Pomoc wzajemna jako czynnik rozwoju/Rozdział V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Piotr Kropotkin
Tytuł Pomoc wzajemna jako czynnik rozwoju
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Społecznej „Książka”
Data wyd. 1921
Druk R. Olesiński, W. Merkel i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Hempel
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.
POMOC WZAJEMNA W MIEŚCIE ŚREDNIOWIECZNEM.
Wzrost władzy w społeczeństwie barbarzyńskiem. — Chłopi pańszczyźniani we wsiach. — Rewolucje miast obronnych: — ich wyzwolenie i przywileje. — Gildje. — Dwojakie pochodzenie grodu średniowiecznego. — Sądownictwo i administracja własna. — Praca znajduje się w poszanowaniu. — Handel prowadzony przez gildje i miasta.

Towarzyskość i potrzeba pomocy wzajemnej są czemś tak nieodłącznem od natury ludzkiej, że w żadnym okresie dziejów nie znajdziemy człowieka, żyjącego małemi rodzinami oddzielnemi, pomiędzy któremi istniałaby walka o środki do życia. Wprost przeciwnie — jak widzieliśmy w rozdziałach poprzednich — badania spółczesne wykazują, że od zarania dziejów przedhistorycznych ludzie gromadzili się w rody, klany lub plemiona, utrzymywane w całości przez pojęcie pochodzenia spólnego i przez kult spólnych przodków. Przez całe tysiącolecia organizacja ta utrzymywała ludzi w gromadzie, jakkolwiek nie istniała żadna władza, mogąca ją narzucić. Na całym późniejszym rozwoju ludzkości wycisnęło to piętna niezatarte. I kiedy później więzy pochodzenia spólnego rozluźniły się pod naporem wielkich wędrówek i kiedy rozwój rodziny oddzielnej wewnątrz samego klanu rozsadził jego dawną jedność, zjawiły się nowe formy organizacji, oparte na zasadzie terytorjalnej: powstaje do życia spólnota wiejska. Instytucja ta znowu łączy ludzi przez długi szereg wieków, pozwala na dalszy rozwój instytucji społecznych i umożliwia przejście przez najczarniejsze okresy dziejowe; dzięki niej ludzkość nie rozpada się na luźne zbiorowisko rodzin i jednostek, posuwa się dalej w rozwoju i wypracowuje drugorzędne instytucje społeczne, utrzymujące się niekiedy aż do dnia dzisiejszego. Wypada nam teraz przyjrzeć się dalszemu rozwojowi tego samego wiecznego dążenia do pomocy wzajemnej. Jeśli weźmiemy t. zw. barbarzyńskie spólnoty wiejskie w okresie rozpoczynania przez nie nowej cywilizacji po upadku Państwa Rzymskiego, znajdziemy nowe postacie zaspakajania potrzeb społecznych, występujące masowo w średnich wiekach, szczególnie zaś w gildjach i w grodach średniowiecznych.
Człowiek bynajmniej nie jest zwierzęciem walczącem tylko jak to głoszono o barbarzyńcach z pierwszych wieków naszej ery (podobnie mówiono o Mongołach, Afrykańczykach, Arabach i t. d., wciąż jeszcze żyjących na tem samem stadjum barbarzyństwa) — i zawsze przedkładał pokój nad wojnę. Z wyjątkiem plemion nielicznych, które podczas wielkich wędrówek zepchnięte zostały na wyżyny bezpłodne i w ten sposób zmuszone do perjodycznego napadania na szczęśliwszych sąsiadów — znakomita większość Teutonów, Saksonów, Celtów, Słowian i innych, gdy tylko zdobyła stałe siedziby, powracała do uprawy roli i do ogniska domowego. Najwcześniejsze prawa barbarzyńskie przedstawiają nam społeczeństwa, oparte na pokojowych gminach rolnych, i bynajmniej nie będące hordami ludzi, pozostających w nieustannej walce wzajemej. Ci barbarzyńcy pokryli kraj wsiami i gospodarstwami; wykarczowali lasy, ujęli w tamy strumienie, skolonizowali puszscze i pustynie; wyprawy wojenne pozostawiali oni drużynom zbrojnym ludzi niespokojnych, zgromadzonych wokół naczelników tymczasowych, przejeżdżających z miejsca na miejsce i ofiarowujących swoje zdolności i wiedzę wojenną tym ludom, które chciały bronić się przed wojną. Gromady wojaków przechodziły w tę i ową stronę, walcząc o swe zemsty rodzinne, jednocześnie jednak masy ludowe uprawiały ziemię, naogół mało interesując się tymi, którzy panować nad nimi chcieli — póki nie została naruszona niezależność spólnoty wiejskiej. Nowi mieszkańcy Europy rozwinęli system dzierżenia ziemi i uprawiania jej wciąż jeszcze stosowany przez setki miljonów ludzi; na miejsce plemiennej zemsty krwawej wypracowali oni cały system rekompensat za krzywdy; wprowadzili zaczątki przemysłu; i gdy tylko umocnili palisadami i fosami swe wsie, gdy wznieśli baszty lub forty ziemne, poza którymi schować się można było na wypadek nowego napadu nieprzyjaciół, natychmiast pozostawiali sprawę obrony tych baszt i fortów tym, którzy z wojny uczynili swoją specjalność.
Tak więc punktem wyjścia dla poddania się barbarzyńców pokojowych późniejszym naczelnikom wojennym była właśnie pokojowość tych barbarzyńców, a nie ich instynkty wojownicze. Niewątpliwie sam sposób życia drużyn zbrojnych zapewniał im większą łatwość bogacenia się, niż uprawa roli w gminach wiejskich. Aż do dzisiejszego dnia widzimy wyprawy zbrojne, udające się do afrykańskich Matabelów w celu odebrania im bydła, jakkolwiek ludy te pragną tylko pokoju i gotowe są drogo za pokój zapłacić. Drużyny zbrojne dawniejsze napewno nie miały więcej skrupułów niż spółczesne. W ten sposób zdobywano stada bydła, żelazo (będące wówczas w bardzo dużej cenie) i niewolników. Chociaż większość tych zdobyczy trwoniona była natychmiast na owych wielkich ucztach, o których poeci tak wiele opowiadają, — zawsze jednak pewna część zagrabionych bogactw służyła do dalszego bogacenia się. Nie brak było ziemi niezajętej i nie brak ludzi, chcących uprawiać ją, byleby tylko dostarczono im bydła i narzędzi. Całe wsie, zrujnowane przez epidemje ludzkie czy bydlęce, przez pożary lub przejścia nowych imigrantów, często były opuszczane, i dawni mieszkańcy osiedlali się gdzieindziej. Do dzisiejszego dnia podobne rzeczy spotkać możemy w Rosji. I jeśli którykolwiek z hirdnienów drużyn zbrojnych zaofiarowywał chłopom nieco bydła na początek i nieco żelaza na pług lub sam pług, jeśli obiecywał obronę przed najściem ludzi obcych, jeśli wreszcie zapewniał na kilka lat zwolnienie od wszelkich danin — chłopi chętnie osiedlali się na ziemiach im wskazanych. I gdy po szeregu ciężkich walk z nieurodzajami, powodziami i zarazami ci pionierzy poczynali wypłacać się z długów, wpadali w stałą zależność pańszczyźnianą od opiekuna swej ziemi. W ten sposób gromadziły się bogactwa, a potęga zawsze idzie za bogactwami. Im bardziej wnikamy w życie i obyczaje owych czasów, w szóste i siódme stulecie naszej ery, tembardziej przekonywamy się, że dla ustalenia władzy garstki nielicznej trzeba było czegoś innego, niż tylko bogactwa i siły zbrojnej. Tem czemś innem było poczucie prawa i sprawiedliwości, dążenie mas do utrzymania pokoju, do ustalenia tego, co uważali oni za sprawiedliwość, a co zapewniało naczelnikom drużyn zbrojnych — królom, dukom, kniaziom i t. p. — władzę, którą zdobyli ostatecznie w 200 lub 300 lat później. To samo pojęcie sprawiedliwości, ujmowanej jako zapłata za krzywdę wyrządzoną, które rozwinęło się w okresie plemiennym, przechodzi teraz jak nitka czerwona przez dzieje całego szeregu instytucji staje się znacznie bardziej niż czynniki militarne lub gospodarcze, tą podstawą, na której wznosiła się władza królów i panów feudalnych.
