Miljon posagu (Kraszewski, 1872)/Tom II/Nowina w Górowie

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Miljon posagu
Pochodzenie Miljon posagu (zbiór)
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt; Michał Glücksberg
Data wyd. 1872
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów, Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
NOWINA W GÓROWIE.

Smutne było życie w Górowie.
My gospodarze, nawet bardzo czynnie zajmując się, tem co się zowie gospodarstwem wiejskiem, ledwie nieustannie nachodzącej pracy, wydołać możemy i dać jej przyzwoity kierunek. Od tego kierunku zależy pomyślność we wszystkiem. Z jednakową siłą, jednakiemi środki pomocniczemi, na podobnych gruntach, w jednostajnych położeniach, dwa folwarki różnie administrowane, dadzą i odmienny wcale plon i nierówną dozę kłopotów właścicielom. Cóż, gdy gdzie nie ma głowy i gospodarstwo idzie z lichem?
Stary krajczy nie myślał już wcale o gospodarstwie, panna Scholastyka nie wiele do jego pomyślności rozporządzeniami swemi przyczynić się mogła. A wreszcie kobieta tu rzadko, albo i nigdy nie da rady. Nigdy spoczynku, wytchnienia: zimą, wiosną, latem, jesienią, robota zachodzi na robotę, oranie, kosowica, zasiewy, zbiory, młóćba, doganiają się i w kark pędzą; uchybisz w jednem, przepada ci wszystko. Gdzież tu wystarczyć kobiecie? Scholastyka przy najlepszych chęciach, rozpaczała, widząc wszystko lecące ku ruinie. Krajczy ze swojem przysłowiem, znosił wszystko lekko, jakby go nic już nie dotykało, ale też w niczem nie dopomógł. Gadał ci to, prawda z ekonomem czasami, traktował go wódeczką i mówił ostatecznie:
Jakoś to będzie.
I było jakoś bardzo nie dobrze!
Na maleńkim folwareczku, najczynniejszy gospodarz przy długach, dałby sobie radę, ledwie z największą trudnością; cóż dopiero starzec, który cały dzień się modlił, na wszystko odpowiadał. — Spes in Deo; z pokoju dalej jak na ganek i to o kiju nie wychodził.
Kobiety patrzały na to i płakały... upadek zwiastował się bliski, nieuchronny, grożący. Trzebaż było martwić starca, ukazując mu go co chwila?
Biedny stary miał jeszcze tę słabość, że w lesie swoim, który należał do części Górowa, widział krocie, i ratunek na wszystko, a w dodatku wieś nową. Las ten najdrożej ceniąc pniowszczyzną wart był parę tysięcy rubli; najwięcej, wyrobiwszy zeń kłody i marłaty i co tylko wyrobić się dało, resztę spławiwszy na drwa do Pińska, może tysiąc dukatów. Krajczy zaś strawiwszy raz cały tydzień na robieniu rachunku, przez przybliżenie z danej ilości morgów, wypisał sobie ile być ma belek, klepki, kłód, murłat, stosów drew i w dodatku smoły z pni, a podsumowawszy rachunek otrzymał krocie.
Te nieszczęsne krocie tak mu się w głowę wbiły, że na nich spał, jadł je, niemi wszystkim usta zamykał, a gdy kto nie dowierzając ruszył ramionami słuchając, wyjmował arkusz papieru i konwinkował.
— Ot, czarno na białem!
Dość że mu fortuny w tym kawałku lasu wymarzonej, wyperswadować było niepodobna. To go ostatecznie zrujnowało, bo spuszczając się na pewny ratunek, o folwarczek pozostały ani dbał, hołdując las swój i nim żyjąc tylko.
Kilka razy miał kupców na niego, ale napróżno przekładano mu że las ustarzeje się i gnilec wpadnie; na wspomnienie ceny, wypędzał żydów i słuchać o przedaży nie chciał.
— Dwa tysiące rubli! dwa tysiące rubli? Szachraje! kiedy ja za dwadzieścia nie oddam!
