<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Przez różowe szkiełka
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Tom VI
Wydawca nakładem autora
Data wyd. 1894
Druk Drukarnia Artystyczna S. Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom VI
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.

Na ogromnym karecianym koniu, jechał jakiś jegomość wysoki niezwykle, szczupły, ubrany z przesadzoną, czysto prowincyonalną elegancyą. Spiczasta bródka hiszpańska uczerniona, również jako i cienkie, w kształt mysich ogonków skręcone wąsiki, czyniły go podobnym do Don Kiszota z Manszy. Ogromny koń stąpał dumnie i z powagą, a jeździec, z powodu zbyt słusznego wzrostu przygarbiony trochę, jaśniał elegancyą i szykiem. Od czapki aż do lakierków wszystko było na nim nowiuteńkie, prosto z igły.
Wyglądał jak z pudełeczka wyjęty, notabene, jeżeli można wyobrazić sobie pudełeczko, mające przynajmniej, biednie licząc, siedm stóp i dziewięć cali długości.
Obok konia biegł chart także ogromny i chudy, nieodstępny pana Kalicińskiego towarzysz. Niefortunny konkurent, który lubił studyować stare sztychy i illustracye, nabrał przekonania, że wszyscy dawni rycerze, zarówno w wyprawach, jako też na łowach, mieli przy sobie takie psiska, wychudzone i długie.
Kaliciński zapoznał się z Wiktorem, Julcią i ciotką w niedzielę u proboszcza, po nabożeństwie, i zaraz też powziął myśl odwiedzenia Kalinówki i złożenia pierwszej wizyty.
Los szczególnie sprzyjał jego marzeniom, albowiem Wiktor właśnie wyjechał za interesami do miasta, ciotka poszła na folwark, a w domu była tylko sama Julcia.
Gdy wszedł do pokoju, podała mu rączkę z uśmiechem i rzekła.
— Witam pana sąsiada, w tej chwili poszlę na folwark po ciocię, a tymczasem proszę się rozgościć; niechże pan będzie łaskaw spocznie. Konika pańskiego już odprowadzono do stajni, a piesek jak widzę położył się na ganku. Prześliczne stworzenie!
— Niezrównanej wierności, proszę pani, niezrównanej, jedyny powiernik mych smutków i towarzysz samotności.
— Co do drugiego, przypuszczam; ale żeby mógł być pańskim powiernikiem trudno uwierzyć.
— A jednak... Niema pani wyobrażenia co to za poczciwe stworzenie... doprawdy! Utrzymują, że chart jest najgłupszy ze wszystkich psów, ale to nie prawda; bo proszę pani, gdyby tak było, to zkądżeby się wziął, jak przedstawiają nam obrazy, w psiarni bogini łowów Dyany? Coby robił przy wielkich rycerzach, sławnych kawalerach? Wreszcie dla czegoby ustanawiano od niego podatek? Bo od takich psów płaci się podatek, proszę pani.
— Nie wiedziałam o tem.
— Przy dzisiejszym systemacie, wszystko co cenne, co ma cechę kosztowności..
Julcia rozśmiała się.
— Nie przypuszczałam — rzekła — żeby pies ten, aczkolwiek może bardzo znakomity...
— O, znakomity! istotnie rzadkiej znakomitości. Dla niego dogonić zająca to fraszka, zdusić lisa głupstwo, a kot to dla niego mucha! Opal jest moim nieodstępnym towarzyszem i stróżem, bo on się Opal nazywa, proszę pani.
— W symbolice klejnotów, to kamień smutku podobno.
— Tak jest. Z umysłu mu takie miano nadałem — i ja też jestem zawsze smutny, zawsze rozczarowany, pełen zawodów, zmartwień, goryczy.
— Eh, może pan zbyt czarno na świat patrzy.
— Nie, pani, nie, ja nie patrzę czarno, ale doznawszy tyle zawodów, nie zrozumiany, odpychany...
— Czy pan nie jest poetą?
— Wie pani co, nie zastanawiałem się nigdy nad tem pytaniem.
— I nie pisuje pan wierszy?
— Owszem, pisywałem za młodu bardzo dużo... To jest, cóż ja mówię za młodu; widzi pani, że i dziś nie jestem przecież stary, ale za bardzo wczesnej, wczesnej młodości. Dziś już bym tego nie potrafił.
