<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Przez różowe szkiełka
Pochodzenie Wybór pism w X tomach
Tom VI
Wydawca nakładem autora
Data wyd. 1894
Druk Drukarnia Artystyczna S. Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom VI
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

Pan Mirkowicz w Białowodach, ów szlachcic z charakterem, o którym Jojna Imbryk miał tak wiele do powiedzenia, od dłuższego czasu był wdowcem. Nie szukał szczęścia w nowych związkach, a powróciwszy z dalekiej wędrówki, na której kilka lat życia strawił, nabył majątek ziemski i oddał się pracy z zamiłowaniem i energią.
Dopóki córka jego, po ukończeniu edukacyi nie powróciła do domu, przepędzał czas w dworku swoim samotnie, a jedyną jego rozrywką w chwilach wolnych od pracy, były książki, których zbiór obfity posiadał. Nieraz do późnej nocy ślęczał nad starym foliantem, albo też wczytywał się w dzieła spółczesne ogólno ludzkich zagadnień dotyczące.
Dwór, widocznie niegdyś zameczek obronny, o potwornie grubych murach, z wązkiemi a wysokiemi oknami, z okrągłą basztą narożną, stał na wzniesieniu, które długim klinem wrzynało się między dwa stawy. Dwór, z trzech stron otoczony był wodą, a z czwartej miał podjazd wygodny, szeroki. Cały, że go tak nazwiemy półwysep, wśród którego znajdowała się ta starożytna budowla, pokryty był bujną roślinnością. Od strony wody rosły wierzby płaczące, a bliżej ku dworowi lipy, klony i graby.
Leszczynowy szpaler, zacieniony latem i chłodny jak klasztorny korytarz, ciągnął się od samego prawie dworu do altany, w dziwacznym chińskim stylu, ale już znacznie później, aniżeli sam zameczek zbudowanej.
Przy samym końcu cypla, gdzie grunt klinem w wodę się wrzynał, były wygodne schodki, a tuż przy nich kołysały się dwie łodzie, poczerniałe, nie używane już dawno.
Ogród utrzymany był bez wielkiej elegancyi, lecz czysto, główne uliczki wygracowane, a nawet przed oknami rozciągał się kobierzec kwiatowy z ogromną literą W na środku, ułożoną z nieśmiertelników. Ogrodnik wypracował to W na cześć panny Wandy, córki właściciela Białowód.
Po drugiej stronie drogi wiodącej do dworu znajdował się folwark, otoczony murem, utrzymany czyściutko, z masywnemi budowlami, z dziedzińcem wybrukowanym porządnie.
Wewnętrzne urządzenie dworu odznaczało się prostotą i bezpretensyonalnością. Nie było tam świecideł, ani cacek kosztownych; meble skromne, wygodne, wszędzie czysto i jasno.
W baszcie narożnej znajdowała się biblioteka; do okoła ścian stały szafy z książkami, na środku ogromny stół dębowy z przyborami do pisania, a przy nim fotel staroświecki, wolterowski, z wysokiem oparciem. Pomiędzy dwoma oknami stała sofa, w kącie zaś fajczarnia z całym garniturem cybuchów.
W bibliotece najczęściej przesiadywał Mirkowicz i córka jego lubiła tu wolne chwile przepędzać. Nieraz schodzili się tam oboje i czas zbiegał im szybko na rozmowie. W stosunku córki do ojca była serdeczność i zaufanie wzajemne. Ona powierzała mu swoje myśli, on również nie miał dla niej nic skrytego. Rozmawiali częstokroć bardzo poważnie, o kwestyach ogólniejszej natury, czasem spierali się z sobą, ale ostatecznie ojciec umiał przekonać swoją jedynaczkę. Wyjątkowy to był stosunek, serdeczny, przyjacielski prawie. Wanda otwierała przed ojcem duszę swoją, jak przed spowiednikiem, zwierzała mu się ze wszystkich swoich dumań i marzeń, prosiła o wskazówkę i radę.
I teraz oto, mrok już zapada, jest ta godzina szara, w której dzień z nocą jeszcze o panowanie się spiera, chociaż ustępować i cofać się musi. Światła nie zapalono jeszcze, a czytać już nie można; Mirkowicz zadumał się, siedząc w swoim fotelu.
Wanda weszła do biblioteki po cichu, przysunęła krzesełko i obok ojca usiadła.
Ubrana była skromnie, po domowemu, ciemna wełniana sukienka uwydatniała jej piękne kształty, w czarnych jak noc włosach miała wpięty kwiatek.
— Zkąd powracasz, kochanie? — zapytał ojciec — bo zdaje mi się, żeś wychodziła po południu.
— Jak zwykle, ojczulku, byłam na folwarku, potem wstąpiłam na wieś, odwiedzić chorą Maciejowę, która, dzięki Bogu, ma się dziś znacznie lepiej, a potem...
— Czemuż nie kończysz? Cóż potem?...
— Kazałam osiodłać karego i przejechałam się trochę...
— A mnie nie powiedziałaś o tym zamiarze, szkoda, byłbym ci chętnie towarzyszył.
— Ah ojczulku, przepraszam, ale niekiedy miewam bardzo egoistyczne zachcianki. Później wyrzucam to sobie, ale już poniewczasie.
— Ciekawym jaki związek ma przejażdżka z egoistyczną zachcianką.
— Potrzebowałam samotności — to raz, a powtóre, ojczulek lubi jeździć powoli, a ja znów, jeżeli można użyć takiego wyrażenia — lubię kąpać się w wietrze. Ojczulek nie wierzy zapewne, jaka to przyjemność wypuścić konia w całym pędzie. Ten świst wiatru, pęd powietrza smagający po twarzy, sprawia mi nieopisaną rozkosz.
— Niebezpieczna to w każdym razie zabawka.
— Ale zkąd! gościniec równy, a mój kary ma nogi jak ze stali. Ten koń nie cwałuje, ale płynie jak łabędź, jam się już tak przyzwyczaiła do niego, że mi na siodle równie wygodnie jak w krześle.
— W którąż stronę jeździłaś?
— Jak zwykle, w stronę lasu.
— Dla czegóż nie powiesz w stronę Kalinówki? — zapytał z uśmiechem.
Dziewczyna pokraśniała jak róża.
— Dawno już nie byli u nas — rzekła.
— Stęskniłaś się?
— Za Julcią, tak. Poprzyjaźniłyśmy się bardzo, to taka dobra, serdeczna dzieweczka. Czy ojca to dziwi, że mi czasem tęskno do ludzi, żyjemy tutaj tak samotnie.
