Marja Wisnowska/Pod terrorem...

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Marja Wisnowska
Podtytuł W więzach tragicznej miłości
Wydawca „Drukarnia Teatralna“ F. Syrewicza i S-ki
Data wyd. 1928
Druk „Drukarnia Teatralna“ F. Syrewicza i S-ki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


POD TERROREM...

Odtąd zaczęła się gehenna Wisnowskiej. Trawiona obawą skandalu i zemsty ze strony rodziny Bartenjewa, o potędze której, dzięki przesadnym informacjom korneta, miała wygórowane pojęcie, żyła dosłownie z dnia na dzień, nie mogąc powziąć żadnej decyzji, ani nie wiedząc skąd przyjdzie wybawienie. Myszuga nie dawał znaku życia, a w jego mieszkaniu służba oświadczała, iż wyjechał z Warszawy na nieokreślony przeciąg czasu... Znalazła się więc aktorka sama, bezradna i zgnębiona całkowicie.
Ucieczki przed Bartenjewem szukała w teatrze, przesiadując tam nawet bez potrzeby godzinami. Miano wystawić „Żywy Posąg“. Przychodziła na próby bardzo rozdrażniona a czasem nawet wybuchała płaczem, co koledzy przypisywali pracy nad rolą i samej roli, która była trudną, wymagała wielkiego wysiłku a w której Wisnowska nie chciała stanąć niżej, niźli w „Lenie“.
— Co się z panią dzieje? — zapytywał czasem reżyser Jan Tatarkiewicz — pani zawsze taka żywa, wesoła, nagle zmieniła się nie do poznania!
— Nie pytaj pan lepiej, kochany panie Janie! — mówiła ze łzami artystka i szła szybko w jaki kąt kulis, pragnąc ukryć swój smutek.
— Oj te kobiety, kobiety — mruczał reżyser, nic nie rozumiejąc z dziwnego zachowania — świat przed Wisnowską stoi otworem, wielka sława ją czeka a ona się zamartwia...
Z chwilą opuszczenia kulis, zaczynała się jej katorga, jej piekło. Kornet czatował wszędzie, starał się być towarzyszem nieodstępnym, niemal na chwilę, po za teatrem, nie była wolną od obecności oficera. Lecz, po porzuceniu Wisnowskiej przez Myszugę, zrodziła się w artystce jakaś dziwna apatja. Niby wiotka trzcinka rzucana wartkim prądem z fali na falę, biernie znosiła swą niedolę, ustępując niemal we wszystkiem Bartenjewowi. Ten, sterroryzowawszy swą ofiarę najzupełniej, chodził teraz dumny i zadowolony, znosząc wciąż aktorce kwiaty i prezenty.
Ofiarował Wisnowskiej i skórę z białego niedźwiedzia i mandolinę, i pierścionek z brylantem wraz z napisem francuskim „Na zawsze!“ Pierścień ten zmuszona była przyjąć wzamian za połamaną obrączkę, lecz gdy następnie przyniósł złoty medaljon, motywując tem podarek, iż podobna ozdoba jest jej niezbędnie potrzebna do roli w „Żywym Posągu“ — odmówiła kategorycznie zaznaczając, iż nadal nic przyjmować nie będzie, co wywołało niezadowolenie i jawną złość korneta.
Oficer wogóle przestał się krępować z „narzeczoną“. O ile przedtem, czy to chcąc się popisać przed Wisnowską swą salonową ogładą, czy powodowany obawą utracenia jej, starał się zachowywać delikatnie i grzecznie — o tyle teraz, gdy poczuł, iż trzyma ją mocno i jest mu ona posłuszną — wszystkie najgorsze, najbrutalniejsze cechy charakteru wychodziły na jaw.
Nie był już tym układnym i miłym chłopczykiem ze łzami, żebrzącym o słowo litości, okazywał się takim, jakim był w istocie nieokiełznanym, gwałtownym despotą.
— W każdym calu z Bartenjewa azjata wyłazi! — myślała z obrzydzeniem — toć ta cała jego kultura, to tylko polor zewnętrzny!
Pozatem powrócił huzar do najstraszliwszego swego nałogu, pijaństwa. Czy rozumiejąc, że trzyma Wisnowską li tylko terrorem, czy też nie mogąc zapanować nad staremi przyzwyczajeniami, pił od rana do wieczora, nie wiadomo z radości czy smutku.
Wisnowska doskonale czuła, jaką krzywdę wyrządza jej stałe przebywanie w towarzystwie oficera, to też wspólne wycieczki starała się ograniczyć do zamiejskich spacerów, stale zabierając z sobą którą z przyjaciółek lub jakiego znajomego, o którego Bartenjew mniej, niźli o innych, był zazdrosny. Ekskursje podobne na żądanie oficera, zwykle kończyły się gabinetem restauracyjnym, wspólnie spożywaną kolacją gdzieś poza miastem, przyczem kornet upijał się do nieprzytomności. Szczęście, jeśli znajdowali się świadkowie, lecz jeśli świadków nie było, a znalazł się przypadkiem na cztery oczy z Wisnowską, znów poczynały się sceny i awantury. Pijany, albo bił głową o stół i rozpaczał, że rodzice nie zgadzają się na ich związek, co opóźnia ostateczne połączenie się z aktorką, albo rzucał pod jej adresem pogróżki, gdyby ośmieliła się mu stać niewierną, albo wreszcie proponował jej wspólne samobójstwo, o ile z jakichkolwiek przyczyn nie mogłoby ostatecznie dojść do skutku małżeństwo.
— Teraz coś innego postanowiłem — oświadczał — jeśli rozbiją nasze nadzieje, ja umrę, lecz ty musisz umrzeć wraz ze mną!
— Pragnie pan mnie zastrzelić? — zapytywała, nie wiedząc czy poważnie mówi czy pijany bredzi.
— Tak!
— I rękaby panu nie drgnęła?
— Nie! — śmiał się zadowolony z osiągniętego efektu, widząc przestrach na twarzy aktorki.
Co miały oznaczać te pogróżki dobrze nie rozumiała sama. Czy myślał w ten sposób naprawdę, czy tylko chciał ostatecznie nastraszyć — pozostawało zagadką.
Ale życie stawało się nie do zniesienia.

