<<< Dane tekstu >>>
Autor Erazm Majewski
Tytuł Profesor Przedpotopowicz
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1898
Druk P. Laskauer i W. Babicki
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
X.
Przecięty odwrót.
P

Przewlekły huk, niby echo dalekiego grzmotu, rozległ się nad głowami śmiałków. Przycichał, to znowu się wzmagał i zdawał przybliżać. Po upływie minuty zaległa cisza. Zrozumiano, że musiało nastąpić oberwanie się jakiejś kruchej skały w górze. Wrażenie było potężne. Żaden z podróżnych nie poruszył się. Z zapartym oddechem słuchali złowrogiego grzmotu w tej samej pozycyi, w jakiej ich zaskoczył.

Pierwszy przemówił geolog.
— Lękam się, czy nie jesteśmy odcięci od świata.
— Jestem tego pewnym! — rzekł krótko anglik.
Stanisław zwrócił przerażony wzrok na geologa.
— Trzeba się przekonać o rozmiarach nieszczęścia!
— Nic pilnego! — zawyrokował Puckins. — Jeśli przejście zostało uczciwie zasypane, mamy dość czasu do śmierci, gdy nie zostało zniszczone, zdążymy jeszcze do domu.
Całkiem słuszne to było rozumowanie, o ile chodziło o minuty, to też dwaj towarzysze przeczekali długą chwilę. Dopiero, gdy powróciła utracona równowaga, zaczęli wdrapywać się napowrót w wązką czeluść. Po półgodzinnem uciążliwem dźwiganiu się pod górę, ponura rzeczywistość rozwiała złudny promyk nadziei. Natrafiono na zwiastuny obsunięcia się skały, na kamienie rozsiane w gładkim poprzednio i spadzistym przesmyku.
Dno wązkiego i niewygodnego przejścia pokryte było masą okruchów skalnych. Niektóre za najlżejszem potrąceniem staczały się niżej, a każdy porywał po drodze dziesiątki innych i cała ta ruchliwa gromada, wyprzedzając się wzajemnie, podskakując i warcząc, leciała coraz niżej.
Z wielką ostrożnością dotarli nasi awanturnicy do miejsca, w którem warstwa gruzów sięgała aż do sklepienia nizkiej w tym punkcie szczeliny. Przejście było zatkane przez obsunięte rumowisko skalne. Po uważnem obejrzeniu miejsca katastrofy, profesor Przedpotopowicz zawyrokował, że najsłabszej niema nadziei, aby można przedrzeć się przez usypisko i wydobyć się z pułapki.
— Zbyt czarno patrzysz — zauważył lord Puckins. — Nie mamy wprawdzie narzędzi, ale pozostali w górze nie dadzą nam przecież zginąć.
— A jeśli nic nie słyszeli? — zapytał Stanisław.
— To pomimo tego wkrótce zauważą naszą nieobecność i będą nas poszukiwać.
— Nie łudźmy się! — odrzekł z rezygnacyą geolog. — Za pierwszem usiłowaniem górników, kamienie na nas runą, zgniotą i zasypią. Zginęliśmy, — zakończył, — a ponurem echem przywtórzyły mu ściany.
— Ależ przecie musimy coś czynić, — przerwał Stanisław.
— Co najwyżej wypadnie nam cierpliwie czekać niżej w bezpiecznem miejscu, — rzekł geolog i pierwszy zaczął się opuszczać w dół. Za nim poszli towarzysze. Po pewnym czasie zatrzymano się na wygodniejszem i bezpiecznem miejscu; tam czekano godzin kilka w śmiertelnej ciszy, nie śmiejąc odezwać się nawet. Czekano aż do znużenia. Ogólną ciszę przerwał pierwszy Stanisław.
— Ja proszę pana, nie myślę z założonemi rękami skazywać się na śmierć! Możeby spróbować ostrożnie przekopać zaporę.
— To na nic! nie damy rady...
— Stanisław ma słuszność, — wycedził anglik. — Czekanie byłoby zbyt nudnem, trzeba pomyśleć o ratunku.

— Szukajmy chyba innego przejścia.

Przejście było zatkane przez obsunięte rumowisko skalne.

