Maleparta (Kraszewski, 1874)/Tom I/Rozdział V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Maleparta
Tom I
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wyd. 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI  Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

Powróciwszy do domu wziął na głęboki rozmysł, jak miał sobie postąpić (sam mi to później opowiadał). Widział wielką łatwość nabycia wszystkich pretensyj wdowy, które, czynnie około tego zabrawszy się, windykować było można, choć w części. Część zaś ta jeszcze poczciwą, szlachecką, ba prawie pańską uczyniła by fortunę. Mógł więc nabyć ją za bardzo małą kwotę, zwłaszcza że wdowa była w ostatniej potrzebie, bez pomocy, bez przyjacioł, bez sposobu dochodzenia swej należności, i nie rachowała już wcale na odzyskanie ostatków fortuny, której wartości nie wiedziała. Mógł nabyć pretensje Mrozickiej albo za pewną raz wypłacić się mającą summę, albo za dożywotnią pensją, do wyboru własnego. Ale teraz począł skrupulizować, a raczej zastanawiać się nad własnym projektem, któren mu się wydał niedoskonałym.
— Jeźli nabędę i odzyskam fortunę wdowy, rzekł w sobie, i tak już na mnie rozdraźnieni ludzie, większe jeszcze larum podniosą. Wdowa może się opatrzyć co utraciła, znajdą się pomocnicy, córka dorasta, któż ją weźmie; mogę mieć kłopot, proces, albo nieustanny niepokój na głowie. Gdybym zaś sam ożenił się z małą, dochodził bym, w skutek zrzeczenia się matki, własności mojej; nikt by słowa na to rzec nie mógł. Z drugiej strony, nawiesić sobie na kark dwie baby i spętać się ożenieniem??
Tu znowu jął myśleć i przemyślać.
Z małą co zechcę to zrobię, świata nie zna, młoda jeszcze, da się ukształcić jak zażądam. Matka przycierpiawszy biedy, i będąc spokojną o jej przyszłość, cicho w kącie siedzieć będzie. Tak by było lepiej, zdaje mi się.
Kilka dni bijąc się z sobą Maleparta, nie szedł do wdowy, nie mogąc się zdecydować, jak z nią mówić i w jaki sposób kończyć przedsięwzięte dzieło.
Nareszcie, jak zwyczajnie człek wahający się między dwoma ostatecznościami, zdawszy rezolucją stanowczą na inspiracją momentu decydującego, poszedł do pani Mrozickiej.
Ona już na niego od dni kilku niespokojnie czekała. W ubogiej i ciemnej izdebce, z trochą ulgi i dostatku, zaraz inaczej się zrobiło, weselej, jaśniej. Łóżko matki i córki świeżą zasłane były bielizną, sprzęty niepotrzebne pochowane, na stoliku w szklance świeże kwiatki miała Rózia, podłoga tatarakiem potrząśnięta, okienko korzystając z piękniejszego dnia otwarte. Matka modliła się na niemieckiej książce, jedynej z domu rodzicielskiego wyniesionej po matce pamiątce; córka śpiewając, jak podskakujące jagnię które na swobodę puszczą, latała od lusterka w którem się przeglądała, do szuflady, gdzie były złożone jej sukienki i wstążeczki.
Jak Maleparta zapukał do nizkich drzwiczek na rygiel zamkniętych, domyśliła się wdowa kto przychodził, i szybko odrzuciwszy książkę, pospieszyła otworzyć, zalecając Rózi, aby bardzo grzeczną i wdzięczną przychodzącemu okazała się. Dziewczyna jak stała, tak wyciągnąwszy białą szyjkę, we drzwi wlepiła oczy, ona zapewne spodziewała się ujrzeć anioła wybawiciela młodym, świeżym, pięknym i wesołego oblicza. Jakże się zmyliła gdy wszedł Maleparta, nie odrażającej prawda brzydkości, bo raczej przystojnym by się mógł nazwać, ale odrażającego, niemiłego wyrazu twarzy. Nie stary jeszcze wówczas, już miał fizys tych ludzi, co nie znali młodości i wcześnie postarzeli na duszy. Oczy wpadłe, policzki blade i pofałdowane, usta ściśnione, czoło zmarszczone, wejrzenie jakieś chytre, przenikające i onieśmielające człowieka a dreszczem przejmujące jak oczy gadziny. Pomimo że wchodząc, gdzie się spodziewał ujrzeć Rózię, starał się przeciwko swemu zwyczajowi złagodzić wyraz twarzy, nie mógł tego dokazać, aby się nawet przejętej wcześnie wdzięcznością dziewczynie miłym lub choć znośnym wreszcie wydał.