— Ale las starzeje!
— Nie bójcie się! Tem więcej masztów będzie! Trzeba zaś wiedzieć, że naogradzał masztów co nie miara takich, z których dwunasto-calowych belek wyrobić nie było można dłuższych nad trojaki i czworaki; a rachował sobie każdą sztukę ogrodzoną po trzysta dukatów, złapawszy nie wiem gdzie, tę cenę bajeczną, której i w Gdańsku wziąć trudno.
Słowem krajczy żył swojem przysłowiem. Spes in Deo, nie dodając do niego żadnego innego, do czynności podbudzającego. Długi rosły, zaległości wzmagały się, spokojność uciekła; krajczy uśmiechał się swej myśli.
— Lasem wszystko zapłacę! i gdybym tylko chciał!
Ta myśl dodawała mu siły w przeciwnościach, ale dla nie podzielających jej kobiet, stan majątkowy był strasznym, w domu co dzień mniej wszystkiego, co dzień niedostatek dokuczliwszy; żydzi naprzykrzeńsi, dłużników więcej a więcej. Pustki w szpiżarni, w stodole, w kuchni, w piwnicy!
Panna Scholastyka wzięła się do gospodarstwa kobiecego, z rozsądkiem, który jej zastępował doświadczenie, z zapałem który rodziła potrzeba. Marja pomagała jej wesoło i ochoczo. Temu anielskiemu dziecięciu żadne poświęcenie, nie wydało się nigdy ciężarem. Dziecięciu powiadam, bo dorosła miała dziecięcą niewinność, prostotę, pobożność i spokój wewnętrzny. Na czystem jej czole, czytałeś czystą przeszłość. Cierpienia przeszły po duszy, ale jej nie zachmurzyły, nie zamąciły jej, nie wstrzęsły nią; zniosła spokojnie, pomodliła się i uśmiechem witała, te wielkie radości życia, na które tylko dzieci są czułe, tylko dzieci i jenjusze. Dla Marji zachód lub wschód słońca, piękny kwiatek złamany w lesie, ładne dziecię na wsi spotkane, przeczytana książka, były tyląż chwilami szczęścia. Uszczęśliwiało, bawiło, cieszyło ją wszystko, a tylko cudze nieszczęście dręczyło.
Pomimo że życie w Górowie, coraz większemi ogrodzone było uciski, że każdy dzień mnożył prześladowania, że stali nad przepaścią, Marja ufała Bogu i przyszłości. A co to było za życie!
Co tydzień odwiedziny żydków dłużników, co dwa dni naprzykrzony Kulikowicz, którego ubłagać nie było można niczem, co dni kilka assesor lub egzekucja. Zaległości skarbowe tak były znaczne że żołnierze nie wychodzili ze dworu.
Białej sukni perkalowej na lato, szlafroka na zimę, sprawić już nie było za co, a pokazanie się w kościele, codzień stawało się straszniejszem niepodobieństwem. Nielitościwe sąsiedztwo szydziło i z sukni!!
Jedne odwiedziny Seweryna, jak promień słońca w dzień chmurny, na chwilę rozjaśniały szary mrok tego nieznośnego życia.
Humor panny Scholastyki, był także nie małem lekarstwem, ona w swoim sposobie nie zrażała się także niczem. W uczuciu swej siły, energji swego charakteru, brała odwagę, której liczne dawała dowody. Ona przyjmowała najprzykrzejszych gości, a przymknąwszy drzwi od pokoju krajczego, brała na siebie ciężar najnieznośniejszej, najgłupszej, często najbardziej grubijańskiej rozmowy. W potrzebie, potrafiła też zgromić i zagrozić, skarżyć się, dojechać do marszałka, rozmówić z przejeżdżającym gubernatorem, wysłać list na pocztę do jakiej znaczącej osoby. Słowem, opatrzność to ją rzuciła tutaj, na ochronę starca i słabego dziecięcia, Marji.
