<<< Dane tekstu >>>
Autor Voltaire
Tytuł Memnon
Pochodzenie Refleksye
Wydawca Księgarnia Polska Bernarda Połonieckiego
Data wyd. 1911
Druk Drukarnia „Wieku Nowego“
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Grzegorz Glass
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Memnon.
(„Memnon ou la Sagesse Humaine.“)

Któregoś dnia...
Ale bądźmy ściśli. Któregoś wieczora, zaświtała w głowie Memnona myśl równie blizka — równie daleka, równie świeża — równie stara, równie skromna — równie zuchwała.
...Co jest szczęście?
...Co znaczy być szczęśliwym?
Zapytał Duszy — dusza milczała.
Zapytał Rozumu — ten zastrzegł sobie dziesięć lat do namysłu. Zapytał Rozsądku. Ten zaraz odpowiedział:
— Szczęście służy rozsądkowi, rozsądek szczęściu. Szczęście to doskonałość, doskonały rozsądek to również doskonałość. By szczęśliwym być, należy rozsądnym być.
— Oczywiście — rzekł do siebie Memnon — rzecz tak prosta! — —
— Ale co uczynisz? Bo coś trzeba uczynić.
— Uczynię dwa śluby. Po pierwsze: nigdy nie kochać kobiety.
— Dobrze! — pochwalił Rozsądek — i pamiętaj... dam ci talizman. Gdy ci się jawi piękna, w tej samej chwili pomyśl tak: tych cienistych rzęs firanka, te oczy-gwiazdy wypłowieją, blask ich zgaśnie w czerwonej otęczy nabrzmiałych powiek, ta szyja łabędzia, te piersi białośnieżne, te lice świeże, jak brzoskwinie, okryte lekkim puszkiem, obwisną jak szmata, jak łachman i wyłysieje czerep, dziś z trudem unoszący warkocze... Pamiętaj, nie zapomnij, gdy ci się jawi młoda...
— Ależ wiem, wiem...
— Będziesz pamiętał?
— Będę.
— Ale cóż ci wzbrania już dziś, zanim tę młodą i piękną spotkasz na ulicy, stawić przed oczy wizyę przemiany młodości w próchno? Jak sądzisz, czy coś ci wzbrania w tej chwili widzieć przyszłość?
— Nie — odrzekł Memnon — wszystko jest marność.
— Widzę, żeś prawdziwie rozsądny — rzekł Rozsądek.
— Powtóre — mówił Memnon — ślubuję trzeźwość.
— Kocham cię, synu.
— Ilekroć kuszon będę czarem wesela, uczty, towarzystwa, przysięgam... i dziś na takową wizyę zaginam parol... że dość mi będzie uprzytomnić sobie skutki rozwiązłości: ciężką głowę, przeładowany żołądek, utratę rozumu, zdrowia, czasu, wreszcie hańbę upojeń, abym chuci te w sobie poskromił. Tak zachować czystość, prężność, swobodę myśli, nakazuje „prosty rozsądek...“
— A cóż dopiero „doskonały“! — rzekł tamten, zacierając ręce. Łatwość tego wszystkiego jest tak zdumiewająca, że w umiarkowaniu niema żadnej zasługi...
— No... to nieprawda — rzekł Memnon — zasługa jest w samej walce. Ale mówmy lepiej o fortunie...
— Rzecz ważna, powiedziałbym: pierwsza. Kto nie ma pieniędzy, nie powinien żyć...
— Potrzeby moje — obliczał Memnon — są skromne, majątek swój ulokowałem u podskarbiego finansów Ninewii, mogę więc być niezależny. O, nie korzystać z prawa miłości bliźniego, to nieodzowny warunek szczęścia!
— I ty go masz, masz wszystkie zdolności do życia. Ale strzeż się przyjaciół, zachowaj w przyjaźni miarę: tyle — ile.
Dalszą rozmowę przerwały jakieś krzyki na dworze.
Memnon wstał, doszedł do okna i wychylił głowę.
Pod wielkim, rozłożystym platanem spostrzegł dwie kobiety: jedną starą i zapewne rozsądną, jak owa wizya zniszczenia, chroniąca od upadku, drugą — młodą i tak śliczną, że Memnon, pomny na wszystkie śluby, przysłonił na chwilę oczy i chciał nawet odejść od okna.