— Dla czego?
— Ręka ociężała, proszę pani, ręka. My rolnicy, dźwigając przez całe życie pług, przekazany przez pradziadów...
— Czy być może? Osobiście, własnemi rękami?
— To jest właściwie nie własnemi, ale po części i własnemi; bo proszę pani, cóż zrobić, jak parobek orze za płytko, albo za głęboko; jak zamiast odwalić skibę prosto jak strzelił, robi gzygzaki jakieś, ani w pięć ani w dziewięć, na pośmiewisko ludziom, wtenczas naturalnie...
— Rozumiem, wtenczas pan własnemi rękami...
— Co robić, proszę pani? istotnie własnemi rękami huknę go w kark, aż mu się babka przyśni.
— Ależ panie, to barbarzyństwo — i pan tak robisz? Pan, który niegdyś pisywałeś wiersze.
Kaliciński wielkie oczy zrobił.
— A cóż to jedno drugiemu przeszkadza? Wiersze wierszami, a robota swoim porządkiem. Zresztą to już było dawno. Pamiętam dobrze, po całych dniach siedziałem nad przepisywaniem, całe książki przepisywałem, na kolorowym papierze, na welinach, na atłasie nawet.
— Więc pan tylko przepisywał?
— A jakże miało być inaczej? Przecież jak kto chce wiersze napisać, to musi je zkądś przepisać, z książki, albo jeżeli umie, z pamięci.
Julcia nie oponowała. Postanowiła zwrócić rozmowę na inny przedmiot.
— Czy tu się bawią w okolicy? — spytała.
— Jak czasem — odrzekł, patrząc na swe błyszczące buty i jak gdzie.
— Ale w ogóle?
— W ogóle powiedziałbym, że nie ażeby... Dawniej to prędzej jakaś zebrała się partyjka, dziś nawet z dziadkiem trudno skleić.
— Pan mówi o kartach?
— Ja nic nie mówię, odpowiadam tylko na pytanie. Pani wybaczy, czasem bywam trochę roztargniony, zwłaszcza, gdy całą moją myśl, całe, jakby to powiedzieć, jestestwo, zajmuje i pochłania wyłącznie tylko jeden przedmiot... Przedmiot, który... do którego... to jest właściwie powiedziawszy, któremu...
Biedny Kaliciński chciał odrazu przystąpić do rzeczy i wykrztusić wyznanie, a przynajmniej dać do zrozumienia, że nie przyjeżdża bez celu, ale widocznie nie miał szczęścia. Raz, że frazes, który zawczasu przygotował sobie, opracował, zaokrąglił, uwiązł mu jakoś w gardle i na żaden sposób wydobyć się nie mógł; a powtóre, że i ciotka, dowiedziawszy się o przybyciu gościa, pośpieszyła do domu.
Gdy weszła do saloniku, Kaliciński zerwał się z krzesła, wyprostował i złożył głęboki ukłon.
Po wymianie wzajemnych grzeczności, ciotka z łatwością poprowadziła rozmowę, w której jednak nie znalazło się miejsca na rozczarowania, zawody, oraz na ów przedmiot, który... do którego... któremu.
Ciotka była bardzo uprzejma dla gościa, dopytywała go o stosunki rodzinne i jak zaczęła kombinować rozmaite konneksye i koligacye, znalazła pewne powinowactwo pomiędzy rodziną Kalicińskich a własną. Stary kawaler zachwycony był przyjęciem, jakiego doznał, z fantazyą podkręcał wąsiki i pieścił się w duszy nadzieją, że wszystko pójdzie jak z płatka. To przekonanie dodawało mu humoru, a że Julcia również rada była pożartować i pośmiać się trochę, więc czas schodził szybko na gawędce.
Powrócił też i Wiktor, ale jakiś zirytowany i kwaśny, widocznem było, że silił się tylko, aby być uprzejmym dla gościa i że z trudnością ukrywał w sobie jakąś troskę, czy kłopot.
Julcia dostrzegła to niezwykłe zachowanie się brata i korzystając z chwili, w której ciotka z panem Kalicińskim zastanawiała się nad koligacyami jakiejś rodziny, szepnęła do stojącego przy oknie Wiktora.