Po najutrapieńszych przejściach, jeszcze wieczorem, wesołem ich rozchmurzała opowiadaniem.
Tak lata płynęły w Górowie, Marja za całą spuściznę miała dość piękną bibljoteczkę, którą dawniej moda złożyła, a teraz ubóstwo z niej korzystało. Panna Scholastyka, której ani rozsądku, ani na swój czas wychowania nie brakło, robiła wybór w tych książkach dla siostrzenicy. Wyrzuciła z niej te dzieła, które w zbiorze królewskiej kochanki znajdować się musiały, których tyle wydał wiek XVIII. Marja nie splamiła się takiem czytaniem. W sąsiedniem miasteczku potrafiła złotobrzeżne, safianowe, welinowe edycje głupstw i bredni pseudo-filozoficznych, wymieniać na nowe dobre książki. Zamianami temi żyły obie z Marją. W brzezinie, za dworem stała ławka, tam czytywały długie godziny; tam Marja często łzawem okiem patrzała na świat, który się jej tak piękny, cudny wydawał! Sierota, nie pożądała przecież niczego, niczego nie zazdrościła nikomu, krom uścisków matki i błogosławieństw ojca.
Jak łatwo Seweryn i ona zrozumieć się i pokochać musieli... widzicie.
A wstrzemięźliwość, umiarkowanie uczucia przypiszcie szlachetności obojga. Marja lękała się o przyszłość jego, on o nią. Oboje nie śmieli sobie powiedzieć że się kochali i oboje w duszy mówili.
— Ona mnie nie kocha!
— On mnie nie kocha!
A co dla innych byłoby rozpaczą, dla nich było prawie pociechą. Seweryn myślał — będzie z innym szczęśliwą! — Ona powtarzała — nie zagrodzę mu przyszłości.
Tak dożyli tego pamiętnego wieczora, którego wysłany z Warszawy regent Szarzycki, podżyły już człowiek, przyjechał im oznajmić niespodziewane szczęście, co tak poruszyło całem sąsiedztwem. Tego dnia, żadne przeczucie, żadna przepowiednia nie poprzedziła. Przyszedł jak piorun na nieprzygotowanych. Rzadko komu przychodzi tak szczęście; często przychodzą tak złe wieści.
Krajczy w swoim pokoju mówił wieczorne modlitwy z zabrukanego Horaliku. Panna Scholastyka siedziała w pierwszym na kanapie i patrzała obojętnie w okno, Marja przechadzała się ze spokojem na czole, ale zamyślona.
Na grobelce ukazał się powóz.
Marja go pierwsza postrzegła.
— A! ciotuniu, ktoś jedzie!
— Nie może być! — zawołała Scholastyka! a! nieszczęście! pewnie asesor, albo...
— Bryczka kryta, czy powóz?
— Ani chybi, jakiś dłużnik, albo sądowa figura! O mój Boże, a tu w domu nawet herbaty nie ma! Nic! nic! Rosół na wieczerzę i kasza jaglana!
— Ciociu! powóz i jakiś podróżny.
— A! słychać dzwonek! urzędnik, zginęliśmy, trzebaż odwagą nadrabiać!
— Co tam? — spytał krajczy.
— Wcześnie się jegomość zamknij, bo ktoś jedzie a w domu, nie ma nic.
— Jakoś to będzie. To zamknijcież drzwi.
Powóz zbliżał się coraz, Marja z ciotką ciekawie przez okno mu się przyglądały.
— Pocztą! powóz porządny! któżby to mógł być taki?
— A! moja droga, któż jeśli nie jaki zwiastun złego? Słuchaj, powiemy że krajczy chory, że w domu przez to nieład. A na wieczerzę wypadnie dodać pieczyste. O! mój Boże, zkąd ja je wezmę?
Powóz pana Szarzyckiego zatoczył się przed ganek, głos dał się słyszeć w sieni.
— Pan krajczy tutaj?
— Tutaj!
— W domu?
— Jest, nigdzie nie jeździ.
— A panie?
— Jakie panie?
