<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Niezwalczone sztandary
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1923
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów - Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVI.

Różne bywały stadja w tem zbieraniu rozproszonych sił polskich.
Pewnego razu wezwał Niwińskiego do siebie — doktor Praszil.
Czem doktor Praszil był — nikt dokładnie powiedzieć nie umiał, ale wszyscy wymawiali jego nazwisko niemal z trwogą. Mieszkał u konsula francuskiego, z którym do spółki knuł różne intrygi, zaś urzędował tuż przy stacji w jakich posępnych, pustych, murowanych budynkach, po których kręciło się kilku cichych, małomównych żołnierzy w pantoflach i w rozchełstanych „rubaszkach”. Co się w tych budynkach działo, nikt nie wiedział i nikt się tem nie zajmował.
Zawezwany Niwiński iść musiał.
Z doktorem Praszilem dotychczas nic do czynienia nie miał, ale znał go. Był to człowieczek małego wzrostu, fertyczny, tłuściutki, rumiany jak wymyty prosiaczek i ryży. Oczy miał duże, wodniste, blade, czyste, nieruchome. Twarz — może troszkę semickich rysów, może odrobinkę nazbyt pewną siebie, może o włosek zanadto zarozumiałą, aby była dystyngowaną, ale — inteligentną i dość nawet subtelną. Kiedy tego potrzebował — patrzył prosto w oczy, nie zezując, śmiało, spokojnie, nieruchomo, jakby się temi oczami wgryzał. Chodził w białym garniturze sportowym, zawsze czystym, w czarnych pończochach i żółtych trzewikach. Rączki miał drobne, pulchne, chód żywy, mówił cicho.
Niwiński przyszedł przed południem. Doktor Praszil, mimo szalonego upału, czekał na niego na małym dziedzińcu i nie zaprosił go do wnętrza ponurych wprawdzie, lecz chłodem miłym wiejących budynków. Chodząc po podwórzu wykładał:
— Wojska Konstytuanty biją się źle, nie chcą się bić, częściowo nawet poddają się i przepuszczają przez front bolszewików. My musimy iść dalej na Wschód, aby się połączyć z dywizją Syrowego. Czeczek musi wszystkich sił użyć w tym kierunku. Na dwa fronty bić się nie możemy. Dlatego w tych dniach musimy oddać bolszewikom na jakiś czas Syzrań.
— A most?
— Mostu nie. Tylko Syzrań. Może to doda bodźca Samarze do energiczniejszej pracy. Ale ty wiesz, że i tu położenie jest już ciężkie. Rosjanie chcieliby komenderować nami, jak bolszewicy Łotyszami. Wczoraj oficer rosyjski ranił ciężko naszego oficera w przystani. A proletarjat mówi wciąż o powrocie bolszewików i ma dość i nas i swoich. Jednym słabym bataljonem w szachu tego miasta utrzymać nie można. Dlatego potrzebuję bardzo kozaków, których tłum się boi i którzy doskonale się do tej roboty nadają.
— Bardzo ciekawe historje opowiada! — myślał Niwiński, chodząc po podwórzu i omijając za każdym razem starannie głęboki dół, wykopany tuż pod progiem jednego budynku.
— Wiadomo ci — ciągnął dalej Praszil — że kozacy są narodem rolniczym, a tu zbliża się lato. Powiadają, że daliby mi parę pułków jazdy, tylko że brak im będzie rąk roboczych. Idzie o to, jak temu brakowi zaradzić. Nie jest to niemożliwe. Rozporządzamy oborami jeńców, których, zwłaszcza cofając się, nie możemy za sobą zostawiać, bo bolszewicy natychmiast tych ludzi uzbrajają i pędzą do boju. Dlatego ja muszę te obozy likwidować.
— Zupełnie słusznie.
— W ten sposób miałbym siły robocze dla kozaków. Dam im wszystkich Węgrów i Niemców. Źle im tam nie będzie, ale — kozacy ich naturalnie ze wszystkiego obedrą. Tymczasem żołnierz potrzebuje: scyzoryka, koca, poduszki, papierośnicy, zapalniczki i mnóstwa rzeczy, których my mu dostarczyć nie możemy, bo ich tu niema... Tak samo buty, płaszcze... Jeniec ma iść do kozaków w pięknych butach a nasz żołnierz ma się bić boso?
