Pani Bovary/Część pierwsza/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustave Flaubert
Tytuł Pani Bovary
Wydawca Wydawnictwo Przeglądu Tygodniowego
Data wyd. 1878
Druk Drukarnia Przeglądu Tygodniowego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Ludwika Kaczyńska
Tytuł orygin. Madame Bovary
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

Zaproszeni przybyli wcześnie, powozami, jednokonnemi karyolkami, dwukonnymi wózkami, starymi karyklami bez budy, brykami o skórzanych firankach, a młodzież z sąsiednich wiosek na drabiniastych wozach z rękami opartemi o drążki, żeby nie upaść przy silnem trzęsieniu. Nazjeżdżali się z dziesięciomilowego obwodu; z Goderville, z Normanville i z Cauy. Pospraszano wszystkich krewnych obudwu rodzin, pogodzono się z poróżnionymi przyjaciołmi, porozpisywano listy do znajomych oddawna z oczu straconych.
Od czasu do czasu słyszano trzaskanie z bicza za płotem; niebawem otwierały się wrota i wjeżdżała karyolka. Pędząc galopem aż do pierwszego stopnia ganku, stawała nagle i wyrzucała napełniającą ją publikę, która ze wszystkich stron wysiadała rozcierając sobie kolana i prostując ramiona. Panie w czepeczkach, miały suknie kroju miejskiego, złote łańcuszki przy zegarkach, pelerynki z końcami u pasa skrzyżowanemi, lub kolorowe chusteczki szpilką z tyłu przypięte. Małe chłopcy, podobnie do swych ojców ubrani, zdawali się skrępowani w nowych kurtkach, niektórzy z nich nawet pierwszy raz w życiu mieli buty na nogach, — obok nich widziano milczącą i nieśmiałą, w białej sukience od pierwszej komunii, przydłużonej na tę uroczystość, czternasto lub szesnastoletnią dziewczynkę, zapewne kuzynkę ich lub starszą siostrę, czerwoną, zalęknioną, z włosami wysmarowanemi różaną pomadą, i w ciągłej obawie żeby nie zbrudzić świeżych rękawiczek. Ponieważ nie było dosyć parobków ków do wyprzęgania wszystkich koni, panowie zawijali rękawy i sami czynność tę spełniali. Stosownie do swego położenia towarzyskiego, mieli na sobie fraki, tużurki, kapoty, kurtki: — wszystko to świeże, otoczone poważaniem całej rodziny, tylko na wielkie uroczystości na świat boży występujące: surduty z wielkiemi połami na wiatr rozwianemi, z okrągłym kołnierzem, z kieszeniami szerokiemi jak worki, żakiety z grubego sukna, zwykle w parze z czapeczką o miedzianej opasce nad daszkiem; kurtki bardzo krótkie, z dwoma guzikami na tyle, świecącemi jako para oczu, które zdają się jakby z jednej sztuki ciesielskim toporem wykrojone. Niektórzy jeszcze (ale ci, zapewne, musieli na szarym końcu obiadować) mieli na sobie bluzy odświętne, to jest z kołnierzem wyłożonym na ramiona, ufałdowanemi drobno plecami i szytym pasem bardzo nizko przepięte.
A gorsy od koszul na piersiach wydymały się jak pancerze! Wszyscy panowie byli na świeżo wystrzyżeni, uszy odstawały im od głowy, byli czysto ogoleni; niektórzy nawet wstawszy przed świtem i goląc się przez pół po ciemku mieli kresy pod nosem, lub na policzkach skórę pozdrapywaną miejscami, co zaczerwienione od chłodnego wiatru podczas drogi, upstrzyło w różowe kółka wszystkie te pilne i rozpromienione oblicza.