— Nic mnie nie dziwi, moje dziecko, owszem, dziwiłbym się raczej, gdyby było przeciwnie. Mnie staremu, wystarcza zatrudnienie, ta garstka książek i twoja, moje dziecko, obecność; dla ciebie to jednak za mało, więc powtarzam, nie dziwię się, tylko to mnie razi, że tęsknotę swoją wysyłasz specyalnie pod adresem panny Julci.
— Niekoniecznie, i ciotka jej bardzo przyjemna kobieta.
— I pan Wiktor, dodaj.
— Zapewne...
— Czemuś dzisiaj nie szczera, moja Wandziu, dotychczas zdawało mi się, że pozwalasz ojcu czytać w twem sercu, jak w otwartej książce, a dziś potrzebujesz już samotności... Czy jeździłaś do lasu zwierzać się dębom, lub sosnom?
— Ah, ojczulku — zawołała z żalem — to niesłuszna wymówka, przed tobą nie mam żadnych tajemnic, a że szukałam chwili samotności, niech to kochanego ojczulka nie dziwi. Miałam taki szczególny nastrój duszy.
— Tak, tak, już nie od dzisiaj to widzę, że bywasz chwilami szczególnie nastrojona...
— Ależ ojczulku...
— Przepraszam cię, pozwól mi dokończyć, w twojem usposobieniu dostrzegam dużą zmianę; nie wiem czemu ją mam przypisać, ale zdaje mi się, że ten entuzyasta z Kalinówki zajmuje cię bardziej, niżbym pragnął.
— Zkądże ojczulek to wnosi?...
— Przecież widuję go tu często. Od roku, jak zamieszkał w naszej okolicy, bywa u nas.
— Wie ojciec, że jestem szczera. Przyznaję więc, że istotnie mam dla niego pewną sympatyę.
— Czy tylko sympatyę?
— Jak to, czy tylko?
— Czy to nie jest uczucie silniejsze, aniżeli zwykła, jak ją nazywasz, sympatya?
— Nie zdawałam sobie sprawy, nie zastanawiałam się bliżej nad pytaniem, które mi ojczulek zadał, ale...
— Ale...
— Gdyby to uczucie istotnie było czemś więcej nad życzliwość, to czy miałbyś, ojczulku, co przeciwko temu?
— Marzyciel, moje dziecko, marzyciel, a nam dzisiaj ludzi trzeźwych potrzeba. Musimy liczyć się z twardemi warunkami życia, a każdy krok, czy to na drodze osobistych naszych spraw, czy społecznych, stawiać z namysłem, rozważnie.
— Zapewne, lecz...
— Tak, moje dziecko; nam trzeba opierać się na podstawach realnych, z rzeczywistością się liczyć, a czyż on liczy się z nią? Czy nie buja ciągle w sferze niedościgłych marzeń i fantazyj? Czy opierając się na mrzonkach nie popełnił już całego szeregu czynów, nie wytrzymujących nawet najpobłażliwszej krytyki.
— To prawda...
— Tak, przyznajesz, że prawda, a jednak przed chwilą zadawałaś mi pytanie...
— Na które nie otrzymałam odpowiedzi wprost.
— Czy żądasz jej? Czy może już ci jest ona potrzebna?
— O nie! nie jest mi potrzebna w tem znaczeniu, jak ojczulek rozumie; ale pragnęłam poznać zdanie ojca, na wypadek, gdyby...
— Dokończ...
— Gdybym ja pokochała tego marzyciela! — zawołała Wanda i objąwszy ojca za szyję, utuliła głowę na jego piersi szerokiej.
— Biedne dziecko — rzekł smutnie — z tego zapytania widzę, że ty go już kochasz...
— Czy kocham? nie wiem, ale im bliżej poznaję tego marzyciela, tem więcej mam dla niego współczucia. Jego idealna wiara w ludzi, w ich dobroć, prawość, szlachetność, ma w sobie coś dziwnie pociągającego. Tylko w szlachetnej duszy mogą powstać takie ideały...
— I takie złudzenia, dodaj.
— Być może; ale to są złudzenia piękne, podniosłe. Pessymizm, niewiara, zwątpienie, to ojczulku są dzieci egoizmu; powstają one w sercach i umysłach tych ludzi, którzy w sobie samych widzą cały świat, w siebie tylko wierzą, siebie uwielbiają, do siebie modlą się niemal.
— Czy nie zadaleko idziesz, Wandziu? — wtrącił ojciec z uśmiechem — nie zapominaj, że wśród wielkich poetów i myślicieli, tak potępionych przez ciebie, pessymistów jest dużo.
— Prawda, ojczulku, prawda, ale jam nie filozof, ani poeta; jestem prosta dziewczyna i sądzę sercem tylko, sądzę po swojemu. Poeta maluje czarnemi barwami cały świat, pogardza nim — dla czego? Bo doznał zawodu w miłości; filozof mówi o marności życia, bo utracił wiarę w życie lepsze, a tu widzi przed sobą śmierć, a po za nią nicość... i pod tą mądrą, naukową sukienką pessymizmu jest także egoistyczna podszewka! Tak, tak, ojczulku i dla tego cała moja sympatya jest po stronie Wiktora. On kocha ludzi, kocha swoje społeczeństwo, a najmniej myśli o sobie i najmniej dla siebie wymaga. Wierzy w dobroć, wierzy w szlachetność drugich, bo sam szlachetny jest i dobry; bo sądzi, że te uczucia, które żywi w swej duszy, są wszystkim ludziom wrodzone. On nie spodziewa się, że dozna krzywdy od innych, gdyż samby nie potrafił nikomu krzywdy wyrządzić; on sądzi, że zdobędzie miłość współbraci, gdyż sam żywi dla nich w duszy tę miłość. Jakże nie mieć dla takiego sympatyi?
— Dzielnie go bronisz, moja Wandziu, ale przedstawiasz sprawę jednostronnie; sama widzisz, jakie są rezultaty jego czynów.
— Widzę, proszę ojca, i do sympatyi jaką mam dla niego dołączam szczere współczucie.
— Nie rozumiem; jak to współczucie?
— Współczucie dla bojownika idei. On biedak walczy, walczy nieustannie z przeciwnościami, z otoczeniem swojem, wreszcie z ludźmi, w których tak bardzo wierzy, a którzy nie zawsze są godni tej wiary. W walce, którą toczy dotychczas nie odniósł zwycięztwa...
— I nie odniesie go zapewne...
— Być może nawet, że sam zwyciężony zostanie, że upadnie bezsilny i złamany, a wtenczas...
— Wtenczas, drogie dziecko, ludzie go wyśmieją.
— A ja... pokocham! — rzekła z mocą.