— Panny?
— A i panny są.
— Głos zupełnie nie znajomy! — zawołała Scholastyka, — a tłumoki ogromne... będzie nocował! Jutro rano kawa, której nie ma.
Obu kobietom biły serca z niepokoju gdy powolnym krokiem wszedł regent Szarzycki. Człowiek to był z taktem i głową, umiał sobie w każdym razie postąpić i jeden rzut oka odkrywał mu ludzi i wskazywał co miał i jak powiedzieć.
Spojrzawszy na Scholastykę, która przeciw niemu postąpiła, na Marję, na pokój; domyślił się i ubóstwa i kłopotu.
— Znajduję, — rzekł, — w domu pana krajczego?
— Jest, ale chory staruszek.
— Chory? Pani zapewne jesteś Scholastyka .....ska.
— Tak jest.
— A to godna jej siostrzenica.
— Tak jest!
— Rekomenduję się paniom, jestem regent Szarzycki.
— Zapewne w interesie pan dobrodziej, a krajczy chory.
— To interes który choroby nie wzmoże — rzekł powolnie, — zresztą tycze się więcej pań obu, niż pana krajczego.
Kobiety spojrzały po sobie.
— Niechże pan siada, prosimy.
— Smutną i wesołą razem wieść przynoszę paniom, — rzekł regent.
— Smutną, wierzym chętnie, do takich przywykłyśmy, — odpowiedziała panna Scholastyka, — ale wesołej...
— Istotnie nie zgorsza i można ją nazwać wesołą.
— Jeśli tak, niech że nam pan jej udzieli łakomeśmy na nią.
— Pozwólcie więc panie, oznajmić sobie śmierć wojewodziny i miljonowy spadek, który na nie obiedwie się otworzył.
Na te słowa, panna Scholastyka krzyknęła ogromnym głosem.
— Jezu Marja! — I poskoczyła ku regentowi.
— Panie, na miły Bóg, nie zwodzisz nas?
To nie jest żadna mistyfikacja, żart, to byłoby okrutnie.
— Wiozę z sobą dowody, będziesz się pani mogła przekonać.
Marja blada jak ściana, stała nieruchoma, nagle rumieniec wytrysnął jej na twarz, przymknęła oczy, pochyliła się. Ciotka pochwyciła ją na ręce.
— Regencie, — zawołała, — każ dać wody... wody, biedne dziecię, znosiła wyśmienicie ubóstwo, ale nagłej zmiany, wytrzymać bez omdlenia nie mogło.
Pan Szarzycki otworzył drzwi i zawołał ludzi. Po chwilce Marja otwarła oczy, uśmiechnęła się do ciotki.
— Kiedy tak, mój regencie, to trzeba oznajmić krajczemu. Nie wiesz jaki był nasz stan! jakie położenie, nie możesz miarkować nawet coś nam przywiózł! Krajczy nie słaby! Musiałyśmy ci powiedzieć, sądząc że to który z dłużników.
— Z dłużników!
— Tak jest, mamy ich wielu! Chodźmy Marjo, do krajczego!
I otwarła drzwi powoli, stary złożył książkę, wstał i posunął się naprzeciw wchodzącym kilka kroków.
— Pan regent Szarzycki z Warszawy, — odezwała się ciotka.
— Cóż mi jedna honor widzenia go w moim domu?
— Interesik szanowny panie, ale dość dla tych pań pomyślny.
— Hm! chwała Bogu.
— Powoli regencie, — szepnęła ciotka.
— Kilkanaście tysięcy spadku, — rzekł pan Szarzycki.
— Ot! widzicie! a mówiłem, Spes in Deo. Deus providebit! Niechże ucałuję, uściskam!
— A może nawet kilkadziesiąt! — dodał regent.
— Tem lepiej! Dzięki tobie Boże.
— Dość na dziś regencie — szepnęła znów ciotka.
— A na kogoż to przypada?
— Zapis na dwie głowy, po nieboszczce wojewodzinie; na JMP. Scholastykę i Marję.