Wreszcie odbyła się premjera „Żywego Posągu“. Mimo wszelkie przykrości i zmartwienia w życiu prywatnem, Wisnowska swą rolę odegrała świetnie. Ale jakie było jej zdumienie, gdy spostrzegła, że nietylko publiczność przyjmuje ją inaczej, niż zwykle, daleko więcej ozięble, ale i krytyki są dość chłodne. Nie ganiono jej nigdzie wprost, przeciwnie, podnoszono zalety talentu, lecz tendencja była jakaś wroga, brak było cieplejszego tonu lub serdeczniejszego słowa zachęty.
— Cóż to znaczy? — pomyślała zaniepokojona.
W parę dni później przyłapała za kulisami redaktora Fryzego i zagadnęła prosto z mostu:
— Powiedz mi prawdę, wujaszku, co się stało, że krytyka zmieniła do mnie swój stosunek?
— Chce pani koniecznie wiedzieć, panno Marjo? A nie będzie przykro?
— Nie... nie... Radabym, abyś wujaszku wyjaśnił tę zagadkę! Sądzę, nie gram gorzej, niż w „Lenie“?
— Grasz świetnie! Nie o to chodzi! Wchodzą w grę względy patryjotyczne! Artystka, szczególniej dramatyczna, ta co stoi na straży polskiej placówki, jeśli stale przebywa w towarzystwie przedstawiciela naszych wrogów... na poparcie warszawskiej prasy liczyć nie może!
— Mówisz o Bartenjewie!
— A o kim innym miałbym mówić!
— Słuchaj wujaszku! — zawołała niemal ze łzami. — Jestem taka nieszczęśliwa, przyczepił się do mnie, pozbyć go się nie mogę, grozi, że siebie albo mnie zabiję!
— Et, strachy na lachy!
— Ależ zapewniam cię wujaszku, to nie są żarty!
— Wiesz co, ciociu! — oświadczył redaktor, niezbyt poważnie biorąc zapewnienia artystki — postaraj się, żeby ciebie albo siebie zabił popołudniu, tak, aby „Kurjer Poranny“ pierwszy wydrukował tę wieść!
— Ach... wiecznie żarty...
— Jeśli mówimy serjo, radzę natychmiast przerwać znajomość!