Mirkowicz wstał, przeszedł się kilkakrotnie po bibliotece, potarł czoło ręką, wreszcie po dłuższej chwili milczenia, odezwał się do córki:
— Moja droga Wandziu, rozmowa nasza dzisiejsza dotyka ważnego przedmiotu, nie chciałbym żebyśmy ją przerwali, nieskończywszy. Wyspowiadałaś się przedemną szczerze, serdecznie, jak dziecko przed ojcem; jak młoda, dopiero żyć zaczynająca dziewczyna przed doświadczonym, a najżyczliwszym doradcą. Wysłuchałem cię, wysłuchaj ty mnie teraz, a nie dziw się, jeżeli w naszych poglądach znajdzie się jaka różnica. Ty młodemi oczami patrzysz na świat, ja staremi. Usiądź że przy mnie i posłuchaj. Z tego wszystkiego coś mi powiedziała, widzę jasno, że ty go kochasz...
— Przecież ja tego nie powiedziałam...
— Ale sympatyzujesz z jego przekonaniami, z jego, jak nazywasz walką; widzisz w nim dobroć, szlachetność, najpiękniejsze zalety charakteru...
— Widzę, gdyż on je posiada, mój ojcze.
— O ile uważam — ciągnął dalej Mirkowicz — i on jest tobą również zajęty. Z czasem obustronne uczucie się wzmoże, wzmocni i zapragniecie oboje połączyć wasze losy na zawsze. Przypuszczam, że się tak stanie.
— Ależ o tem mowy pomiędzy nami nie było.
— Moje dziecko, to tylko kwestya czasu. Ja nie należę do ojców, którzy narzucają dzieciom wolę swoją bezwzględnie; uznaję, że w wielu razach młodym należy się swoboda; jeżeli więc zechcesz zostać jego żoną, krępować twej woli nie będę, postąpisz jak zechcesz, ale czy ja człowiek stary, a więc blizki, może bardzo już blizki grobu...
— Ah ojcze!
— Nie przerywaj, proszę; otóż pytam, czy ja, jako ojciec, będę mógł być spokojny o twoją przyszłość w związku z Wiktorem? Czy umierając będę miał pewność, że zostawiam cię pod opieką człowieka, któremu z całą ufnością mogę powierzyć twoje losy?
— Czy ojciec wątpi o jego prawości i charakterze?
— Nie, ale jakież są praktyczne rezultaty jego działalności? Czy chociaż w drobnej cząstce osiągnął to, czego pragnął? Czy bodaj na jeden krok zbliżył się do celu? Powiedz, Wandziu kochana, wskaż mi chociaż jeden fakt, choćby najmniejszy dowód, że droga, którą obrał jest dobra. Cóż, nie odpowiadasz mi?
— Namyślam się.
— Namyślasz! Owszem, namyślaj się, namyślaj ale nie sądzę, czy co znajdziesz.
— Na razie, rzeczywiście trudno...
— A więc zanim ty znajdziesz jaki dowód na jego korzyść, ja przytoczę kilka przeciwnych. Posłuchaj no uważnie: jest już w tej okolicy przez rok czasu, objął majątek w najlepszych warunkach, zagospodarowany, administrowany wybornie, bez grosza długu. Stosunek włościan i służby folwarcznej do dworu zastał jak najlepszy, a przytem, jako sam nie gospodarz i człowiek nie fachowy, znalazł prawdziwy skarb w osobie Żarskiego. Trzeba ci bowiem widzieć, że tego rodzaju ludzie jak Żarski, w dzisiejszych smutnych czasach należą do wyjątków. Objąwszy gospodarstwo w tych warunkach, mógł żyć spokojnie, pracować i uczyć się przy tak doświadczonym człowieku.
— Czyż pan Wiktor tego nie robi? Czy z narażeniem zdrowia własnego, które, jak ojczulek wie dobrze, nie jest w stanie kwitnącym, nie bywa codzień w polu, nie naraża się na zmiany powietrza? Wiem ja, wiem, ile to zmartwień przyczynia jego siostrze.
— Być może; ja nie wątpię o jego dobrych chęciach, lecz krytykuję czyny. Patrz, co się dzieje dzisiaj w Kalinówce! Służba rozpuszczona, Żarski lada dzień odejdzie.
— Jak to? Pan Żarski miałby opuścić Kalinówkę, po tylu latach? To niepodobieństwo!
— Cóż ma robić, moje dziecko; na każdym kroku spotyka przeszkody. Widzi, że to co przez tyle lat budował, upada; nie chce więc przyjmować na siebie odpowiedzialności za cudze błędy i odchodzi szukać nowego kąta na starość.
— Nie wiedziałam nic o tem.
— Tak, tak, moje dziecko. Syn jego został już lekarzem i ma osiedlić się niedaleko od nas, w miasteczku. Poczciwy chłopak, pragnął oboje rodziców wziąść do siebie i zapewnić im kawałek chleba na stare lata. Żarski nie chciał jednak przyjąć tej ofiary i postanowił poszukać sobie obowiązku, pracować dopóki siły służą, ale żona jego, chorowita i osłabiona, osiądzie przy synu, gospodarstwo prowadzić mu będzie. Ale to jeszcze najmniejsza rzecz, na której pan Wiktor tylko traci, bo Żarski posadę znajdzie zaraz, a jej, to jest pani Żarskiej, należał się oddawna wypoczynek i odetchnienie. Są jednak gorsze następstwa gospodarki pana Wiktora, następstwa, które nam wszystkim dać się mogą we znaki...
— Przerażasz mnie ojcze! cóż mógł on zrobić takiego?
— Co mógł zrobić? Powiadasz przecie, że chciał jak najlepiej; ale ja nie badam tego co on zamierzał, mówię tylko o tem, co zrobił.
Wanda westchnęła smutnie.
— Powiedziałem ci, moje dziecko — ciągnął dalej ojciec — że dzięki taktowi Żarskiego, jego umiejętnemu postępowaniu, sprawiedliwości i szczeremu przywiązaniu do ludu, stosunki w Kalinówce, pomiędzy wsią a folwarkiem ułożyły się doskonale, co naturalnie nie było bez wpływu i na bliższe okolice tej wioski. Czy masz pojęcie co się tam dzisiaj dzieje? Oto im bardziej pan Wiktor patrzy przez szpary na nadużycia, na szkody, tem niezadowolenie wśród włościan jest większe. Jeden bierze sosnę z lasu bezkarnie, drugi wpędza swoje bydło w łąki dworskie i widzi, że mu to na sucho uchodzi, więc trzeci i dziesiąty z tych, którzy szanowali dotąd cudzą własność, czuje się pokrzywdzonym. Jak to? rozumują chłopi, jak to? Jan wziął to, Piotr tamto, Michał dziesiąte, dla czego ja mam być gorszy? Dla czego ja nie mam brać, kiedy można? I zaczyna się branie na wszystkie strony, znika granica pomiędzy własnem a cudzem, budzi się pożądliwość i chciwość. Ucieka spokój, zaczynają się waśnie. Obecnie, jak się dowiaduję, osiedlił się już w Kalinówce i jakiś pokątny doradca, który nie będzie zapewne tracił czasu napróżno i potrafi zbałamuconych ludzi na swoją korzyść wyzyskać. Otóż masz następstwa, masz fakta, których wymowa jest bardziej przekonywająca, niż wszystko. Żarski budował przez dwadzieścia lat z górą, a ten wszystko w jednym roku zepsuł...