— Prawda, ale przecie jakośto —
— A jak Niemcy robią? Obdzierają jeńców do koszuli! Odbierają im wszystko, buty, płaszcze, zegarki... Nie mówmy o pospolitym rabunku pierścionków, pieniędzy i tak dalej, chociaż i to względne... Ale choćby zegarek... Zegarki są w wojsku potrzebne, powinno ich być jak najwięcej... To jest jak broń...
— No, to już twoja rzecz...
— Tylko że, widzisz, w tych obozach są oprócz Węgrów i Niemców, narodowości „ententowe” — Polacy, Serbowie, Chorwaci, Włosi, Rumuni... Tych ja nie chciałbym traktować tak jak Niemców i Węgrów...
— Oczywiście! — zapalił się Niwiński.
— I dla tego zorganizowałem międzynarodową komisję dla spraw jeńców, mającą czuwać nad ewakuacją obozów i propagandą. Członkiem tej komisji jest jeden Rumun, Petrowić i ty. Komisja jest już zatwierdzona, legitymację ci dam...
— Poco mi?
— Bo musisz dziś na noc jeszcze jechać do Syzrania i ewakuować tamtejszy obóz... Dam ci kilku swoich żandarmów, paru Rumunów i Serbów a Polaków weź ile chcesz... Tam jest obóz z siedmiu tysiącami jeńców, a front oddalony ledwie o parę kilometrów i lada chwila może się przerwać...
— O, psiakrew...
— Tak jest. Pszakrew, pszakrew! A my tam mamy tylko jedną słabą „rotę”.
— Poślij Petrowića.
— Już go posłałem w inną stronę a Rumun pojechał do Stawropola likwidować tamtejszy obóz... Musisz jechać ty...
— Nie mogę. Jestem chory.
— Co ci jest?
— Od kilku dni mam cholerynę. Widzisz, że ledwo chodzę.
I istotnie, tak mu się słabo zrobiło, że oglądał się, gdzieby usiąść. W kącie podwórza stała mała drewniana ławeczka.
— Jeszcze i to. Choleryna coraz więcej się rzeszy. Nie pij „kwasów”, to głównie z tego. A za Wołgą już jest cholera. Ale jechać i tak musisz. Obóz zlikwiduj za każdą cenę. Napakuj choćby po stu ludzi do ciepłuszki i wywieź.
— Poduszą się!
— Niech się poduszą. Ze sztabem nie baw się w żadne ceremonie.
Niwiński nie mógł już dłużej ustać na nogach i osunął się na ławeczkę.
Doktor Praszil spojrzał na niego a po chwili wahania rzekł:
— Nie siadaj tu.
— Czemu?
— Nie widzisz?
Nie było nic nadzwyczajnego. Zwykła ławeczka, kiedyś może czerwona, teraz spłukana deszczem, ze śladami nie zmytej jeszcze czerwonej farby.
— Cóż takiego?
— Przecie tu wszystko obryzgane krwią.
Niwiński popatrzył uważniej.
Aha. Tak. To ślady krwi. I te kamienie! On myślał, że odłamki cegieł, a to wszystko krew.
— Co się tu stało? — zapytał zdziwiony.
— Powiesiliśmy tu dziś w nocy tego rotmistrza węgierskiego, który dowodził obroną Samary.
Ach, to więc ten dół pod progiem taki głęboki — to grób! Ludzie będą chodzili tędy tam i nazad, nie wiedząc nawet, że pod progiem leżą zwłoki szlachcica węgierskiego, który na czele Łotyszów, marynarzy rosyjskich, „czerwonych wojsk”, Chińczyków i jeńców bronił pod Samarą rządu Trockiego przed najazdem wojsk czeskosłowackich.
— Dziwnieście go wieszali, skoro tu tyle krwi. —
— Ludzie się mszczą. Moi żandarmi widzieli, co on wyprawiał z naszymi chłopcami w Samarze...
Niwiński, nie ruszając się z zakrwawionej ławki, przymknął oczy.
Słońce! Słońce!
Grzało go dobrotliwie swemi ciepłemi promieniami. I tego żandarma też. I do niedawna owego Węgra także.
Otworzył oczy.
— I poco ludzie tak się męczą? — odezwał się.
Doktor Praszil wzruszył ramionami.
— Co mnie to obchodzi? Ja robię swoje. Nie bój się, mnie nie oszczędzaliby z pewnością. Może koniaku trochę ci dać?