Rózi, spojrzawszy nań, zimno się zrobiło, cofnęła się kroków kilka i nieruchoma stanęła u swego łóżeczka.
On się skłonił grzeczniej niż zazwyczaj i postąpił ku matce, która mu zaraz bladą przedstawiła córkę. Rózia mimo szczerej chęci, ust otworzyć nie potrafiła i znowu cofnęła się w głąb izdebki.
Maleparta usiadłszy, począł o interesie mówić z panią Mrozicką, która zebrane ukazała mu papiery. Wiedział doskonale co w nich było, ale dla zabawienia dłuższego, udawał że je przegląda, niekiedy rzucając okiem z podełba na wystraszoną dziewczynę, co przyzwyczajona do łagodnego, uśmiechającego się oblicza matki, nie mogła się oswoić z surową i dziwnej ekspresji twarzą prawnika. Widoczny przestrach w oczach Rózi malujący się, podobał się wielce przybyłemu, który z niego wnosił o łagodnym charakterze dziewczyny. Nie bez tego żeby też jej piękność teraz go bardziej jeszcze niż wprzódy nie zastanowiła. Śpiąca nie pokazała mu była tych cudnych, niebieskich oczu, które teraz szeroko otwarte, z przestrachem na niego patrzyły.
Przepatrzywszy papiery, Maleparta począł znowu mówić z panią Mrozicką i oświadczać się z chęcią wydźwignienia jej z przykrego położenia.
— Nie taję przed panią, rzekł, że windykowanie znacznej substancji jej dziedzicznej i mężowskiej wielkich starań, pracy i niemałych nakładów wymaga; ale mam wszelką nadzieję, że to się da z pomyślnym przedsięwziąść skutkiem i może jej szczęśliwszą zapewnić przyszłość. Proponowałbym pani, ustąpienie mi za pewną kwotę tych wszystkich pretensyj, ale zważam, że nie zechcesz zapewne córce swej krzywdy przez to czynić, a ja sam takiego nabycia nie żądam.
— O najszlachetniejszy z ludzi! — zawołała Mrozicka ściskając go za ręce — mówże i radź co mam począć.
— Wiele lat ma córka pani? — spytał Maleparta, jakby namyślając się.
— Szesnasty.
— Mogłaby więc — rzekł po cichu — wyjść za mąż, a człowiek szczęśliwy co by ją poślubił, najsłuszniej by mógł windykować na nią spadającą substancją. Potrzeba tylko aby jej los nadarzył kogo majętnego i znającego się na tem. Bo, jak sama pani wiesz z doświadczenia, nie tak to łatwo dojść choć słusznej, ale zaprzepaszczonej należytości. Tyle lat upłynęło, a ani nieboszczyk jej mąż, ani pani sama, nic uczynić nie potrafiliście.
— Manifestowaliśmy się.
— Manifestować się i płakać każdemu wolno, rzekł patron, ale to do niczego nie prowadzi. — To powiedziawszy, i niechcąc na ten raz nalegać więcej, pożegnał wdowę, zostawiwszy nieco pieniędzy znowu, a zabierając papiery, które ona z chęcią mu powierzyła wszystkie, nie zastanawiając się. Oznajmił przytem, że za parę dni powróci, a wychodząc jeszcze powtórzył:
— Potrzeba nam męża dla panny!
Matka westchnęła głęboko; te słowa bowiem budziły codziennie w jej sercu wrzący niepokój o przyszłości Rózi. Kto ją tak weźmie ubogą, kto ją zobaczy, kto się na niej pozna? Matka marzyła dla niej aniołów, zastępcę godnego po sobie, coby ją całe życie niósł tak kołysząc na ręku, jak ona nosiła, jak ją wypieścił mąż poczciwy.
