Przedziwny Hidalgo Don Kichot z Manczy/Część druga/XII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Miguel de Cervantes y Saavedra
Tytuł Przedziwny Hidalgo Don Kichot z Manczy
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wyd. 1937
Druk Drukarnia Naukowa Tow. Wydawn.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Edward Boyé
Tytuł orygin. El ingenioso hidalgo Don Quijote de la Mancha
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


KAPITULUM XII
KTÓRE OPISUJE NIEZWYKŁĄ PRZYGODĘ WALECZNEGO DON KICHOTA Z RYCERZEM ZWIERCIADEŁ

— Noc, która nastąpiła po dniu spotkania z śmiercią, Don Kichot i jego giermek spędzili pod wysokiemi i cienistemi drzewami. Don Kichot dał się nakłonić Sanczy i jadł z zapasów, które osioł na sobie dźwigał. W czasie wieczerzy, Sanczo rzekł do swego pana:
— Byłbym wielkim głupcem, Wasza Miłość, gdybym sobie wybrał za nagrodę, miast trzech źrebiąt, łup wzięty przez WPana w pierwszej bitwie. Prawdę powiada przysłowie, że lepszy wróbel w garści, niż żóraw w powietrzu!
— Z tym wszystkiem, Sanczo — odparł Don Kichot — gdybyś mnie był dopuścił do bitki, znacznego łupubyś sobie przysporzył, a przynajmniej posiadałbyś złotą koronę cysarską i barwne skrzydła Kupidyna. Ogołociłbym ich na czysto i zdobycz twoim rękom powierzył.
— Sceptra i korony cysarzów-komendjantów — odparł Sanczo — nigdy nie były ze szczerego złota, jeno z szychu lub blachy.
— To prawda — odparł Don Kichot — i nie byłoby to rzeczą stosowną, gdyby ozdoby komedjantów z szlachetnego jakiegoś kruszcu miały być uczynione. Wszystko to musi być zmyślone i udane, jako i komedja sama, którą winienes lubić Sanczo, i mieć ja w zachowaniu. Miłując zasię komedję, musisz sprzyjać także igrcom, którzy ją przedstawiają, czy składają. Wszyscy oni są narzędziem, służącem dobru pospolitemu każdego państwa. Stawiają nam nieustannie przed oczami zwierciadła, w których odbijają się, jak żywe, wszystkie ludzkie działania. Nic nam tak dokładnie nie okryśla, kim jesteśmy i kim być powinniśmy, jak komedja i ci, co ją udają. Rzeknij mi na ten czas: zaliżeś nigdy przytomny nie był odgrywaniu komedji, w którą autor wwiódł postacie królów, cysarzy, papieżów, rycerzy, dam i innych osób rozlicznych? Jeden udaje oszusta, drugi matacza, ten kupca, tamten żołnierza, ów zasię znów roztropnego cymbała, czy też kochanka głupawego. Po skończonem odprawieniu widowiska i rozdzianiu się z szatek, zaliż wszyscy igrcy nie są sobie równi?
— Nieraz na theatrum bywałem — odparł Sanczo.
— Podobna rzecz — ciągnął dalej Don Kichot — zachodzi w komedji życia ludzkiego, na tym tu padole. Jedni z nas są cysarzami, drudzy papieżami, tyle tu ról rozlicznych, że ich i zliczyć nie sposób, ani w jednej komedji zawrzeć. Ale, gdy się życie kończy, śmierć zdziera z nas ozdoby, któremi się nad innych wynosiliśmy, tak, iż, ze sobą porównani, do mogiły zstępujemy.
