<<< Dane tekstu >>>
Autor Sophie de Ségur
Tytuł Przykładne dziewczątka
Podtytuł Zajmująca powieść dla panienek
Pochodzenie Przykładne dziewczątka
Wydawca Księgarnia Ch. I. Rosenweina
Data wyd. 1928
Druk Drukarnia „Siła”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jerzy Orwicz
Ilustrator Marian Strojnowski
Tytuł orygin. Les Petites filles modeles
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała książka
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XX.
Uboga kobieta.

— Zrobimy dziś, drogie dzieci, długi spacer, rzekła pewnego dnia pani Marja. Czas jest prześliczny, nie gorąco, pójdziemy do lasu wiodącego do młyna.
— O, nie wezmę już tym razem mojej lalusi — zawołała Stokrotka ze śmiechem. — Czy nie wie mamusia co się dzieje z Joasią? zapytała Kamilka.
— Przychodził do mnie nauczyciel ze szkoły wiejskiej i opowiadał, że jest z niej bardzo niezadowolony. Nic nie robi, inne dziewczęta namawia do złego, a co najgorsze, kradnie co się tylko da, chustki kolorowe swych towarzyszek, ich bułki, pióra, papier, jednem słowem przykład jej działa zgubnie.
— Zkąd wiadomo, że to Joasia zabiera różne przedmioty? zapytała Madzia. Może dziewczęta gubią swe chustki i drobiazgi.
— Złapano ją kilkakrotnie na gorącym uczynku — odparła pani Marja — przełożona szkoły zauważyła, że Joasia ukrywa pod fałdami spódniczki skradzione rzeczy, więc teraz codziennie przed wyjściem ze szkoły zatrzymuje Joasię i każe przetrząsać, czy czego nie ściągnęła.
— Czyż matka, która ją tak mocno wybiła za lalkę skradzioną, nie karze teraz Joasi? zapytała Stokrotka.
— Matka ją wytrzepała porządnie wówczas, gdyż żal jej było prezentów, jakie miała od nas otrzymać, ale naogół widocznem jest, że ją bardzo źle wychowuje i sama zły przykład daje, zauważyła pani Rosburgowa.
— Jakto? Więc młynarka też kradnie? zdziwiła się Zosia.
— Kradnie w inny sposób niż córka — odrzekła pani Marja. Razem z mężem zabierają mi drzewo z lasu, ryby ze stawu, które potem na targu sprzedaje. Joasia to wszystko widzi i postępuje tak samo, jak rodzice.
Spacer był bardzo przyjemny w cienistym lesie. Zdaleka dzieci dostrzegły Joasię, która na ich widok uciekła pośpiesznie do młyna.
— Patrz, Zosiu, Joasia przygląda się nam przez otwór śpichrza, rzekła Stokrotka.
— Ostrożnie! Joasia ciska w nas kamieniami, zawołała Kamilka.
Istotnie niegodziwa dziewczyna rzucała z góry ostre kamienie, mogące poranić boleśnie. Pani Marja oburzona tem zuchwalstwem, postanowiła zaraz po powrocie ze spaceru przywołać młynarza i poskarżyć się na jego córeczkę. Tymczasem zawrócono w inną stronę, nie chcąc przerywać miłej przechadzki. Matki usiadły w cieniu starych dębów, na których widniała nieskończona ilość żołędzi.
Dzieci zabawiały się ich zbieraniem i miały już pełne kieszonki, gdy nagle usłyszał szelest, a następnie jęk przytłumiony, który zwrócił ich uwagę.
— Chodźmy zobaczyć, kto tam płacze, zawołała Kamilka.
Wszystkie cztery dziewczynki pobiegły w tę stronę, skąd jęk żałosny dochodził i ujrzały przed sobą, małą wątłą dzieweczkę lat dwunastu może, w łachmanach, siedzącą na ziemi. Szlochała rzewnie i tak była w swym smutku pogrążona, że nie słyszała kroków zbliżających się do niej dzieci.
— Biedactwo! Jakie ciężkie musi mieć strapienie! zawołała Madzia.
Dziewczynka usłyszawszy głos obcy przy sobie, zatrwożyła się i już chciała uciekać, ale Kamilka przemówiła do niej ze współczuciem:
— Nie lękaj się, nic ci złego nie zrobimy.
— Dlaczego płaczesz? dodała Madzia, z litością przyglądając się nieznajomej, która wybuchnęła jeszcze głośniejszem szlochaniem.