— Boleśnie słyszeć takie oskarżenie — rzekła Wanda.
— Zapewne; zwłaszcza, gdy sympatya nasza jest po stronie winowajcy — wtrącił z dobrotliwym uśmiechem — przekonaj się teraz, że pomiędzy marzeniami naszemi a rzeczywistością jest olbrzymia różnica; że nie można opierać poważnej pracy na mrzonkach. Wracając zaś do kwestyi, o której chciałem z tobą pomówić, a która ciebie bezpośrednio, a mnie ze względu na ciebie zajmuje...
— O nie! nie ojcze — rzekła z mocą, już nie wracajmy do niej...
— Co? Nie rozumiem cię, Wandziu; czyżby nagle sympatye twoje wzięły inny kierunek.
— Nie, nie, mój ojcze, ale chciałabym, żebyśmy do jakiegoś czasu przynajmniej nie wszczynali o tem rozmowy.
— Do czasu?
— Dopóki ja sama ojcu nie powiem. Czy zgadzasz się na to, mój drogi, najlepszy ojczulku!
W odpowiedzi Mirkowicz dotknął ustami czoła córki, a ta ujęła jego rękę i złożyła na niej długi, serdeczny pocałunek, poczem szybko opuściła bibliotekę i udała się do swego pokoju.
W oczach jej błyszczały łzy, a do głowy cisnął się rój myśli. Otworzyła okno na oścież; fala świeżego powietrza, przepełnionego balsamicznem tchnieniem lasów i łąk wonią, chłodziła jej czoło, muskała skronie.
Dziewczyna usiadła przy oknie. Zapatrzona w gwiazdy, jaśniejące już na horyzoncie, rozmyślała o rozmowie z ojcem. Potem zasłoniła oczy białemi rączkami i pogrążyła się w głęboką zadumę...
Sama sobie dobrze nie zdawała sprawy ze swego stanu, a w myślach jej przesuwać się zaczęły różne obrazy. Zdawało jej się, że widzi matkę, którą utraciła tak młodo, następnie pensyę, wesołe uśmiechy towarzyszek, dobrotliwą twarz przełożonej, nauczycielki, książki; przypominało jej się jak od czasu przychodziły listy ze stron dalekich od ojca, a ona te listy jak pamiątki najdroższe przechowywała, przypominała jej się chwila, kiedy ojciec, tak dawno niewidziany, przyjechał i zabrał ją z sobą do Białowód, w to ciche, a tak piękne ustronie, gdzie niebo bardziej modre, drzewa zieleńsze się zdają. Tam przeszło jej lat kilka cicho, spokojnie; bez trosk i bez wrażeń głębokich. Ale oto nareszcie rysuje się w duszy rozmarzonej dziewczyny dworek w Kalinówce, a w nim blady, wysmukły poeta, o oczach, w których dziwne blaski migocą. Mówi tak pięknie o wielkiej, bezbrzeżnej miłości, którą jedno serce ludzkie może objąć świat cały; opowiada o braterstwie ludzi, o wzniosłem posłannictwie tych, którym los dał możność karmienia głodnych, napawania spragnionych, nauczania nieumiejących. Ona słucha tej mowy dźwięcznie brzmiącej, słucha sercem, duszą. Zda jej się, że rzuciłaby wszystko, wyrzekła się tego co świat daje i dać może i poszła z tym marzycielem szlachetnym między ubóstwo i nędzę, między ciemnotę i dzikość, niosłaby światło w ciemnocie, ożywcze ciepło tam, gdzie chłód lodowaty panuje. Ale cóż to? Nagle obraz się zmienia; marzyciel poeta smutnie zwiesił głowę, prowadzą go przed sąd. Cóż to za sąd szczególny? Przed czarną ścianą sosnowego boru zasiada, łąka mu kobiercem, niebo groźnemi chmurami pokryte sklepieniem. Przy ogromnym stole zasiadają sędziowie groźni, poważni. Starcy, doświadczeniem bogaci, pomarszczyli czoła i słuchają. W ich oczach niema litości, ani sympatyi dla oskarżonego. Przed nimi waga i kodeks tych praw nieubłaganych, które światem rządzą. Oskarża oczywistość zimna, sarkastyczna, złośliwa, słowa jej ranią jak sztylety. Oskarżony stoi smutny, ze spuszczoną głową, w oczach jego drgają łzy, podnosi wzrok do nieba, jak gdyby na świadectwo je wzywał i powiada:
— Jam chciał dobrze!
Wandzia czuje, że jej wszystka krew spływa do serca, chce biedz przed sędziów, chce wołać: stójcie, nie potępiajcie go! on niewinny, ale wyrok już zapadł.
W oczach robi jej się krwawo — przebudza się.
Szeroko otwartemi oczami spogląda w przestrzeń ale cóż to? Z po za lasu mignął jakiś blask czerwony, wzmaga się, rośnie, krwawą plamą znaczy się na niebie.
Czy to sen, czy jawa, złudzenie, czy rzeczywistość?
Nie; to nie złudzenie, krwawa plama powiększa się i jak wezbrana fala, rozlewa się po niebie, z za lasu widać płomienie, a nad niemi obłoki dymu zwijają się w kłęby potworne.
To rzeczywistość, to pożar! pali się właśnie za lasem, pali się w stronie Kalinówki.
Czyżby spełniano już wyrok?
— Ojcze! ojcze! — zrywa się Wanda z przerażającym okrzykiem i wybiega na dziedziniec.
Ale ojciec pierwej dostrzegł wypadek, zgromadził ludzi, wzięli naprędce narzędzia ratunkowe.
Sam na konia wsiadł.
— Ja nie długo powrócę — rzekł do córki — i proszę nie lękaj się, pożar na wsi to zwyczajna rzecz...
— Gdzie się pali? Gdzie to się pali? — pytała w najwyższem przerażeniu, ale ojciec już był za bramą.