— Daj. Ledwie siedzę.
— Ale pojedziesz de Syzrania?
— Pojadę.
Na drugi dzień wczesnym rankiem znalazł się już w Syzraniu. Wziąwszy ze sobą dwuch żołnierzy udał się przypadkowo znalezioną dorożką do sztabu. Co za cud! Pomimo bardzo wczesnej pory zastał dowodzącego na tym „froncie” jenerała.
— Sytuacja wojenna? — mówił pan jenerał — Właściwie to sytuacji wojennej niema. Główne grupy stoją naprzeciw siebie po obu stronach toru kolejowego... inne próbują flankować... około pięciu wiorst od miasta... Po naszej stronie cztery tysiące ludzi... Dziś dostaniemy jeszcze jeden świeży bataljon... Ba, żeby się chciał bić, to naturalnie, rozumie się... Ewakuować obóz? Wybornie. I tak kłopot mamy z jeńcami, a ani jednego człowieka do pilnowania. I owszem, wszelką pomocą służę... Tylko...
Pan jenerał przyglądał się przez dłuższą chwilę wielkiej zielonej mapie z gajami, rzekami, wzgórzami i wsiami wzdłuż toru kolejowego. Był to cichy, piękny, zielony świat, jak gdyby widziany z aeroplanu lecącego dwieście metrów nad ziemią.
A potem spojrzał w okno.
Na świecie było też zielono, bardzo jasno, cudownie. W ciszy poranka brzęczały muszki, rozlegało się wesołe ćwierkanie wróbli.
I tak stali przez jakiś czas, spowici w wielką, cichą rzeczywistość słonecznego poranka letniego.
Sytuacja wojenna? Sytuacji wojennej właściwie niema. Są głupi, mózgu pozbawieni, puści ludzie, wymyślający wciąż rzeczy niepotrzebne, hałasujący, mącący pogodny, słodki akord życia, ale...
— Muszę osaczyć obóz! — rzekł Niwiński głośno, otrząsając się z tej ciszy.
Jenerał spojrzał na niego z pobłażliwem współczuciem.
— Iditie, iditie! — rzekł dobrotliwie — A tylko ludzi wam dać nie mogę, sam nie mam...
— Wezmę pół roty czeskiej...
— Da, da, wsiewo choroszawo...
Zamykając za sobą drzwi jeszcze raz spojrzał Niwiński na jenerała.
Dobrodusznie uśmiechnięty pan stał przed zieloną mapą, w zadumie patrząc na drogi, strumienie, cerkwie, chałupy chłopskie, pastwiska nadrzeczne...
— Ba, gdyby się chciał bić, to naturalnie... Ale któżby chciał?
Parę godzin później platforma samochodowa, najeżona bagnetami i chełmami czeskich piechurów leciała szerokiem błoniem ku obozowi jeńców. Z drugiej strony wysunął się, podzielony na drobne grupy, mieszany pluton Niwińskiego.
Obóz — duże miasteczko barakowe — leżał wśród szerokiej falistej równiny, zielonej i słonecznej. Jak tylko zdaleka pokazała się platforma, miasteczko zaroiło się. Na długie, równe ulice wysypały się tłumy szarych żołnierzy. Straży żadnych nigdzie nie było; jeńcy, gdyby chcieli, mogli się poprostu rozejść. Niektórzy z nich, nie przeczuwając snać nic dobrego, próbowali się wymknąć, ale było już zapóźno.
Pozostawało pooddzielać narodowości, przygotować ludzi do wymarszu i postarać się o środki przewozowe. Trzeba było znowu jechać do sztabu.
Ale tam było już pełno oficerów, siedzących niezmordowanie za stolikami i nie mających na nic czasu. Odsyłali sobie wzajemnie Niwińskiego, każąc mu wnosić jakieś „podania”, pisać coś, a przedewszystkiem zasadniczo kłócąc się ze sobą. Bałagan robił się coraz większy, bo prócz oficerów coraz tłumniej zaczęły urzędować sztabowe panienki. Wreszcie Niwiński nie wytrzymał.
— Pozwólcie sobie powiedzieć! — rzekł szorstko do jakiegoś zabiurokratyzowanego pułkownika, tępego a kretynio przekornego — Ja nie proszę. Ja żądam. Mam rozkaz zlikwidować obóz bezwarunkowo. Skoro mi środków przewozowych odmawiacie, wezmę obóz pod karabiny maszynowe i po pół godziny zostanie z niego tylko kupa trupów — A jak potem Syzrań będzie wyglądał — nie moje dieło!
