Pierścień z Krwawnikiem/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Pierścień z Krwawnikiem
Wydawca A. Piasecki S. A. Fabryka czekolady w Krakowie
Data wyd. 1938
Druk Krakowskie Zakłady Graficzne i Wydawnicze
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.
W KOMNATACH EHER-BALANA.

Wtym samym czasie, gdy doktór Adolf Firlej uświadomił sobie ostatecznie, że wir wypadków porywa go i unosi ku nieznanemu celowi — we wspaniałym pałacu przeora odbywała się narada. Niewiadomo skąd przybyło aż tylu dostojnych i znakomitych gości. Mieszkali wszyscy po części w klasztorze, po części — w faktorii chińskiej. W dzień nie można było odróżnić ich od tłumu ludzi zalegających ulice i plac targowy, gdyż daleka podróż wszystkim jednakowo opaliła skórę, nadała wspólny wszystkim wyraz największego wyczerpania i ostrej, prawie zwierzęcej czujności; zresztą ubrani byli wszyscy prawie na jedną i tę samą modłę — najpraktyczniejszą dla długiej i uciążliwej jazdy w siodle.
W komnatach przeora, gdzie podejmował gości ceremonialną herbatą lama-ochmistrz, w innej całkiem zjawili się oni postaci. Obok kilku poważnych Mongołów w jedwabnych chałatach i zielonych skórzanych butach z zagiętymi nosami, stali w czarnych szatach i białych lub czerwonych zawojach Hindusi-muzułmanie; na uboczu trzymali się ubrani w długie białe obcisłe surduty i takież spodnie Hindusi-brahmaniści z godłami kast na czołach i dłoniach; przy stole siedział nie stary jeszcze człowiek w czarnym kaftanie i czerwonym fezie z lśniącą na nim agrafą z brylantów i przepaską z dużych pereł. Oglądał całe towarzystwo dumnym wzrokiem i raz po raz pogardliwie i niecierpliwie wydymał wargi.
— Kto to jest? — spytał Dżałhandzy jednego z lamów usługujących gościom.
— Potężny radża Rungpuru, Ghas Bogra — odpowiedział lama z wyrzutem, że ktoś może nie znać radży.
Tymczasem Ghas Bogrze błysnęły oczy, gdy spostrzegł Iwari i Sumbarę. Wstał natychmiast i poszedł naprzeciwko obu Japończykom, dotykając dłonią piersi na znak powitania. W tej samej chwili na sali zjawiło się kilku młodych Chińczyków a za nimi kroczył stary, poważny człowiek, z długą, siwą, brodą. Radża zatrzymał się w półdrogi, wahając się kogo ma powitać wpierw, wreszcie powrócił na swoje miejsce.
Na dźwięk gonga goście przeszli do sąsiedniej sali. W głębi pomiędzy oknami stał tron. Siedział na nim przeor Eher-balan i witał wchodzących błogosławiącym ruchem ręki. Otaczał go tłum czerwonych i żółtych mnichów i bandi trzymających różne oznaki jego godności.
Goście kłaniając się przeorowi rozsiedli się po niskich ławkach, okrytych kobiercami, na których ułożono poduszki. Przed Eherem stały cztery fotele, wyścielane czerwoną tkaniną. Ochmistrz zaprosił tam radżę, jakiegoś siwobrodego brahmana z pałającymi oczyma i podwójnym znakiem na czole oraz starego Chińczyka i pułkownika Iwari.
Przeor przemówił:
— Zgromadziliśmy się tu z rozkazu Dałaj-Lamy, za zgodą wielkiego muftiego Mahomeda Ali oraz świątobliwego brahmana i mędrca, a mego druha, obecnego tu, Gajah-Dakka.
Siwobrody Hindus z lekka pochylił głowę.
— Cieszy mnie to — ciągnął dalej Eher-balan — że widzę tu przedstawicieli potężnych ludów — ościennych Chin i kwitnącej Japonii, oraz wysłańców Mongolii, krainy Buriatów, Kałmuków-Oletów, Kirgizów i innych, dla których słowa „Wolna i zwycięska Azja“ stały się hasłem! Witam wszystkich w imieniu Amitaby słowami błogosławieństwa i modlitwy: „Om, mani padme hung!“
— Om... om... — przebiegł pogwar po rozległej sali, gdzie z pułapu zwieszały się różnobarwne kilkunasto-metrowe pasma olbrzymich „hatyków“ — ofiarnych tkanin jedwabnych, składanych w darze przeorowi przez pobożnych pielgrzymów.