Słyszał jednak wyraźnie, jak mała zanosiła się od płaczu, opowiadając starej o swojem nieszczęściu i zaciekawiony patrzał dalej — jak mówi gmin — „na własne oczy“.
Wypada jednak stwierdzić, że nie wzruszyła go młodość, ani krągłe biodra, ani soczyste, kąśliwe usta i zęby młodej damy, ale wzruszył go smutek młodej i nieszczęście pięknej.
Jakoż Memnon nie zbiega, ale schodzi na dół, nie krzyczy, ale mówi do młodej, jako człowiek i mężczyzna, mający nad wszelką rozpaczą i kobietą przewagę rozsądku i stateczności.
Historya dziewczyny była rzeczywiście niezwykła. Każda opowieść młodej jest niezwykła, a zwłaszcza gdy ją słyszy człowiek, który przed chwilą doskonalił się w praktykach kształcenia woli i rozsądku i wyostrzywszy miecz, szuka. kogoby nim przebił. „Szkoda bowiem męstwa, gdy nie przyjdzie do starcia.“
Cóż opowiada zawżdy mądra samiczka zawsze dość patetycznemu samcowi?
Rzecz niesłychana. Oto istnieje wuj, opiekun, smok, wróg, łotr, gwałciciel. Oczywiście — zagarnął cały majątek dziewczynki i teraz nastawa na ostatni skarb — cnotę.
Memnon inny u siebie w mieszkaniu, inny — na dworze, nie wie, czy ze stanowiska rozsądku wypadek zasługuje na wiarę, ale ona o nin Innego me prosi, jak o radę i wlot chwyta zakłopotanie kawalera....
—... Wydaje się pan energicznym, roztropnym, tak rzadkiej rozwagi i dobroci człowiekiem, że Opatrzność nie mogła mi posłać lepszego... Panie! niech pan mnie nauczy, jak żyć, jak się bronić, co dalej., czynić...
Memnon nie wie. Memnon już żałuje, że zstąpił na ulicę... Ona zaś nie ustaje podziwiać jego słodycz, jego rozsądek, jego rycerskość, z tą czarującą, żywiołową prostotą, z jaką umieją kłamać kobiety... Nie daje mu przyjść do słowa... — Chciałam się zabić. Ani jednej żywej duszy, która... — Płacze... Memnon przyznaje, że ta kobieta czyta w jego duszy, jak w książce do nabożeństwa, to chwaląc, co sam uważał w sobie za najszczytniejsze. Idą więc ramię do ramienia, do domu dziewczyny, gdzie ma nastąpić spokojne i wyczerpujące rozważanie czynów wuja i powzięcie odnośnej uchwały.
Po chwili wprowadza go do wonnej świetlicy i sadowi obok siebie na wygodnej otomanie.
Tak siedząc, podjęli znowu sprawę wuja, który okradł pannę z wiana i chciał jeszcze (co najżywiej bolało rycerza) uszczknąć cnotę świeżego kwiatuszka.
Memnon przysięgał, że na to nie pozwoli, że nie dostanie się staremu wujowi rzecz, godna młodszej ręki i serca.
Sierota mówiła teraz ciszej, piękniej, drżącym, zdyszanym szeptem, ze spuszczonemi na lice oczyma i tylko kiedy niekiedy podnosi je na Memnona...
Były one wtedy głębokie, pełne łez, wołające o litość. Memnon nie spuszczał z niej oka, nie strawił jednego słowa, jednego szlochu ni westchnienia. Chciał bowiem przedtem wysłuchać, potem stanowić, jak to się godzi w potrzebie. Kilkakrotnie, gdy się to biedne dziecko zapamiętywało w rozpaczy, z konieczności łatwo dla każdego kawalera zrozumiałej, dotykał lekko jej sukienki. Był nadto rozsądny, by nie zrozumieć, że można ostrożność pogodzić z wykwintem. Być rozsądnym nie znaczy być koniecznie drewnem. Zresztą, w interesach samej sprawy, należało uciszyć żałość ujęciem za rączkę, za obie rączki, rączek tych łaskotliwych w swojem ręku badaniem... Jestże ktoś, ktohy postąpił inaczej? Więc... więc już w jakiejś chwili wielkiego na wuja gniewu i pasyi, z przekleństwem całunku na uściech, odebrał Memnon wujowi to, co się tamtemu, jako i furtuna gładkiej dziewki, cale nie należało...
