Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni/Rozdział XXIX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż naokoło świata w ośmdziesiąt dni
Podtytuł Zajmująca powieść z życia podróżników
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo „Argus“
Drukarz Druk. W. Cywińskiego, Nowy Świat 36
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Tour du monde en quatre-vingts jours
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XXIX.
Pojedynek w wagonie nie dochodzi do skutku. Napad na pociąg.

O godzinie jedenastej gwizd lokomotywy oznajmił zbliżanie się do stacji Plum Creek. Pan Fogg wstał i w towarzystwie Fixa i Passepartout, który niósł za nim parę rewolwerów, stanął w przejściu między wagonami.
Zaraz potem ukazał się Amerykanin w towarzystwie Jankesa.
W chwili jednak, gdy przeciwnicy zabierali się do wyjścia z wagonu, nadbiegł konduktor, wołając:
— Panowie! nie wysiada się tutaj!
— Dlaczego? — spytał Amerykanin.
— Opóźniliśmy się o dwadzieścia minut pociąg więc tu się nie zatrzyma.
— Ależ ja muszę się bić z tym panem!
— Żałuję mocno, — rzekł urzędnik, — ale odjeżdżamy natychmiast. Oto dzwonek!
Dzwonek zadzwonił i pociąg ruszył w drogę.
— Jestem mocno zmartwiony, panowie, — rzekł konduktor. — W każdym innym wypadku spełniłbym życzenie panów.
Ale zwracam uwagę, że możecie panowie bić się w drodze, w wagonie.
— Może to się panu nie spodoba? — odezwał się wzgardliwym tonem Amerykanin.
— Przeciwnie zgadzam się — rzekł Fogg.
— A no, jesteśmy w Ameryce! — pomyślał Passepartout, — a konduktor jest dżentelmenem...
Dwaj przeciwnicy wraz ze świadkami, poprzedzani przez konduktora, przeszli z jednego wagonu do drugiego.
Ostatni wagon zajęty był tylko przez osób dwanaście.
Konduktor poprosił o wyjście na chwilę z wagonu, tłomacząc się tem, że dwaj dżentelmeni mają załatwić jakąś sprawę honorową.
Podróżni zgodzili się na to z największą chęcią i odeszli skwapliwie do drugiego wagonu.
Wagon, w którym mieli się pojedynkować, miał długości pięćdziesiąt stóp i był bardzo dogodny dla tego celu.
Pan Fogg i Amerykanin, obaj uzbrojeni w sześciostrzałowe rewolwery, weszli do wagonu.
Świadkowie ich zamknęli drzwi na zewnątrz.
Za pierwszym gwizdem lokomotywy miał się rozpocząć pojedynek.
Po upływie zaś dwóch minut miano wynieść z wagonu to, co pozostałoby z dwóch dżentelmenów.
Oczekiwano właśnie na gwizd lokomotywy, gdy naraz rozległy się dzikie wrzaski.
Nie pochodziły one jednak z wagonu, zajętego przez przeciwników.
Amerykanin i Fogg, z rewolwerami w ręku wyszli i stanęli przy drzwiczkach.
Zrozumieli odrazu, że pociąg, napadnięty został przez hordę Indjan.
Zuchwali ci dzicy nieraz już zatrzymywali pociągi, grabiąc je i mordując opornych podróżnych.
Wdrapywali się oni na stopnie wagonów, wchodzili do wnętrza i teroryzowali pasażerów, odbierając im wszystko, co posiadali.
Uzbrojeni byli w strzelby, któremi walczyli z podróżnymi, posiadającymi częściowo rewolwery.
Najpierw jednak rzucili się do lokomotywy. Maszynista i palacz zostali obezwładnieni uderzeniami w głowę i nie mogli zareagować na napaść.
Dowódca Indjan, nie umiejąc zatrzymać lokomotywy, otworzył regulator, zamiast go zamknąć i lokomotywa puściła się z szalonym pędem w dal.
Indjanie rzucili się do przedziałów. Jak małpy wdrapywali się do środka i walczyli z pasażerami.
Ci ostatni bili Indjan i stawiali opór napastnikom.
Niektóre wagony zabarykadowały się, nie wpuszczając wrogów do wnętrza.
Od początku ataku pani Anda broniła się mężnie.
Z rewolwerem w ręku odpierała napaści strzelając do tych, którzy się do niej zbliżali. Ze dwudziestu Indjan leżało zabitych na drogach, a koła wagonów miażdżyły, jak robactwo tych, którzy czepiali się stopni. Kilku podróżnych, ugodzonych kulami albo siekierami, jęczało z bólu, leżąc na ławkach.
Trzeba było to jednak zakończyć.
Bójka trwała już dziesięć minut i skończyłaby się klęską podróżnych, jeśliby nie zdołano zatrzymać pociągu.
O dwie mile już tylko oddalona była stacja Kerney, gdzie można było być bezpiecznym, ale jeśliby nie zdołano wstrzymać pociągu, podróżni byliby zgubieni.
Konduktor stał obok pana Fogga, gdy znienacka powaliła go kula.
Padając, zawołał: — Zgubieni jesteśmy, jeśli nie zatrzymamy za pięć minut pociągu.
— Zatrzyma się! — powiedział Filip Fogg i skierował się ku wyjściu.
— Proszę pozostać! — krzyknął Passepartout — ja to zrobię!
Pan Fogg nie miał czasu zatrzymać chłopca, który niespostrzeżenie otworzył drzwi wagonu i wślizgnął się po stopniach do lokomotywy. Nie zważał on na niebezpieczeństwo, na latające nad głową kule i wskoczył na lokomotywę niezauważony przez nikogo z Indjan.
Tutaj, zawieszony jedną ręką przy towarowym wagonie, urwał łańcuch bezpieczeństwa, a nie mogąc dosięgnąć klapy zamykającej zwykle parnik, dokonał tego, że lokomotywa urwała się od pociągu i popędziła całą siłą pary na stację.
Pociąg urwany począł pozostawać w tyle, szedł jeszcze parę minut powoli, poczem o sto kroków od stacji Kerney przystanął.
Tutaj, żołnierze forteczni, przybyli na odgłos strzałów, pośpieszyli na pomoc.
Indjanie nie dostrzegli ich i cała banda napastników została schwytana.
Ale kiedy podróżni rozejrzeli się po swych współtowarzyszach podróży, przekonali się, że brakowało kilku, a między innemi zniknął i odważny Francuz, którego poświęcenie uratowało wszystkich.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.