Z opuszczoną głową szła Wisnowska z teatru. Czuła, jak wstrząsa nią poryw gniewu i rozpaczy; ze zdwojoną nienawiścią myślała o Bartenjewie. Czyż nie złamał jej życia ten człowiek, czyż nie pozbawił wszystkiego, co miała najdroższego na świecie? Przez niego odszedł Myszuga, przez niego traci swe pierwszorzędne stanowisko na scenie, teraz poczynają ją traktować chłodno, co będzie dalej, za jakiś czas, jeśli mimo ostrzeżeń, nie uwolni się od huzara? Nie, nie, trzeba coś natychmiast postanowić, wyrwać się z tych kajdan, wyrwać się, albo... zginie... zginie... Precz z tą apatją, precz z tym przebrzydłym strachem, w którym żyje od szeregu tygodni... Ona taka energiczna, musi się zdecydować...
Pochłonięta myślami nie spostrzegła, gdy znalazła się na Marszałkowskiej, w pobliżu Złotej. Rozejrzała się dokoła budząc z zadumy i nagle drgnęła. Przebiegł ją, niby tok elektryczny. Przed nią o parę kroków, szedł w szarym garniturze mężczyzna, szedł w kierunku jej domu, również zamyślony, nie zważając na ruch uliczny.
Paru susami znalazła się tuż przy nim.
— Olku! — szepnęła cicho, dotykając jego ramienia. — Olku, znalazłam cię!
Myszuga — on to był bowiem — odwrócił się gwałtownie, zmieszany niespodziewanem spotkaniem a na jego twarzy odbiły się uczucia ździwienia i radości.
— Olku! — mówiła — czyż doprawdy więcej mnie nie chcesz znać?
— Maniu! — odparł silnie wzruszony — Oszalałem... Byłem zazdrosny... Przysięgałem sobie, iż nie ujrzę cię więcej... Uciekłem na wieś... Później przyszło zastanowienie i opamiętanie... Jeśli powróciłem, to tylko, aby ci wyznać, jak mi jest przykro, że w podobny sposób mogłem się znęcać nad tobą! Czy potrafisz mi wybaczyć?
— Dawno, dawno przebaczyłam... i zapomniałam... Ale nie stójmy na ulicy! Chodź do mnie, mam tyle do opowiedzenia!
A gdy znaleźli się w zacisznym japońskim buduarku artystki, Wisnowska jęła mówić o swem okropnem życiu w ostatnich czasach, od chwili rozstania z Myszugą.
— Ten łotr — wołała z gniewem, wspominając o Bartenjewie, już mnie zniszczył, zmarnował! Wiesz, czemu publiczność i krytyka tak mnie chłodno teraz przyjmują? To bojkot za znajomość z rosyjskim oficerem!
— Domyślałem się tego!
— Olku! Radź, ratuj. Toć o nasze wspólne szczęście chodzi!
Potarł ręką czoło i począł powoli:
— Szedłem do ciebie z pewnym projektem... Z własnej czy nie z własnej winy, nie chcę ci czynić wymówek, znalazłaś się w matni... Bartenjew dobrowolnie się od ciebie nie odczepi... Pozostaje tylko... wyjazd zagranicę!
— Dawno o tem myślałam — potwierdziła Wisnowska — i jeśli nie wszczęłam odpowiednich kroków, to jedynie... że miałam nadzieję, iż ty do mnie tu powrócisz!
— Musimy wyjechać! Teraz, gdy kończysz lada dzień występy i nikt nie ma prawa zatrzymać cię na zasadzie kontraktu... musisz, po cichu, aby huzar się nie dowiedział, wystarać o urlop i paszport...
— Tak, tak, świetnie, znakomicie! — zawołała, klaszcząc w dłonie. — Wyjedziemy na rok. Wyjazdu zagranicę nikt zabronić mi nie może, ani odmówić zagranicznego paszportu! Mam odłożonych trochę swoich pieniędzy — Wisnowska bowiem zarabiając do czterech tysięcy rubli rocznie, była bardzo oszczędną i miała zebrany niewielki kapitalik — na jakiś czas wystarczy. Olku! Odżyłam!
— Jest jedno tylko niebezpieczeństwo — zauważył. — Bartenjew za nami pojedzie!
— Nie puszczą go z pułku, pozatem niema pieniędzy. Po uszy siedzi w długach! — odparła ze śmiechem.
— A gdyby nawet pojechał — mruknął groźnie śpiewak — to za kordonem, potrafię dać sobie z nim radę! Tam mu nie pomogą ani rosyjscy gubernatorzy, ani frejliny cesarskiego dworu!


