Posażna panna/Część II/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Bąkowski
Tytuł Posażna panna
Podtytuł część II, rozdział VII
Data wydania 1899
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Polska
Drukarz Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Indeks stron
VII.

Uczony Arman, o którego istnieniu oprócz paru dawnych kolegów i oprócz kilku specyalistów naukowych, nikt nie wiedział, podrósł w sławie i opinii publicznej dzięki powodzeniu żony i jej siostry. Kuryer miejscowy doniósł w kronice, że w grodzie naszym bawi powszechnie ceniony i poważany uczony p. Antoni Arman z rodziną, a Plichta postarał się przez znajomego mu redaktora, że w rubryce: »Z karnawału« w kwiecistych słowach podniesiono wdzięki nadobnych Lwowianek, »zdobiących żywy bukiet pań obecnych na pikniku«.
Posypały się wizyty w hotelu Saskim: zjawili się rozmaici uczeni, kilku dawnych kolegów pospieszyło z zaproszeniami na zabawy domowe — panie musiały więc myśleć o odpowiednich toaletach, bo ani nie były przygotowane na tyle zabaw, ani nie marzyły przed przyjazdem do Krakowa o takiem powodzeniu — biegały więc uszczęśliwione od sklepu do sklepu. Nic zatem dziwnego, że Cichocki i Plichta, przybywszy do nich z wizytą, nie zastali ich w domu. Sędzia czatował koło hotelu i parę razy udało mu się spotkać panie, ale wkrótce musiał je pożegnać gdzieś przed magazynem mód, lub przed jakim sklepem bławatnym, lub rękawicznikiem, a rozmowa wśród takiego karnawałowego nastroju pań obracała się jedynie koło zabaw i tańców. Sędzia był w rozpaczy; zabaw nie lubił i chodził na nie jedynie dla towarzystwa innych, rozmowa na ten temat była dlań obcą i ciężką... spacerował więc z czarnemi myślami, albo pracował w domu nad korektą »służebności polnych«, i znowu polował na spotkanie, choćby na chwilkę, panny Adeli.
Ujrzał ją znowu w atmosferze balowej na balu akademickim. Póki sala nie napełniła się zupełnie, używał nieprzerywanej rozkoszy w rozmowie z panną Adelą. Ona tak pamiętała owe krótkie chwile wspólnych wycieczek w Zakopanem, tak chętnie wspominała usługi i grzeczności sędziego, tak przychylnie na niego patrzyła! Sędzia był uszczęśliwiony, gdy nagle pojawiła się pani Kropińska z synem i córkami, zasiadła obok pani Armanowej — sędzia musiał ustąpić pannom miejsca — a w końcu zupełnie z placu boju, bo młodzież z pikniku zbliżyła się znowu gremialnie ku zabawie pań.
Sędzia ustąpił i spojrzał dopiero na resztę gości balowych — dotąd widział tylko pannę Adelę — ujrzał naprzeciw pod ścianą Cichockiego i Plichtę, więc zbliżył się do nich. Plichta szturknął go łokciem i szepnął w ucho: Dzielnie było! Dlaczego jednak ustępujesz zaraz, gdy kto inny do nich się przyczepi? Nie daj się! Sędzia westchnął, stanął obok nich pod ścianą i pochłaniał oczami pannę Adelę, a widząc ją ciągle płynącą w wirze tanecznym, oddaną tańcowi całą duszą, nie spojrzącą nań ani jednem litośnem, zachęcającem spojrzeniem, zapominającą o wszystkiem dla marnego tańca, markotniał, gryzł się coraz bardziej, aż wreszcie zirytowany, nie żegnając nikogo, porwał futro z garderoby, strzelił szapoklakiem, trzasnął drzwiami i poszedł do domu, nie wiedząc właściwie, czy gniewać się na Adelcię, że tak lubi tańce, czy na siebie samego, że ich tak nie lubi?
Siedział nad ostatnim arkuszem korekty swego dzieła, które zjednało mu u Kolskiego już naprzód nazwę »uczonego«, gdy odwiedził go Arman. Sędzia ucieszył się niezmiernie jego widokiem, a jeszcze bardziej tem, że Arman, oglądnąwszy korektę, nie wsiadł na naukowego konika, lecz na fotel, i przemówił:
— Nie spodziewałem się, że wizyta nasza w Krakowie będzie dla nas, a przynajmniej dla mnie, więcej, hm! trudem, niż rozrywką, hm! Te wizyty, bale, zabawy, hm! to mi już kością w gardle stoi!
— O! i mnie! pomyślał sędzia.
— Myślałem, że w gronie naszych miłych znajomych przepędzimy na hm! zwiedzaniu pamiątek Krakowa, hm! pójdziemy, co najwyżej, na jedną zabawę, hm! tymczasem uprzejmość tutejszego towarzystwa wciągnęła nas w wir zabaw hm! tyle konwencyonalnych wizyt! hm! jestem zmęczony, hm! Prawdziwy szał karnawałowy! hm! marność! szaleństwo!
— Czemu one tak nie myślą! pomyślał sędzia, podzielający najzupełniej wynurzenia Armana.
— Otóż, kochany sędzio! ciągnął Arman, krząkając od czasu do czasu, spodziewam się, że pan będzie łaskawy kiedy odwiedzić nas we Lwowie... przepędzilibyśmy parę chwil spokojniejszych, hm! w więcej zamkniętem kole... więcej do wrażeń duchowych odpowiednich...
