Otwórz menu główne
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Na świeżem sianku
Data wydania 1908
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
NA ŚWIEŻEM SIANKU.


— Chodź do nauki, Luciu.
— O Reginko droga, jeszcze chwileczkę! Tak dzisiaj gorąco.
— Leniuszek z ciebie.
— Ja się poprawię, Reginko, tylko teraz nie mogę. Tu mi tak wygodnie na sianku, takie śliczne niebo w górze, chmurki płyną po niem, wietrzyk taki przyjemny; zdaje mi się, że drzewa coś do mnie mówią, i chciałabym wiedzieć, co jaskółki świergocą, uwijając się nad rzeczką, — poco te małe muszki kręcą się wciąż wkółko, — czy bardzo smutno tym kwiatkom skoszonym, co więdną pod moją głową. — Pełno mam myśli, Reginko, i doprawdy nie mogę uczyć się teraz.
— Zostańże więc tu sama, ja wracam do domu — rzekła starsza siostrzyczka — ja też lubię o tem myśleć, ale wolę czytać; w książkach to wszystko znajdę i dowiem się wszystkiego.
— A ja wolałabym, żeby mi kto opowiadał. To tak przyjemnie słuchać! Chciałabym umieć rozmawiać z ptaszkami, z owadami, z wietrzykiem... Tyle rzeczybym chciała!
Zamyśliła się Lucia, a Reginka odeszła.
Lucia nie była leniuszkiem, tylko niewszystkie zajęcia lubiła, a że nie umiała jeszcze czytać płynnie i gładko, więc wolała słuchać różnych opowiadań, niż męczyć się nad książką. Później to inaczej będzie.
Wtem mała jaskółeczka z białym brzuszkiem i granatowemi skrzydełkami zaświergotała tuż nad nią. Lucia uśmiechnęła się do niej.
— Co ty szczebioczesz, ptaszku? — szepnęła cichutko.
— Dziwię się, jacy ci ludzie szczęśliwi — odpowiedziała jaskółka zwykłem swojem świergotaniem, które stało się dla Luci zupełnie zrozumiałe.
— Szczęśliwi? Co ty mówisz, jaskółeczko? Czyż ptaszki nie szczęśliwsze od nas? Bujacie sobie wysoko pod niebem, z wiatrem ścigacie się w locie, dalej, dalej, bez końca. O, gdybym ja skrzydła miała!
— I gdzieżbyś poleciała, dziewczynko?
— Poleciałabym do samego słonka, aż w głąb tego błękitu, do samego Boga! Oj, jaskółeczko, jakbym ja była szczęśliwa!
Ale jaskółka pokręciła ciemną główką.
— Nie można — rzekła — nie można, nie poniosą skrzydła tak wysoko, sił nie starczy. Kto za wysoko wzleci, może nie trafić do gniazda, do swoich i sam zostanie... Kto tylko o lataniu myśli, zapomina o pracy, a pracować trzeba: tyle roboty! Gniazdko lepić, naprawiać, dzieci karmić, szukać żywności, to i dnia nie wystarczy. A przytem tak lubimy rozmawiać. Spotkasz znajomych, zaraz musisz opowiedzieć, coś widziała, coś robiła, a czas leci, leci, jakby miał skrzydła.
— Cóż ci to szkodzi, jaskółeczko? Niech sobie leci.
— Dobra jesteś, moja dziewczynko. A jesień? Czeka nas podróż długa, bardzo ciężka, a dzieci jeszcze małe, żeby choć podrosły.
— To zostańcie na zimę z nami, wróbelki zostają.
— Eh, te żarłoki — rzekła niechętnie jaskółka — one zostać mogą: zabraknie owadów, jedzą ziarnka, jagody, wszelkie okruszyny, i żyją; — a my nie; poumierałybyśmy tutaj wszystkie z głodu. Ale do widzenia, dziewczynko, zadługo już rozmawiam z tobą.
— Zaczekaj, jaskółeczko, jeszcze jedno słówko: dlaczego ci się zdaje, że ludzie tacy szczęśliwi?