Zaczęły się ożywione obrady. Mówiono w różnych językach, a tłumacze powtarzali mowy po hindusku, chińsku i tybetańsku. Rozgrywał się wyścig o zwierzchnictwo w sprawie ostatecznego wyzwolenia Azji z rąk i wpływów białej rasy i o zjednoczenie ludów azjatyckich pod jednym kierownictwem.
Przedstawiciel wielkiego muftiego żądał, by na czele ruchu stanęli muzułmanie:
— Jesteśmy — mówił — najenergiczniejszym, najzdolniejszym do walki odłamem całej ludności naszego kraju! Na dany z Mekki sygnał podniosą się muzułmanie w Azji, Afryce, Europie i na wyspach oceanu Indyjskiego. Biała rasa zmuszona będzie walczyć na stu naraz frontach i — zginie! Jesteśmy czwartą międzynarodówką i przenikamy cały świat i cały świat możemy rozsadzić od wewnątrz!
Na to odpowiedział brahman Gajah-Dakka cichym głosem przenikającym do głębi świadomości:
— Jest nas około 200 milionów! — przekonywał. — Stając na czele ruchu wszechazjatyckiego przyniesiemy nasze doświadczenie z nieprzerwanej walki z Wielką Brytanią i naszą wiedzę tajemną, przed którą bezsilne będą armaty i samoloty ludzi białych.
Z kolei przemawiali Chińczyk i pułkownik Iwari, którego mowa wywarła silne wrażenie, gdyż dowiódł wyższości japońskiej armii i floty nad angielską, amerykańską i rosyjską i zapowiedział, że cesarstwo Wschodzącego Słońca zdoła dojść siłą oręża lub drogą przyjaznej umowy do trwałego sojuszu z Chinami, ukazując Europie półmiliarda ludzi zbrojnych, natchnionych wspólną ideą.
Wszystkie te wygłoszone mowy nie skrystalizowały się jednak w zgodny pogląd na całą sprawę. I właśnie wtedy wystąpił Dżałhandzy-lama, hutuhta i przeor najbogatszego i najbardziej wpływowego w Mongolii wewnętrznej klasztoru w Dołon-Norze.
Brzydka, płaska i ospowata twarz Mongoła zmieniła się do niepoznania. Stała się natchniona, a biły z niej poryw, duma i powaga. Chrapliwy głos jego brzmiał rozkazująco, przenikał do rozumu i serca, budził niepokój, wołał do czynu.
— Azja przebudziła się już i zerwała do lotu! Wszędzie, wszędzie, jak szeroka jest ziemia nasza, gdzie panowali potomkowie Dżengiza-Chana, myśl ta kiełkuje, a tam i ówdzie przeistacza się już w czyn zbrojny lub w protest, podtrzymany przez dziesiątki milionów ludzi o żółtej lub brązowej skórze! Słyszałem tu nawoływania Hindusów, Muzułmanów, Chińczyków i Japończyków, nawoływania gorące, rzucane z siłą przekonania i w dobrej wierze. Nie chcę bowiem myśleć, że zamierza ktoś przy ogniu wielkiej sprawy własną upiec pieczeń. Mieliśmy niegdyś wspólnego wroga — Rosję cesarską, która zagarniała połać po połaci naszej ziemi i niosła nam kajdany i zagładę. Teraz mamy jeszcze jednego wspólnego wroga, stokroć niebezpieczniejszego — tę samą Rosję, kierowaną przez komunistów. Oni również niosą nam zabór naszej ziemi, niewolę i zagładę tym groźniejszą, iż wytępiają w sercach ludzi wiarę w bogów, szacunek dla naszych odwiecznych instytucji i tradycji, nie uznają praw boskich i ludzkich i odrzucają miłość ojczyzny!