— Oto mi gość! oto mi gość!
A że krajczy nie wiedział co się u niego w domu działo, dodał:
— Podajcież win z lochu! wina! starego!
Wina nie było ani kropli.
— Musimy poczekać aż klucznica powróci — szybko zawołała Scholastyka.
— Siadaj-że regencie, siadaj. Jak-że godne imię pańskie?
— Szarzycki.
— Szarzycki? Czy nie tych co z Sieradzkiego?
— Tych samych.
— O! znajomy ród! stara szlachta herbu Ślepowron. Znam, znam, jeden był łowczym sieradzkim, drugi...
— Ciż sami.
— Ale dajcież choć herbaty.
— Herbata zaraz będzie — dodała ciotka łamiąc głowę co począć.
— Regencie, powiedz swoim ludziom, żeby rozpakowali — i dała znak panu Szarzyckiemu, żeby z nią wyszedł.
W pierwszym pokoju zatrzymała go u drzwi.
— Słówko, kochany panie. Jesteś prawnik, prawnik jak lekarz zna wszelkie położenie w jakich się człowiek znajdować może; i żadnego za złe nie bierze. Jesteśmy bez grosza w domu, bez najmniejszych zapasów, krajczy nic o tem nie wie. Będzie to przeciw wszelkim formom i przyzwoitości, ale muszę się u pana w kwadrans po jego przybyciu zapożyczyć.
Pan Szarzycki uśmiechnął się łagodnie.
— Przewidziałem po części to położenie, chociaż go sobie tak przykrem nie wyobrażałem. Mam z sobą i przy sobie dwa tysiące dukatów, które w tej chwili oddam.
Panna Scholastyka tak była uradowana, że uściskała regenta i gdyby nie był żonaty, mógł był z tego wziąć asumpt do konkurów.
Natychmiast wysłany stary ekonom wespół z arędarzem za pokupkami do miasteczka; ale zaledwie z rana nazad z niemi powrócić mogli. Trzeba było zręczności ciotki, żeby biednego krajczego niedostatkiem domowym nie zawstydzić. Przyspieszono wieczerzę, zagadano sprawę, stary nie dowidział trochę i tak to jakoś przeszło.
Pan Szarzycki z ciekawością, z zajęciem człowieka, którego wszelki niespodziany obraz zajmuje; wpatrywał się, przysłuchiwał.
— Śmierć wojewodziny! była bardzo w porę! — rzekł w duchu, gdy się rozchodzili wieczorem.
Marja z ciotką poszły do swego pokoju, tam dopiero swobodnie rozmówić się, rozważyć nowe położenie swoje, pomyśleć o przyszłości mogły. Mało jest ludzi, którzy by od tak nagłej zmiany zawrotu głowy nie dostali. Przejście w chwili z niedostatku dokuczliwego do bogactwa, jest może najrzadszym wypadkiem, i pomimo wszystkiego, co się pospolicie o wzgardzie pieniędzy mówi, najsilniej dotykającym; pieniądz tak zmienia człowieka! jego położenie towarzyskie, jego zalety, jego wady, jego zamiary, tak całkiem w nowem świetle stawi; wszystko się tak mieni z przybyciem jego lub brakiem!
Nie dziwujcie się, że panna Scholastyka nawet, dla której przyszłości nie wiele pozostawało, całą noc wesoło się śmiejąc i rozprawiając nie spała.
Marja słuchała jej, rzadko wrzucając słówko i powtarzając tylko:
— To sen chyba! to sen!
— Ale nie sen, kiedy mam tyle pieniędzy w ręku! — mówiła ciotka.
— I czyli nie sen, to niepojętego coś.
Pan Bóg spojrzał na nas.
— Gorzej to czy lepiej?
— Ja nie wątpię że lepiej. O! jakże się wesoło mścić będę nad naszymi kochanymi sąsiady!
I śmiała się i puszczała w domysły, przypuszczenia, projekta.