— Niewszyscy może — odpowiedział ptaszek — ale myślałam o tobie, dziewczynko. — Taka jesteś duża, taka silna, rumiana i leżysz sobie oto na słoneczku, nic nie robisz, nie troszczysz się o pożywienie, gniazdo musisz mieć mocne i wygodne, szczęśliwa jesteś. Ale się domyślam, żeś ty takie wielkie pisklę i dlatego nic nie robisz, bo przecież ludzie muszą też pracować, sama widziałam, jak tam pracują w ogrodzie, na łące, w polu. Ciebie pewno jeszcze matka i ojciec karmią?
— Tak — szepnęła Lucia, trochę zawstydzona.
— No, no, — rzekła jaskółka, to ogromne pisklę! Radziłabym ci jednak nauczyć się jakiej roboty, przecież matka zawsze żywić cię nie będzie, ciężko jej być musi, bo pewno jeszcze masz więcej rodzeństwa.
— Ja się też uczę — powiedziała Lucia dziwnie nieśmiałym głosem.
— To co innego, choć ciekawam bardzo, czego się uczysz, leżąc tu na sianie? Ale opowiesz mi to innym razem, teraz już nie mam czasu; do widzenia.
Może ja i jestem leniuszkiem? pomyślała sobie Lucia. — W domu tam wszyscy pracują: ojciec, mateczka, Reginka, wszyscy ludzie — ale tak gorąco...
Spojrzała w górę, — na poblizkiej sośnie siedziała wiewióreczka, łuszcząc szyszki sosnowe. Nakryła się od słońca puszystym ogonkiem niby żółtą parasolką i chrupała twardą szyszkę tak głośno, że słychać było.
— Czy to prawda, wiewióreczko, że ja jestem leniuszkiem? — zapytała Lucia nieśmiało.
— Bo ja wiem, moja dziewczynko — odpowiedziała wiewiórka wesoło — może ty ciężko pracujesz, leżąc na tem sianie; może ci kazali go pilnować, żeby sarny nie zjadły, a ty pilnujesz, choć cię plecy bolą od leżenia. Różne bywają zajęcia.
— Nie — rzekła Lucia — ja leżę tu z własnej ochoty, bo mi to przyjemność sprawia. Ale dziś tak gorąco, przecież i ty nic nie robisz.
— Ja nic nie robię? Dobrze się znasz na tem! Zobacz, co szyszek pogryzłam. Myślisz, że to bardzo smaczne? Znajdzie się tam czasem ziarnko, ale takie maleńkie, że go nie poczujesz w żołądku. Więc gryź znowu, bez końca, póki nie będziesz syta. Od rana tak dziś pracuję, a daleko mi jeszcze do zaspokojenia głodu. Ale cóż robić, mama powiedziała: moje dzieci, szukajcie sobie teraz same pożywienia, ja muszę zbierać zapasy na zimę, śpiżarnia pusta. I szukamy. Żeby choć orzechy już były.
— I ja lubię orzechy — rzekła Lucia — to bardzo smaczny owoc.
— Wiem, wiem, że ci smakują — zawołała wiewiórka. — Ludzie to takie łakome stworzenia, wszystkoby sami chcieli zagarnąć dla siebie: jedzą zboże, mięso, owoce, co tylko jest do jedzenia. Zdaje im się, że świat cały Pan Bóg dla nich stworzył.
— Alboż nie? — spytała Lucia.
— O, wcale nie, jestem pewna, że każdemu stworzeniu dał Bóg życie dlatego, żeby było szczęśliwe; ale człowiek jest mądry i zazdrości wszystkim; wymyślił sobie, że wszystko dla niego, i zdaje mu się, że ma prawo niszczyć, zabijać, męczyć. Okrutni są ludzie.
— Ja nawet muszki nie męczę — zauważyła Lucia.
— Ale żebyś mię złapała, to zamknęłabyś mię w klatce? Ho, ho, znam ja ludzi! Mamusia mię uczyła. Pewno tam więzisz jakiego niewinnego ptaszka? A co sideł po lesie, a mało to zwierzyny zabijacie dla przyjemności? I wilk pożera inne zwierzęta z głodu, ale człowiek nie z głodu zabija zające, sarny, kuropatwy, małe jarząbki. Cóż mu one zawiniły?
Luci bardzo przykro było słuchać tych skarg na ludzi, więc rzekła z pewną urazą:
— Niesprawiedliwa jesteś, wiewióreczko, wiedz o tem, iż żadnego ptaszka nie mam w klatce.