Na dziedzińcu stało kilka kobiet i stróż folwarczny, wysłużony weteran, który już pracować ciężko nie mógł, więc nocami budynków pilnował.
— Gdzie się pali? Wawrzyńcze, gdzie to się pali? — spytała starego.
Chłop wzrok do góry podniósł, popatrzył na łunę uważnie i rzekł, po chwili namysłu.
— Toć za lasem się pali, panienko.
— Ale gdzie, w jakiej wsi? Powiedzcie.
— Kto je tam wie, panienko wielmożna, ogień to zwodzący jest, czasem się widzi, że niby bliziutko, a on het, het za dziesiątą wsią będzie. Żeby nie las, to by można zmiarkować.
— Ale jak wam się zdaje? W Kalinówce?
Chłop znowuż na łunę popatrzył.
— Bo i pewnie — odrzekł. — Ono tak patrzy jakby na Kalinówkę.
Wandzia wbiegła napowrót do pokoju. Serce jej biło szybko, ciałem dreszcz wstrząsał. Przyszedł jej na myśl fantastyczny obraz widziany przed chwilą. Nie wątpiła już, że w Kalinówce nieszczęście. Co się pali? Dwór, czy zabudowania? Czy ludziom co nie grozi, czy ratować się mogą. Czemuż nie może pobiedz tam lotem ptaka? Zdaje jej się, żeby własnemi rękami rozrzucałaby płonące belki, że wyczerpałaby wszystką wodę z rzeki, aby ten pożar ugasić. Przecież widziała już kilka razy szalejący ogień, bolała nad ludzkiem nieszczęściem, ale nigdy żaden pożar nie wydał jej się tak przerażającym i groźnym, żaden nie napełnił ją taką trwogą. Zdawało się, że ta łuna, która plamą czerwoną roztoczyła się na niebie, okrwawia cały świat, że wszystko płonie i rozpada się w gruzy i zdawało jej się, że cała atmosfera przepełniona jest dymem gryzącym, takim dymem, co to oddech tłumi i łzy z oczów wyciska; że wiatr roznosi na wszystkie strony gorejące głownie i iskry.
Chciała usiąść i odwrócić oczy od tego widoku, chciała je zasłonić rękami, ale napróżno, jakaś siła niewidzialna ciągnęła ją do okna, kazała patrzeć na krwawą plamę na niebie, z gorączkowym niepokojem śledzić wszystkie zmiany jej odcieni.
Oto zdaje się, że łuna blednie cokolwiek, że się zmniejsza, zmniejsza, przechodzi całą gamę blasków coraz słabszych, gdy nagle, niespodzianie zupełnie, nowa fala ognia napływa, jeszcze czerwieńsza, jeszcze bardziej krwawa, niż przedtem.
Za lasem, w Kalinówce, krzyk i zamięszanie. Płonie najpiękniejsza stodoła; nie wiadomo zkąd, jakim sposobem ogień powstał. Ludzie już spać poszli. Każdy był na swojem miejscu, nikt ognia przecież nie zapruszył.
We dworze jeszcze nie spano. Gdy ogień wybuchnął, ciotka straciła głowę i w największym pośpiechu, rękami drżącemi jak w febrze, zaczęła wrzucać do wielkiego kufra szklanki, serwetki, filiżanki, gorący jeszcze samowar, do tego wszystkiego wpakowała kota, który jej się na nieszczęście pod rękę nawinął i zamknęła kufer na klucz. Biednej kobiecie zdawało się, że najcenniejsze rzeczy ratuje...
Julcia biegała po wszystkich pokojach, załamując ręce, a Wiktor, jak stał, w leciutkim surduciku, pomimo, że noc chłodna była, wybiegł na folwark.
Żarski przerażony przybiegł, zjawili się fornale i parobcy. Dziad kościelny w dzwony na gwałt uderzył, chłopi ze wsi się zbiegli.
Z sąsiadów pierwszy przybył Kaliciński, który mieszkał najbliżej. Nie żałował ostróg olbrzymiemu swemu koniowi i wpadł na dziedziniec Kalinówki jak uragan.
Niebawem nadjechał z ludźmi Mirkowicz, z Zagórowa pan Marcinkowski przysłał sikawkę i kilku parobków, pod wodzą ekonoma.
Gdy ci dobrzy ludzie z narzędziami ratunkowemi przybyli, właściwie już nie było co ratować. Drewniana stodoła płonęła jak zapałka, a wszystkie wysiłki zwrócono na zabezpieczenie innych budynków. Na wszystkich dachach siedzieli parobcy, z miotłami na długich obsadzonemi drągach i zmiatali padające iskry, z sikawek oblewano ściany i dachy stajen, owczarni, obór i starano się aby ogień nie przerzucił się na inne budowle.
Ratunkiem kierował Żarski. Wiktor biegał po dziedzińcu jak nieprzytomny, na twarzy miał gorączkowe rumieńce, dreszcz nim wstrząsał.
Kaliciński pospieszył ratować damy. Uspakajał je, pocieszał, opowiadał o różnych pożarach, jakie w swojem życiu widział i o jakich słyszał kiedykolwiek i wymową swoją dokazał tyle przynajmniej, że przekonał ciotkę, iż nie ma powodu pakowania do kufra szklanek, kołnierzyków, widelców i tym podobnych drobiazgów, ponieważ dwór nie jest zagrożony niebezpieczeństwem.
Mirkowicz dostrzegł, że Wiktor jest w jakimś nienormalnym stanie i że drży jak liść.
Zbliżył się do niego i rzekł:
— Idź pan do domu, uspokój się i ogrzej, widzę bowiem, że zimno pana przejmuje.
— Istotnie, cokolwiek mi chłodno — odrzekł wstrząsając się febrycznie — ale to przypisuję wrażeniu; nigdy jeszcze ognia nie widziałem tak blizko...
— I przeląkłeś się pan...
— Tak, przyznaję, że nerwy moje...
— Ach, młody człowieku — rzekł Mirkowicz z westchnieniem — wiedz o tem, że przy gospodarstwie, w takich zwłaszcza warunkach jak nasze, potrzeba mieć nerwy jak postronki, ale idź pan do domu, proszę pana, idź, tu już niebezpieczeństwa nie ma; wreszcie my z panem Żarskim zarządzimy co będzie potrzeba. Idźżeż pan, choćby dla uspokojenia siostry i ciotki.
Wiktor poszedł ku dworowi chwiejnym krokiem, kilka razy zatrzymywał się i spoglądał na płonący budynek.
Przepalone wiązania dachu zapadły się z trzaskiem, z pogorzeliska buchnął olbrzymi snop iskier, dym zakłębił się, zakotłował — i wzbił się ku niebu jak smok z Apokalipsy, skręcony w pierścienie potworne.