Rzeczywiście, jedną z głównych trosk wsi barbarzyńskiej — podobnie jak barbarzyńców spółczesnych — są zabiegi około szybkiego zakończenia waśni i sporów, powstających na tle panującego pojęcia sprawiedliwości. Gdy tylko powstała kłótnia, natychmiast gmina wglądała w nią, i zgromadzenie ludowe, po wysłuchaniu sprawy, ustalało wysokość rekompensaty (Wergeld), którą należało zapłacić osobie pokrzywdzonej lub jej rodzinie, a także wysokość grzywny, należnej gminie za zakłócenie pokoju. Kłótnie wewnętrzne nie trudno było zażegnać w ten sposób. Gdy jednak powstawały nieporozumienia pomiędzy dwoma plemionami lub pomiędzy związkami plemion, pomimo wszystkich wysiłków zapobiegnięcia im, nie łatwo było znaleźć arbitra, którego decyzja byłaby przyjęta przez obydwie strony i uznana za bezstronną i opartą na znajomości prawa. Trudność była tem większa, że różne plemiona posiadały różne prawa obyczajowe, różną też stosowały rekompensatę w najrozmaitszych wypadkach. To też stało się rzeczą zwykłą, że arbitra szukano pomiędzy rodzinami lub plemionami, o których mniemano, że przechowują stare prawa w całej czystości — że znają dobrze pieśni, święte przysłowia, sagi, i t. jfr, przy pomocy których przechowywano prawo w pamięci. Przechowywanie prawa stało się w ten sposób pewnego rodzaju „tajemnicą“, starannie przekazywaną w rodzinach z pokolenia na pokolenie. Tak np. na Islandji i w innych krajach Skandynawskich podczas każdego zgromadzenia narodowego (Allthing) lövsögmathr zwykle recytował z pamięci całe prawodawstwo w celu oświecenia zgromadzonych; w Irlandji zaś, jak wiadomo, istniała cała specjalna klasa ludzi, znających stare tradycje i dzięki temu cieszących się wielkiem uznaniem jako sędziowie. Podobnie, gdy dawne kroniki rosyjskie opowiadają, że szczepy północno-zachodniej Rosji, zaniepokojone wzrastającymi pomiędzy nimi nieporządkami i powstawaniem „rodów przeciwko rodom“, zwróciły się do varingiarów normańskich, aby byli ich sędziami i dowódcami drużyn zbrojnych, gdy dalej widzimy, jak kniaziowie wybierani byli w ciągu 200 lat zawsze z tej samej rodziny normańskiej — dojść musimy do wniosku, że Słowianie tak ufali Normanom za ich lepszą znajomość prawa, uznawanego również za dobre przez różne grupy słowiańskie. W tych wypadkach posiadanie runów, przy pomocy których można było przekazywać dawne obyczaje, było wielkim przywilejem Normanów; w innych wypadkach jednak mamy dane do przypuszczenia, że do roli sędziów powoływano najstarszą gałąź szczepu, domniemaną gałąź macierzystą i wyroki jej uznawano za sprawiedliwe. Jednocześnie w epoce późniejszej widzimy dążność do brania sędziów z pośród kleru chrześcijańskiego, trzymającego się jeszcze zapomnianej dzisiaj zasady chrześcijańskiej, że odwet bynajmniej nie jest sprawiedliwością. W owych czasach duchowieństwo katolickie otwierało kościoły jako miejsca ucieczek dla tych którzy chronili się przed zemstą krwawą, i chętnie występowało w roli sędziów nad przestępcami, przyczem zawsze przeciwstawiało się starej zasadzie plemiennej — „życie za życie“, „rana za ranę“. Słowem — im głębiej wnikamy w dzieje instytucji zadawnych, tem mniej znajdujemy podstaw dla militarnej teorji pochodzenia władzy. Nawet ta władza, która później stała się źródłem tak wielkiego ucisku, początkowo opierała się na pokojowych dążnościach mas.
We wszystkich tych wypadkach grzywna, dorastająca niekiedy do połowy całej rekompensaty, była własnością zgromadzenia ludowego i od czasów niepamiętnych używano jej na dzieła użyteczności publicznej lub na obronę całej gminy. Do dzisiejszego dnia pieniądze z grzywien mają takie właśnie przeznaczenie pomiędzy Kabylami i niektórymi szczepami mongolskimi; mamy także dowody, że w kilka wieków później grzywny sądowe w Pskowie i niektórych miastach francuskich i niemieckich używane były na naprawę murów miejskich. Rozumie się samo przez się, że grzywna musiała się dostawać do rąk wydającemu wyrok, który wzamian obowiązany był do utrzymywania drużyny zbrojnej, do bronienia całego terytorjum i wykonywania wyroków. Było to obyczajem powszechnym w wieku VIII i IX-ym, nawet w tych wypadkach, gdy wydającym wyrok był biskup. Widzimy tu zaczątek tego, co dzisiaj nazywamy władzą sądowniczą i wykonawczą. Atoli do tych dwóch funkcji ograniczała się ściśle władza króla lub księcia, który bynajmniej nie był rozkazodawcą dla całego ludu: — władza najwyższa wciąż należała do zgromadzenia ludowego, i król nie był nawet wodzem milicji ludowej. Gdy lud chwytał za broń, na czele jego stawał dowódca specjalny, przez sam lud wybrany i bynajmniej nie będący podwładnym królewskim, lecz osobą, równą mu w dostojeństwie. Król był panem tylko w swoim majątku osobistym. W językach barbarzyńskich słowo konung, koning lub cyning, odpowiadające łacińskiemu rex, król, nie posiada innego znaczenia, oprócz czasowego wodza gromady ludzi. Dowódca flotyll łódek lub nawet jednego statku rozbójniczego był również konungiem i do dnia dzisiejszego dowódca rybaków w Norwegji nazywa się Notkong — król sieci. Cześć, przywiązana do osoby króla nie istniała jeszcze, i gdy zdrada rodu karana była śmiercią, za zabicie króla można było wnieść rekompensatę: król był oceniany poprostu tylko nieco więcej, niż każdy wolny człowiek. I kiedy król Knu (Kanut) zabił kogoś ze swej własnej drożyny — jak mówi saga — zwołał wszystkich towarzyszy na zgromadzenie i, uklęknąwszy, prosił o przebaczenie. Przebaczono mu, musiał jednak zobowiązać się, że zapłaci dziesięciokrotną rekompensatę obyczajową, z czego ⅓ miała przypaść w udziale jemu samemu, jako wynagrodzenie za stratę człowieka, ⅓ poszła na rzecz krewniaków zabitego, a pozostała ⅓ (grzywna) na rzecz drużyny. Zanim ustaliła się świętość osoby królewskiej, zajść musiały bardzo głębokie zmiany w pojęciach obyczajowych, a to pod wpływem kościoła i prawa rzymskiego.