W pół godziny znalazło się czterdzieści ciepłuszek, „Karamzin”, wielki statek na trzy tysiące prawie ludzi i dwie wielkie barki.
Upewniwszy się, gdzie to wszystko jest, Niwiński wrócił do obozu.
Karabiny maszynowe stały na swojem miejscu ale żołnierze kręcili się bezładnie wśród jeńców. Miny mieli rozwydrzone, oczy im błyszczały.
— Z pewnością rabowali! — myślał Niwiński.
Kazał sobie pokazać Polaków.
Było ich zgórą stu.
Nie prezentowali się źle. Trochę starych żołnierzy, zmordowanych, schorowanych niedołęgów, więcej młodzieży, dużo typowych podoficerów-zupaków z pełnemi chytremi pyskami, naogół towarzystwo zdemoralizowane, rozwłóczone trochę, cyniczne, może zdeprawowane, lecz nie najgorsze jeszcze. Banda, ale nie szajka. Kilkunastu zgłosiło się do wojska natychmiast, reszta oświadczyła, iż w obozie jeńców mówić o tem nie chce.
Haulaniu po obozie trzeba było położyć koniec.
— Zbiórka przed barakami do dziesięciu minut — zarządził Niwiński — jeśli kto po dziesięciu minutach zostanie znaleziony w barakach — kula w łeb!
Nareszcie, kiedy słońce miało się już ku zachodowi, Niwiński, czarny od kurzu i od słońca, zachrypnięty krzyknął na cały plac, jak kiedyś szczekał na całe podwórze koszarowe.
— Doppelreihen rechts! Marschieren!
Podoficerowie podchwycili komendę.
— Erste Abteilung — Marsch!
Ustawieni w czwórki nędzarze ruszyli.
Szli koło Niwińskiego Serbowie, obojętni na wszystko, apatyczni, pewni, że do tego nowego wojska pójdą, bo ono prowadziło żywą propagandę zapomocą kijów. Szli Rumuni, kłótliwi i szwargocący niezrozumiale. Dreptali nieszczęśliwi w tych równiach i stepach Włosi. Stadem ogromnem walili się plugawi, zdziczali Węgrzy. Jak na tułaczkę wędrowali wiecznie z miejsca na miejsce pędzeni a tak już stęsknieni Polacy. Wmieszali się między nich Rusini. Bataljonem zwartym, choć gadatliwym i podnieconym, maszerowali Niemcy, wciąż butni i ufni, że im nic złego stać się nie może.
Zaś Niwiński stał i pilnując porządku maszerujących mas, nawoływał:
— Mehr Ordnung binein! Vorwärts, vorwärts! Ordnung!
Długa, gwarna kolumna szła piasczystą drogą, niecąc tumany pyłu, wśród którego połyskiwały bagnety żołnierzy.
Niwiński przyglądał się jeńcom.
Nie pytali, dokąd ich pędzą, poco, co z nimi zrobią, ani jeden nie zapytał nawet, jakiem prawem rozkazuje się im. Widzieli karabiny maszynowe i bagnety — i to im najzupełniej wystarczało. Byli tak zobojętniali, że gdyby straże, zamiast na kolej, na statek, kazały im iść wprost w wodę Wołgi, byliby poszli. Tak samo szli do bitwy, pędzeni przez Chińczyków, marynarzy i swych sprzedajnych oficerów. Oto dziś od rana nie mieli nic w ustach — podobnie jak Niwiński i jego ludzie — ale żaden z nich nawet nie spytał, czy bodaj chleba kęs im dadzą lub herbaty kubek. Za nimi pozostało ich dziwne, tajemnicze miasteczko — długie rzędy baraków i długie szerokie między niemi ulice — coś w rodzaju udoskonalonej wsi indyjskiej — efemeryda sztucznego i fantastycznego życia społecznego z musu, środowisko przeżyć dziwnych a bolesnych, obserwacyj, kto wie, jak ciekawych, cierpień wyjątkowych, tragedyj głębokich a nikomu nieznanych, bądź co bądź, mimo wszystko, strzęp Europy środkowej porzucony w dalekim stepie, otoczony świeżem, brutalnem życiem pierwotnem.