— Co tobie jest, mój drogi?
— Nic, moja Julciu.
— O, nie ukrywaj przedemną! Mnie nie wyprowadzisz w pole, ja czytam w twoich oczach jak w książce.
— Później ci powiem.
— Nie, nie, powiedz zaraz, uspokój mnie, bo widzę, że cię coś niezwykłego musiało spotkać.
— Miałem znowuż z Żarskim przeprawę.
— O co?
— Ah, o te głupie awantury leśne, wyobraź sobie, że podziękował za obowiązek, chce wyjechać ztąd; ale później ci to opowiem, teraz trzeba się zająć naszym gościem.
— Masz słuszność, chodźmy do stołu.
— Pan Wiktor — odezwał się Kaliciński — z pewnością wieś polubi, gdy dłużej pomiędzy nami pomieszka. Na jesieni szczególniej, bardzo tu przyjemnie, zwłaszcza z chartami...
— Nie jestem ja wielkim amatorem myślistwa.
— A tak, tak; w gruncie rzeczy nie ma się czem zachwycać, ja sam nie lubię chodzić z wyżłem po błotach, ani też stać na stanowisku w lesie, ale z chartami, panie, to co innego, to powiedziałbym jest rozrywka rycerska!
— Z jakiego względu?
— No, widzi pan, polowanie ze strzelbą opiera się na podstępie, tu zaś jest walka: zającowi, czy lisowi, pozostawia się możność ucieczki; jeżeli mu się życie nie uprzykrzyło, niech zmyka.
— Ale też i człowiek przy takiej zabawce może kark skręcić — wtrąciła ciotka — właśnie przed laty dwudziestu, jeden z moich kuzynów przypłacił życiem polowanie z chartami, spadł z konia i zabił się...
— Proszę pani dobrodziejki, nie każdy spada, ja oto naprzykład, tyle lat poluję i nie miałem dotąd wypadku. Prawda też, że i mój Zefir jest bardzo pewny w nogach...
— Cóż to za Zefir?
— To ten właśnie konik, na którym przyjechałem tu do państwa.
— Ten ogromny?
— Gdzież on ogromny, tak sobie średniej miary, jak dla mnie. Muszę mieć takiego, gdyż na kucyku wyglądałbym nie bardzo apropo. Na wiosnę Adaś Marcinkowski dawał mi na Zefira trzysta rubli, jak jeden grosz, ale nie chciałem. Już mam takie dziwne serce, że jak się do czego przywiążę, to jestem wierny aż do śmierci.
Rzekłszy to, stary kawaler westchnął i spojrzał na Julcię.
— Jeżeli pan tę zasadę przywiązania stosuje do ludzi — wtrąciła złośliwie ciotka — to żona pana musi być bardzo szczęśliwa.
— Żona? — zapytał zdumiony — ja żony nie mam, proszę pani.
— Więc pan dobrodziej wdowiec?
— Chowaj Boże, jestem kawaler jak dotychczas, żyję w osamotnieniu i smutku.
— Trzeba było sobie znaleźć pocieszycielkę.
— Nie szukałem, pani dobrodziejko, pod słowem, nie szukałem. Może w okolicy mówią inaczej, ale to plotki, nic więcej, jak zwykłe parafialne plotki. Taki ważny krok w życiu trzeba robić z namysłem, chyba że się znajdzie przedmiot, który, to jest właściwie dla którego...
— Proszę pana — rzekła służąca, wchodząc do pokoju i zwracając się do Wiktora — przyszedł gajowy i trzech chłopów.
— Jakaś leśna sprawa — wtrącił Kaliciński — codzienna to u nas zabawka.
— Zawołaj ich tutaj — rzekł Wiktor.
Po chwili interesanci weszli do pokoju. Gajowy, w krótkiej sukmanie, z torbą borsuczą na ramieniu i strzelbą powiązaną sznurkami w ręku, kłaniając się nizko, rzekł:
— Z przeproszeniem wielmożnego dziedzica, pan rządca mnie tu przysłał do wielmożnego dziedzica, jako wielmożny dziedzic przykazał, żeby o każdem złodziejstwie nie do pana rządcy, jeno do samego wielmożnego dziedzica...