Ponieważ merostwo znajdowało się tylko o pół milki od folwarku, pieszo się tam udano po dopełnieniu kościelnego ślubu. Orszak weselny, zrazu jednolity jak różnobarwna wstęga wijąca się przez pole wzdłuż wązkiej ścieżki pośród zbóż zielonych, porozrywał się niebawem na pojedyncze gromadki, które się opóźniały rozmawiając. Muzykant szedł naprzód, ze skrzypcami ustrojonemi we wstęgi barwiste; za nim postępowali nowożeńcy, krewni, przyjaciele i znajomi, a dzieci pozostawały w tyle, bawiąc się zrywaniem kwiatków z pomiędzy owsa lub goniąc się za plecami starszych. Suknia Emmy, trochę powłóczysta, zaczepiała się o trawy; od czasu do czasu młoda oblubienica, unosiła ją nieco i delikatnie oczyszczała z kolców ostu i innego zielska, podczas gdy Karol czekał z próżnemi rękoma aż skończy. Ojciec Rouault, w nowym kapeluszu na głowie, i wyłogami od rękawów spadającemi mu aż do paznokci, podawał ramię starszej pani Bovary. Pan Bovary ojciec, który lekceważąc to całe towarzystwo, przybył sobie w surduciku na jeden rzęd guzików zapiętym, kroju wojskowego, prawił tymczasem karczemne grzeczności młodej jasnowłosej wieśniaczce. Dziewczyna dygała, rumieniła się i sama nie wiedziała co odpowiadać. Inni rozmawiali o swoich interesach lub sobie płatali wzajemnie figle, zaprawiając się zawczasu do wesołości, a całemu temu gwarowi towarzyszyły ciągle tony skrzypka, który nie przestawał przygrywać. Ilekroć spostrzegł że znacznie wszystkich wyprzedził, zatrzymywał się, nacierał dobrze kalafonią smyczek, żeby lepiej skrobał po strunach, poczem szedł znowu dalej, podnosząc i zniżając kolejno szyjkę swoich skrzypiec, dla lepszego oznaczenia muzycznego rytmu. Dźwięki instrumentu wystraszały ptastwo gnieżdżące się w krzakach przydrożnych.
Stół zastawiono pod szopą wozowni. Podano cztery pieczenie wołowe, sześć półmisków potrawy z kurcząt, duszoną cielęcinę, trzy ćwiartki skopowiny; środek stołu zajmowało tłuste prosię pieczone, ubrane czterma kiełbaskami ze szczawiem. W rogach stołu stały karafki z wódką. Butelki ze słodkim jabłecznikiem miały przy karkach kołnierze z gęstej piany, a wszystkie kieliszki naprzód już napełnione zostały winem po same brzegi. Wielkie półmiski z żółciutką śmietaną, która się kołysała na wszystkie strony za najlżejszem poruszeniem stołu, przedstawiały na swej: gładkiej powierzchni cyfry nowożeńców usypane z maczku kolorowego. Sprowadzono cukiernika z Yvetot, który upiekł torty i placki ze smażonemi owocami. Ponieważ to był pierwszy jego występ w tej okolicy, pracował sumiennie, przyniósł nawet na wety arcydzieło swojej sztuki, które wywołało głośne okrzyki podziwu. Podstawę jego tworzył czworokąt z niebieskiej tektury, przedstawiający świątynię z portykami, kolumnadą i posążkami z gipsu marmurowego w niszach wyklejonych złoconym papierem; na niej stała wieża z ciasta śmietankowego, otoczona pomniejszemi warowniami ze smażonego dzięglu, migdałów, rodzenków i ćwiartek pomarańcz; wreszcie na samym wierzchu, przedstawiającym zieloną łąkę ze skałami i jeziorami z konfitur, po których pływały statki z orzechowych łupin, widziano małego Amorka, bujającego się na czekoladowej huśtawce, której dwa słupki zakończone były w miejscu kulek dwoma naturalnemi pączkami róży.
Uczta trwała do samego wieczora. Kto się zmęczył siedzeniem, szedł się przechadzać po podwórzu lub zagrać w korki w stodole, poczem wracał do stołu. Niektórzy z gości zdrzemnęli się nawet i chrapali. Przy kawie dopiero wszystko się ożywiło, zaczęto śpiewać piosneczki, mocowano się, podnoszono ciężary, probowano dźwigać wozy na ramionach, dowcipkowano, całowano damy. W chwili odjazdu, konie napasione owsem nie mieściły się w holoblach; wierzgały, stawały dęba, zaprzęgi się zerwały, panowie klęli lub się śmieli; a przez całą noc, po okolicznych drogach tętniły przy świetle księżyca wozy i wózki pędząc galopem po kałużach i kamieniach, zaczepiając i krzaki przydrożne — pełne kobiet, które się wychylały aby lejce pochwycić.
Ci, którzy pozostali w Bertaux, pili przez całą noc w kuchni folwarcznej. Dzieci pospały się pod ławkami.