Gdy tako jednak młodzi dają sobie wzajem rady, raptem wpada do świetlicy on, wuj, czy zbój, z niekłamaną intencyą uśmiercenia bratanicy i gościa.
Dama — oczywiście (dlaczego: „oczywiście?“) zrywa się w te czasy z miejsca, jak kuropatwa, i ucieka od „napastnika“ tak przerażona, jakby była przerażona...
Na placu ostaje się Memnon i „wuj“, który zabiera rycerzowi metodycznie całą gotówkę i co kosztowniejsze rzeczy, pod groźbą noża i utraty życia.
Kopnięty w serce, z pohańbionym rozsądkiem, ale z szczęśliwie całą głową, słysząc jeszcze na progu młody śmiech kobiecy, odbiega Memnon ten dziwny dom, gdzie rozkosz i występek, dusza i przewrotność lężą się bez troski na otomanie.

...A więc to tak — myśli Memnon i spada z gwiazdy prosto w błoto — a więc to tak?
— Tak — potwierdza Rozsądek.
...Nie wolno wyzierać za okno swego pokoju, nie wolno wierzyć, nie wolno słuchać i na dnie każdego kielicha spoczywa fałsz, hańba, nikczemność.
Obity, oskubany powraca do domu i zastaje bilet, zapraszający go na obiad z przyjaciółmi.
Co o tem nowem kuszeniu sądzić, Rozsądek nie wie, wiedzieć nie chce.
Ale przyciśnięty do muru, pytany co chwila: iść — nie iść — iść — nie iść — rzecze niechętnie, nieszczerze, jak człowiek z podwiązaną gębą: — Mój drogi, gdy zostaniesz w domu, opadną cię furye rozdarcia; zaczniesz zwyczajem ludzi kopniętych przemyśliwać nad tem, co się już nie odstanie, zachorujesz, zamartwisz się.
Idź, spożyj skromny obiadek w towarzystwie. Zapomnisz, obrócimy wszystko w żart, a nazajutrz, pogadamy o wszystkiem, albo i nie pogadamy, jak chcesz. Idź, kochanie, pozwól sobie...
... Czy tylko tak? — pyta Memnon, już wychodząc z domu na „skromny obiadek“ — i czy ja nie popełniam znowu głupstwa?“
Memnon wchodzi w koło przyjaciół. Witają go życzliwie, radośnie, ale znajdują, że jest nieco smutny i musi się do nich, „którzy nie tracili czasu“ „dostroić.“ ...Nieco wina — myśli Memnon — nieco wina; to wzmacnia duszę i ciało. I nieco jeszcze dla towarzyszy. Memnon, dobry kompan, jest z tych — co „nie umieją się wymówić“ i w miarę przedłużania się skromnego obiadku, nieznacznie się upija. Wuj, sztylet, łotrzyca, kiesa złota, przygoda dudka, wszystko, jak to przepowiedział Rozsądek, odeszło kędyś za chmury i nabrało kształtów równie wesołych i lekkich, jak rozmowa z przyjaciółmi...
Po obiedzie zasiadają do gry. Grają wszyscy, gra i Memnon, stoczywszy tym razem z Rozsądkiem krótką batalię na swoją korzyść... Czy grać? — Nie graj — rzekł ten sam głos, który nakazywał mu w każdej młodej widzieć stare pudło. Zaś drugi, podobny trochę z uśmiechu do „Wuja“, rzekł ze łzą w oku: — „Kochany! nie hartuje się woli swojej, niszcząc wszystkie zamiary i chęci.“
Memnon pijany gra i pijany przegrywa tego dnia po raz wtóry całą treść portmonetki i prócz tego, znaczną sumę „na kredkę.“ Stąd powstaje wśród pijaków burda, bójka na pięści i krzesła — i Memnonowi — Boże! — któryś z zamroczonych awanturników, niechcący... wybija... oko!...

Nazajutrz...

O, nazajutrz! Wolej się nie budzić... Nazajutrz zbudził się Memnon jakby w trumnie, z śmiercią w oku i sercu, płacący niemniej przeto długi honorowe...