Z chmurnem czołem usiadła znowu u okna, ale modlić się już nie mogła.
Rózia uwolniona od przytomności Maleparty, który ją trzymał jak przykutą w miejscu, poskoczyła i pobiegła ku matce.
— Prawda — szepnęła łasząc się i zarzucając jej ręce na szyję — że nasz zbawiciel wcale na aniołka dobrego nie wygląda?
— Co też pleciesz moje dziecię, alboż ci się nie podobał?
— Okrutnie, matuniu, okrutnie, jakem na niego spojrzała, ciarki po mnie pobiegły, zimno się zrobiło; a ile razy na mnie spoglądał, jakby mnie co w sercu kłuło. Oddychać nie mogłam, rzucać się nie śmiałam, jak kiedy we śnie zmora siedzi na piersi i dusi.
— Wstydźże się Róziu — co gadasz!
— Jak matunię kocham, tak mi było.
— Ale to nasz wybawca!
— Ja mu też bardzo wdzięczna jestem.
— I gdyby...
— Gdyby co? matuniu.
— Nic to, nic, moje dziecko, tak mi jakoś myśl przeszła przez głowę.
— Powiedzże mi ją.
— Była byś z niej niekontenta.
Dziewczyna z ciekawości jęła się matce przymilać i badać koniecznie.
— Co to za myśl, matuniu, przyszła ci tak straszna, że mi jej powiedzieć się lękasz?
— Myślałam moje dziecko, jakby to dobrze było, gdyby on się z tobą ożenił.
Rózia porwała się, zakrzyczała, podskoczyła i cofnęła aż w drugi kąt pokoju. Matka spuściła głowę smutnie.
— A toż na co? dla czego?
— Miałabyś poczciwego męża, ja spokojność na starość i wytchnienie.
— Jeźli to dla ciebie matko, najchętniej, jeźli dla mnie —
— Już bo ci się przydało niewiedzieć co! Nie widziałaś go tylko raz i tak go nie podobałaś sobie. Wcale przyzwoity i jeszcze nie stary mężczyzna. A słyszałaś co mówił o tobie, to pewnie nie bez celu. Dawał nam do zrozumienia, jakbyśmy wyjść z biedy mogły, i pewnie się oświadczy. Co daj Boże! dodała w duchu.
Rózia spojrzała na matkę, pomruczała coś i prędko upamiętała się, a choć jej przykro się robiło na samo wspomnienie tego człowieka, ku któremu taki wstręt czuła, potrafiła się pohamować i odpowiedziała:
— Zobaczemy matko, a jeźli dla ciebie potrzeba będzie ofiary nie tylko ręki, ale życia mojego, uczynię chętnie.
I rzuciła się w objęcia matki.
Matce łzy się puściły.
— Żadnej ofiary, Róziu, żadnej nie chcę, lepiej nędza, lepiej praca, lepiej co bądź, lepiej żebractwo, bylebyś ty była szczęśliwą. Rób co ci się podoba.
Następnych dni zostawione same sobie kobiety, wzięły na rozmysł obie przyszłość swoją. Pani Mrozicka domyśliła się do czego zmierzała mowa Maleparty; Rózia po przestrachu swoim zmiarkowała, że tak być musiało, ale zastanowiwszy się, przyrzekła sobie w duchu, nie okazywać więcej wstrętu Maleparcie, pokonać go jeźli można, i poświęcić się, jeźliby była tego potrzeba, dla matki.
Siwiejące przedwcześnie włosy wdowy, jej cierpienia, jej niespokojność, tyle ofiar z jej strony, nakazywały dziecięciu tę jedną choć największą, bo z siebie i życia swego uczynić ofiarę.
Tymczasem dobroczyńca, dawszy czas do namyślenia wdowie, nie pokazał się prędko, wyrachował on tak, aby pomoc pieniężna przezeń dana, wyczerpała się i zostawiła znowu w przykrem położeniu panią Mrozickę, co nigdy rachować i oszczędzać nie umiejąc, nic dziecku odmówić nie będąc w stanie, prędko się znowu ujrzała przywiedzioną do zupełnego niedostatku. Ostatni talar zmieniony rano, już się wyczerpał wieczorem, opłaciwszy mieszkanie, kupiwszy potrzeb do życia codziennego, sprawiwszy coś Rózi — wdowa potrząsała próżnym woreczkiem, usiłując wyrachować, gdzie się nowe zapasy podziały, i jak tak prędko przebrać mogły.
