<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Miljoner „Y“
Podtytuł Powieść o dzielnym murzynku-sierocie
Wydawca Książnica - Atlas
Data wyd. 1933
Druk Zakładt Graficzne Ski Akc. Książnica-Atlas we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rozdział III.
Łowy.

Wnet po wschodzie słońca Llo obudził śpiących chłopaków.
— Wstawajcie i po umyciu się zjedzcie resztki mięsa i zupy — rzekł.
Ledwie murzyniątka skończyły śniadanie, do ogniska zbliżył się Y.
Miał na sobie łuk, przerzucony przez ramię, a za pasem zatkniętą maczetę. Spoglądał na towarzyszy spokojnym, chociaż surowym wzrokiem.
Wszyscy mimowoli się podnieśli i patrzyli na wodza.
Y podniósł rękę i zaczął mówić:
— Słuchajcie uważnie i starajcie się zrozumieć! Cały rok spędziłem wśród białych, mądrych ludzi. Nauczyłem się od nich wielu pożytecznych rzeczy. Wiem, że oni nigdy nie posyłają do dżungli swoich synów, bo nie doświadczają braku żywności. A wiecie dlaczego?
— Nie! — odezwało się kilka głosów.
— Pewnie dlatego, że są bogaci — dodał czternastoletni Umaru.
— Powiem wam, dlaczego! — ciągnął dalej wódz. — Biali ludzie są mądrzy i zrozumieli jedną rzecz, o której czarni nie myślą nigdy. Nasi rodzice, gdy zbiorą dużo prosa, manjoku i słodkich patatów,[1] lub gdy schwytają w sieci wielkie, tłuste ryby, zapraszają przyjaciół, ucztują i wkrótce wszystko zjadają. Biali zaś ludzie nigdy tego nie czynią. Oni pamiętają o głodzie i oszczędzają żywność. Murzyni nie znają oszczędności i dlatego tak często zagraża im głód.
— Eh... — mruknął Umaru. — Jeżeli się nie zje odrazu manjoku lub patatów, to pożrą je szczury, a niezjedzone mięso lub ryby zgniją...
Y spojrzał na niego z wyrzutem i odparł:
— Mówisz tak, gdyż nie wiesz, że na wszystko są sposoby, Umaru. Opowiem wam o nich. Gdybyśmy przechowywali pożywienie w śpiżarniach, o kamiennych ścianach i podłodze, szczury i myszy nie tknęłyby prosa i manjoku.
— A mięso? ryby? — pytano wokół. — Wszystko to zgniłoby nazajutrz!
Y tupnął nogą i zawołał:
— Biali ludzie rozcinają mięso i ryby na wąskie pasemka, wędzą je w dymie i suszą w miejscu przewiewnem. Takie mięso można przechowywać bardzo długo. Jadłem je — smaczne jest i pożywne!
— A jakże wtedy... — zaczął Umaru, lecz wódz przerwał mu i, podnosząc głos, rzekł:
— Od dziś musicie zabrać się do roboty! Będziemy gromadzić zapasy, potrzebne nam do dalekiej wędrówki. Zaprowadzę was nad brzeg rzeki, gdzie wszystkiego będziecie mieć poddostatkiem! Do pracy!
To rzekłszy, podzielił chłopców na dwa oddziały.
Jeden z nich, zabrawszy sieć, zanurzył się w krzaki, rosnące na bagnisku. Y powiedział im, że, tropiąc antylopy, widział na niem niewielkie jeziorko.
— Powinny tam być ryby, a więc musicie złapać kilka największych, wyrzucić wnętrzności i, przepołowiwszy, rozwiesić w cieniu, gdzie się wyczuwa przewiew wiatru. Pozostawiam wam Llo. Gdy powrócę, powiem, co macie robić dalej. Spotkamy się tu po południu. A nie zapomnijcie zabrać ze sobą kijów, bo na brzegach jeziorka możecie napotkać żmije!
Skinąwszy na innych chłopców, Y uzbroił ich w łuki i dzidy, poczem poprowadził w głąb dżungli.
Odszedłszy daleko, zatrzymał swój oddziałek i wśliznął się w gąszcza.
Sunął w zaroślach bez szmeru. Bacznie oglądał miejscowość. Wprawnych, bystrych jego oczu nie uszły liczne ślady antylop, a poobgryzane tuż nad ziemią pędy świadczyły o obecności zajęcy. Y spostrzegł wkrótce, że teren zaczyna się zniżać gwałtownie, tworząc głęboką kotlinę. Tego właśnie pragnął, więc uśmiechnął się radośnie.
— Dobra nasza! — pomyślał, i nie czyniąc najmniejszego hałasu, rozpoczął odwrót. W godzinę później obszerną kotlinę, odnalezioną w dżungli, ze wszystkich stron otoczyły zbrojne chłopaki.
— Gdy zatrąbię, jak żóraw, zaczniecie posuwać się naprzód, zwężając koło. Różne zwierzęta przebiegać będą koło was. Mierzcie więc celnie, aby ani jedna strzała nie przepadła! Baczność, chłopcy!
Dawszy ten rozkaz młodym myśliwcom, Y wraz z Umaru zaczęli schodzić na dno kotliny. Zaledwie odeszli kilkanaście kroków, gdy z wierzchołków drzew powitały ich niespokojnem rechotaniem duże, rude małpy.
Wódz zerknął okiem na towarzysza. Uśmiechnęli się do siebie. Wiedzieli już, że będą mieli zdobycz. Murzyni chętnie jadają małpy, a szczególnie mięso tych tłustych, rudych.
Małpy nie rozumiały grożącego im niebezpieczeństwa. Zeskoczyły na niższe gałęzie, wstrząsały niemi, zgrzytały zębami i warczały złośliwie.
Z krzaków wyskoczyła czarna antylopa, a tak blisko od Umaru, że chłopak zdążył dosięgnąć jej oszczepem. Padła z przebitą szyją.
Wódz nasłuchiwał czujnie. Dochodziły go różne odgłosy. Coś posapywało i chrapało niedaleko od niego; w innem znów miejscu rozlegał się trzask gwałtownie rozsuwanych krzaków; tam i sam śmigały małe, płowe zajączki.
Martwa napozór dżungla ożywiła się nagle. Zewsząd dobiegały odgłosy spłoszonej zwierzyny.
W kotlinie zauważyć się dawał coraz większy ruch. Zwierzęta zamierzały wydostać się z zarośli, okrywającej jej dno, lecz wszędzie spostrzegały lub węszyły obecność ludzi, ze wszystkich stron otaczających to miejsce.
Antylopy, dziki o ryjach, ozdobionych narościami i zakrzywionemi „szablami”,[2] zające, dzikie, plamiste koty przedzierały się przez gąszcz i migały pomiędzy pniami drzew.
Y przystanął wreszcie i zatrzymał Umaru. Ukryli się obaj za grubemi drzewami.
Wódz przytknął pięść do ust i wydał głuche, basowe trąbienie.
Mógłby niem zwieść czujnego nawet żórawia.
Osaczające kotlinę chłopaki ruszyły naprzód. Nie kryły się już i nie zachowywały ciszy. Szły z łomotem tratowanych krzaków i trzaskających pod stopami suchych gałęzi, pokrzykiwały i uderzały łukami o drzewa.
Rude małpy w popłochu zeskakiwały na ziemię i pędziły naoślep.
Dwóch murzynków, widząc przebiegającą wpobliżu zwierzynę, jednocześnie wypuściło strzały, a tak celnie, że parę ranionych śmiertelnie małp zaczęło się wić po ziemi. Już tu i ówdzie przecinał ciszę ostry świst i furkot strzał.
Polowanie się zaczęło...
Antylopy, dziki, zające, koty, małpy, drobne lemury[3] o ogromnych oczach, a nawet dwa plamiste węże-pytony miotały się po kotlinie, daremnie szukając wyjścia z matni. Zewsząd leciały ku nim strzały i połyskiwały ostrza włóczni.
Tuż koło drzewa, za którem ukrywał się Y, wynurzył się z zarośli duży odyniec.
Nastroszył twardą szczecinę na karku, sapał gniewnie i potrząsał cienkim ogonem, roniąc płaty białej piany. Był tak przerażony, że nie zwęszył chłopca. Strzygł uszami i nasłuchiwał. Od czasu do czasu wydawał głuchy kwik, zwołując świnie i wycinki.[4]
Y ostrożnie wyciągnął maczetę, zamachnął się i ciosem w głowę obalił odyńca. Padł, charcząc i ciężko oddychając.
Strzelając z łuku, chłopiec zdobył aż dwie antylopy i dziką świnię.
Nie przerywając polowania, murzyniątka zeszły się wreszcie na dnie kotliny.
Y kazał im poznosić zdobycz.
Z radością przekonał się, że była bardzo obfita. Chłopaki zdobyły cztery małpy, osiem antylop, cztery dziki, pięć kotów i dziesięć zajęcy.
Któryś z murzynków przebił dzidą sporego pytona, z czego był niezmiernie dumny.
— Zabierajcie się teraz do zdejmowania skór! — rzekł Y.
Jeden z chłopców natychmiast rozciął skórę na upolowanym kocie i jął zdzierać ją rękami.
— Ależ nie tak! — zawołał wódz. — Musicie odcinać głowę każdej sztuce i wypruwać kadłub, nie uszkodziwszy skóry!
— Poco nam te skóry? — zdziwił się Umaru.