Zgodzono się na to, i żywcem zagrzebani spuścili się jeszcze niżej. Posuwali się niebezpiecznym kurytarzem w milczeniu, a końca szczeliny nie było; nigdzie bocznego przejścia któreby dać mogło choć iskrę nadziei. Nikt nie spoglądał na zegarek, stracono też zupełnie rachubę godzin. W tym marszu Przedpotopowicz opatrzył się, że światła starczy nie na długo.
— Zgaś, lordzie lampę — odezwał się, zadmuchując swoją. — Dość nam na teraz jednej, oleju mamy niewiele.
Rozkaz został spełniony i przy jednym bladym płomyku trójka tuła się w podziemiach póty, póki sił starczyło. Dopiero, gdy profesor usiadł bezwładnie na twardej i gładkiej skale, towarzysze niemniej od niego wyczerpani przerwali bezużyteczną wędrówkę. Kilka godzin bezowocnego błądzenia odjęło wszystkim pewność siebie i zimną krew, okazane na razie. W ponurym nastroju, z uczuciem dotkliwego pragnienia, wstał pierwszy geolog z twardego łoża i naglił do nowych wysiłków. Stanisław był już zupełnie przygnębiony. Jeden Puckins usiłował okazać obojętność i pogwizdywał nawet czasami.
— Jestem spokojny o los nasz, — mówił tonem przekonania. — Nie wątpię, że wasze zuchy rychło dostrzegą długą naszą nieobecność, przekopią rumowisko i uwolnią nas z pułapki. Szkoda tylko że niemamy wina. Z rozkoszą wychyliłbym szklankę szampana!
Słowa te zabrzmiały niby «memento mori.» Nikt nie odrzekł słówka. Upłynęło znów parę godzin. Wypaliła się lampka Stanisława i rozniecono światło w lampce profesora. Znowu uciążliwy marsz, to nadół, to pod górę. Coraz częściej podróżni ocierali czoła okrwawionemi rękami, coraz częściej ze spieczonych i drżących warg wyrywały się westchnienia.
— Pół życia dałbym za odrobinę wody! — szepnął przez zaciśnięte zęby anglik.
— Mnie wkrótce pozostawicie panowie tutaj, — odezwał się stłumionym głosem Stanisław. — Profesor tymczasem, ożywiony gorączkową energią, badał przy bladym promyku dogasającej lampki naturę pokładu i temperaturę.
— Wkrótce skończą się nasze utrapienia. Podusimy się w gorącu blizko 47 stopni, — zawyrokował ponurym głosem.
— Dajże Boże, aby to prędzej nastąpiło! — westchnął Stanisław. Nie mam już sił!
— Ja ledwie się na nogach trzymam, — rzekł geolog.
Tymczasem zgasła i druga lampka. Lord zapalił swoją, ale musiał ją zadmuchnąć.
— Zostawmy to na nieprzewidzianą potrzebę — zawyrokował paleontolog. — Teraz możemy już odpoczywać.
Ułożyli się jeden obok drugiego, pół drzemiąc, pół czuwając, nie licząc wolno upływających godzin. Czuli dobrze, że czekała ich najokropniejsza śmierć, która zwycięża bez walki. Cierpienia gromadki wzmagały się z każdą godziną. Gnębiło ich straszne pragnienie. Niezaspokojone to uczucie jest zawsze męczarnią; lecz w dusznej atmosferze podrównikowej jest chyba najokropniejszą.


«bez tchu czepiają się szorstkich ścian drżącemi palcami...»

Umierać z pragnienia i widzieć, że do cierpień dotychczasowych każda chwila doda nowych, jeszcze sroższych — to złamie najtęższą wolę.
Z ogniem pożerającym wnętrzności, lizał geolog wyschłym językiem ściany swego więzienia. Lord Puckins, wśród doskonałej ciszy, słuchał, azali nie zaszemrze w pobliżu podziemny strumyk. Kropla wody wydawała się teraz zbawieniem. A przecież byłaby tylko przedłużeniem męczarni.
Jakże zmienną jest natura ludzka! Onegdaj, a nawet wczoraj, mężnie i obojętnie patrzyli śmierci w oczy; teraz, przykuci ciemnościami i brakiem sił do miejsca, drżeli na myśl o zbliżających się godzinach konania, — gorąco pragnęli żyć.
— Idźmy w górę! — zawołał nagle anglik, — ten upał zabije nas niezadługo.
— Wszystko już jedno! — szczepce geolog i zapala drżącemi rękami ostatnią latarkę.
Powlekli się znowu opromienieni mgłem i żółtem światełkiem, które niedługo miało zgasnąć. I stała się rzecz dziwna.
Ujrzeli przed sobą dwie drogi. Jedna prowadziła na dół, druga, połyskująca od różnobarwnych krystalicznych, minerałów, nieco w górę. Nadzieja wstąpiła nagle w zobojętniałe piersi. Nie wiadomo zkąd przybyło sił wędrowcom! Wdzierają się w górną szerszą szczelinę. Z gorączkowym pośpiechem wstępują po łagodnie pochyłej, chropowatej drodze. Nie odpoczywają ani chwili, bez tchu czepiają się szorstkich ścian drżącemi palcami, bo wiedzą, że spieszyć się trzeba, że z wypaleniem lampy nastąpić musi kres wędrówki do światła, do powietrza, do życia...
Niestety, olej dopala się. Przy nierównych blaskach konającej lampy geolog zdążył tylko stwierdzić, że znajdują się wśród zupełnie nieznanych utworów osadowych. — Westchnął ciężko.
— Ponury tryumf! Pomyślał. Chciałem minąć warstwy archaiczne, ukrywające w łupku krystalicznym, w pierwotnym wapieniu, marmurze, gnejsach i t. p. najdawniejsze ślady budzącego się życia organicznego, pragnąłem dosięgnąć nieznanych dotąd zupełnie człowiekowi skał, które znajdują się pod skałami archaicznemi, poznać ich skład i oto pragnienie moje spełniło się. Zostaniemy tu na wieki...
Minęła długa chwila w milczeniu. Geolog na poły senny z osłabienia zaczął błądzić myślą po krainie swej specyalności.
— W uszach mi dzwoni, ogniste koła rysują się na tle ciemności, — przemówił anglik.
— I ja doświadczam tego samego — odezwał się profesor. Żar wysysa z mego ciała resztki wody i zgęszcza krew...
— Długo my, panie, będziemy się jeszcze męczyć? — jęknął Stanisław i żadnej na zapytanie nie otrzymał odpowiedzi...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Erazm Majewski.