I gna swego lokaja do podskarbiego Ninewii po pieniądze.
Ale snadź obraził ten człowiek któryś z majestatów boskich — snadź obrały go sobie za ofiarę i wydały na pośmiewisko kobiet, ich wujów, przyjaciół i podskarbich.
Bo oto podskarbi grodu Ninewii sprzeniewierzył depozyty stu rodzin, a między innymi kapitał Memnona!
Memnon głuchnie, Memnon niemieje, Memnon krzyżem leży i próbuje głową grubości muru...
Cóż nakazuje w takich razach zdziesiątkowany, na pal wbity, o całe jedno oko biedniejszy — Rozsądek?
Ach, droga prosta i smutna... W cmentarze. Nie! Bez oka żyć można, ale bez pieniędzy, strzeżonych, jak oko w głowie, żyć mogą tylko obuocznie ślepi.
Ta myśl, a raczej instynkt (rozsądek! rozsądek!) prowadzi Memnona o kiju do królewskiego pałacu. Podobny do cyklopa — nie tyle z mocy, ile z kalectwa, z plastrem na jamie ocznej, z której wyłuskano słońce, odbywa pielgrzymkę do dworu, by u źródła sprawiedliwości szukać zadośćuczynienia.
O śmiechu!
Wczora jeszcze z wyglądu, majątku i rozsądku innym równy, dziś — żebrak, pozbawiony najpiękniejszej, najsłoneczniejszej ozdoby, jawi się w przybytku blasków i dumy, jako Łazarz nad Łazarze.
Już w pierwszej sali wpada w wir rozbawionych dam pałacowych.
Otaczają go, jak osy, jak zbóje, jak — „wuje“ nierządnicy.
Okiem zdrowem chłonie pogardę, wstręt, złośliwą ciekawość:
— Okropność!
— Dobry wieczór, mr. Memnon — jak się pan czuje, mr. Memnon?
— Doprawdy, mr. Memnon, tak dawno nie widziałam pana w pałacu.
— Hahaha... hahaha...
— A propos, mr. Memnon, co się stało z okiem pańskiem? Co znaczy ten plaster, kochany panie Memnonie?
Memnon otwiera usta. Ale nikt nie jest ciekaw odpowiedzi. Odwracają się doń plecyma. Nie są to bowiem „pytania“, ale ciernie, jak obojętne, „co słychać“ wkrzyczane do ucha skazanemu na śmierć.
Sto ostrzy pod skórę — sto policzków w pysk, sto szałów zdumienia i nienawiści — i to się, o Rozsądku, nazywa życiem?
A tak... I Memnon, cichy i korny, jak płaz rozdeptany, chroni się chyłkiem do psiego kąta, gdzie czeka, rychło będzie mógł paść do nóg monarchy.
Chwila ta się iści.
Memnon wychodzi z ukrycia i padając plackiem, po trzykroć zcałowawszy proch z królewskiej posadzki, czołobitnie wręcza majestatowi swoją skargę na rzeczy porządek, kędy podskarbiowie Jego Kr. M. zagarniają szczęście jednookich Jego Kr. M. poddanych.
Majestat z wrodzoną wszystkim majestatom dobrotliwością przyjmuje łaskawie zwitek, wołający o sprawiedliwość i rozkazuje jednemu z obecnych satrapów przedłożyć sobie podanie we właściwym czasie, poczem odpływa jak opatrznościowa łódź ocalenia. Niestety, w tej samej chwili, ów satrapa, rządzący królem, który rządzi ludem, w krótkiej lecz stanowczej rozmowie, z więcej niż królewską wzgardą poucza Memnona o tem, czego p. Memnon nie wiedział od urodzenia: że jest głupi, jako plaster na oku lub jak błazen, wybiegający na wysokość tronu z pominięciem wszystkich stopni, i że szukając broni przeciw podskarbiemu u jego przyjaciół, popełnia nietakt i nieprzyzwoitość.
Memnon jeszcze nie rozumie.
Memnona zdroje zdumienia są jak truchla, jak jama oczna, nie mają dna, ni miary.
... Więc to tak?
... Więc król nie może nic, satrapa może wszystko?