— Dobrze, a cóż to za ludzie?
— A to właśnie, z przeproszeniem wielmożnego dziedzica, są aktualnie złodzieje.
— Jakże można tak ich nazywać!
— A no... niby według tego, jako dziś w nocy sosnę...
— Zkąd wiecie, że to oni?
— Albo mnie to, za pozwoleniem wielmożnego dziedzica, pierwszy zna!? Już przez ośmnaście lat boru pilnuję, a każdego złodzieja znam jak zły szeląg. Jakem jeno do dnia, skoro świt, ujrzał co się święci, tak poszedłem śladem, het do samej chałupy, patrzę, Panie święty, sosna leży z przeproszeniem, za stodołą. Ja do sosny, nasza! bo akuratnie cechowana, z tych, co niby pan rządca przeznaczył na nowe czworaki. Ja mówię: „tak! tak, złodzieje jedne! szelmy!“ a oni do mnie z gębą; a ten z przeproszeniem kuternoga Franek, zara do bicia, ale że akuratnie sołtys szedł z jednym gospodarzem, więc się bał, że są świadki i tylko pomstował. To jest aktualnie całe złodziejstwo, albo politycznie mówiąc, z przeproszeniem, defraudacya.
— Racya — mruknął Kaliciński, zmarszczywszy groźnie brwi — racya, gajowy dobrze mówi, to jest złodziejstwo.
— A cóż wy na to, ludzie? — zapytał Wiktor.
— My, proszę wielmożnego dziedzica — odezwał się jeden — my nie winni. Po sprawiedliwości, jak na świętej spowiedzi, żebym tak jasności Boskiej nie oglądał.
— Więc nie ukradliście sosny?
— Nie, wielmożny dziedzicu, nie ukradliśmy, jeno, kiedy mam po prawdzie gadać, bez żadnego kręcicielstwa i bez żadnego fałszu — tośmy ją wzięli.
— Ależ, moi kochani, to przecie na jedno wynosi.
— Nie, proszę wielmożnego dziedzica, w naszym rodzie od dziada pradziada złodzieja nie było, nijakiego kradzieztwa, nijakiego łupieztwa; a żeśmy tego chojniaka wzięli, to juści prawda, ale nam było potrza chlewki poładować, bo po prawdzie ni gadziny niema gdzie zagnać, ni co...
— Proszę wielmożnego dziedzica — wtrącił gajowy — on szczeka, nieprzymierzając jak pies, u niego budynki jak najlepsze, bo cięgiem drzewo kradnie, a tę sosnę, to żeby nie dopatrzyć, zara by sprzedał żydom do Bosychkaczków.
— Wielmożny dziedzicu! — zawołał chłop, schylając się Wiktorowi do kolan, — niech wielmożny dziedzic odpuści nam sierotom! Już my nietylko, na to mówiący, chojniaka, albo choćby i dęba, ale ani patyczka nie tkniemy, nie będziemy nawet patrzyli w tę stronę, gdzie bór stoi.
Wiktor czekał tylko tego aktu pokory. Wstał, wyprostował się i przybrawszy minę uroczystą, palnął do chłopów mówkę. Po raz pierwszy znajdował sposobność wywarcia bezpośredniego wpływu na lud; rad był nawet, że kosztem utraty jednej sosny, ma możność rzucić w prostacze serca ziarno dobre, że uszlachetni je, podniesie.
— Przedewszystkiem, moi bracia — rzekł — nie kłaniajcie się do kolan; nie schylajcie głów przedemną. Wszyscy jesteśmy sobie równi i jesteśmy bracia, a nad nami jeden ojciec — Pan Bóg.
— Oj prawda! prawda co jeden Pan Bóg miłosierny i każdego stworzenia i, na to mówiący, robaka, — powtórzyli chłopi, a przytem zaczęli wzdychać tak ciężko, że Wiktor wzruszony został ich pokorą i skruchą.
Jakże łatwo trafić do serca prostaczych ludzi — pomyślał.
— Widzę, moi drodzy — rzekł — że żałujecie brzydkiego postępku, jaki popełniliście. Przyswojenie sobie cudzej własności jest to, jak wam wiadomo, grzech, przeciwko siódmemu przykazaniu; zapewne ksiądz proboszcz, który jest waszym nauczycielem, przewodnikiem duchownym, mówił wam nieraz, jak brzydko, jak niegodziwie, jak niegodnie jest zajmować się kradzieżą.