Głuchy szmer przebiegł po sali. Zgromadzeni w niej delegaci wyrażali solidarność ze słowami hutuhty, wypowiedzianymi w poprawnej mowie tybetańskiej. On zaś stał spokojny i wyniosły czekając aż tłumacz powtórzy mowę jego Hindusom i Chińczykom, a gdy ten skończył, ciągnął dalej:
— W imieniu Mongołów Chałchi, Czacharu, Bargi, Ordosu, Oletii, Dżungarii, w imieniu wszystkich chorągwi Mandżurów i Buriatów oświadczam, iż uważamy za najbardziej powołaną do kierowania ruchem wszechazjatyckim — Japonię — potężną, jednolitą i cywilizowaną. Uważamy, że walkę z Europą i Ameryką prowadzić należy bronią i metodami współczesnymi. To może nam zagwarantować wyłącznie Japonia jako najbardziej cywilizowane państwo, posługujące się tą samą bronią i środkami, co i Europa. Tak myślimy w sumieniu swoim, stroskanym o los miliarda uciemiężonych synów wielkiej Azji, która stała się wyzyskiwaną drapieżnie i bezwstydnie przez rasę białą. A jednak, mimo, że osobiście towarzyszę delegatom japońskim, czcigodnym panom Szimbo Iwari i Oto Sumbarze, mam do wypowiedzenia zlecone mi poważne zastrzeżenie...
Wszyscy delegaci za wyjątkiem spokojnie i nieruchomo siedzących Japończyków zwrócili głowy w stronę mówcy.
Dżałhandzy umilkł jednak i oczami dał znak, by tłumacz przełożył jego słowa.
Zdążył wypalić fajkę i, chowając ją za cholewę zielonego buta, rozwijał dalej swoją myśl.
— Wspomniane przeze mnie ludy i szczepy czyniąc mnie swym pełnomocnikiem poleciły mi oświadczyć co następuje: Przeważająca część ludności Azji ciemna jest, niewolniczo bierna, znękana nędzą i zgnębiona do reszty. Żadne słowa i namowy nie zmuszą jej do czynów śmiałych, wymagających wielkiego wysiłku i wytrwania! Słysząc o przewadze Japonii, w całej tej sprawie podejrzewać ją będą o zachłanność, oskarżą o dążenie do nowego zaboru cudzej ziemi. Z tym należy się liczyć najwięcej, bo wszakże tylko od jedności Azji zależeć ma jej wyzwolenie i jaśniejsza przyszłość! Cóż tedy należy czynić? Sądzimy, że jedyną drogą, prowadzącą do celu jest wzbudzenie fanatyzmu wśród Azjatów, rzucenie hasła, które porwałoby nie tylko studentów i wojskowych, ale i pasterzy z Khamu, łowców z Wielkiego Chinganu, kulisów portowych, rybaków z Hainanu i Andamanów, drobnych oraczy z doliny Żółtej rzeki, z Hindostanu, Iranu i Małej Azji — słowem wszystkich razem i każdego z osobna!
Dżałhandzy wyprostował się jeszcze bardziej i wyżej uniósł drapieżną głowę. Zdawało się, że w tej chwili stanął w przyczajonej ciszy, wśród zgromadzonych tu zewsząd ludzi cień wielkiego zdobywcy Temudżyna.
Hutuhta wyciągnął rękę i zakreślił nią szerokie koło, gdy począł mówić znowu:
— Od kresu do kresu Azji rzucimy hasło — prostackie może, lecz zrozumiałe dla każdego i porywające masy! Oto okrzykniemy władcą i oswobodzicielem ludów, obrońcą i opiekunem nędzarzy i niewolników tego, kto w sposób cudowny otrzymał rozkaz od wielkiego Temudżyna — Dżengiza, chana Mongolii, Dżungarii, Mandżurii, Sin-Kiangu, Tybetu i ziem za Pamirem położonych, cesarza Chin odwiecznych, ojca synów, którzy sławę jego oręża roznieśli po całym świecie od Oceanu Spokojnego aż do Dunaju i od gorących fal Oceanu Indyjskiego — do lodowych, martwych pustyń i gór morza Białej Śmierci.
— Jakże to zrobimy! Gdzież jest taki człowiek? Jakie będzie posiadał znamię? — rozległy się zewsząd pytania.
Delegaci wskakiwali ze swych miejsc i podbiegali do Dżałhandzy, zaglądając mu w oczy i nie słuchając tłumacza powtarzającego tę część jego mowy, którą wszyscy w jakiś dziwny, niemal intuicyjny sposób zrozumieli.
Mongoł milczał i stał jak posąg, wykuty z jednej bryły. Tylko palce jego biegały nerwowo po rzeźbionych ziarnkach różańca, a szczęki zaciskały się tak mocno, że aż koło uszu nabrzmiały i poruszyły mu się twarde guzy mięśni, wyprężonych w straszliwym skurczu. Nawet Sumbara i Iwari zwrócili ku niemu twarze i przyglądali mu się z wyraźnym niepokojem i ostrym zaciekawieniem.