Panna młoda uprosiła ojca żeby jej oszczędzono zwykłych przy weselnych uroczystościach żartów i facecyj. Jednakże jeden z ich krewnych, handlarz ryb morskich (który nawet przywiózł parę takowych na ślubny podarunek), zaczynał już wdmuchywać do małżeńskiej komnaty wodę przez dziurkę od klucza, gdy ojciec Rouault nadszedł w sam czas, żeby go powstrzymać i wytłumaczył mu, że poważne stanowisko zięcia jego nie pozwalało na takie nieprzyzwoitości. Kuzynek wszakże z trudnością ustąpił tym względom. Nazwał w duchu ojca Rouault dumnym i przyłączył się na uboczu do kilku innych gości, którzy dostawszy przypadkiem przy stole raz po razu gorsze kawałki mięsiwa znajdowali także iż ich źle przyjęto, szydzili po cichu z gospodarza i nieledwie ruiny mu nie życzyli.
Starsza pani Bovary ani ust przez cały dzień nie otworzyła. Nie zasięgnięto jej rady ani co do ślubnego stroju synowej, ani co do urządzenia weselnej uczty, wcześnie też odjechała. Małżonek zamiast jej towarzyszyć posłał po cygara do St. Victor i palił je do białego dnia popijając grok na wiśniaku, napój nieznany reszcie towarzystwa, co go jeszcze wyżej w oczach tych poczciwców postawiło.
Karol nie był usposobienia jowialnego; nie błyszczał też dowcipem podczas wesela. Odpowiadał z umiarkowaniem na docinki, dwójznaczniki, powinszowania i tłuste żarciki jakiemi go z obowiązku obsypywano od początku obiadu.
Za to nazajutrz, innym się stał człowiekiem. Jego to raczej możnaby było wziąść za wczorajszą dziewicę, podczas gdy nowo zaślubiona nic po sobie odgadnąć nie dawała. Najprzenikliwsi nie wiedzieli co mówić i wpatrywali się w nią kiedy przechodziła, z niesłychanem wytężeniem umysłu. Lecz Karol z niczem się nie ukrywał. Nazywał ją poufale swoją żoną, ciągle się o nią pytał, wszędzie jej szukał i często pociągał ją z sobą w podwórze, gdzie go widziano z daleka, pomiędzy drzewami, jak ją wpół obejmował i w szyję całował.
Trzeciego dnia po weselu odjechali nowożeńcy; Karol nie mógł na dłużej opuszczać swoich chorych. Ojciec Rouault odesłał ich swoją karyolką i sam ich odprowadził aż do Vassonville. Tam raz jeszcze córkę uściskał, wysiadł i pieszo zawrócił do domu. Uszedłszy ze sto kroków stanął, a spojrzawszy za oddalającą się karyolką, której koła obracały się wśród tumanu kurzu, westchnął głęboko. Potem przypomniał sobie swoje własne wesele, swoje dobre dawne czasy, pierwszą ciążę swej żony; on także bardzo był szczęśliwym w dzień, kiedy ją od ojca jej przywiózł do swego domu po śniegu; było to bowiem około Bożego Narodzenia i pola pokryte były białym całunem; siedziała za nim na koniu i obejmowała go jednem ramieniem, drugą ręką trzymając koszyk; wiatr powiewał długiemi koronkami jej normandzkiego czepeczka, które muskały go czasem po twarzy, a gdy odwracał głowę, widział tuż przy swem ramieniu różową jej twarzyczkę, która mu się wdzięcznie uśmiechała z pod złotej blachy czepeczka. Żeby sobie ogrzać paluszki, kładła mu je od czasu do czasu na piersiach. Jakież to stare dzieje! Syn miałby dziś trzydzieści lat! Poczciwiec obejrzał się raz jeszcze i nic już nie zobaczył na drodze. Zrobiło mu się smutno jak w opustoszałym domu; a gdy tkliwe wspomnienia połączyły się z czarnemi marami w umyśle jego przyćmionym wyziewami uczty, przyszła mu na chwilę chęć przejścia się w stronę kościoła. Bojąc się jednak aby ten widok bardziej go jeszcze nie zasmucił, powrócił prosto do domu.
Państwo Karolowie przybyli do Tostes około szóstej godziny wieczorem. Sąsiedzi śpieszyli do okien żeby zobaczyć nową małżonkę swego doktora.
Stara sługa wyszła na ich spotkanie, powitała nową panię, przepraszając za to że obiad jeszcze nie gotowy, i prosząc aby pani tymczasem obejrzała swój dom.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustave Flaubert i tłumacza: Ludwika Kaczyńska.