Dalsze badanie rozwoju władzy z pierwiastków zaznaczonych leżałoby już poza granicami tej książki. Historycy tacy jak Green dla Anglji, Augustin Thierry, Michelet i Luchaire dla Francji, Kaufmann, Janssen, W. Arnold i nawet Nitsch dla Niemiec, Leo i Botta dla Włoch, Bielajew, Kostomarow i ich uczniowie dla Rosji — a także wielu innych — obszernie zajmowali się tym przedmiotem. Wykazali oni, jak ludy początkowo wolne i godzące się tylko na „karmienie“ części swych obrońców wojennych, stopniowo stały się poddanymi swych opiekunów; jak „polecenie“ się kościołowi lub panu stało się koniecznością dla człowieka wolnego; jak dalej każdy zamek biskupi lub książęcy stał się gniazdem rozbójniczem — słowem, jak został narzucony feudalizm i jak wreszcie pochody krzyżowe, uwalniając poddanych, niosących krzyż, dały pierwszą pobudkę do wyzwolenia ludowego. Wszystkiego tego nie potrzebujemy tutaj powtarzać, głównym bowiem naszym celem jest ujawnianie twórczych zdolności mas, występujących w instytucjach pomocy wzajemnej.

W czasie, gdy resztki wolności barbarzyńskiej ginęły w Europie, gdy zapanowały tysiące drobnych władców, ludzkość szła w kierunku tych teokracji i państw despotycznych, które nastąpić miały po rozpoczynającym cywilizację okresie barbarzyńskim; monarchje, które powstały wówczas, przypominały to, co widzimy dzisiaj w Afryce i życie europejskie zmieniło kierunek dotychczasowy. Weszło ono na drogi podobne do tych, jakie widzimy w miastach Grecji starożytnej. Z jednomyślnością, przez długi czas zadziwiającą historyków, zgromadzenia miejskie — aż do najmniejszych grodów włącznie — poczęły strząsać z siebie jarzmo swych panów świeckich lub kościelnych. Wieś ufortyfikowana powstała przeciwko zamkowi pańskiemu: zaczęło się od nieufności, doszło potem do walk i zamek uległ zburzeniu. Ruch rozszerzał się szybko z miejsca na miejsce, objął wszystkie miasta europejskie i w niespełna sto lat powołane do życia wolne miasta na wybrzeżach morza Śródziemnego, nad morzem Północnem i Bałtyckiem, nad oceanem Atlantyckim — aż do fiordów skandynawskich; to samo powtórzyło się u podnóża Apenin i Alp, w górach Szwarcwaldu i w Karpatach; na równinach Rosji, Węgier, Francji i Hiszpanji. Wszędzie widzimy te same powstania miejskie, wszędzie posiadają one te same znamiona, przechodzą przez takie same okresy i kończą się w taki sam sposób. Gdy tylko ludzie spodziewali się znaleźć opiekę w murach miejskich, wiązali się „w sprzysiężenia“, „w bractwa“ i w najrozmaitsze związki, ożywione jedną ideą spólną i śmiało zmierzające ku życiu nowemu, opartemu na pomocy wzajemnej i wolności. A powodziło im się tak dobrze, że po trzystu lub czterystu latach całkowicie zmienili oblicze Europy. Kraje pokryły się pięknemi i wspaniałemi budowlami wyrażającemi wolne dążenia ludzi wolnych, budowlami niezrównanemi dotąd w pięknie i wyrazistość; pokolenia owe pozostawiły po sobie w spadku wszystkie sztuki i rzemiosła, które w naszej cywilizacji późniejszej tylko rozwinęły się. I gdy dzisiaj spoglądamy na siły, dzięki którym osiągnięto te wyniki olbrzymie, dochodzimy do wniosku, że mamy tu do czynienia nie z bohaterami indywidualnymi, ani nie z potężnymi organizacjami państw olbrzymich i nie z politycznemi zdolnościami władców, lecz poprostu z tym samym prądem pomocy wzajemnej, który widzieliśmy przy pracy we spólnocie wiejskiej, a który tylko w wiekach średnich wzmocnił się i odział w nowe formy, zwane gildjami i cechami.
Wiemy dzisiaj dobrze, że feudalizm bynajmniej nie pociągał za sobą rozkładu spólnoty wiejskiej. Jakkolwiek panu feudalnemu udało się narzucić chłopom robotę pańszczyźnianą i przywłaszczył on sobie prawa, należne przedtem wyłącznie spólnocie (cła, prawo martwej ręki, opłaty, związane z dziedziczeniami i małżeństwami), chłopi utrzymali dla gminy dwa prawa podstawowe: spólne dzierżenie ziemi i prawo własnego sądu. W czasach dawniejszych, gdy król posyłał swego urzędnika do wsi, chłopi przyjmowali go z mieczem w jednej ręce a z kwiatami w drugiej i pytali — jakie prawo ma zamiar stosować: czy prawo, które zastał we wsi, czy też to, które przynosi ze sobą? W pierwszym wypadku wręczali mu kwiaty, a w przeciwnym walczyli z nim. Później musieli przyjmować urzędników królewskich i nie mieli możności przeciwstawić się im; zachowali jednak sądownictwo gromadzkie, sami mianowali sześciu, siedmiu lub dwunastu sędziów i występowali wobec zgromadzenia łącznie z sędzią pańskim jako arbitrzy. W większości wypadków zadanie urzędnika królewskiego ograniczało się do potwierdzenia wyroku i do pobrania grzywny obyczajowej. To nadzwyczaj cenne prawo sądu własnego, będące w owych czasach równoznaczne z samorządem, utrzymało się po przez wszystkie walki; nie zdołali obalić go nawet prawnicy, otaczający Karola Wielkiego, i zmuszeni byli potwierdzić je. Jednocześnie we wszystkich sprawach, odnoszących się do majątku gminnego, gromada utrzymywała swoje pierwszeństwo i niejednokrotnie domagała się posłuszeństwa od samego pana. Najpełniejszy rozwój feudalizmu nie był w stanie złamać tego oporu, spólnota wiejska trzymała się mocno i kiedy w wieku IX i X-ym napaści Normanów, Arabów i Hunnów dowiodły, że drużyny wojskowe niewiele zdziałać mogą dla obrony kraju, począł się w całej Europie ruch, zmierzający ku umocnieniu wsi palisadami i fortami. Wzniesiono wówczas wyłącznie siłami spólnot wiejskich całe tysiące małych twierdz; skoro zaś tylko wzniesiono wały obronne, natychmiast rodził się nowy interes spólny wokół nowego przedmiotu czci — wałów wiejskich: — wieś zrozumiała, że dzięki tym wałom może bronić się od napaści wszelkich nieprzyjaciół zewnętrznych — zarówno panów, jak cudzoziemców. Wewnątrz tych fortec gminnych poczęło rozwijać się nowe życie wolne. — Zrodziło się miasto średniowieczne.