Rózia w kąciku, bawiąc się kwiatkami, spozierała na matkę ukradkiem i widziała z oczu jej myśl i niepokój. Nic jednak nie mówiła; powtarzając tylko w duchu uczynione postanowienie poświęcenia się, udania nawet, że jej to bez bolu i trudności przychodzi. — Dzień jeden, drugi tak upłynął. Wdowa wyglądała napróżno zbawcy, porządkowała izdebkę, potrząsała ajerem podłogę, wietrzyła otwierając okno, pościelała łóżko, chowała graciki — on nie przybył. Drzwi stały odryglowane na próżno. Drugiego wieczora pani Mrozicka przypomniawszy sobie, że oddała z rąk wszystkie papiery jakie miała i dowody swoje należytości, z żywą niespokojnością i prawie w gorączce spać się układła. Rózia teraz baczniejsza daleko i nauczona już nieszczęściem badać matkę, śledzić najmniejszego jej ruchu i zmiany twarzy, poznała dobrze co się z nią działo.
Ale młodość silniejsza jest nadzieją swoją której nigdy nie traci, choćby ją tysiąc kroć zawiodła, i Rózia usnęła spokojnie, gdy matka rzucając się po twardem posłaniu, powiek zmrużyć nie mogła.
Nadszedł dzień, a ze dniem nowe oczekiwanie. Oczyszczono izdebkę, wymieciono zwiędły tatarak, kupiono świeżego, uprzątniono rzeczy i oczekiwano gościa. Gdy ku południowi zapukano do drzwi, pani Mrozicka i Rózia razem z żywą niespokojnością poskoczyły ku drzwiom. Nie omyliła ich na ten raz nadzieja, — wszedł Maleparta.
Ale chmurnej twarzy, omglonych i posępnych oczów, straszniejszy niż kiedy, starszy i surowszy, blady i dziwniej pomarszczony. Na chwilę Rózi nawet odwagi myśleć o swojem poświęceniu zabrakło. Zapomniała o postanowieniu udawania wesołości, swobody i zalotnego uśmiechu. Dopiero po chwilce walki z samą sobą, wymogła gwałtem rozjaśnienie czoła i wykrzywienie ust nieszczere.
Maleparta, co przeszłą razą dość niezręcznie wydał się ze swoimi zamiary, teraz zdał się zapominać zupełnie o tem, co w ówczas mówił. Z kwaśną miną powitał wdowę, a na Rózię nie spojrzał nawet i zaczął zaraz utyskiwać na wielkie trudności połączone z wydobyciem od tak dawna zatraconej fortuny, którą ledwie wielkim kosztem odzyskać, wedle niego, było można.
— Tysiące w to włożyć potrzeba, mówił, i kawałek życia na ciężką pracę zaofiarować; a jeszcze zaręczyć niepodobna, czy co z tego będzie. Nikt ewentualności procesu wyrachować nie potrafi.
Pani Mrozicka widocznie mięszała się, on nic nie zważając mówił dalej:
— Gdybym więc nabywać chciał pretensję pani, nie mógłbym jej chyba tak mało jak nic ofiarować, a to mało nie na długo by jej wystarczyło. Chciałem serdecznie, chciałem być jej pomocą i dałem tego dowody, ale rozpatrzywszy się w papierach, widzę wielkie, prawie nieprzełamane do pokonania trudności. Nic jeszcze stanowczo wyrzec nie mogę, muszę się namyślić, poradzić, pokombinować. Tymczasem przyniosłem nowy zasiłek, którego pewnie potrzebujesz już pani.
— Ach, panie! przerwała mu Mrozicka, jesteś zbawcą naszym i wdzięczności mojej wyrazić nie potrafię.
Maleparta potarł ręką po zmarszczonem czole i spojrzał ukradkiem na Rózię.