— Hm, to może przez lenistwo, bo jeśli ci się nie chce dla siebie samej szukać pożywienia i czekasz, aż ci je starsi podadzą, to jakżebyś żywiła ptaszka? Zdaje mi się, że ty jesteś bardzo leniwa, dziewczynko.
Lucia odwróciła głowę, żeby nie patrzeć na niegrzeczną wiewiórkę, w tej chwili ujrzała skuloną w trawie pod samym stogiem żabę. Żaba patrzała na nią wielkiemi, wytrzeszczonemi oczyma, jak gdyby także miała coś do powiedzenia, i Luci przyszło na myśl, że ta przynajmniej nie może oskarżać ją o lenistwo, bo sama kryje się przed słońcem i najwidoczniej nic a nic nie robi.
— Prawda, żabko — powiedziała — my wiemy, co to znaczy upał?
Żaba szeroko otworzyła paszczę, lecz trudno było zgadnąć, czy to oznacza uśmiech, czy ziewnięcie, czy westchnienie.
— Tak, tak — potwierdziła, skrzecząc — gorąco to rzecz bardzo nieprzyjemna, najlepiej odpoczywać, kiedy słońce świeci.
— I ja tak myślę — rzekła Lucia — nie wiem, dlaczego za to nazywają mię leniuszkiem.
— Hm, to nie wydaje mi się sprawiedliwe — powiedziała spokojnie żaba. — A kiedyż ty pracujesz?
— Widzisz — mówiła Lucia — u ludzi jest taki zwyczaj, że tylko starsi pracują.
— A ty jesteś jeszcze dziecko? Hm, hm, duże dziecko, ogromne dziecko; ludzkie dzieci są bardzo duże. Więc ty jeszcze nie pracujesz? To zapewne musisz się uczyć, bo człowiek tyle rzeczy umie, — ho, ho, co to za mądre stworzenie!
— Ja się też niby uczę, ale w takie upały —
— Wolisz naturalnie uczyć się w nocy?
— W nocy? A kiedyż bym spała?
— Więc nic nie robisz? Dobrze, że masz rodziców, którzy cię żywią, ale się nie dziw, że cię nazywają leniuszkiem.
— Moja żabo — rzekła obrażona Lucia — nie wiem, czy ty masz prawo tak do mnie przemawiać, bo widzę, że sama nic nie robisz.
— Eh, moje dziecko, powiedziała żaba pobłażliwie — zaraz to widać, że się nic nie uczysz, bo inaczej wiedziałabyś przecież, jak żaby wam są potrzebne. Idź tylko do ogrodu i obejrzyj sałatę, a zaraz poznasz ten zagon, który oczyściłam w nocy od gąsiennic. Gdyby nie my, pięknieby wyglądały wasze ogrody. Ale ty jeszcze nic nie wiesz, z tobą nawet niema o czem mówić. Ot, dziecko.
Lucia była rozgniewana, lecz cóż mogła odpowiedzieć? sama się usprawiedliwiała przed żabą tem, że jest jeszcze dzieckiem. Coraz bardziej wstyd jej było: tam wiewiórka męczy się nad twardemi szyszkami, bo matka jej kazała szukać sobie pożywienia; tu żaba spracowana patrzy na nią wielkiemi wytrzeszczonemi oczyma; w polu pracują ludzie, tatuś czuwa nad nimi od samego świtu; mateczka też nie próżnuje, ani Reginka, ani ta jaskółka zwinna, co nazwała ją pisklęciem, nikt nie próżnuje, tylko ona jedna.
Spojrzała znów na żabę, ale żaba zmieniła się jakoś: stała się podobna do złośliwego karzełka, który wykrzywiał się brzydko i pokazywał jej figę.
Cóż to znowu? — chciała odezwać się Lucia, ale zbrakło jej głosu, uczuła jakiś ciężar na piersi, na oczach, podniosła senne powieki i nie wiedziała sama, czy to wszystko snem było, czy rzeczywistością. Żaby dostrzedz nie mogła, na sośnie wiewiórka ogryzała szyszki, jaskółki latały nad łąką.
Ale czy naprawdę z niemi rozmawiała?







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.