Niema drugiego okresu dziejowego, który mógłby nam dostarczyć lepszych przykładów potęgi twórczej mas ludowych, niż wiek X i XI-y, kiedy to ufortyfikowane wsie i targowiska, będące „oazami pośród puszczy feodalnej“, poczęły wyzwalać się z jarzma pańskiego i powoli wypracowywały organizację miejską. Niestety jednak jest to okres, po którym pozostało szczególnie mało dokumentów dziejowych: znane nam są jego wyniki, drogi jednak, wiodące do nich, giną w tajemnicy. Pod opieką murów miejskich zgromadzenia ludowe — bądź zupełnie niezależne, bądź też kierowane przez najwybitniejsze rodziny szlacheckie lub kupieckie — zdobywały i utrzymywały dla siebie prawo wybierania obrońcy wojennego (defensor) i najwyższego sędziego miejskiego, lub conajmniej prawo wyboru pomiędzy pretendentami na to stanowisko. We Włoszech młode gminy miejskie nieustannie wypędzały swych defensorów lub domini, ostro zwalczając tych, którzy opierali się. To samo działo się na wschodzie. W Czechach bogaci i biedni na równych prawach brali udział w wyborach; w miastach rosyjskich wiece raz po razu wybierały dowódców z tej samej rodziny Rurykowiczów, układały się z nimi i wypędzały kniaziów, jeśli wywołali niezadowolenie. W tym samym czasie w większości miast Zachodniej i Południowej Europy zapanował zwyczaj brania za defensora biskupa, wybranego przez samo miasto; biskupi ci niejednokrotnie kierowali obroną „immunitetów“ miejskich, bronili wolności miejskiej i znaczna ich część została uznana po śmierci za świętych, za patronów miast poszczególnych. Takim jest np. św. Uthelred dla Winchesteru, św. Ulryk dla Augsburga, św. Wolfgang dla Ratisbony, św. Heribert dla Kolonj, św. Wojciech dla Pragi i t. d.; również niemało mnichów i przeorów klasztornych zostało świętymi za obronę praw ludowych. Pod wodzą swych defensorów, bądź świeckich, bądź duchownych, mieszczanie zdobywali prawo sądownictwa własnego i samorządu, opartego na zgromadzeniu ludowem.
Była to długa sprawa wyzwalania się, odbywająca się szeregami drobnych czynów, poświęcenia się dla dobra ogólnego, czynów, dokonywanych przez ludzi z mas — przez bohaterów nieznanych, po których nie zachowały się nawet imiona. W młodych miastach właśnie zrodził się ten ruch dziwny, zwany „pokojem bożym“ (treuga Dei), przy pomocy którego masy ludowe usiłowały położyć kres nigdy nie kończącym się walkom rodzin szlacheckich; biskupi i mieszczanie próbowali w ten sposób doprowadzić szlachtę do tego pokoju, który panował wewnątrz murów miejskich. Już w owym czasie handlowe miasta włoskie, a szczególnie Amalfi (posiadające swych konsulów z wyboru, już od r. 884 i często zmieniające swych dożów w w. X-ym wypracowały obyczajowe prawo handlowe i morskie, które później stało się wzorem dla całej Europy. Rawenna wypracowała organizację cechową, a Medjolan, który przeszedł rewolucję już w r. 980, stał się poważnym ośrodkiem handlowym: jego obroty handlowe cieszyły się pełną niezależnością już od w. XI-go. Podobne rzeczy spotykamy w Bruges i w Gandawie; również w niektórych miastach francuskich Mahl lub forum, stało się instytucją niemal niezależną. W tym samym okresie rozpoczyna się również praca nad ozdobieniem miast dziełami architektonicznemi, które podziwiamy do dnia dzisiejszego i które są wymownym dowodem ówczesnego ruchu umysłowego. Jak pisze w swojej kronice Raul Glaber — „bazyliki były wówczas wszędzie odbudowane, i najpiękniejsze budowle średniowieczne pochodzą właśnie z tego okresu“. Cudowny stary kościół w Bremen wzniesiony był w w. IX-ym, św. Marek w Wenecji był ukończony w roku 1071, a wspaniała katedra Pizańska w 1063. Rzeczywiście ruch umysłowy, nazywany odrodzeniem wieku XII-go lub racjonalizmem wieku XII-go, będący poprzednikiem reformy, pochodzi właśnie z tego okresu, kiedy większość miast była wciąż jeszcze grupami małych spólnot wiejskich, otoczona murami.
Potrzeba jednak było jeszcze innego czynnika, oprócz spólnoty wiejskiej, aby tym ośrodkom wolności i oświaty nadać jedność myśli i czynu, aby obdarzyć je inicjatywą, będącą ich główną potęgą w w. XII-m i XIII-ym. Łącznie z powstającą różnorodnością zajęć, rzemiosł i sztuk, łącznie z rozwojem handlu w krajach odległych, zjawiła się potrzeba nowych form organizacyjnych — te nowe formy organizacyjne i ten nowy czynnik rozwoju — to były gildje. Niezliczone tomy napisano już o związkach, znanych pod imieniem gildji, bractw, związków przyjaźni, „drużestw“ i arteli w Rosji, esnaifów w Serbji i w Turcji, jako ankari w Gruzji i t. d.; związki te nadzwyczajnie rozwinęły się w miastach średniowiecznych i odegrały rolę pierwszorzędną w sprawie ich wyzwolenia. Potrzeba jednak było 60-ciu lat pracy historyków, abyśmy mogli zrozumieć całość tej instytucji. Dopiero dzisiaj, gdy ogłoszono i zbadano setki ustaw gildyjnych i gdy określono ich stosunek do rzymskich kollegji i do dawniejszych związków w Grecji i w Indjach, możemy twierdzić napewno, że w bractwach tych odbywał się dalszy rozwój tych samych zasad, które niegdyś działały w rodach i wspólnocie wiejskiej.