Zosia i Stokrotka podeszły bliżej i starały się pieszczotliwemi słowami uspokoić rozżaloną. Wreszcie udało się wydobyć odpowiedź.
— Jesteśmy w tych stronach od miesiąca zaledwie — mówiła uboga dziewczynka — matka moja ciężko zaniemogła i nie może już pracować. Sprzedałam wszystko cośmy miały, żeby kupić chleba, chciałam jeszcze tę sukienczynę, którą mam na sobie spieniężyć we młynie, ale nie chciano jej nabyć, wygnali mię, a mała córka młynarzy ciskała we mnie kamieniami.
— Poznaję odrazu psotę Joasi, zauważyła Stokrotka.
— O, tak, tak! Matka wołała na nią tem imieniem i kazała zaprzestać, ale niedobra dziewczynka chwyciła mnie za ramię tak mocno, że aż rozpłakałam się z bólu. Żebym tylko miała za co kupić matce chleba, mama jest bardzo osłabiona i od wczoraj jeszcze nic w ustach nie miała...
— Więc i ty pewnie strasznie jesteś głodna? pytała Zosia.
— To nic nie szkodzi, panienko, mogę znosić głód, zresztą, idąc do młyna uzbierałam trochę żołędzi.
— Jadłaś żołędzie? Biedne dziecko! zawołała Kamilka, przejęta do głębi ciężkim losem dziewczyny. Poczekaj, mamy tu z sobą bułeczki i śliwki, zaraz ci przyniesiemy.
— Ależ naturalnie, oddamy jej cały nasz podwieczorek i poprosimy mamusie, żeby dopomogły im jakimś pieniężnym datkiem, postanowiły litościwe dziewczątka i wnet pośpieszyły wykonać swój zamiar. Matki, wzruszone opowieścią, podążyły za dziećmi. Zosia ze Stokrotką wyprzedziły wszystkich, niosąc koszyk z prowiantami.
— Jedz, moje dziecko, a następnie powiesz nam gdzie mieszkasz i jak się nazywasz, przemówiła pani Marja łagodnie, gładząc dziewczynkę po twarzy.
— Dziękuję pani bardzo — odrzekła z wdzięcznością — ale wolę to wszystko zanieść mojej matusi.
— A sama wcale jeść nie będziesz?
— Obejdę się, jestem dość silna i zdrowa, odpowiedziało biedactwo, ale jej blada twarzyczka zaprzeczała słowom. Wziąwszy koszyk do ręki, dziewczynka zatoczyła się i musiała oprzeć się o drzewo, pomimo to, zapewniała jeszcze szeptem:
— Niech się panienki nie boją, to tylko tak ze wzruszenia, bo ja mam dość siły...
— Dajże mi ten koszyk, zaniosę ci go aż do domu — wtrąciła pani Rosburgowa, przejęta niedolą dziecka — czy mieszkacie stąd daleko?
— Tuż za lasem — odrzekła mała.
— Jak się twoja matka nazywa?
— Zowią ją „matka Fregata“, ale to nie jest prawdziwe jej nazwisko, bo nazywa się Franciszka Lecomte.
— A dlaczego zowią ją matką Fregatą?
— Bo mój ojciec był żeglarzem.
— Gdzież jest twój ojciec? Czy nie jest z wami? zapytała pani Rosburgowa z zainteresowaniem.
— Niestety, niema go i to jest właśnie nasze nieszczęście — odrzekła dziewczynka. Ojciec popłynął przed kilku laty na okręcie, który podobno rozbił się lub zaginął. Nie otrzymaliśmy żadnych wieści od tatusia. Matka zaniemogła ze zmartwienia. Nie mamy już nic do sprzedania ani żadnych środków do życia. Co pocznę teraz, żeby matkę ratować?
Dziewczynka rozpłakała się znowu, a pani Rosburgowa niezmiernie wzruszona jej opowiadaniem, pytała dalej.
— Czy nie pamiętasz nazwy okrętu, na którym ojciec służył? A może znacie nazwisko kapitana?
— Wiem doskonale — odrzekła zagadnięta — fregata Sybilla pod dowództwem kapitana Rosburga.