Z przymuszonym na ustach uśmiechem, z udaną wesołością w oczach, stała ona z daleka o stoliczek oparta, serce jej biło przykrem, niewyrażonem boleści uczuciem a zmuszała się do zalotnego oblicza, które chyba Malepartę zwieść mogło, jego, co kobiet całkiem nie znał.
I matka także spojrzała na Rózię i serce jej zaskakało, widząc ją uśmiechającą się. Ona tak pragnęła w niej zmiany, że w nią uwierzyła, i choć dziecię swoje znała jak siebie, dobrowolnie nie poznała wymuszoności wyrazu jej twarzy.
— Co to za smutne położenie, odezwał się Maleparta, w wieku panienki, siedzieć tak samotnej, zamkniętej i samej z sobą!
— O! mnie dobrze, przerwała Rózia, byleby matce dobrze, spokojnie było; ja nic więcej dla siebie nie pragnę!
— Najchwalebniejsze uczucie.
— Najpoczciwsze z dzieci! — dodała z czułością matka.
— Mam nadzieję, że się to przykre położenie odmienić musi — rzekł Maleparta.
— O gdyby! — szepnęła Rózia.
— Daj Boże! daj Boże! ale już w nic nie wierzę — dołożyła matka.
Kilka jeszcze słów obojętnych przemówiwszy Maleparta, pożegnał wdowę. Rózia oczyma odprowadziła go do drzwi, i dumna była odniesionem nad sobą zwycięstwem, zamiast wzgardy i odrazy, które jej dyktowało serce, okazawszy mu wdzięczny, przyjacielski uśmiech, co go przywiązać i złudzić musiał. Tak się spodziewała, a po części tak było. Maleparta nigdy tyle zająć się nie dał, aby uczuciu swemu rachubę poświęcił; ale jednak nie mniej czuł, że gdyby w dodatku do fortuny, otrzymał Rózię, nie gniewałby się za to. Niechcąc dla niej nic poświęcić, rad był jednak wziąść ją, gdyby można bez trudności i ofiar.
Rózia po wyjściu jego padła na łóżeczko, zakryła oczy rękoma i głęboko się zadumała. Trwało to chwilkę tylko, bo wnet przypomniała sobie potrzebę udawania przed matką i porwała się wesoło; a pierwszego wzruszenia, matka licząc w tej chwili pieniądze, nie widziała.
— A cóż teraz o nim powiesz moje dziecię?
Pierwsze w życiu kłamstwo wyrwało się z ust Rózi.
— O! teraz bardzo mi się podobał, bardzo.
— Doprawdy? — spytała matka niedowierzając.
— Doprawdy, pierwszy raz go widząc tak byłam zalękniona, tak nieśmiałom mu się przyglądała! Prawdziwie, tyleśmy mu winni, że mi się aniołem powinien wydać.
— A widzisz moje dziecko, a widzisz, grożąc na nosie pogderała matka — nie sądź nigdy z pierwszego wejrzenia o człowieku, nie pluj przedwcześnie w wodę. Ja byłam pewna, że ty zdanie o nim odmienisz.
Rózia odwróciła się dla ukrycia pomięszania i zamawiając dodała:
— Prawda, prawda, aż mi wstyd matuniu, to taki poczciwy, taki zacny człowiek. Ale czegoś dziś był smutny i nie swój?
Rózia tylko co nie powiedziała — zły i ponury.
— Musi mieć zmartwienia! Bóg to wie co każdy cierpi, bo każdy ma swego móla, moje dziecię, i nie na rozkosześmy się porodzili, nie na gody!
Dziewczyna westchnęła.
— A do tego — mówiła matka dalej — taki poczciwy człowiek więcej cierpi od różnych, bo za siebie i za drugich.
Wypadło matce pójść na miasto zaraz, bo pilne były sprawunki dla ukochanego dziecięcia, a nowy zasiłek zrodził nowe potrzeby. Okrywszy się chustką, wziąwszy pod nią kosz swój, wyszła pani Mrozicka, zostawując Rózię samą jednę jak zwykle i przykazując jej, aby się ze środka zaryglowała, a nikogo do jej powrotu do siebie nie wpuszczała. Podczas agitującego się trybunału w Lublinie tyle jest w mieście i tak rozmaitej hałastry, tyle młodzieży próżniackiej, że samej jednej, pięknej dziewczynie, pod te czasy burzliwe, niebezpiecznie pozostać bez ochrony. Są co wypatrzą najgłębiej ukrytą twarzyczkę białą, są co się nieulękną wyłamania drzwi, aby się do niej dostać.