Doskonałym przykładem tego, czem były bractwa średniowieczne, służyć mogą te związki czasowe, które zawierano na pokładzie statku. Gdy statek hanzeatycki przepłynął pierwsze pół dnia podróży po wyjściu z portu, kapitan zwoływał na pokład całą załogę i pasażerów i miał do nich przemowę następującą (według opisu spółczesnego):
„Otośmy teraz na łasce Boga i fal — mówił on — musimy być wszyscy równi sobie nawzajem. Abyśmy zaś pośród burz, fal morskich, rozbójników i innych niebezpieczeństw mogli dopłynąć szczęśliwie do kresu podróży, musimy ściśle przestrzegać porządku. Winniśmy modlić się o wiatry pomyślne i podróż szczęśliwą, a także, zgodnie z prawem morskim, mamy powołać sędziów“. — Po tem przemówieniu całe zgromadzenie wybierało wójta i 4-ch ławników (scabini), mających spełniać funkcje sędziów. Na końcu podróży wójt i scabini składali swoje urzędy i zwracali się do zgromadzenia z następującem przemówieniem: — „Bez względu na to, co zaszło na pokładzie, musimy uważać za umarłe wszystko to, co było między nami. Wyroki, które wydaliśmy, miały na celu sprawiedliwość. Oto dlaczego w imieniu sprawiedliwości prosimy was, abyście zaniechali wszelkiej niechęci przeciw bliźnim i przysięgli na chleb i sól, że nic o nich złego myśleć nie będziecie. Jeśliby jednak, pomimo to wszystko, ktokolwiek uważał się za pokrzywdzonego, niech odwoła się o sprawiedliwość do wójta na lądzie przed zachodem słońca“. Po wylądowaniu sakiewka, zawierająca pieniądze z grzywien, oddawana była wójtowi portowemu do podziału pomiędzy biednych.
Ten prosty opis zapewne lepiej, niż cobądź innego, oddaje ducha gildji średniowiecznej. Organizacje takie powoływane były do życia wszędzie, gdzie jaka bądź grupa ludzi — rybaków, myśliwych, kupców podróżujących, budowniczych lub osiadłych rzemieślników — zebrała się razem dla celów spólnych. Na pokładzie statku panowała władza kapitana, lecz dla samego powodzenia przedsięwzięcia spólnego, wszyscy znajdujący się na statku, zarówno bogaci jak biedni, panowie i słudzy, kapitan i majtkowie, godzili się na równość w stosunkach wzajemnych, godzili się na to, że będą poprostu ludźmi i że wszystkie powstające pomiędzy nimi spory przedłożą sędziom spólnie obranym. Podobnie gdy pewna liczba rzemieślników — murarzy, stolarzy, kamieniarzy i t. d. — zeszła się w celu budowania dajmy na to katedry, wszyscy oni należeli do miasta, posiadającego swą organizację polityczną i każdy należał do własnego cechu; pozatem jednak wszyscy razem tworzyli nowy związek, mający na celu przedsięwzięcie spólne, tworzyli całość społeczną, jakkolwiek czasową; zakładali gildję dla wzniesienia katedry. To samo widzimy do dnia dzisiejszego w kabylskiej sof: Kabylowie posiadają swą spólnotę wiejską; organizacja ta jednak nie wystarcza dla wszystkich celów politycznych, handlowych i osobistych, i powstają bractwa ściślejsze.
Co się tyczy charakteru społecznego gildji średniowiecznej, jako przykład służyć może pierwsza lepsza ustawa gildyjna. Jeśli np. weźmiemy skraa jakiebądź dawnej gildji duńskiej, znajdziemy tam przedewszystkiem stwierdzenie uczuć ogólnobraterskich, które panować winny w gildji; dalej idą paragrafy, odnoszące się do sądownictwa własnego na wypadek waśni powstających pomiędzy dwoma braćmi lub pomiędzy bratem i obcym; i wreszcie wyliczone są obowiązki społeczne braci. Jeśli spali się dom brata lub postrada on swój statek, albo też poniesie straty podczas pielgrzymki, wszyscy bracia muszą przyjść mu na pomoc. Jeśli brat zachoruje niebezpiecznie, dwaj bracia muszą siedzieć przy łóżku, póki nie wyzdrowieje, a w razie śmierci muszą pochować go — zadanie bynajmniej nie błahe w tym czasie epidemji — winni także odprowadzić go do kościoła i na cmentarz. Po śmierci brata muszą zaopiekować się w razie potrzeby jego dziećmi; wdowa niejednokrotnie stawała się siostrą gildji.
Te dwa znamiona główne występowały we wszystkich bractwach, zawiązywanych dla jakiegobądź celu. Zawsze członkowie uważali się nawzajem za braci i nazywali się braćmi i siostrami, wszyscy też byli równi wobec gildji. Często posiadali spólnie jakiś majątek (bydło, ziemię, budowle, miejsca kultu lub spólną kasę). Wszyscy bracia przysięgali, że zaniechają wszelkich waśni dawnych; i, nie zobowiązując się, że nigdy kłócić się nie będą, przestrzegali, aby żadna waśń nie zwyrodniała w zemstę krwawą lub w sprawę sądową, wytoczoną przed sądem zewnętrznym — nie przed sądem braterskim. Jeśli zaś jaki brat był wciągnięty w kłótnię z człowiekiem, stojącym poza gildją, gildja pomagała mu w złem i w dobrem, bez względu na to, czy był on niesłusznie posądzonym o napaść, czy też rzeczywiście był napastnikiem, gildja spółdziałała w załagodzeniu całej sprawy. Bracia stali przy nim z pomocą póty, póki sprawa nie dotyczyła zarzutu napaści podstępnej — w tym ostatnim wypadku uważana była za wyjętą z pod prawa. Jeśli krewni człowieka pokrzywdzonego chcieli mścić się, bractwo dostarczało swemu członkowi, znajdującemu się w niebezpieczeństwie, konia, na którym mógłby uciec, lub czółna, pary wioseł, albo też noża i krzesiwa: gdy pozostawał w mieście, towarzyszyło mu dwunastu braci dla obrony; jednocześnie zaś bractwo czyniło zabiegi w celu ułożenia się o rekompensatę. W razie potrzeby stawali w sądzie jako świadkowie i zeznawali pod przysięgą, jeśli zaś uznany został za winnego, ochraniali go przed ruiną ostateczną, przed niewolą, grożącą mą za niewypłacenie rekompensaty, i rekompensatę tę wnosili za niego: ciężar ten ponosili wszyscy członkowie bractwa, zupełnie tak samo, jak dawniej ponosili go wszyscy członkowie „rodu“. Jedynie gdy brat sprzeniewierzył się swym braciom gildyjnym, lub innym ludziom, bywał on wypędzanym z bractwa z imieniem nicponia. („With a Nothing’s name“).
W średniowieczu tylko napaść podstępna uważana była za morderstwo. Zemsta krwawa, dokonana jawnie, była sprawiedliwością; zabicie kogoś w kłótni bynajmniej nie było morderstwem, jeśli napastnik ujawniał chęć naprawienia zła, które uczynił.