— Oj, gada ci nasz ksiądz, gada — stęknął chłop.
— Inszego to i zwymyśla i zbeszta — wtrącił gajowy — ale drugi będzie taki szelma, że żeby nie tylko ksiądz, ale sam Pan Jezus ukrzyżowany z nieba zstąpił i do niego przemówił, to on jeszcze, na to mówiący, pojedzie kraść do lasu, a już te dwa chłopy są właśnie same najgorsze złodzieje, w całej wsi ich znają.
— No, no, nic to — rzekł Wiktor — ja mam nadzieję, że oni się poprawią i że na przyszłość więcej się takie nadużycie nie powtórzy. Czy przyrzekacie mi to?
— Aj przyrzekamy, wielmożny dziedzicu, przyrzekamy, po sprawiedliwości przyrzekamy, rzetelnie.
Kaliciński wąsiki z niecierpliwością pokręcał; ciotka zdradzała chęć wdania się w tę sprawę, ale Wiktor nie dał jej przyjść do słowa.
— Skoro tedy przyrzekacie — ciągnął dalej — a pozwalam sobie przypuszczać, że przyrzeczenia dotrzymacie, więc wam na ten raz daruję, lecz pamiętajcie szanować cudzą własność.
— Dziękujemy, dziękujemy wielmożnemu panu, Panie Boże zapłać, Panie Boże nagródź.
Gajowy nieznacznie ramionami ruszył.
— Upraszam pokornie wielmożnego dziedzica — rzekł — czy mam powiedzieć panu rządcy o fornalkę, czy wielmożny dziedzic sam każe?
— Do czegóż wam potrzebna fornalka?
— Niby, proszę wielmożnego dziedzica, trzebaby zabrać ową sosnę.
— Nie, mój przyjacielu. Tę sosnę niech sobie wezmą, będzie to dla nich wynagrodzeniem za to, że usłuchali głosu prawdy i życzliwości i że wyrzekli się czynienia złego.
Chłopi ze zdumieniem po sobie spojrzeli.
— A teraz — dodał — jeszcze jedno słowo. Powinniście moi ludzie o tem wiedzieć, że największym skarbem człowieka, całem jego bogactwem i szczęściem jest oświata. Człowiek zupełnie nieokrzesany, nie oświecony, nie wiele różni się od bydlęcia; a im zaś więcej oświaty posiada, o tyle wyżej się wznosi moralnie i duchowo. Oświata dla ludzi tem jest, czem ożywcza rosa dla roślin, czem promień światła dla uwięzionego w ciemnicy. Czy rozumiecie mnie dobrze?
— Dyć rozumiemy, wielmożny panie, rozumiemy.
— Więc powtórzcie co jest oświata? czem ona jest dla człowieka?
— Ha! — rzekł jeden z chłopów, drapiąc się w głowę — sprawiedliwie musi to być taka właśnie sztuka, jak wielmożny dziedzic powiada.
— Tak też jest, ale powtórzcie co ja powiedziałem? Co to jest oświata?
— Właśnie, że niby, na to mówiący, światłość jakby kto, na ten przykład, w kozie co bez okna, świeczkę zaświecił.
— Z pociechą widzę, moi ludzie, że rozumiecie mnie. Macież oto jeszcze, daję wam rubla dla obydwóch, żebyście kupili swoim dzieciom elementarz do nauki, rozumiecie?
Chłop trzymał rubla w ręku i sam nie wiedział co ma z nim zrobić, towarzysz pociągnął go za sukmanę, zachęcając do wyjścia.
— Dziękujemy wielmożnemu dziedzicowi — rzekł. — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
— Na wieki; idźcie z Bogiem, źle nie róbcie, słuchajcie rady uczciwej, uczcie dzieci i bądźcie dla mnie jako dobrzy i życzliwi sąsiedzi.
Chłopi wyszli, gajowy został jeszcze.
— Na cóż czekacie? — spytał Wiktor.
— Proszę wielmożnego dziedzica, według dyspozycyi.
— Co do czego?