Śmierć wojewodzinej, która tak nagle zmieniła dwie egzystencje, kobiety obu im nieznajomej, łez nawet wycisnąć nie mogła. Wojewodzina... najbliższa krewna Marji i Scholastyki, nie bawiła w kraju. Zimy przepędzała w Paryżu, a lato zwykle we Włoszech. Była to kobieta dawniej sławna z piękności, głośna z dowcipu i dziwnych życia wypadków. Dwa razy szła za mąż i rozwodziła się, nareszcie za trzecim owdowiała. W pięćdziesiątym roku życia była jeszcze tak piękną, że ci co ją znali, nad trzydzieści kilka lat nie mogli jej przypuścić. Pierwszy mąż zaniedbał ją i porzucił dla aktorki, drugi miał podobno słuszne powody proszenia o rozwód, gdyż wojewodzina w kilka tygodni po ślubie żyć z nim nie chciała! trzeci, wojewoda, kochał ją zapamiętale, bez wzajemności i zmarł jak młokos rozpaczając, że łatwiej mu było rękę jej niż serce pozyskać. Po śmierci trzeciego męża, wojewodzina wyjechała z kraju. Ale, jakeśmy powiedzieli, była jeszcze w pięćdziesięciu leciech tak piękną, tak świeżą, że mnóstwo pretendentów o rękę się jej ubiegało. Ona nie przyjęła ofiary żadnego: wolała pozostać swobodną wdową. W ostatnich latach jakiś markiz przebywał z nią we Florencji; i głośnem było, że miała mu cały majątek zapisać; nagła śmierć zniweczyła ten zamiar i wielką fortunę wojewodzinej, pomnożoną zapisami dwóch pierwszych mężów, zwróciła na tych, co się jej najmniej spodziewali. Spadek więc na pannę Scholastykę i Marję przychodzący, opłakiwanym być nawet nie potrzebował dla przyzwoitości, był to jeden z tych niespodzianych, wesołych spadków, co to się tak rzadko trafiają.
— Wyobraź sobie Marjo — mówiła ciotka — zdumienie, osłupienie, zazdrość, kontuzję naszych kochanych sąsiadów! A! zapomniałam o Sewerynie, co z nim zrobimy?
Marja zarumieniła się, dawno ona pomyślała już o nim.
— Będzie to coś na kształt powieści Marmontela — dodała Scholastyka — cnota wynagrodzona! prześladowcy upokorzeni! Biedny nasz poczciwy Seweryn, jak-że się rozraduje, zadziwi.
— Wczoraj odjechał tak smutny.
— Ciągle mi powtarzał, że go nie kochasz!
— Ciociu! przypomnij mu com mówiła wczoraj!
— Doprawdy, tak mi się wszystko w głowie zmięszało, że nie wiem.
— Mówiłam, gdybym była bogatą dziedziczką... jakże szczęśliwa narzuciłabym się jemu.
— Ani słowa przeciwko temu. Wątpię, żebyś kiedy poczciwszego i szlachetniejszego człowieka znaleźć mogła. Cała rzecz, że on teraz może cofnie się.
— Jakto?
— Najnaturalniej w świecie, póki mógł dać nie brać, stał przy nas, a teraz...
— Ale moja ciociu!
— A! moja Marjo! nie frasuj się wcześnie, będziesz miała w czem wybierać! Ty! umieram ze śmiechu gdy wspomnę, że i ja nareszcie pretendentów do mojej ręki, wielbicieli mieć będę. Spoglądam w lustro i nie mogę się wstrzymać od śmiechu. Wyobraź sobie Maryniu u mego boku wzdychającego kochanka. Wszystko teraz będzie pięknem, wybornem, doskonałem, ile to rozumu, dowcipu, wdzięków nam przybyło!
— O mój Boże! — dodała z westchnieniem — jakiż to smutny byłby świat i ludziska, gdybym nie miała takiej dla niego wzgardy, że mnie tylko rozśmiesza.
A koniec końcem, dobrze się to stało. Będziem mieli wyborną komedję.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.