— A więc — zlikwidowałem przecie jeden z tych dziwolągów Wielkiej Wojny! — myślał Niwiński z nietajonem zadowoleniem.
Bo teraz ci oto ludzie rozproszą się i wyjdą z ogrodzenia drutów kolczastych. Prawda, tych drutów nikt nie pilnował, jednakże jeńcy tak do nich przywykli, iż sami przekroczyć ich nie śmieli. A teraz rozproszą się po świecie. Jedni pójdą bić się — drudzy będą dźwigali przy eszelonach intendentury ciężary, jeszcze inni zasiędą w warsztatach, reszta wreszcie pójdzie pracować na roli dalekich krajów, zobaczy nowe miasta, nowych ludzi! O, nie trzeba się bać nowych ludzi! Wszędzie jest — to samo! Między nowymi ludźmi nie gorzej niż między starymi znajomymi. Są, którzy nigdy się nie poznają, są starzy znajomi, którzy się nigdy przedtem nie spotykali. Każde życie jest lepsze od więzienia.
Późnym wieczorem „Karamzin”, wielki statek rzeczny, pełen jeńców, żołnierzy a także zmykających ze Syzrania oficerów sztabowych, zaczął się zwolna odsuwać od brzegu.
Na tle prawie czarnego nieba, obwieszonego festonami z posępnych, poszarpanych chmur, widać było w oddali białe ognie szrapneli. Ale potem niebo wypogodziło się, pokazał się księżyc i Wołga zagrała srebrnym blaskiem w całej swej szerokości.
Było cudownie.
Niwiński stał na przodzie statku, zapatrzony w migotliwy przestwór wodny i sygnały świetlne, połyskujące na brzegach. Noc była letnia, ciepła, cicha. Jeńcy usadowili się na pokładzie, jedli, palili papierosy, rozmawiali. Żołnierze Niwińskiego, zjadłszy olbrzymi kocioł jajecznicy, posnęli z karabinami w rękach. Naraz zawisł w powietrzu cichy, dojrzały, pełnodźwięczny akord głosów męskich i zabrzmiała stara, dawno znana pieśń. To śpiewał chór jeńców-Rusinów.
Zaś Niwiński rozważał swe tak dziwne od jakiegoś czasu życie. Rozumiał dobrze, iż wszedł na drogę, jaką nigdy dotychczas nie chodził, a której wilczych dołów żadne rozumowanie zasypać i wygładzić nie mogło. Była to droga samodzielnego twórczego czynu. Widział i jasno zdawał sobie sprawę z tego, iż rzecz, której się jął, jemu i jego towarzyszom musi wyrosnąć ponad głowę, a któż mógł przewidzieć dalszy jej rozwój, kto mógł przewidzieć koniec? Gmatwały się sprawy tak, iż prawie zupełnem niepodobieństwem było robić dobrze, nie robiąc równocześnie źle — jak zwykle na tym świecie, kiedy człowiek zabierze się do jakiejś rzeczy, z których każda ma zawsze nie, jak się zwykło mówić, dwie strony, ale znacznie więcej...
Trzeba było nie iść — lecz lecieć z czasem, nie mając chwili do namysłu. Oto tak niedawno jeszcze stał na dworcu penzeńskim ze swemi dwoma kuferkami w rękach i kłócił się z bolszewikiem czeskim, który go chciał aresztować... A potem Lipiagi, poranek na moście samarskim...
W świetle księżyca mignęła w oddali srebrna, misternie dziergana, koronkowa wstęga.
Most syzrański!
— Pamiętasz? — zaszemrały zcicha fale Wołgi.
Wspominał Niwiński kuszącą, tajemnicą, błękitną obietnicę, wspominał gorące pytanie swoje i ten palący ból zawiści...
A oto, ledwie parę tygodni minęło, zbliżał się do tego mostu w cichych, miękkich objęciach rzeki jako komendant statku, wioząc kilka tysięcy ludzi ze stworzonego przez Wielką Wojnę dziwacznego miasteczka, które jednym ruchem palca z mapy wymazał.
Zatrzeszczał maszynowy karabin warty czeskiej, mignęły sygnały świetlne, przeciął ciemności olbrzymi, szeroki miecz białych promieni.
Wołga śmiała się cichem, słodkiem chichotaniem fal...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.