Czerwone płomyki szamotały się z resztą niedopalonych ścian, gryzły podwaliny, syczały jak węże, gdy je strumień wody uderzył, gasły i znowuż odradzały się z czerwonych głowni, z zarzewia. Ale chwile ich były już policzone. Żarski zwrócił przeciwko nim dwie sikawki, a z poblizkiego stawku wciąż dowożono wodę beczkami, donoszono ją, kto czem mógł, kubełkami, konewkami, skopkami.
Ogień opanowany był stanowczo.
Mirkowicz z Żarskim usunęli się na stronę.
— Zkąd to się wzięło, panie? — zapytał Mirkowicz, wskazując ręką na pogorzelisko.
Żarski ramionami ruszył.
— Bo ja wiem — odrzekł.
— Wiesz pan dobrze, panie Żarski, ja domyślam się tylko. Jestem pewny, że to się nie stało przypadkiem. Ktoby o tej porze mógł z ogniem do stodoły chodzić.
— Ręczę za dworskich ludzi, że wszyscy spali jak zabici, spali pierwszym snem.
— Więc?
— Zaczyna zbierać co zasiał — szepnął Żarski.
Mirkowicz westchnął.
— Domyślałem się, że tak będzie, a szkoda, doprawdy szkoda.
— Tak, tak, panie łaskawy, wszystkim szkoda, ale mnie to się serce krwawi, boć to tyle lat, tyle lat pracowało się na spokój, na przyjaźń ludzką, na życzliwość, a tu naraz trzask! jak z bicza strzelił i wszystko dyabli wzięli. Niech Bóg broni; jak to dłużej potrwa, to człowiek życia swego pewny nie będzie.
Nie dokończył, gdyż pomiędzy budynki wjechał w wielkim pędzie, na swojej dwukołowej biedce Jojna Imbryk.
— Aj waj! aj waj! — wołał, zeskakując na ziemię — takie nieszczęście; taka stodoła, taki kosztowny budynek. Niech moje oczy takiego interesu nie widzą...
— Cóż robić — rzekł z westchnieniem Żarski — wypadek.
Jojna z grymasem przymrużył jedno oko.
— Wypadek? — powtórzył powoli, akcentując każdą sylabę — to jest wypadek?! Niech dyabli wezmą taki wypadek.
— Zkąd się pan tu wziąłeś, panie Jojna? — zapytał Mirkowicz.
— Proszę wielmożnego pana — odrzekł żyd — ja sobie wracam z jarmarku. Chwalić Boga, jarmark dobry był, ja załatwiłem swoje interesa i jechałem do domu już mrokiem. Ja sobie trochę bałem, bo jadę nie bez grosza, a tera różne łobuzy lubią kogo w drodze zaczepić. To ja popędzałem moję kobyłę, aby prędzej za las, na polu to człowiek trochę bezpieczniejszy jest. Wyjechałem za las z wielkim impetem, ale moja szkapa całkiem ustała, ja potrzebowałem ją popaść, akuratnie przyjechałem do Zagórowa, do karczmy. Dałem szkapie kłaczek siana, a sam wstąpiłem do propinatora. Wielmożny pan go zna.
— Jankiel?
— Tak, Jankiel Bas, porządny kupiec, osoba! My gadali o tem o owem, jak wiadomo, każdy ma swoich interesów, tymczasem w karczmie było trochę narodu, też z jarmarku. Jankiel kupił cielęta, całej parady cztery cielęta, chciał mi je odstąpić. Wziął latarnię i poszliśmy do stajni, żeby ten towar zobaczyć, tymczasem świeczka nam zgasła. Ja chciałem iść do izby zapalić, a Jankiel ciągnie mię za kapotę, powiada „sztile, sza“, tam za ścianą ktoś jest.
— Kto?!
— Ja też sobie pomyślałem, kto? Tymczasem Jankiel znów mnie pociągnął za kapotę, i mówi: sza. Nu, ja byłem sza. Czasem dobrze jest wiedzieć, że za ścianą ktoś stoi, a jeszcze lepiej wiedzieć co on myśli. To już wypraktykowany interes, stary jak świat, ale dobry. Latarnia była zgaśnięta, a ci co stali za ścianą byli, jak ja miarkuję, trochę pijani, i przez to nie mogli wiedzieć, że czasem ściana ma uszy...
— Któż to był? — spytał Żarski.
Jojna obejrzał się na wszystkie strony, zniżył głos jeszcze bardziej i szeptem prawie mówił:
— Ja wielmożnym panom co powiem, to byli dwa łajdaki, to byli wielkie gałgany...
— Ależ kto, jak się nazywają?
— Ja nie wiem jak oni sobie nazywają, ale Jankiel niedługo będzie wiedział, co oni za jedni. Oni mówili do siebie bardzo cicho; ale my mamy, Bogu dziękować, dobry słuch. Oni tak mówili: ty Franek, jak to zrobisz to uciekaj w krzaki, ale zaraz uciekaj, nim będzie widno, i nie leć przez pole, bo mogliby cię zobaczyć, tylko kładź sobie w suchy rów, co jest za pastwiskiem i leż, póki nie zagaśnie, a jak zagaśnie, to zaraz przychodź tu nazad, a ja będę w karczmie siedział, żeby mnie ludzie widzieli, a skoro się kto spyta o ciebie, to powiem, żeś całkiem upity i leżysz za stajnią. Oni jeszcze trochę gadali, ale cicho, a potem to ja usłyszałem takie słowo: jak się już wszystko skończy, to pójdziemy niby do domu, ale w lesie trzeba poczekać, ja wiem, powiada, że Jankiel pojedzie po okowitę z pieniędzmi... On, powiada, będzie miał dużo pieniędzy koło siebie... Więcej to ja już nie słuchałem, bo oni poszli, a Jankiel mało nie umarł ze strachu.
— Trzeba było zaraz wybiedz za nimi, gonić!
— Przepraszam wielmożnego pana, nie było trzeba tak robić, coby przyszło z tego gonienia?
— Więc cóżeście zrobili?
— My poszliśmy z Janklem do alkierza i myśmy sobie trochę pogadali. Chłopów w karczmie było pełno; jedni wchodzili, drudzy wychodzili, czy ja mogłem zgadnąć, którzy to byli za stajnią? Jeden mówił do drugiego „Franek“, to prawda; ale proszę wielmożnych panów, w każdej wsi, co trzeci chłop to z pewnością Franek. Myśmy zrobili inaczej.
— I cóżeście zrobili?
