Mykita nie lęka! Żadna policja i żaden sąd karny we wszystkich trzech dzielnicach Polski nie weźmie za złe takich ukrytych zamiarów. Ilekroć jaki ambitny panek wznawia w łonie polskiego narodu tradycje anarchiczne, usiłując niby skupiać cały naród naokoło swego znaku herbowego, aby Radziwiłł nie był gorszy od Potockiego, albo aby Radziwiłł i Potocki razem nie byli gorsi od jakiego chudego pachołka, co to nie wyrósł ani z soli, ani z roli — radość wielka panuje we wszystkich ministerstwach i dyrekcjach policji. Cóż to może obchodzić c. k. sądy, że ten albo ów chce „wytworzyć stronnictwo narodowe polskie1 w tym celu, by to stronnictwo głosowało potem za nim w sejmie, by go wybrało prezesem koła polskiego w Wiedniu, by go zrobiło widomą głową galicyjskiego odłamu tego narodowego polskiego stronnictwa? C. k. prokuratorje śmieją się poza plikami swoich aktów, bo wiadomo im, że niema łatwiejszej sposobności prowadzenia Polaków zanoś, jak wtenczas, gdy głowa ich dźwiga mitrę albo hrabską koronę. Reprezentanci, którzy nie mają za sobą nic, prócz osobistych swoich zasług, muszą oglądać się na opinię współobywateli, bo utraciwszy raz ich zaufanie, tracą wszystko. Reprezentanci z Bożej i pradziadów łaski nie mają tego zwyczaju, gdy już raz są u steru. Czynią oni dosyć dla motłochu, jeżeli raczą mu przewodniczyć — głos jego jest im potrzebny, nim się dostaną do steru; ale raz będąc u steru, pocóżby mieli zważać na jego zdanie? Z takimi, łatwiej paktować gabinetom — potrzeba tylko uczynić zadość ich własnym interesom, a nie interesom ogółu. Pan Symfroniusz Mykita może być tedy całkiem spokojnym — woźni sądowi nie wywloką go z łóżka w skutek denuncjacji Gazety Narodowej, za to, że fory tuje panów przeciw nie panom. W takie rodzinne nasze zatargi władze nie lubią się mięszać — bo uspokoiłbym je tem od razu.
Kto jest p. Symfroniusz Mykita? zapyta może niejeden z czytelników, zdziwiony powyższern wstępnym artykułem moim kronikarskim. Symfroniusz Mykita jest to pseudonim owego anonima, co to napisał Pseudonima, i pogniewał się potem z dyrekcją teatru polskiego we Lwowie za to, że przedstawiła jego utwór. Pogniewał się z nią tak mocno, iż on, qui quondam qracili modulatus arena.... carmina pochwalne nucił na cześć tejże dyrekcji w różnych dziennikach literackich i politycznych, teraz krzyżową sztuką rąbie dyrektora, reżyszera, artystów, i w zapale swoim zarzuca Gazecie, iż dopiero niedawno po raz pierwszy i szczególny wydała sąd niekorzystny o scenie tutejszej. Zresztą niewiadomo mi nic o p. Symfroniuszu Mykicie; nie potrafiłbym nawet powiedzieć, czy jest czerwonym mężem stanu, czy konserwatywnym demagogiem, czy magistrem farmacji, mniej biegłym w matematyce, czy astronomem, niedość wprawnym w kręceniu pigułek. Jako pseudonim, i jako anonim, jako pedagog, i jako demagog, jako literat, i jako kołtun ad honores, znakomite to indywiduum jest jedną z licznych naszych zagadek współczesnych.
Libelt przybywa do Lwowa dziś wieczór. Wczoraj przyjmowano go w Krakowie. Podniesiono słusznie, że oprócz uczonego, pisarza i weterana armii polskiej, witamy w nim prezesa polskiego koła poselskiego w sejmie berl., i zgotowane dla niego serdeczne przyjęcie oprócz uznania własnych jego wysokich zasług, jest wyrazem łączności naszej narodowej z Wielkopolską. Tembardziej wszystkie klasy ludności pospieszą powitać znakomitego ziomka.

(Gazeta Narodowa, Nr. 83. z d. 11. kwietnia r. 1869.)




Przypisy

  1. Książę Adam Sapieha założył w tym czasie dziennik Kraj, mający popierać politykę jego i jego rodziny. — Prz. autora.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Lam.