Hutuhta po pewnym czasie podniósł rękę i ruchem tym uciszył gwar panujący na sali. Szeroko rozwarte i w tej chwili straszne oczy jego wparte były w tłum lamów ze świty Eher-balana i szukały kogoś, a, znalazłszy widać, błysnęły złowrogą radością.
— Dostojni delegaci! — odezwał się chrapliwie. — Wódz, o którym mówię, powinien posiadać pierścień Dżengiza-chana, krwawnik z wyciętą na nim swastyką — symbolem władzy nad czterema stronami świata, emblematem słońca życiodajnego, ten sam pierścień, który po długiej wędrówce przez ostatniego chana — Amursanę został przekazany boskiemu (niech dni jego panowania będą promienne i sławne!) Dałaj-Lamie, przez niego zaś oddany na wieczyste władanie arcykapłanom w Urdze. Pragnąłbym, żeby pierścień ten ozdobił boską dłoń mikada, cesarza Daj-Nippon, Wielkiej Japonii, i by poprowadził go do zwycięstwa. Takie jest bowiem pragnienie tych, którzy posłali mnie do Tassgongu na dzisiejszą naradę, świątobliwy przeorze, i wy — dostojni delegaci!
— Gdzie jest ten pierścień?! — pytano ze wszystkich stron, gdyż każdy z obecnych uświadamiał sobie, jak wielkie miałby znaczenie proponowany przez hutuhtę plan wzbudzenia fanatyzmu ludności Azji.
— Dlaczego nic o tym nie wiadomo? Jest to bardzo ważna okoliczność! Myśl, rzucona przez dostojnego hutuhtę z Dołon-Noru, zasługuje na głęboką uwagę!
Pytania padały zewsząd, krzyżowały się i coraz bardziej podniecały delegatów.
Mongoł przez długą chwilę wytrzymał wszystkich w tym nastroju, a potem pochylając okrągłą głowę, niby byk rzucający się w bój, głosem groźnym i śmiałym począł wykuwać słowo po słowie:
— Za namową agentów bezbożnej komunistycznej Rosji Żywy Budda wraz z małżonką swoją został otruty... Sprawca tego morderstwa jest mi znany...
— Wymień jego imię — powiedział siwobrody brahman — niech hańbą otoczy je pamięć ludzi!
— Wymień! — powtórzył za nim Mahomed-Ali, przedstawiciel wielkiego muftiego.
— Musimy znać to imię przeklęte! — zawołał radża Ghas-Bogra.
— Kto? Kto zabił arcykapłana w Urdze? O kim mówi hutuhta Dżałhandzy? — rozlegały się coraz niecierpliwsze pytania.
Nie odpowiadając na nie, hutuhta mówił groźnym głosem:
— Po zamordowaniu „Żywego Buddy“ morderca porwał święty pierścień i oddał go komisarzowi rosyjskiemu, rezydującemu w Urdze, lecz ktoś nieznany ukradł go... Pierścień zniknął... Oskarżono o to syna Żywego Buddy i młodzieniec ten musiał uchodzić z Mongolii, ścigany przez komunistów aż wreszcie ukryto go w bezpiecznym miejscu...
Przy tych słowach Japończycy zamienili się porozumiewawczym spojrzeniem i nieznacznie się uśmiechnęli.
Dżałhandzy ciężko dysząc mówił chrapliwym przejmującym szeptem:
— O porwanym pierścieniu mógłby nam opowiedzieć morderca arcykapłana... który w tej chwili właśnie jest tu... wśród nas, w twojej świcie, świątobliwy przeorze!... W Urdze nosił on imię Bujuka i piastował godność turdzy-lamy przy osobie „Żywego Buddy...“ Nie wiem jak nazywa się on w Tassgongu, ale oto jest ten człowiek, który...
Nie skończywszy zdania Mongoł jak skała tocząca się ze stromego zbocza góry runął na tłum lamów, roztrącił ich, jak roztrąca stado płochliwych owiec rozjuszony bawół i wywlókł na środek sali bladego, drżącego ze strachu truciciela.
Eher-balan zerwał się z tronu i z przerażeniem patrząc na lamę i na hutuhtę, powiedział:
— Czy nie pomylił się dostojny Dżałhandzy? Człowieka tego znamy tu, jako lamę-lekarza ze stepów kałmuckich, z nad Wołgi dalekiej, gdzie niegdyś panowali chanowie Złotej Hordy!