— Co ja mam teraz robić, jakby na to mówiący, była znów kradzież w lesie?
— Bądź spokojny, mój przyjacielu, jestem pewny, że po dzisiejszej nauce, ani jeden patyczek z lasu nie zginie.
Gdy gajowy wyszedł, Wiktor uśmiechnięty, zadowolony z dokonanego dzieła, zwrócił się do Kalicińskiego z zapytaniem:
— Jakże szanowny sąsiad uważa mój system postępowania z ludźmi? co do mnie albowiem, jestem najmocniej przekonany, że tą drogą jedynie można chłopa zrobić takim, jakim byśmy go widzieć pragnęli.
Kaliciński ociągał się z odpowiedzią.
— Hm — rzekł po chwili namysłu — nie ma co mówić, system jest piękny. Powiedziałbym nawet, że bardzo piękny, tylko dodałbym, to jest poważyłbym się dodać do niego jedną radę...
— Naprzykład?
— To jest, proszę się nie obrażać, jak honor kocham, przez życzliwość tylko dla sąsiada dobrodzieja...
— Ależ nie obrażę się, słucham.
— Jest tu niedaleko w Bosychkaczkach żyd jeden, pieniężny człowiek, Jojna Imbryk, na honor tak się nazywa, jak zbawienia pragnę.
— Znam go przecież.
— To jeszcze lepiej. Otóż radziłbym porozumieć się z nim i sprzedać co prędzej las.
— Las sprzedać?! Co pan mówisz?!
— Dobrze mówi pan Kaliciński, bardzo dobrze — odezwała się ciotka, nie mogąca już dłużej niezadowolenia swego ukrywać. — Ślicznie mówi! stokroć lepiej albowiem jest sprzedać drzewo i pieniądze do kieszeni schować, aniżeli pozwolić je rozkraść bezkarnie i dopłacać do każdej sztuki po rublu.
— Cioteczko — wtrąciła Julcia — ja rozumiem sposób postępowania Wiktora, on pragnie za pomocą łagodnych, serdecznych, przyjacielskich środków, wywrzeć dodatni wpływ na tych ludzi. Wiktor ma cel szlachetny, a takie postępowanie, jako obywatelowi kraju, przynosi mu zaszczyt. Wiktor, cioteczko, pragnie...
— Tak, on pragnie, ale zamiast osiągnąć to, czego pragnie, rozzuchwali tylko złych, a nawet tych, którzy dobrzy są i uczciwi na złą drogę wprowadzi.
Na bladą zwykle twarz Wiktora, wystąpiły silne rumieńce.
— Więc państwo mniemacie — zawołał — że człowiek jest z gruntu zły i przewrotny, że za dobre odpłaca złem, za chleb kamieniem? Kto was tego nauczył? Na jakich podstawach opieracie swoje twierdzenia?
— My nic właściwie nie twierdzimy — odezwał się Kaliciński, ale widzi pan, są rzeczy, które...
— Tak, tak... Wy nie twierdzicie, ale moje najlepsze chęci, moje pragnienia najszczersze, natrafiają wszędzie na opozycyę, i któż oponuje? Pan, sąsiad, obywatel, najbardziej rozumiejący potrzebę uszlachetnienia masy ludowej! Ciotka, zacna, religijna kobieta, która złożyła tyle dowodów poświęceń dla bliższych i dalszych nawet ludzi! Oponuje Żarski, a któż jest ten Żarski? Człowiek pracy, syn ubogich rodziców, prawie że dziecko ludu; ten Żarski, który raz, jakiem się dowiedział niedawno, z narażeniem własnego życia ocalił tonącego parobka, ten Żarski, który jako rządca folwarku, każe najstaranniej czyścić zboże dla służby na ordynaryę, ten Żarski, który sam do mnie mówił, że chcąc mieć dobrych parobków, trzeba im dobrze płacić i dobrze ich żywić, i on oponuje! Ale nie koniec na tem, bo oto gajowy, sam chłop, bodaj że w tejże Kalinówce urodzony, oponować wprawdzie nie śmie, ale ramionami wzrusza, jak gdybym ja największe głupstwo popełnił. Przez Boga! powiedzie, co to jest? Czym ja ślepy, czy wy macie oczy zaćmione? Ale nie! nie, ja nie jestem ślepy! ja widzę, widzę dalej, niż państwo mniemacie! Widzę przyszłość jasną, wierzę w to silnie, że w chłopie naszym, najpiękniejszy, najbogatszy materyał na obywatela spoczywa. To złoto, to najszlachetniejszy kruszec, ale wydobyć go trzeba. Wasze poglądy, moi państwo, średniowieczczyzną trącą, a czasy jej już bezpowrotnie minęły.