Młoda kobieta krzyknęła i porwawszy przerażoną dziewczynkę w objęcia zawołała:
— Wszak to statek mego męża!.. Biedne dziecko i ty tak samo, jak moje maleństwo, pozostałaś sierotą! Twoja matka także opłakuje męża, tak samo jak ja niepokoję się o zaginionego, który być może żyje! Nie lękaj się już, dziecko drogie, o swoją matkę i o jej przyszłość, zajmę się waszym losem, prowadź mię tylko jaknajśpieszniej do niej, żebym mogła ją pocieszyć.
Pani Rosburgowa, trzymając za rękę dziewczynkę, która powiedziała jej, że się nazywa Lucynka, poszła prędko we wskazanym kierunku; pani Marja z czterema dziewczątkami szły za niemi w milczeniu. Znalazły się wkrótce przy rozwalonej na poły chatce drwala; brakło w niej okien, a drzwi były tak niskie, że musiano nachylić się, przestępując próg wysoki, przytem ciemność, panująca we wnętrzu, nie dozwalała rozpoznać w pierwszej chwili, gdzie się znajduje chora. Oswoiwszy się dopiero z tym mrokiem, dojrzała pani Rosburgowa wychudłą postać, leżącą w łachmanach na posłaniu ze mchu. Żadnego mebla, żadnych sprzętów gospodarskich nie było naokół. Łzy cisnęły się do oczu na widok tej nędzy. Nieszczęśliwa kobieta wyglądała jak cień, oczy miała zapadłe głęboko, można było zauważyć niepokój, z jakim oczekiwała powrotu córki, która za cenę ostatniej sukienki miała zdobyć trochę pożywienia dla matki zgłodniałej.
Pani Rosburgowa zrozumiała, że w danej chwili zaspokojenie głodu stanowiło pierwszą potrzebę obu tych istot wynędzniałych, otworzyła więc koszyk i podzieliła jego zawartość pomiędzy matką i córką. Chleb i owoce szybko zostały zjedzone i dopiero po tym skromnym posiłku pani Rosburgowa objaśniła chorej kim jest, wypytywała o męża, który przepadł bez wieści i przyrzekła najsolenniej zaopiekować się zarówno chorą jak i Lucynką.
— Przyszlę tu zaraz wózek i konie, które zawiozą was do wioski — mówiła młoda kobieta — tam znajdziemy dla was mieszkanie i będziecie miały byt zapewniony. Za parę godzin opuścicie ten kąt ohydny, gdyż powietrze tu jest wilgotne i niezdrowe.
Pożegnała pośpiesznie zdumioną i uszczęśliwioną Franciszkę, nie dając jej możności podziękowania i wyszła za próg, by połączyć się ze swoją gromadką, oczekującą przed chatką na jej powrót. W drodze nie rozmawiano prawie. Pani Marja odczuwała boleść swej towarzyszki, w której obudziły się wspomnienia ukochanego męża, na widok opuszczonej wdowy po żeglarzu z tegoż samego statku, z tej Sybilli, która ich obu uniosła na falach i być może pogrążyła razem w morskie odmęty.
Zbliżając się do wsi, pani Rosburgowa poprosiła panią Marję, żeby zechciała jej towarzyszyć do mieszkania, o którem wiedziała, że jest do wynajęcia i byłoby odpowiednie dla chorej. Okazało się, że domek jest zupełnie odnowiony, otoczony ogrodem, składającym się z drzew owocowych i zasadzonego warzywa, pokoiki były jasne i dość obszerne. Pani Rosburgowa postanowiła zaraz rozmówić się z właścicielem domu, prosząc panią Marję, aby powróciwszy z dziećmi do siebie, wysłała natychmiast konie po Franciszkę i Lucynkę, a również kazała dostarczyć nieodzowne dla nich sprzęty, zanim się zakupi wszystko, co będzie potrzebne do małego gospodarstwa. Pani Marja pośpieszyła spełnić to polecenie, dzieci z pomocą Elizy zbierały moc rzeczy przeróżnych dla posłania protegowanym. W jednej chwili nazbierała się tego taka ilość, że na jednym wózku nie dało się pomieścić. Dziewczątka w swej hojności nie szczędziły niczego, co mogłoby biedaczkom życie umilić. Trzeba było większą część tych gratów i gracików zostawić na miejscu i wybrać tylko najpożyteczniejsze. Eliza nie żałowała trudu i mądrze wybrała wszystko, co dziś jeszcze mogło służyć do wygodnego przespania się i sporządzenia wieczerzy. Resztę odłożono na potem i wóz napakowany wyruszył w stronę wioski.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Sophie de Ségur i tłumacza: Natalia Dzierżkówna.