— Byłoby to dla mnie prawdziwą przyjemnością; rzekł gorąco sędzia, tak, jak z przyjemnością wracam pamięcią do chwil przepędzonych w letnim domku szanownych państwa i przechowuję niezatarte wrażenia... miło mi będzie złożyć państwu moje uszanowanie we Lwowie —
— Bardzo będziemy się cieszyć, przerwał Arman ściskając mu rękę. Muszę to moim paniom zapowiedzieć, a z pewnością ucieszą się tak, jak ja. Dziś wieczór odjeżdżamy odpocząć po tych karnawałowych trudach, żegnam zatem kochanego sędziego słowami: do widzenia!
— Do widzenia! do widzenia jaknajprędszego, powtórzył sędzia. Stawię się na kolei dla pożegnania pań.
— A następnie we Lwowie? nieprawdaż? dodał zachęcająco Arman, i jakby pozbywszy się tego, co chciał powiedzieć, odkrząknął, powstał i zaglądając na biurko zapytał:
— Nad czemże pan sędzia pracuje? Widzę: korekta?
— Chciałem szanownemu panu dedykować na wyjezdnem egzemplarz mojej pracy »o służebnościach polnych« — ale nie zdołałem skończyć. Już ostatni arkusz, za kilka dni będę miał przyjemność przesłać całość.
— Miło mi będzie oglądać owoc pracy pańskiej... Bardzo to chwalebne, że pan mimo zajęć biurowych, zajmuje się nauką. A jakiej pan się trzymał metody?
Sędzia zajęty myślą o Adelci kręcił się, jak mógł, aby wyjaśnić swą metodę i utrzymać rozmowę. Gdy nareszcie Arman go pożegnał, poszedł natychmiast do Plichty, aby roztrząsnąć z nim znaczenie słów i zaproszeń Armana.
Plichta wysłuchał poważnie i rzekł w końcu stanowczo:
— Stawiam głowę moją przeciw jednej butelce nędznego wina na to, że przyjechał z kobietami dla ciebie, i że cię popiera. Żona prawdopodobnie wie o tem i także nie jest przeciwną — pozostaje tylko, abyś zjednał sobie pannę. Musisz jechać do Lwowa.
— Hm! zima.
— Nie pojedziesz zaraz! Zresztą musisz postarać się o urlop.
— Będą się pytać, na co mi urlopu?
— W interesach familijnych i basta!
— Ale to kłamstwo!
— Głupstwo! Co komu do tego gdzie i po co jedziesz? Zresztą konkury to także interes familijny.
— Prawda, po części... poproszę o urlop na lipiec.
— Co? na lipiec? może jeszcze przyszłego roku? To tymczasem może panna Adela pójść za kogo innego!
— Naglisz strasznie.
— Oczywiście, niema co czasu tracić, trzeba kuć żelazo póki gorące. Weź urlop za miesiąc.
— Będzie zimno jeszcze... zaziębię się w drodze.
— Oho! zaczynasz znowu dziwaczyć. Kiedy raz się zdecydowałeś, to kończ zaraz, a potem ślub w trzy miesiące od daty.
— Wezmę więc urlop za miesiąc, będzie początek wiosny...
— Jedź zatem i przyjmij błogosławieństwo moje na drogę!
W dwa miesiące dopiero wyruszył sędzia w drogę, nie dostał bowiem pierwej urlopu. Otulonego największą tajemnicą i szalem wsadził go wierny Plichta do doróżki i zawołał do doróżkarza: — Na kolej!
Każda podróż była dla sędziego wielkim wypadkiem w jego życiu. Wypadek ten powtarzał się tylko dwa razy w roku, raz, kiedy wyjeżdżał na letni urlop, drugi raz, kiedy z niego powracał. Do każdej takiej jazdy przygotowywał się długo, pakował do kufrów ubrania i drobiazgi, zamykał, namyślał się potem, czy czego nie zapomniał, otwierał kufry, na nowo zaglądał, i znowu je zamykał. Dręczony obawą, aby go pociąg nie odjechał, przybywał co najmniej o godzinę zawcześnie, czekał otwarcia okienka ze sprzedażą biletów, a gdy je otwarto, rzucał się ku niemu, rozpychając podróżnych z trwogi, aby się nie spóźnić. Zdobywszy bilet krzyczał na posługacza, żeby się spieszył, biegł na peron i zwykle nie zastawał jeszcze pociągu. Skoro jednak pociąg zajechał, rzucał się do pierwszego lepszego wagonu i spocony siadał w otoczeniu kuferków, zadowolony, że się nie spóźnił przecie. Czekał, czekał, póki nie nadszedł konduktor, i nie kazał mu się przesiąść gdzieindziej, a wówczas, znowu z trwogą i pośpiechem przeprowadzał się z kuferkami do innego wagonu i jeszcze zwykle czekał dość długo, nim pociąg ruszył nareszcie.
Podobnie zupełnie odbył się obecny jego wyjazd do Lwowa, z tym dodatkiem, że przybywszy zawcześnie, wsiadł do pociągu odjeżdżającego do Wiednia, ale na szczęście konduktor zapytał go dokąd jedzie i kazał mu coprędzej wysiąść, a przyjść za trzy kwadranse na następny pociąg. Wysiadł więc sędzia i otoczony kuferkami oczekiwał na następny pociąg, w którym ulokowany został obok jakiegoś żydka, usiłującego przy wątłem świetle lampy wagonowej odczytać »Neue Freie Presse«, oficera dymiącego straszliwie z włoskiego cygara, kaszlącego jegomościa z małżonką, tulącą do piersi płaczące niemowlę, i malcem, kręcącym się po wagonie i depcącym pasażerom po nogach.
Sędzia odpędzał ręką dym z cygara i wzdychając słuchał monotonnego łoskotu wagonu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Bąkowski.