∗                    ∗

Jenerał Palicyn, prezes Teatrów Rządowych, przyjął aktorkę niezwykle serdecznie. Zawsze był dla niej bardzo uprzejmy, ceniąc jej talent wielce, dziś jednak zaznaczał swą uprzejmość specjalnie.
— Hm... — oświadczył, posłyszawszy o prośbie. — Mówił mi już reżyser Tatarkiewicz, że pani chora, zdenerwowana, potrzebny odpoczynek... Rozumiem, musi pani pojechać na urlop. Rola w „Żywym Posągu“ jest wyjątkowo męcząca... Cóż... Wcześniej nie da to się zrobić, jak za miesiąc... Gra pani jeszcze w sztuce Zalewskiego „Oj mężczyźni, mężczyźni“... próby rozpoczęte...
— Za miesiąc dopiero ekscelencjo! — jęknęła Wisnowska, sądząc, że prędzej uda jej się uwolnić i myśląc z przerażeniem, że jeszcze miesiąc będzie musiała znosić Bartenjewa — dopiero od pierwszego lipca! Nie wiem, czy tyle czasu wytrzymam! Jestem naprawdę wyczerpana, osłabiona...
— Nic nie poradzę! Zerwałoby się spektakle i publiczność mogłaby się awanturować!
— No... tak... potwierdziła bez przekonania.
— Potem zaraz wyjedzie pani... najlepiej do Zakopanego — pragnął pocieszyć generał — oczywiście nie na długo, zatęsknilibyśmy się bez naszej gwiazdy!
— Kiedy... ja... Ja o co innego przyszłam prosić! Nie wystarczają mi tutejsze warunki, pożądam sławy na szerokim świecie! Chciałabym występować na zagranicznych scenach! Dlatego pragnęłabym się zwolnić conajmniej na jeden rok! — zakończyła z pewną obawą, przewidując, iż Palicyn będzie robił trudności.
— Hm... i o tem słyszałem! Nawet pochwalam projekt! — odparł zupełnie nieoczekiwanie — Zamierza pani wyjechać do Anglji i Ameryki? Może mógłbym być pomocny mojemi znajomościami?
— Pan jenerał by zechciał? — ździwiła się niespodziewanym zaofiarowaniem usług.
— Czego jabym dla mademoiselle Marie nie zrobił! — obrzucił ognistem spojrzeniem niby dwudziestoletni młodzik, wdzięczną postać aktorki. Pomyślę... Oczywiście są to sprawy dalsze. Jeśli pani pozwoli, w tych dniach, sam do niej zajdę i wiadomości przyniosę...
— Ależ to prawdziwy zaszczyt dla mnie ekscelencjo! — odparła, na pożegnanie badając w duchu, czemu przypisać niezwykle serdeczne zachowanie rosjanina. Zakochał się chyba — pomyślała — et, za stary już aby bawił się w amory.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.