— Całkiem nic, a bardzo dużo. Oni naradzili się, że mają podpalenie zrobić, niech oni podpalą; my poczekamy; Jankiel miał jechać po okowitę, on nie pojedzie, on będzie w karczmie siedział, on poczeka. Jak się zrobi ogień, to wszystkie chłopy tam polecą, a ten co wspólnik jest zostanie, to Jankiel zobaczy, który to zostanie? Drugi wspólnik, jak ogień zgaśnie, ma do karczmy przyjść, to Jankiel zobaczy, który to przyjdzie, a jak Jankiel zobaczy, który przyjdzie, to już będzie wszystko wiedział, wszystko wypatrzy i wysłucha. My tak uradzili, tylko nie wiedzieliśmy gdzie będzie ogień. Czekaliśmy, czekaliśmy może godzinę, może półtorej godziny; aj waj, wierz mi pan dobrodziej, że to było długie czekanie, no i doczekaliśmy się. Ludzie powiadają „Kalinówka się pali!“ zaczęli wychodzić przed karczmę, dużo pojechało do ognia. Ja też zaraz siadłem na biedkę i przyleciałem tutaj, ja oglądałem się dobrze po stronie, czy co nie zobaczę, ale nic nie widziałem.
— Panie Żarski — odezwał się również cicho Mirkowicz — wartoby wziąść kilku ludzi i pojechać do owego suchego rowu przy pastwisku.
Żarski nie dał sobie dwa razy powtórzyć.
Wskoczył na konia Mirkowicza, skinął na fornali, i nim Jojna zdołał krzyknąć: aj waj! już był za folwarkiem.
— Czego pan krzyczysz? — spytał Mirkowicz.
— Czego ja krzyczę? ja wiem czego ja krzyczę! Jak tego łajdaka przyprowadzą, a on mnie tu zobaczy, tom ja zginął! już mnie niema, oni mi dom podpalą, oni mnie gdzie w drodze zabiją!
— Ależ czekaj że, nie bój się...
— Co ja mam czekać? na co ja mam czekać, kto to chce czekać na śmierć?
Z temi słowy Jojna, jednym susem znalazł się na biedce i z miejsca zaczął bez miłosierdzia okładać szkapę batogiem.
— Czekaj-żeż, Jojna! — zawołał Mirkowicz.
— Na co? po co ja mam czekać? — odrzekł żyd, szarpiąc lejcami i galopem uciekł od pogorzeliska. Nie pojechał przez wieś, gościńcem, lecz od mostu skręcił w boczną drożynę i zniknął w cieniach nocy.
Ludzie dogaszali ogień, Mirkowicz udał się do dworu.
— No, dzięki Bogu — rzekł, wchodząc — że się tylko skończyło na jednym budynku, cały folwark mógł łatwo pójść z dymem.
— Nieszczęście, nieszczęście — rzekła ciotka, wyciągając ręce do Mirkowicza. — Niech panom Bóg nagrodzi, żeście nie opuścili nas w tym wypadku, co do mnie, straciłam głowę zupełnie.
— I ja się okropnie przelękłam — dodała Julcia — siedziałyśmy z ciocią w pokoju, wtem nagle zrobiło się tak widno jak w dzień. Wiktor natychmiast wybiegł, a my nie wiedziałyśmy co robić. Ciocia zaczęła układać rzeczy, chciała wszystko wynosić, a ja biegałam po wszystkich pokojach, modliłam się. Dopiero pan Kaliciński przyjechał i uspokoił nas trochę. Doprawdy poczciwych mamy sąsiadów; podobno i pan Marcinkowski przysłał ludzi na pomoc, pan Mirkowicz sam przyjechał, a pan Kaliciński przybył tu chyba lotem ptaka.
— Istotnie — wtrąciła ciotka — niespełna w kwadrans po wypadku pan Kaliciński był już tutaj. Przypuszczam, że musiał pan być chyba bardzo blizko?
— Pani dobrodziejko, rozmaicie się jeździ, jak kiedy, jak do kogo i jak po co. W razie potrzeby, mój Zefir może lokomotywę prześcignąć.
Wiktor nie odzywał się prawie; był jakby złamany, przygnębiony, dreszcz nim wstrząsał.
Siedział w fotelu z głową o poręcz opartą i spoglądał na obecnych dziwnie błyszczącemi oczami.
Ciotka oprzytomniała zupełnie i zaczęła się krzątać, aby przyjąć gości. Przypomniała sobie, że samowar schowała do kufra.
Trochę wstydząc się, a trochę śmiejąc ze swego roztargnienia, otworzyła kufer. Na samym wierzchu leżał wielki biały kocisko i nie dawał żadnych oznak życia.
— Co cioteczka zrobiła najlepszego? — zawołała Julcia — mój kochany, wypieszczony kotek, mój śliczny Maciuś zaduszony! nieżywy! Jakżeż było można kota do kufra chować?
— Zdaje ci się, Juleczko, że w takim wypadku, to jest czas na rozmyślania; ratuje się co pod rękę wpadnie.
— Panno Julio — odezwał się Kaliciński — Maciuś jeszcze jest ciepły. Zapewne zemdlał tylko, ale ja go odratuję, zaraz go odratuję. Puścić mu trochę dymu w nos, oblać wodą i wyrzucić go za okno, na świeżem powietrzu zaraz przyjdzie do siebie.
Wykonał to jeszcze prędzej niż powiedział, dmuchnął kotowi w nos dymem z cygara, otworzył okno, a wychyliwszy przez nie zemdlonego kota, wylał na niego całą karafkę wody i tak oblanego położył na darniowej ławeczce.
Recepta była skuteczna. Kot podniósł się, otrząsnął i, jakby z przykrego snu przebudzony, spojrzał wystraszonemi oczami i uciekł do kuchni.
— A co, panno Julio — zawołał Kaliciński z tryumfem — a co? jaki ze mnie doktór: kot ożył.
— Apropos doktora — odezwał się pan Mirkowicz, patrząc na Wiktora uważnie — czyby nie należało posłać po lekarza, mnie się zdaje, że pan Wiktor jest cierpiący.
— Nie, nie, proszę pana — zaprzeczył młody człowiek — to nic, to tylko wrażenie.
— Zapewne, ale ostrożność nie zawadzi.
— Co to za hałas na dziedzińcu? — zawołał Wiktor, zrywając się z krzesła.
— Zdaje się podpalacza złapali — odrzekł spokojnie Mirkowicz.
— Podpalacza? Więc pan jesteś zdania, że to z podpalenia ogień wybuchnął?
— Jestem tego pewny.
— O nie! to niepodobieństwo! ktoby mnie miał podpalać, za co, przez Boga żywego za co? Komu co złego zrobiłem?
— Nie wiem za co, powtarzam tylko, że stodoła była podpalona, to jest fakt.