— Dałoby się coś o tem powiedzieć — wtrącił Kaliciński — mówił mi niedawno jeden poważny człowiek, że siła chodzi przed prawem, i że ta zasada modna nawet jest dzisiaj.
— A, panie szanowny, cóż nam do tego? My mamy swój malutki zakres działalności, nie wychodzimy z niego. Uszlachetniajmy się nawzajem, niech każdy w otoczeniu swojem, w malutkiem kółku, w którem się obraca, rozrzuci możliwie największą ilość światła, dobra, szczęścia. Niech stworzy, jeśli to możliwe, miniaturowy raj w swojem kółeczku, a postać całej ludzkości się zmieni, nie będzie upadku, nędzy, podłości, ani zbrodni.
— Śliczne teorye, jak Pana Boga kocham — rzekł Kaliciński, wąsami ruszając.
— Tak, ale pan w możność ich wykonania nie wierzysz?
— Istotnie, jeżeli mam prawdę powiedzieć, to widzę niejaką wątpliwość.
— A ja wierzę, ja wierzę w ludzi, wierzę, że w nich dobry pierwiastek przeważa, tak jak wierzę w to, że słońce świeci nad ziemią. Czas pokaże, kto się myli, ale ja jestem pewny swego; przekonacie się.
Nie dokończył, gdyż do pokoju wszedł młody człowiek, w studenckim mundurze, ukłonił się paniom i zbliżywszy się wprost do Wiktora, rzekł:
— Przychodzę przeprosić szanownego pana, że ojciec mój przyjść dziś nie może, jest cierpiący i musiał się położyć.
— Cóż jest panu Żarskiemu? — zapytała ciotka z niepokojem.
— Nie wiem, proszę pani, ból głowy, trochę gorączki, wogóle już od kilku dni nie domaga, prawdopodobnie zaziębił się.
— Natychmiast pójdę ojca pańskiego odwiedzić — rzekł Wiktor, wstając.
— Niech się pan nie trudzi — odpowiedział młody Żarski — ojciec przed chwilą usnął, może mu to ulgę przyniesie.
To rzekłszy, ukłonił się i chciał wyjść. Ciotka uprzejma zawsze gospodyni, nie pozwoliła na to.
— A, tak się nie godzi — rzekła — zaledwie raz i to przypadkiem, znalazłeś się pan u nas i już chcesz uciekać.
Żarski wymawiał się, że musi chorego ojca pilnować, ale w końcu uległ prośbom uprzejmej gospodyni i został. Naturalnie, rozmowa zwróciła się na inne tory. Julcia, ciekawa różnych szczegółów z warszawskiego życia, dopytywała się o nie. Student rozpowiadał poważnie, ale z łatwością. Przy tej sposobności Julcia zauważyła, że pan Jan, bo takie imię miał syn Żarskiego, ma bardzo rozumne oczy i że wysławia się z wielką łatwością i wdziękiem.
Młody Żarski już kończył nauki, za kilka miesięcy, po zdaniu ostatnich egzaminów, miał otrzymać patent na lekarza i rozpocząć praktykę.
Rozmowa o Warszawie przeciągnęła się dość długo. Kaliciński widząc, że już dziesiąta, pożegnał towarzystwo i, dosiadłszy swego Zefira, odjechał.
Olbrzymi koń puścił się ciężkim galopem, aż ziemia pod nim jęczała, chart pomknął naprzód i zniknął w ciemności.
W kalinowskiej karczmie do późna trwała dysputa, chłopi krytykowali postąpienie Wiktora; jedni dziwili się, drudzy śmieli, a większa część przyszła do wniosku, że teraz nastało takie prawo, że dziedzic ma chłopu do każdej ściętej w lesie sosny, dopłacić rubla gotówką, jako wynagrodzenie za furmankę i za noc niespaną.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.