— Jest to Bujuk, morderca Żywego Buddy, zdrajca, sprzedawczyk, wróg ludów Azji, sojusznik bezbożnych, krwawych komunistów! — ryknął hutuhta palcem wskazując na nikłą postać zdrajcy. — Wiedział, że poznałem go i dlatego posłał mi zatruty list, od którego zginął nieszczęśliwy „bandi“. Krew jego spadła na głowę tego nikczemnika, a Karma wydała już swój wyrok.
Zapanowało ciężkie milczenie. Nastrój ten przerwał przeor oznajmiając:
— Będziemy jutro badali i sądzili tego człowieka, niegodnego szat kapłańskich! Teraz musimy zakończyć nasze obrady. Lamowie, odprowadźcie Bujuka do więzienia i strzeżcie go jak źrenicę oka!
Czerwoni i żółci lamowie otoczyli mordercę i wyprowadzili go z sali.
Narady nie trwały długo, gdyż na wniosek przedstawiciela Chin postanowiono odroczyć je aż do zakończenia badań Bujuka przez sędziów i odpowiedzi Dałaj-Lamy na doniesienie o incydencie, który wyniknął podczas narad w Tassgongu, skąd natychmiast miał wyruszyć goniec do siedziby arcykapłana.
Delegaci żywo omawiali realne korzyści wypływające z projektu, wysuniętego przez hutuhtę dałajnorskiego, i konieczność rozpoczęcia poszukiwań zaginionego pierścienia.
Do Dżałhandzy zbliżył się radża Rungpuru i odprowadził go na stronę.
— Dostojny hutuhto — szepnął do niego wpatrując się w surową twarz Mongoła — miałbym ci do powiedzenia coś niezmiernie ważnego.
— Słucham cię, możny panie — odparł z ukłonem hutuhta. — Mam uszy otwarte na każde słowo twoje. Wielkie imię Ghas-Bogry jest teraz na ustach wszystkich Mongołów — od Chinganu do Ałatau i Dachu Świata...
— Właśnie, właśnie — przytaknął ruchem głowy radża — o tym też chciałbym pomówić z tobą, dostojny!
Odeszli dalej i stanęli we framudze okna tworzącego głęboki wykusz.
Dżałhandzy przygotował się słuchać, nisko pochylony przed władcą Rangpuru.
— Ty i Mongołowie wiecie, że po zamordowaniu trzech chanów przez bolszewików jedynym spadkobiercą władzy i imienia Dżengiza jestem ja — potomek sułtana Babera, wnuka temudżynowego — zaczął Ghas-Bogra wydymając wargi i przenikliwie patrząc na hutuhtę.
— Rzekłeś, panie, a słowa twoje są prawdziwe! Pamiętamy o tym wszyscy! — odparł Dżałhandzy.
— Miałbym więc dziedziczne prawo do pierścienia Dżengiza-chana? — zadał pytanie radża.
— Miałbyś, panie! — jak echo odezwał się Mongoł.
— I miałbym prawo ująć w swoje dłonie sprawę wyzwolenia Indii?
— To już zależałoby od wielkiego „kurułtaju“ — rady wszystkich o sprawę tę troskających się — odpowiedział hutuhta. — Imiona kandydatów podległyby głosowaniu powszechnemu. Wielu wymaganiom bowiem musieliby oni odpowiedzieć. Jest to sprawa niezmiernie doniosła, stanowiąca o tym: być czy nie być...
— Rozumiem to — kiwał głową radża — rozumiem!... Jednak muszę ci zdradzić wielką tajemnicę, dostojny przeorze.
Pochyliwszy mu się do ucha począł szeptać:
— Myślę, nie, jestem prawie przekonany, że pierścień Dżengiza został już znaleziony...
— Znaleziono pierścień władcy?! — omal że nie wykrzyknął Dżałhandzy, ale powstrzymał się i szepnął:
— Mówże, panie, mów, pociesz moje serce!... Do tej chwili byłem przekonany, że jest on w posiadaniu pewnego Rosjanina, który znajduje się w tym klasztorze i jest w jakiejś zmowie z Bujukiem. Jechaliśmy jego śladami przez dwa miesiące, lecz dogonić go nie mogliśmy... I raptem, ty, wielki panie, mówisz, że pierścień...