Takie były myśli przewodnie tych bractw, które powoli pokryły całość życia średniowiecznego. Wiemy dzisiaj o istnieniu gildji we wszystkich zawodach możliwych; były gildje chłopów pańszczyźnianych, gildje ludzi wolnych, gildje obejmujące zarówno ludzi wolnych jak niewolnych; gildje powołane do życia wyłącznie w celu polowania, rybołówstwa, wypraw kupieckich — i rozwiązujące się z chwilą dokonania tych czynności; były także gildje trwające przez wieki całe, w jednym jakimś zawodzie lub w dziale handlu. W miarę wzrastającej złożoności życia mnożyły się również różne rodzaje gildji. Widzimy też połączonych w gildje nietylko kupców, rzemieślników, myśliwych i chłopów, lecz również gildje księży, malarzy, nauczycieli szkół elementarnych lub uniwersytetów, gildje dla wykonywania przedstawień pasyjnych, dla budowy kościołów, dla rozwoju jakiejś „tajemnicy“ lub pewnego kierunku w sztuce czy rzemiośle, wreszcie gildje dla celów rozrywkowych; — były nawet gildje żebraków, katów, kobiet upadłych — zorganizowane wszystkie na tej samej zasadzie własnego sądownictwa i pomocy wzajemnej. Co się tyczy Rosji, posiadamy dzisiaj dowody, że samo tworzenie Rosji było w jednakiej mierze dziełem „arteli“ myśliwych, rybaków i kupców, jak rodzących się spólnot wiejskich; do dzisiejszego dnia cała Rosja pokryta jest artelami.
Spostrzeżenia powyższe udowadniają nam całą błędność poglądów tych badaczy, którzy upatrywali w gildjach głównie organizację dla obchodzenia świąt dorocznych. Rzeczywiście — dzień biesiady spólnej był zawsze dniem, lub wilją, wyborów zarządu, dyskusji, zmiany statutu, a także dniem sądów z powodu kłótni, jakie mogły powstać pomiędzy braćmi; był to również dzień odnawiania przysięgi gildyjnej. Biesiada spólna — podobnie jak dawna biesiada zgromadzenia ludowego w plemieniu, mahl lub malum lub ara burjacka, jak wreszcie biesiada parafialna czy angielska wieczerza dożynkowa — była poprostu potwierdzeniem braterstwa. Wieczerza ta symboizowała czasy, kiedy wszystko było spólną własnością klanu: przynajmniej tego dnia wszystko należało do wszystkich, wszyscy zasiadali przy tym samym stole i spożywali jadło to samo. Nawet w czasach znacznie późniejszych stali bywalcy domu biednych w Londynie zasiadali dnia tego obok kupców bogatych. Co się tyczy różnicy, którą pewni badacze chcieli przeprowadzić pomiędzy starą saksońską gildją pokojową („frith guild“) i t. zw. gildjami towarzyskiemi lub religijnemi, to jest ona nie do utrzymania: — wszystkie gildje były gildjami pokojowemi w znaczeniu wyżej opisanem i wszystkie były gildjami religijnemi, ponieważ każda gmina wiejska lub miasto oddane było pod opiekę specjalnemu świętemu. Gildje tak bardzo rozwinęły się w Azji, Afryce i Europie, że przeżyły tysiące lat i nieustannie wciąż jeszcze zjawiają się, gdy tylko znajdą się okoliczności sprzyjające; a wszystko to dzięki temu, że bynajmniej nie były one tylko zrzeszeniami biesiadnemi, lub zrzeszeniami uroczystego pochodu do kościoła w dni święte, czy stowarzyszeniami pogrzebowemi. Odpowiadały one głębokim potrzebom natury ludzkiej i zawierały w sobie wszystko to, co w czasach późniejszych przywłaszczyło sobie państwo dla biurokracji i policji — zawierały znacznie więcej jeszcze. Gildja była organizacją pomocy wzajemnej we wszystkich okolicznościach i we wszystkich wypadkach życia; pomagano sobie „czynem i radą“; była to organizacja utrzymująca sprawiedliwość pomiędzy ludźmi, sprawiedliwość ta jednak tem różniła się od sprawiedliwości państwowej, że przy wymierzaniu jej wchodził w grę pierwiastek ludzki, zamiast pierwiastka formalnego, występującego wszędzie, gdzie tylko wmiesza się państwo. Członek gildji nawet wówczas, gdy stawał przed sądem gildyjnym, odpowiadał wobec ludzi, znających go dobrze, pracujących z nim spólnie w pracy powszedniej, zasiadających do spólnej biesiady i wykonywujących obowiązki braterstwa: byli to rzeczywiście bracia równi mu we wszystkiem, a nie teoretycy prawa i nie obrońcy czyichś tam, obcych interesów.
Widoczne jest, że instytucja tak dobrze przystosowana do zaspakajania potrzeb zrzeszeniowych, zachowująca jednocześnie całą siłę inicjatywie indywidualnej, musiała szybko rozwinąć się, rozpowszechnić i wzmocnić. Trudność polegała tylko na znalezieniu takich form, które pozwalałyby tworzyć związki międzyreligijne bez wchodzenia w drogę spólnotom wiejskim i aby można było doprowadzić wszystko do większych całości sharmonizowanych. To też, gdy forma ta została znaleziona i gdy cały szereg okoliczności przyjaznych umożliwił miastom zapewnienie sobie samodzielności, osiągnęły one taką olbrzymią jedność myśli, że może ona tylko wzbudzać podziw w naszem stuleciu dróg żelaznych, telegrafów i maszyn drukarskich. Doszły do nas tysiące „przywilejów“, w których zawarte są swobody zdobyte przez miasta, i przez wszystkie te przywileje — poza całą różnorodnością szczegółów zależnych od większego lub mniejszego stopnia usamodzielnienia się — jak nić czerwona ciągną się te same myśli przewodnie. Miasto średniowieczne zorganizowane było jako związek małych spólnot wiejskich i gildji.
Przywilej z roku 1188 nadany przez Filipa hr. Flandrji mieszkańcom Aire opiewa:
„Wszyscy należący do przyjacielskiego związku miejskiego, obiecali i przysięgą to stwierdzili, że po bratersku będą pomagać sobie nawzajem we wszystkiem pożytecznem i uczciwem; że jeśli kto bądź obrazi drugiego słowem lub czynem, pokrzywdzony nie będzie szukał zemsty, ani sam ani przez swych domowników... lecz złoży skargę, przenosząc na sąd całą zemstę i podporządkowując się temu co orzeknie 12 sędziów, występujących jako arbitrzy. Jeśliby zaś krzywdziciel lub pokrzywdzony pomimo trzykrotnego ostrzeżenia nie poddał się orzeczeniu arbitrów, wyłączony będzie ze związku przyjaźni jako człowiek zły i wiarołomny“.
„Każdy przynależny do gminy miejskiej winien być wierny swym spółobywatelom i pomagać im czynem i radą zgodnie ze wskazaniami sumienia“ — mówi przywilej miast Amiens i Abbevile. — „Wszyscy w miarę swych sił w granicach miasta winni pomagać sobie nawzajem i nie wolno im ścierpieć, aby ktobądż zabrał cobądź obywatelowi lub zmusił go do płacenia daniny“ — czytamy w przywileju miasta Soissons, Compiegne, Senlis i w wielu innych podobnych. To samo w odmianach nieskończonych spotykamy w mnóstwie innych przypadków.
„Gmina miejska — pisał Guilbert de Nogent — jest sprzysiężeniem pomocy wzajemnej. Jest to wyraz nowy i ohydny. Dzięki niemu poddani pańscy zostają zwolnieni z poddaństwa; dzięki niemu mogą być za przestępstwa prawne skazywani tylko na grzywny ściśle określone; dzięki niemu przestają podlegać opłatom wnoszonym zwykle przez poddanych“.