Musiałeś waść słyszeć, dodał Prozorowicz, że nie jeden raz gładkiemi twarzyczkami ujmują sobie aktorowie młodszych deputatów, szukając ich i łapiąc gdzie się trafi, kupując za co kupić można[1]. Niespokojność matki o córkę nie była wcale bezprzyczynną i próżną bojaźliwością. Codziennie się niemal trafiały porwania gwałtowne białych głów. Szczęściem Rózi nikt nie widział prawie, gdyż mało wychodziła, a okienko, którem wyglądać zwykła, patrzało nie na ulicę, ale w podwórza i przejścia po za domami.
Jednakże nie można rzec, aby jej już niczyje nie napatrzyło oko. Rózia uważała wielekroć przystojnego, hożej postawy, pięknie strojnego młodzieńca, po ubiorze miarkując dostatniego wcale, przechadzającego się często, na pozór bez przyczyny, niedaleko jej okna. Zdawał się on wybierać czas, kiedy matki w domu nie było. Naówczas przechodził kamienicę i krok jego słyszała zawsze dziewczyna, a potem powoli spuszczał się oglądając, ociągając, w drożynę schodzącą ku Żydowszczyznie, drożynę śmiecistą, wązką, brudną, ledwie żydom i rzemieślnikom znaną i przez nich tylko uczęszczaną. Co na niej ten młodzieniec tak często robił? czyli tędy mu wypadała droga i dokąd ona wieść go mogła? Nie wiedziała Rózia, ani się domyślała. Nie przyszło jej jednak dotąd do głowy, aby dla niej tędy przechodził. Nie wiem jakie tam przeczucie ostrzegało ją, kiedy miał przychodzić, poznawała go po chodzie i po kaszlnieniu w korytarzu, wiedziała godzinę, w której miał wracać tędy. Ta godzina jednak nie codzień była jedna, a najczęściej dziwnie przypadała na wyjście z domu pani Mrozickiej, lub chwilę jej spoczynku we dnie.
I niewinną wreszcie Rózię zastanawiać poczęły te częste przechadzki, gdy w nich młodzieniec coraz powolniej mijając jej okienko, codzień ognistszym strzelał na nią wzrokiem. Niewinna jak gołąb Rózia, nie widziała w tem nic złego, że lubiła patrzeć na niego, że się rumieniła pod jego wzrokiem, że serce jej biło gdy go ujrzała, że biło serce gdy w swojej porze nie przybył.
Nie pojmując, aby w tem był cień nieprzyzwoitości, a czując jakąś przyjemność w spotykaniu oczów nieznajomego, pełna prostoty, biegła patrzeć w okienko i nie odeszła od niego, aż straciła z oczu przechodnia.
Wielka niewinność, pewna siebie, bez wiedzy niebezpieczeństwa, bez poznania złego, podobna jest często mimowolnie wielkiemu zepsuciu, i gdyby nie dziewiczy wyraz w półdziecinnej jeszcze twarzy, któżby Rózi biegącej żwawo do okienka nie wziął za zalotnicę?
Bo kto wie jeszcze, jak się stroiła na te spotkanie, jak upinała włosy, jakie czepiała kwiatki, jak się uczyła przed zwierciadłem uśmiechać?
Młody przechodzień w początkach mijał okienko, tylko wejrzeniem nieśmiałem je witając; potem widząc że mu radzi, począł się zastanawiać w drodze, pod różnemi pretekstami; potem dozwolił sobie uśmiechu, na któren mu odpowiedziano uśmiechem; nareszcie witał już Rózię zdjęciem czapki, jak dobrą znajomą. Nie potrzebuję dodawać, że Rózia w swej prostocie, najpiękniej jak umiała, ukłon mu oddawała. Jej się to zdało niezmiernie naturalnem i koniecznem. Cóż to? prosta tylko grzeczność i nic więcej.