— Tak, tak! Nikczemny radża Balory oznajmił mi, że pierścień jest już w jego posiadaniu i że on sam ogłosi się wodzem wielkiej sprawy; tymczasem zamierza on uczynić to dla własnych celów — zgnębienia swoich osobistych wrogów, a w ich liczbie i mnie... bo odmówiłem mu ręki córki mojej...
Ghas-Bogra zaciskał pięści i syczał z wściekłości.
Dzałhandzy, chociaż wzruszony i niespokojny, nie stracił jednak zdolności do rozumowania.
Mówił więc cicho, jak gdyby myśląc na głos:
— Gdyby pierścień był już w bezpiecznym miejscu, ścigany przez nas Rosjanin nie uciekałby tak przed naszą karawaną i nie starałby się zatrzymać jej w drodze... Poza tym... ta żmija Bujuk kryłby się raczej przede mną, niż w tak bezczelny sposób nastawał na moje życie... Nie — pierścień nie doszedł jeszcze rąk radży Balory, ale jestem przekonany, że jest już gdzieś blisko, bardzo blisko...
— Uspokoiłeś mnie! — westchnął z ulgą Ghas-Bogra. — Słuchaj tedy, dostojny hutuhto! Jestem bardzo bogaty, bogatszy nawet od Nizama z Allahabadu i maharadży z Barody, więc dam ci tyle złota, ile będzie potrzeba na poszukiwanie pierścienia...
— Czego zażądasz za to, wielki panie? — spytał ostrożny Dżałhandzy, któremu oczy błysnęły radością.
Odpowiedzi nie posłyszał jednak, gdyż do radży podbiegł lama służebny i podał mu pismo, mówiąc uniżonym głosem:
— Przywiózł go goniec z Rungpuru i oczekuje odpowiedzi na „dziedzińcu trzech obo“, miłościwy panie!
Ghas-Bogra rozdarł kopertę, opatrzoną w kilka pieczęci, i rozwinąwszy duży arkusz grubego papieru z herbem, począł czytać.
Po chwili zbladł, przeczytał raz jeszcze i szepnął do hutuhty:
— Małżonka moja donosi w rozpaczy, że córka nasza, słońce naszego życia i gwiazda oczu naszych została porwana! Wiem, że uczynił to Baab-al-Madras, radża Balory! Zemsty!... Zemsty!...
Zapominając już o wszystkim, radża wybiegł prawie z sali narad nie pożegnawszy nawet przeora, który ze zdumieniem patrzał za odchodzącym.
Wreszcie Eher-balan skinął w stronę hutuhty, a gdy ten podszedł do niego, spytał:
— Co się stało, że radża Rungpuru tak pospiesznie opuścił mój pałac?
— Nie wiem, świątobliwy bracie, sądzę, że otrzymane przed chwilą pismo przyniosło mu złą nowinę — odpowiedział nieufny zawsze Mongoł. — Teraz, o najdostojniejszy, nastały takie czasy, że troski i nieszczęścia mnożą się jak chwasty po rumowiskach.
— Oj, prawda to, prawda! — westchnął przeor przypomniawszy sobie kłopoty ostatnich dni — zagadkową śmierć „bandi“ w poczekalni klasztornej, zamordowanie ogrodnika i sługi białego lekarza, oskarżenie, rzucone przez Mongoła Bujukowi, i oczekiwaną odpowiedź ze stolicy Dałaj-Lamy.
— Prawda, prawda! — powtórzył ze smutkiem kiwając głową. — Burzliwe, marne nastały czasy...
Powstał z tronu i podniesionym głosem oznajmił, że narady przerywa i zsyła na głowy uczestników błogosławieństwo niebiańskiego mistrza, Sakkia-Muni.
Delegaci, pochylając się przed nim w kornych ukłonach, opuszczali pałac.
Eher-balan pozostawszy z najbliższymi sobie lamami wzniósł oczy ku górze i począł powolnym głosem odmawiać modlitwę:
„Cześć ci od wschodu i zachodu, cześć ci niech będzie ze wszystkich krańców świata, tobie, który jesteś wszystkim. Posiadasz nieskończoną siłę i nieskończoną moc, wszystko przenikasz, więc jesteś wszystkim...“
Lamowie zakończyli chórem modlitwę przeora:
— Om, mani padme hung!
Po chwili sala, w której dopiero co padło tyle gorących, podniecających i strasznych słów, opustoszała.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.