— Ale kto? kto?
— No, mamy ptaszka — rzekł Żarski, do pokoju wchodząc — przycupnął w rowie jak zając, ale go parobcy wytropili; jest pod dobrą strażą na dziedzińcu, trzeba go będzie zaraz do powiatu odesłać, bo z gminnej kozy może łatwo uciec.
— Któż to jest, czy z tutejszych ludzi? — zapytała ciotka.
— Tutejszy, proszę pani, z Kalinówki, znany złodziej leśny, Franek Kuternoga.
— Jakto, ten, któremu Wiktor tyle razy przebaczał kradzieże?
— Ten, do którego tak serdecznie przemawiał?
— Ten sam, proszę pani, ten sam.
— A jakiż dowód, że to on podpalił, czy go kto złapał na uczynku, czy sam się przyznał?
— Gdzieżby się zbrodniarz przyznawał do zbrodni? Wypiera się w żywe oczy, ale są takie poszlaki, że wina jego nie ulega żadnej wątpliwości.
— Cóż go mogło skłonić do takiego postępku?
Żarski ramionami wzruszył.
— Proszę pana — rzekł — przyczyna jasna; za ostatnią kradzież kazał go pan podać do sądu i został ukarany.
Przecież wybaczyłem mu z dziesięć!
— To też właśnie. Za pierwszą dostał sosnę i rubla, więc wyobraził sobie, że za każdą będzie to samo, panu się sprzykrzyło dawać sosny, on więc doznał zawodu i... zemścił się.
Wiktor nie odpowiadał.
Z dziedzińca dochodził gwar, nad którym panował donośny głos szamoczącego się Franka:
— Puśćta mnie, złodzieje jedne! — wołał — puśćta mnie do dziedzica! Ja was szelmy do sądu zaskarżę, żeście mi przestęp drogi zrobili, do kryminału wsadzę was, że Bożego światu nie będzieta oglądać. Ja i waszego dziedzica i rządcę skarżyć będę za napaść, za kalumnie. Sam dziedzic stodołę podpalił, żeby fajerkasą dobrą dostać, a tera na mnie! Nie bojta się, znam ja te sztuki, oni wszystkie takie; sami tysiące za ogień biorą, a biednego człowieka w kajdany pakują. Puśćta mnie szelmy! łajdaki, złodzieje! Ja sam wiem gdzie sąd, obaczymy jak wasz pan dziedzic potańcuje; sam podpalił z rządcą, na swoje oczy widziałem, świadki mam na to.
Żarski na Mirkowicza spojrzał znacząco.
— Może pan każe przyprowadzić go tutaj? — zapytał Wiktora.
— Może go sąsiad zechcesz wybadać? — wtrącił Mirkowicz.
— Ha, łotr! a zawsze ci mówiłam, Wiktorze — odezwała się ciotka — zawsze mówiłam ci, nie chciałeś mnie słuchać...
Kaliciński także głos zabrał.
— Kombinując to wszystko — rzekł — aczkolwiek jestem aż nadto przekonany moralnie, że ten łotr szczeka jak pies, jednak obawiam się, że kochanego sąsiada dobrodzieja mogą włóczyć po sądach.
— Mnie? — zawołał zdumiony Wiktor.
— Właśnie — i to jest najprzykrzejsze.
— E nie — wtrącił Mirkowicz — o to nie ma obawy; mamy poszlaki, które wobec sądu będą tak przekonywające, że wystarczą za dowód, jestem pewny, że okolica uwolniona zostanie na zawsze od tego jegomości.
— Dowód? Pan masz dowód? — szeptał Wiktor.
— Naturalnie, że mam, w przeciwnym razie nie mówiłbym o tem.
— Ostatecznie, proszę pana — spytał Żarski — co mam z nim zrobić? Puścić, czy oddać w ręce władzy? Jak pan każe?
— Puścić? Co też pan mówi! — krzyknął Kaliciński — jak można podpalacza puszczać?
— Zrób pan co uznasz sam za właściwe — rzekł Wiktor — mnie tak głowa boli, że myśli zebrać nie mogę.
— A nie mówiłem — rzekł Mirkowicz — że trzeba koniecznie po lekarza.
— Jutro mój syn tu będzie — wtrącił Żarski — jeżeli państwo pozwolą!
— Owszem, owszem — odezwała się ciotka — niech pan dobrodziej poprosi go w naszem imieniu.
Niedługo goście opuścili Kalinówkę. Wiktor położył się do łóżka, siostra usiadła przy nim na krzesełku i białą, miękką rączkę położyła mu na czole.
— To straszne, straszne — mówił półgłosem, jakby w gorączce — ale nie! to nieprawda, to tylko sen przykry.
— Czy ty o dzisiejszym wypadku mówisz, Wiktorze?
— Ach tak, to był wyjątek, wyjątek, ale poczekajcie-no jeszcze rok, dwa lata, ja was przekonam kto miał słuszność, przekonam, choćby mi przyszło życiem to przypłacić, przekonam, przekonam....
Dalej mówił już coś bez związku, w gorączkę wpadł.
Ciotka z Julcią przez całą noc nie zmrużyły oka, przerażone, ratowały chorego domowemi środkami, i nie czekając na przyjazd młodego Żarskiego, posłały po lekarzy do najbliższych miasteczek.
Już słońce weszło, gdy przyjechał pierwszy lekarz i obejrzawszy troskliwie chorego, uspokoił przerażone kobiety.
O tejże samej porze z przed kancelaryi gminnej ruszała furmanka, na której, pod strażą dwóch wartowników, siedział z rękami związanemi mocnym postronkiem, Franek Kuternoga. Dla większej pewności; aby w drodze nie uciekł, pan Żarski, posłał jeszcze na dworskiej furmance trzech fornali.
Gdy przejeżdżali koło karczmy Zagórowskiej, na progu dostrzegli propinatora Jankla, który z pozorną obojętnością, jednak bardzo bacznie, przypatrywał się jadącym.
Więzień, ujrzawszy karczmarza, zawołał:
— Ej Janklu, Janklu! Nie ma tam u was mego brata?
— Zdaje mi się, że on leży pod ławą i śpi — odrzekł Jankiel spluwając.
— To powiedzcie mu, jak się ocknie, żeby...
Żyd ręką machnął.
— Powiedzcie jemu sami, ja nie lubię się wdawać do cudzych interesów.
— Jedźta-no! jedźta — krzyknął jeden z fornali — po co jeno gadać po próżnicy!
Kuternoga zgrzytnął zębami.
— Ej Janklu — krzyknął — nie frasuj się kochanie — będę ja niezadługo u ciebie!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.