W wieku XII-ym ta fala wyzwoleńcza przeszła przez wszystkie kraje kontynentu, obejmując jednako miasta bogate jak mieściny najuboższe. Powiedzieć możemy, że miasta włoskie wyzwoliły się najpierwsze, nie moglibyśmy jednak wskazać ośrodka, z którego rozchodził się ten ruch. Bardzo często rozpoczynało się to od jakiejś mieściny w Europie środkowej; potem wielkie zbiorowiska ludzkie przyjmowały za wzór swego przywileju to, co mieścina ta dla siebie wypracowała. Tak np. przywilej drobnego miasta Lorris przyjęty był przez 83 miasta Francji południowo-zachodniej, a przywilej Beaumont stał się wzorem dla 500 miast i osad w Belgji i Francji. Specjalne poselstwa wysyłane były do miast sąsiednich w celu otrzymania odpisów z przywileju i konstytucja miejska była potem układana podług tego wzoru. Bynajmniej jednak nie kopjowano mechanicznie. Każdy przywilej układany był zgodnie z temi ulgami, które miastu udało się otrzymać od swego pana; dzięki temu — jak wyraził się pewien historyk — przywileje miast średniowiecznych przedstawiają tę samą różnorodność co architektura gotycka ich katedr i kościołów. We wszystkich znajdujemy te same myśli przewodnie — katedra była symbolem jedni parafji, gildji i miasta — i tę samą nieskończoną różnorodność szczegółów.
Punktem głównym było prawo do sądownictwa własnego; a sądownictwo własne znaczy to samo, co samorząd. Gmina miejska jednak bynajmniej nie była „autonomiczną“ częścią państwa — ten wyraz dwuznaczny nie był jeszcze wówczas wynaleziony — była ona samem państwem. Gmina posiadała prawo wojny i pokoju, mogła wchodzić w związki ze wszystkimi swymi sąsiadami. Była niepodległa we wszystkich sprawach; najwyższa władza polityczna znajdowała się w rękach forum demokratycznego — jak to np. miało miejsce w Pskowie, którego wiece przyjmowały i wysyłały ambasadorów, zawierały traktaty pokojowe, wprowadzały na tron lub wypędzały książąt, albo też przez całe dziesiątki lat zupełnie się bez nich obchodziły; zdarzało się także, że władza miejska uzurpowana była przez arystokrację szlachecką lub mieszczańską — jak to miało miejsce w setkach miast włoskich i śródkowo-europejskich.
Zasada jednak pozostawała zawsze ta sama: miasto było państwem i — co być może jest jeszcze bardziej znamienne — gdy władza miejska zastała pochwycona przez arystokrację miejską lub szlachecką, wewnętrzne życie miejskie i jego demokratyzm codzienny bynajmniej nie zniknęły: tylko w bardzo nieznacznym stopniu zależały one od tego, co nazwać możemy polityczną formą państwa.
Tajemnica tej anomalji pozornej wyjaśnia się w ten sposób, że miasto średniowieczne bynajmniej nie było państwem centralistycznem. W ciągu pierwszych wieków swego istnienia miasto ze względu na swą organizację wewnętrzną zgoła nie mogłoby być nazwane państwem — średniowiecze nie znało spółczesnej centralizacji czynności, jak nie znało spółczesej centralizacji terytorjalnej. Każda grupa posiadała swą cząstkę niepodległości. Każde miasto podzielone było zwykle na cztery lub pięć dzielnic, promienisto rozchodzących się od środka, przyczem każda dzielnica zgruba odpowiadała jakiemuś zawodowi lub działowi handlu, który przeważał w niej; jednocześnie jednak zawierała ona mieszkańców różnego zajęcia i różnej pozycji społecznej, — szlachtę, kupców, rzemieślników, a nawet półchłopów niewolnych. Każda dzielnica była zbiorowiskiem niemal niezależnem. W Wenecji każda wyspa była niezależną spólnotą polityczną. Posiadała swój własny handel, własny rynek solny, własne sądownictwo, administrację i forum; i naznaczenie takiego lub innego doży dla całego miasta nie zmieniało w niczem wewnętrznej niezależności każdej jednostki miejskiej. W Kolonji widzimy mieszkańców podzielonych na Gebuntschaften i Heimschaften t. j. na gildje sąsiedzkie, datujące się aż od epoki frankońskiej. Każda taka gildja miała swojego sędziego, 12 ławników, wójta i dowódcę milicji miejskiej. Dzieje dawnego Londynu przed podbojem — jak mówi Green — są dziejami pewnej liczby grup ludzkich, rozrzuconych tu i owdzie wewnątrz murów i rozwijających każda swe własne instytucje, gildje, sądy, własne domy zgromadzeń religijnych i t. p. i tylko powolnie zrastających się w jedno miasto. Jeśli sięgniemy do roczników miast rosyjskich, Nowgorodu i Pskowa, — a obydwa dość są bogate w szczegóły — znajdziemy tam dzielnice (kaniec), składające się z niezależnych ulic, z których każda — zamieszkana głównie przez rzemieślników jednego jakiegoś rzemiosła, lecz także przez kupców i właścicieli ziemi — była gminą oddzielną. Odpowiadała ona spólnie na wypadek przestępstwa, posiadała swe własne sądownictwo i swą własną administrację, sprawowaną przez starostów ulicznych, posiadała własną pieczęć i w razie potrzeby własne forum; miała także własną milicję i wybranych przez siebie kapłanów — słowem własne życie zbiorowe i zbiorowe przedsięwzięcia.
Widzimy więc, że miasto średniowieczne jest związkiem dwojakiego rodzaju: związkiem właścicieli domów, połączonych terytorjalnie — jako związek ulicy, parafji lub dzielnicy — i związkiem jednostek, złączonych przysięgą w gildje odpowiednio do zawodów. Pierwsza z tych form organizacji była wytworem spólnoty wiejskiej, z której wyrosło miasto, gdy druga jest tworem późniejszym, powołanym do życia przez nowe warunki.
Główną troską miasta średniowiecznego było zapewnienie wolności samorządu i pokoju; podstawą zaś całej organizacji miejskiej była praca — jak to wnet zobaczymy, gdy mówić będziemy o gildjach rzemieślników czyli o cechach. „Produkcja“ jednak bynajmniej nie zaprzątała całej uwagi ekonomisty średniowiecznego. Z właściwym sobie zmysłem praktycznym pojmował on, że dla zabezpieczenia produkcji należy również uregulować spożycie, t. j. zapewnić ludności mieszkanie i pożywienie — zarówno ludności biednej jak zamożnej. Wokół tych szkół obracały się interesy miasta. Surowo zakazane było kupowanie produktów pierwszej potrzeby, jak np. węgiel, drzewo i t. p., zanim nie zostały one wystawione na rynku, czyli uniemożliwiano korzystanie z wyjątkowo dogodnych okoliczności kupna. Każda rzecz musiała iść na rynek i być wystawiona na sprzedaż publiczną póty, póki dzwonek nie oznajmił o zakończeniu targu. Dopiero wówczas detalista mógł nabywać to, co pozostało; lecz nie mógł ciągnąć zysku nieograniczonego i musiał zadowolić się „zyskiem uczciwym“. Gdy zboże zostało kupione przez piekarza hurtownika po zakończeniu targów, każdy obywatel mógł zażądać należnej mu części (około pół ćwierci) na swój własny użytek po cenie hurtowej. I odwrotnie — każdy piekarz mógł zażądać tego samego, jeśli obywatel nabył zboże lub mąkę w celu odprzedaży. W pierwszym wypadku zboże winno było być odniesione do młyna miejskiego i tam zostawało zmielone za opłatą stałą, chleb zaś mógł być wypieczony w piecu miejskim (fourbanal). Słowem — jeśli okazał się w mieście brak żywności, cierpieli na tem wszyscy jednakowo w większym lub mniejszym stopniu; poza tymi szczególnymi wypadkami jednak w mieście średniowiecznem nikt nie mógł umrzeć z głodu, jak to niestety zbyt często zdarza się w naszych miastach spółczesnych.