— Dowiesz się o tem później, przyjacielu! — odparł Y i sam zaczął ściągać skórę z antylopy. Długo się nad nią mozolił, lecz wykonał pracę znakomicie. Przez otwór w szyi wydobył mięso i kości, przerąbawszy je i połamawszy maczetą. Skóra pozostała cała, bez najmniejszego nawet zadraśnięcia. Przypominała worek, z którego zwisały nóżki zwierzęcia.

Wkrótce po południu, obładowani mięsem i skórami, chłopcy szli przez dżunglę. Na czele oddziałku, dźwigając na plecach pęk skór, kroczył wódz, jak zawsze, milczący i zamyślony.
Dotarli wreszcie do obozu.
Ogniska przygasły, widać, oddawna, bo nawet pod popiołem Y nie znalazł rozżarzonych węgli. Zdaleka, od strony bagna, dochodziły go głosy towarzyszy.
Y kazał rozpalić ognisko i przyrządzić strawę z mięsa kotów i dwu małp. Murzyni nie są wybredni i jedzą wszelkie zwierzęta, a nawet węże.
Przy kociołkach kręciło się trzech murzynków; reszta usiadła pod drzewami i dzieliła się wrażeniami z zakończonych łowów.
Wódz przywołał do siebie chłopców i pouczał ich, jak mają rozwieszać skóry i w jaki sposób należy krajać mięso, aby później wysuszyć je i uwędzić.
Skończywszy z tem, pobiegł w stronę jeziorka.





  1. Pataty lub bataty — gatunek ziemniaków.
  2. Wystające kły.
  3. Lemur — zwierzę podobne do małpy.
  4. Wycinki — młode odyńce.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.