Z twarzy wielce jej się nieznajomy podobał, bo był urodziwy co się zowie mężczyzna i miał coś poczciwego w oczach, co to każdego za serce chwyta; jakieś zapewnienie czystej duszy, prawego serca.
Otóż, gdy matka wyszła, Rózia tak się zadumała siedząc na łóżeczku, o tym nieszczęsnym Maleparcie, na którego widok drżała mimowolnie, że nie słyszała stąpania w korytarzu i kaszlnienia pod oknem. Dopiero po chwilce otrząsając włosy, co się jej do koła twarzy rozplotły, poszła wolnym krokiem ku oknu. Spojrzała w nie bez myśli smutnie i uradowała się widząc niedaleko stojącego młodzieńca, który poglądał ku niej, znać już widzieć anielskiej niespodziewając się twarzyczki.
Na widok jej zdjął czapkę piórem strojną z głowy i skłonił się, wedle zwyczaju. Dziewczyna oddała mu ukłon, ale nie jak zwykle z swobodnym uśmiechem — ze smutnem tylko potrząśnieniem głowy. On zdawał się wahać, jakby chciał coś powiedzieć, oglądał się do koła, wrócił ku oknu, potem niby coś postrzegłszy, schylił się ku ziemi, udając że coś podniósł i szybko zbiegł drożyną, tak że wkrótce pióro jego tylko powiewało z zapagórka i nareszcie znikło. Rózia patrzała długo napróżno — potem odeszła.
— Czemuż to nie on, rzekła w sobie, naszym zbawcą, czemuż nie on! A! tak by mi to łatwo przyszła ta ofiara!
I zadumała się dziewczyna smutniej niż kiedy. W tem zapukał ktoś do drzwi.
Gdy to mówił Prozorowicz, i do drzwi izdebki, w której siedzieli z palestrantem, zapukał ktoś także. — Był to gospodarz.
— A co Matja?
— A co? nic. To tylko raz, że już późno — rzekł gospodarz kłaniając się — powtóre — dodał z westchnieniem — że się stało nieszczęście u mnie.
— Jakie?
— Dwóch, skarz ich Boże, pijaniców, powadzili się i potłukli, tak że jeden drugiego w pół śmierci przybił. Zbójca uciekł, nadejdzie zaraz pan instygator z rontem i pewnie wszystkich co tu są zabierze do turmy, póki indagacja o występek nie okaże kto winien. A zatem —
— Trzeba uciekać — zawołał palestrant.
— Ej! to nic — mruknął Prozorowicz.
— Aby mi tylko szynkowni nie zamknęli, rzekł Matja, a już przez to samo oniesławią. — I drapał się w głowę.
— A na kiedyż i gdzie koniec historji — zbiegając ze wschodów spytał palestrant.
— Dowiedzcie się jutro tutaj, jeźli chcecie.
— A wiele tam jeszcze do końca zostało?
— Mówiłem wam że długa historja — odkaszlując rzekł Prozorowicz. — Jeszcze ją po części ten miód wyciąga.
— A nie możnaby tak opowiedzieć reszty sumaryjnie, niewielą słowy?
— Waćpan bo bardzo niecierpliwy i gorąco kąpany — odparł eks-mecenas.
— Co się tycze gołych faktów, powiedziałbym w trzech słowach, ale tym sposobem człowieka z gruntu nie poznasz, i dowiesz się tylko tego, co już wiedzieć musisz zapewne. Wola wasza.
— A zatem do jutra.
— Jutro niedziela.
— Zejdziemy się wcześniej.
— Dobrze. I można będzie, jeźli nam czasu stanie, dokończyć opowiadania.
— Życzę dobrej nocy.
— Nawzajem.
I Prozorowicz pociągnął się, podśpiewując coś, ku żydowszczyznie, na którą o tej porze nocnej nikt oprócz niego pójść by się nie odważył. Ogromny kij w ręku służył mu za obronę i podporę w tej wędrówce, po nierównym bruku i błotnistych kałużach.








  1. Satyr na twarz Rzptej 1640. Pamiętniki Kitowicza i Doświadczyński Krasickiego dowodzą, żeśmy nic w opisaniu trybunału i ekscesów otaczających go, nie przesadzali.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.