— Piękne porównanie, ani słowa — odparł Sanczo — aczkoli nie takie znów nowe, abym go nieraz nie słyszał. Jest to, niby ta gra w szachy. Dopóki trwa partyja, każda sztuka jest przydatna i ma swoje osobne zadanie, ale gdy się gra skończy, wszystkie sztuki mieszają się z sobą, zrównują się i idą do pudła pospołu, co jest właśnie jak z tymi, których do grobu chowają.
— Zdaje mi się, Sanczo — rzekł Don Kichot — że codzień bardziej łepskim i bystrym się stajesz.
— Zapewne — odparł Sanczo — coś z mądrości WPana musiało przecie przylgnąć do mnie. Jałowe ugory i piaszczyste role, kiedy się je gnoi i uprawia piękne plony dają. Chcę przez to powiedzieć, ze rozmowy z Waszą Miłością były tym gnojem, co użyźnił bezpłodny grunt mego przyrodzenia. Czas, przez który znajduję się w służbie WPana, był czasem uprawy. Tuszę, że wydam plon w obfitości, którego wstydzić się nie będzie trzeba i który nie odstrychnie się od ścieżki dobrej edukacji, którą WPan wyżłobił w mym umyśle jałowym.
Uśmiechnął się Don Kichot z tych udatnych słów Sanczo Pansy. Zdało się naszemu rycerzowi, iż w istocie rzeczy Sanczo miał rację, mówiąc o swojej poprawie. Od czasu do czasu rezonował foremnie, nad podziw. Też jednak pewna, że ilekroć chciał przemowie uroczyście, napuszenie i dwornie, kończył swój dyskurs, staczając się ze szczytu swego prostactwa, na samo dno swojej głupoty. Najlepszą pamięć i umysłu polerowność okazywał w przytaczaniu przysłów, więcej lub mniej stosownych do argumentu, tak, jakeśmy to już nieraz widzieli w biegu tej historji.
Na tych i tym podobnych dyskursach ubiegła im większa część nocy, aż wreszcie Sanczo zapragnął zamknąć okiennice swoich ócz (mawiał tak zawszy, gdy mu się na sen zbierało.) Odkulbaczył osła i puścił go luzem na trawę, aby się pasł dowoli. Rossynantowi siodła nie odjął, gdyż, według rozkazania Don Kichota, rumak jego winien być osiodłany zawsze, gdy w szczerem polu, a nie pod dachem noclegowali. Starożytny to był obyczaj i pilnie przez rycerzy przestrzegany: zdejmować uździenicę i przytraczać ją do łęku siodła: natomiast siodła zdejmować, uchowaj Boże!
Tak też uczynił Sanczo, zostawiając Rossynantowi równą, co i osłu wolność paszenia się.
Miłość i przywiązanie1 tych dwojga bydląt były tak wielkie i osobliwe, że z podania, które z ojca na syna przechodzi, wiemy, iż autor tej prawdziwej historji dwa osobne kapituła jej poświęcił. Mówią wszakże, że dla przystojności, takiej bohatyrskiej opowieści należnej, później je pominął. Czasami jednak autor wyrywa się z tym argumentem i mówi, że dwa bydlęta miłośnie tarły się o siebie nawzajem, że gdy były nażarte i zmęczone, Rossynant kładł na szyi osła swój łeb i szyję, dłuższą na dobre pół łokcia i że mogły tak stać, patrząc w ziemię, przez trzy dni, albo przynajmniej tak długo, jak im na to pozwalano, nim ich głód nie przymusił do szukania paszy. Mówią takoż, że autor przyrównał tę ich przyjaźń do przyjaźni Nisusa i Euriala, oraz Pilada i Oresta. Z tego już wnosić można dowodnie, ku powszechnemu zadziwieniu, jak szacowną i niezłomną rzeczą musiało być przywiązanie dwojga bydląt, o spokojnem przyrodzeniu. Exemplum to jest sromotą dla ludzi, którzy tak źle przyjaźni dochowywać są zwykli. Dlatego też pospolicie mówią:

Przyjaciel nie jest przyjacielem,
Z kijów już włócznie uczyniono[1]

Albo:

Wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły

Niechaj się nikomu nie zdawa, że autor przyjaźń bydląt z przyjaźnią ludzi w paragonie kładąc, zszedł ze swej drogi właściwej; bowiem ludzie od zwierząt wiele użytecznych nauk odebrali i siła rzeczy ważnych się nauczyli, tak na ten przykład od bocianów enemy, od psów womitów i wdzięczności, od żórawi czujności, od mrówek zabiegliwości, od słoni szlachetności, zaś od koni wierności.[2]
Sanczo zasnął w końcu u stóp rozłożystego dębu; Don Kichot drzemał, wsparty o pień. Nie pozostali długo w tym stanie, gdyż Don Kichota obudził hałas, rozlegający się za jego plecami. Skoczył na równe nogi i wytężył słuch, chcąc poznać, skądby ten rumor pochodził. Nagle spostrzegł dwóch ludzi, siedzących na koniach. Jeden z nich, spuściwszy się z siodła, rzekł do drugiego.
— Zsiądź i ty, miły przyjacielu, i odkiełznaj nasze rumaki. Zdaje mi się, że nie zbraknie im tutaj paszy, mnie zaś samotności i spokoju, tak potrzebnych dla moich myśli miłosnych.
Ledwie to powiedział, już legł na murawie. Gdy złaził z konia, zbroja mocny chrzęst wydała, po tym znaku poznał Don Kichot, że musiał to być jakiś rycerz błędny. Zbliżył się do Sanczy, który tęgo chrapał, ujął go za ramię i długo tarmosił, nim się giermek ocknął.
— Braciszku Sanczo — rzekł niskim głosem — czeka nas nowa przygoda.
— Niech Bóg dobrą nam zdarzy — odparł Sanczo — a gdzie jest, proszę WPana, owa donja przygoda?
— Gdzie jest? — rzekł Don Kichot. — Obróć oczy a ujrzysz, leżącego na murawie, błędnego rycerza, który jak mi się wydaje, jest wielce zatroskany. Widziałem jak z konia zsiadł i na ziemi się rozciągnął z oznakami jakiejś skrytej boleści; zbroja jego dziwny przytem dźwięk wydała.
— Z czego Wasza Miłość wnosi, że to ma być przygoda?
— Nie chcę tego twierdzić — odparł Don Kichot — że to musi być zatarga koniecznie, ale pewno początek jakiejś przygody; gdyż na ten kształt właśnie wszystkie przygody się zaczynają.
Ale posłuchaj trochę Sanczo, zda mi się, że ten rycerz stroi cytrę, czy harfę, a z tego że chrząka i czka tuszę, że gotuje się do śpiewu.
— Na mą duszę — rzecze Sanczo — dobrze WPan mówisz. Musi to być jakiś rycerz zakochany!
— Niema takiego rycerza błędnego, któryby zakochany nie był — odparł Don Kichot.
Tymczasem słuchajmy go; ani chybi, z tej nici poznamy zwikłany motek jego myśli, gdyż przez usta bogactwo serca przemawia.[3]
Sanczo chciał odpowiedzieć swemu panu, aliści przeszkodził mu w tem śpiew Rycerza z Lasu, śpiew, który nie był ani zbytnio zły, ani zbytnio dobry. Nakłonili ucha i usłyszeli takie wiersze:

Będę umiał się poddać każdemu zechceniu
Zechcijcie mi narzucić, pani, waszą wolę,
Pragnienie me zawarte jest w waszem pragnieniu,
Wasze są moje tchnienia, radości i bole.

Jeśli zechcecie, pani, bym zgasił płomienie,
Prędzej mnie zobaczycie na marach, lecz czyli
Amor nie miałby śpiewać zamiast mnie z tej chwili

O piękności, będącej w takiej dla mnie cenie

Zważam wszelkie przeszkody, ale serce moje
Jest z wosku i djamentu, przeto się nie boję,
Abym chybił w czemkolwiek prawidłom miłości

Wyryjcie to niem, co chcecie, o niebiańska pani
O piękności najwyższa, której niosę w dani
Me serce, w którem przez was treść wciąż nowa gości.

Rycerz z Lasu skończył swą pieśń westchnieniem, z głębi serca płynącem, a później zmilczawszy przez kęs czasu, rzekł głosem żałosnym i utyskującym:

— O najpiękniejsza i wraz najbardziej niewdzięczna na świecie damo! Zaliż to możliwe, o najjaśniejsza Kasildeo z Wandalji, abyś zezwoliła, żeby twój niewolnik — rycerz mamie wiek swój trawił, błąkając się po całym świecie i znosząc mnóstwo niesłychanych trudów? Zaliż nie dosyć ci na tem, ze wszystkich rycerzy Nawarry, Leonu, Andaluzji, Kastylji, a takoż rycerzy całej Manczy przymusiłem wyznać, żeś jest najpiękniejszą na świecie damą.
— A owóż i wcale nie! — rzecze wtem Don Kichot, — bo ja jestem z Manczy, a nigdy, jako żywo, tegom nie oświadczył, jako i nigdy nie oświadczę rzeczy tak przeciwnej piękności mojej pani. Z tego widzisz, Sanczo, że temu rycerzowi marzyc się musi. Ale słuchajmy dalej, może się więcej wygada.
— Zapewne, tego się spodziewać należy — odparł Sanczo, — gdyż ma wygląd, jakby się chciał żalić przez cały miesiąc.
Tak się jednakże nie stało, bowiem Rycerz z Lasu usłyszawszy głosy wpobliżu siebie, przerwał swoje utyskiwania, zerwał się z ziemi i rzekł głosem dostojnym i dźwięcznym:.
— Kto tam? Kim jesteście? Czy do liczby pocieszonych, czyli też zasmuconych należycie?
— Jesteśmy z liczby zasmuconych — odparł Don Kichot.
— Zbliżcie się zatem do mnie — rzekł Rycerz z Lasu znajdziecie tu samą żałość i nieszczęśliwość w swojej istocie!
Don Kichot, usłyszawszy respons tak dworny, podsunął się do rycerza pospołu z Sanczą. Rycerz wziął go za rękę, mówiąc: Spocznijcie tu, Mości panie rycerzu. Aby poznać, że jesteście nieszczęśliwi, i że należycie do tych, co profesji błędnego rycerstwa się oddają, dość mi, że spotykam Was w tem miejscu, gdzie samotność i noc ukojona, zwykłe pocieszycielki rycerzów błędnych, Wam towarzyszą.
—. Jestem rycerzem — odparł Don Kichot — i sprawuję profesję, o której WPan namieniałeś. Chocia w duszy mojej smutki, strapienia i nieszczęścia mają swoje mieszkanie, mimo to jednak, zdolen jestem nieszczęść cudzych się politować. Z tego, coście śpiewali, poznałem, że duszne niepokoje was trapią, chcę rzec, strapienia miłości, którą darzycie piękną niewdzięcznicę mianowaną w tych użaleniach.
Taką bawiąc się rozmową, usiedli obok siebie na twardej ziemi, w tak przykładnej zgodzie i przyjaźni, jakby nazajutrz o świtaniu nie mieli sobie głów porozbijać.
— Mości panie rycerzu — zapytał rycerz z Lasu Don Kichota — czy WPan trafunkiem nie jest zakochany?
— Jestem na nieszczęście — odparł Don Kichot — lubo nieszczęścia, które się rodzą z wysokiego naszych myśli i pragnień umieszczenia, bardziej za łaskę niźli losu doznanie winny uchodzić.
— Byłaby to prawda — rzekł Rycerz z Lasu, — gdyby nam nie mieszały umysłów ustawne wzgardy, które nieraz na zemstę wyglądają.
— Nie byłem nigdy od mej damy wzgardzony — odparł Don Kichot.
— Święta prawda! — zawołał Sanczo — nasza pani jest łagodna jak baranek i miętsza od masła.
— Czy to giermek WPana? — zapytał Rycerz z Lasu.
— Tak — odparł Don Kichot.
— Nie widziałem nigdy giermka — rzekł Rycerz z Lasu — któryby śmiał gadać wówczas, kiedy jego pan mówi. Mam ja swojego, co tam stoi; człek to słuszny, jak i jego ojciec, nigdy jednak nie waży się ust otworzyć, kiedy ja gadam.
— Wyznaję, że mówiłem — rzecze Sanczo — i że mogę mówić przed kimś godniejszym jeszcze... ale lepiej ugryźć się w język.
Giermek Rycerza z Lasu schwycił Sanczę za ramię i rzekł:
— Pójdziemy na stronę, gdzie do woli będziemy się mogli wygadać na modłę giermków — niech się tam nasi panowie bawią opowiadaniem o swoich afektach — będą mieli przynajmniej do jutra rana czem się zatrudniać. Dzień ich zaskoczy, nim skończą!
— Chętnie — rzekł Sanczo — oznajmię wam kto jestem, a wy mnie powiecie, czyli mnie można zaliczać do pocztu giermków-pyskaczy.
Dwaj giermkowie oddalili się, aby zacząć dyskurs tak ucieszny, jak poważny był dyskurs ich panów.




  1. Dwa te wiersze pochodzą z „romance“ „Afuera, afuera, afuera“, w którem opisane są uroczystości, wyprawione przez króla maurytańskiego z okazji pogodzenia się dwóch rodów Abenseragów i Zegri‘ów. Wkrótce potem między rodami temi wybuchła nowa nienawiść.
  2. Tradycyjnym źródłem tych rewelacyj o cnotach zwierząt jest Plinjusz („Hist. Nat.“ X, 23). O ibisie i o bocianie mówi w „Tresor“ Brunetto Latini: „E quando si sentono alcuna malizia nel corpo per le vivande ch‘elle mangiano, si se ne vanno al mare e beono dell‘ acqua, ed empiesene bene da sua gorgia, e mettesi il becco di dietro a modo di cristeo, e cacciasi quell‘ acqua in corpo, e in quel modo purge la sua malizia“. O psie mówi Latini, że „oddając nieczystość, często je zjada“. Dlatego w „Bestiari“ średniowiecznych pies uchodził za zwierzę nieczyste.
  3. „Ex abundantia cordis os loquitur“ (św. Mateusz XIII, 34).





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Miguel de Cervantes y Saavedra i tłumacza: Edward Boyé.