Zaznaczyć należy, że wszystkie te postanowienia odnoszą się do późniejszego okresu życia miast średniowiecznych; we wcześniejszym zaś okresie miasto samo nabywało jadło i przedmioty pierwszej potrzeby dla swoich obywateli. Ogłoszone w ostatnich czasach przez Gross’a dokumenty nie pozostawiają pod tym względem żadnej wątpliwości; widzimy z nich, że całe ładunki jadła kupowane były dla miasta przez urzędników miejskich i dzielone potem pomiędzy detalistów; przyczem nikomu nie wolno było nabywać towarów w porcie póty, póki władze miejskie nie oznajmiły, że nabywać ich nie mają zamiaru. Jak mówi Gross — było to zwyczajem w Anglji, w Irlandji, Walji i Szkocji. Nawet w wieku XVI-ym — potykamy spólne zakupy zboża, czynione przez miasta; opowiada o tem jeden z dokumentów miasta Londynu z roku 1565. Wiadomą jest rzeczą, że w Wenecji cały handel zbożem znajdował się w rękach miasta; dzielnice miejskie otrzymywały zboże od administracji centralnej i obowiązane były dostarczyć każdemu obywatelowi tyle, ile na niego przypadło. Miasto Amiens we Francji kupowało sól i rozdzielało ją pomiędzy obywateli po cenie kosztu. Do dzisiejszego dnia widzimy jeszcze w wielu miastach francuskich t. zw. „hale“, które niegdyś były składarm miejskimi soli i zboża. Podobne zwyczaje panowały w Rosji — w Nowgorodzie i w Pskowie.
Cała ta bardzo ciekawa sprawa zakupów miejskich, czynionych dla wygody obywateli, i sposoby, którymi się posługiwano, jest wciąż jeszcze bardzo niedostatecznie zbadana przez historyków; w dziełach historycznych spotykamy tylko tu i owdzie nieco faktów, w ciekawy sposób rzecz całą oświetlających. Tak np. pomiędzy dokumentami, ogłoszonymi przez Gross‘a, znajdujemy rozporządzenie z roku 1367, ujawniające w jaki sposób ustalano ceny. „Kupcy i marynarze — pisze Gross — musieli pod przysięgą zeznać, jakie były rzeczywiste koszty nabycia towarów i koiszty transportu. Wówczas „major“ miasta łącznie z dwoma mężami zaufania określał cenę, po której wolno było sprzedawać“. Ten sam obyczaj przestrzegany był w Thurso dla wszystkich towarów przychodzących morzem lub lądem“. Ten usposób oznaczania ceny tak dobrze odpowiada powszechnym w średniowieczu poglądom na handel, że spotykamy go wszędzie. Cena niemal zawsze oznaczana była przez osobę trzecią; wrazie zaś wymiany pomiędzy miastem i instytucjami zewnętrznemi było we zwyczaju oznaczanie ceny przez mężów zaufania — przez osobę trzecią — a bynajmniej nie przez nabywcę i sprzedawcę. Ten stan rzeczy cofa nas w dzieje handlu pierwotnego, a mianowicie w czasy, kiedy handel głównymi produktami spożycia prowadzony był przez miasto, kupcy zaś byli tylko komisjonerami lub miejskimi pełnomocnikami, sprzedającymi czy nabywającymi w imieniu miasta. Dekret miasta Waterfordu, ogłoszony również przez Grossa, opiewa, że wszelkie rodzaje towarów winny być nabywane przez burmistrza i ławników na rzecz miasta, aby potem mogły być podzielone pomiędzy obywateli. Dekret ten może być zrozumiały jedynie wówczas, gdy przyjmiemy, że zewnętrzny handel miasta prowadzony był przez agentów miejskich. Bezpośrednie dowody takiego stanu rzeczy posiadamy dla Nowgorodu i Pskowa. Niepodległy Nowgorod i niepodległy Psków wysyłały swe karawany kupców w kraje odległe.
Wiemy także, że niemal we wszystkich miastach średniowiecznych, w środkowej i zachodniej Europie cechy rzemieślnicze występowały jako całość przy zakupie surowców, łącznie również — przez samych urzędników — sprzedawały produkty własne. Byłoby dziwne, gdyby tego samego sposobu nie stosowano do handlu zewnętrznego, tembardziej, że, jak wiadomo, aż do wieku XIII-go uważano wszystkich kupców jakiegoś miasta za odpowiedzialnych nazewnątrz solidarnie za wszystkie zobowiązania, zaciągnięte przez któregobądź z nich; więcej — całe miasto odpowiadało za zobowiązanie każdego ze swych kupców. Dopiero w XII i XIII-ym wieku miasta reńskie przez traktaty specjalne zniosły tę odpowiedzialność. Mamy wreszcie ciekawy dokument w Ipswich — ogłoszony również przez Grossa, — mówiący nam, że gildja kupiecka tego miasta złożona była ze wszystkich wolnych obywateli miejskich, którzy zgodzili się płacić składkę gildyjną; przyczem cała gmina miejska roztrząsała spólnie, jak utrzymać gildję kupiecką i zdobyć dla niej przywileje. Widzimy z tego, że gildja kupiecka w Ipswich była raczej zrzeszeniem miejskich urzędników zaufanych, niż zwykłą gildją prywatną.
Słowem — im bardziej poznajemy miasto średniowieczne, tem jaśniej widzimy, że było ono nietylko organizacją dla obrony pewnych wolności politycznych. Była to próba zorganizowana na większą skalę, niż w spólnocie wiejskiej, ścisłego związku pomocy wzajemnej, związku spożywczego i wytwórczego, będącego jednocześnie związkiem życia społecznego wogóle; — a wszystko to bez nakładania na ludzi kajdan państwowych, lecz dając pełną swobodę ujawniania się zdolności twórczej każdej grupy jednostek zarówno w sztuce, rzemiosłach i nauce, jak w handlu i organizacjach politycznych. W jakiej mierze próba ta powiodła się, to zobaczymy w rozdziale następnym, gdzie omówimy organizacje pracy w mieście średniowiecznem i stosunek miasta do otaczającej ludności chłopskiej.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Jan Hempel, Piotr Kropotkin.