— Któż jest podskarbi, że mu wolno przywłaszczać majątek?
— Rzekłeś. W pytaniu odpowiedź: „Kto jest podskarbi?“
— Pytam: kto on jest, że jest nietykalny?
— Jest siostrzeńcem ochmistrzyni dworu, kochanki ochmistrza dworu, satrapy dworu Jego Kró1ewskiej Mości.
Jest brzuchem, w który runęło sto wiecznych depozytów, sto Memnonów, sto jednookich egzystencyi.
Jest głuchym workiem, który może wchłonąć jeszcze znacznie więcej ludzi i rzeczy.
Jest królewskim od- i do-chodowym kanałem niezwykłej grubości i średnicy.
Jest tryumfatorem tego, co już jest, co się już stało, czego nie trza odzyskiwać obijaniem progów królewskich.
Kto tu jednooki, płaszczący się, wzgardzony, wyśmiany szuka sprawiedliwości?
— Ja, Memnon.
— Kto złodziej, ździerca, wisielec, napełnił skrzynię swoją złotem?
— Podskarbi.
— Czyja skrzynia pusta?
— Memnona.
— Dość! Powiedziałem wszystko. Ciemny jesteś na jedno oko.
Bacz, ażebyś nie utracił tę jedną, co ci się ostała, źrenicę...

A temi czasy w domu Memnona już gospodarzy robactwo ludzkie: komisarze, egzekutorzy woźni, w imię Jego Królewskiej Mości — spełniający wolę wierzycieli.
— Więc to tak? — po raz ostatni zapytał Memnon. — Więc tu nade mną, kto żyw, komu przyjdzie ochota, może ciosać kolki na głowie, na oku, na duszy, więc ja jestem rzecz powszechnego użytku?
— Tak jest — rzekł Rozsądek — jednego dnia i nocy przegraliśmy cześć, wiarę, oko i co ważniejsze: majątek, jednem słowem — życie.
— Tak jest — rzekł woźny sądowy. — Wzbraniam panu mieszkania, wzbraniam wszystkich rzeczy... I w imię Jego Kr. Mości sekwestruję te ruchomości i opieczęt.....
Ale Memnon już nie słuchał i nie pytał.
Ogromny — przeogromny głaz stoczył się z góry i przywalił sobą na zawsze źródlisko gniewu i zdumienia.

Zaszło już słońce. Śmiertelnie znużony, zwalił się na ziemię pod platanem i przymknął powieki.
Wczorajsza dziewczyna przechodzi tędy z swoim kochankiem.
... Wyszli znowu na łowy — myśli Memnon — z dziwnym nieznanym mu dotąd spokojem.
Ona spogląda przez ramię na leżącego pod drzewem człowieka... Poznaje... Coś szepcą i szybko odchodzą... Ale w drodze przystają na chwilę...
I Memnon słyszy dwugłos śmiechu oddalającej się pary łotrów...
Bezwład, obojętność na cały świat, który się złamał jakby w dwie połowy, skuły mu ręce i nogi.
Zda mu się, że umarł, że to, co przeżył, było opowieścią, bajką o innym czasie i innym człowieku... Być może — snem tylko...

Jawi mu się postać, jakiej jeszcze nie widział we śnie.
Widzi jaśń wielką, gniazdo promieni, przepojone światłem, jarzące jak kometa.
Duch...
On miał sześć skrzydeł, ociekających blaskiem, jako krwią... Ale nie miał ni nóg, ni głowy, ni ogona...
I nie był podobny do żadnej istoty ludzkiej, ani zwierzęcej.
— Kto jesteś — lub czem jesteś? — pytał Memnon.
— Jestem Duch — Moc — Zbawienie.
— Więc zwróć mi wszystko, com utracił: zdrowie, mienie, wiarę.
— Klęsk twoich — rzekło górnie Widmo — nie rozumiem.
— Skąd jesteś?
— Ojczyzną moją, odległą o 5 miliardów mil, mała gwiazda w sąsiedztwie Syryusza.
— Piękna ojczyzna — rzekł Memnon, aby coś powiedzieć — jak widzę, oskubali was z wszelkiego kształtu.
— Masz słuszność — rzekł z cicha sześcioskrzydly stały mieszkaniec gwiazdy. — Nas nigdy nie okłamią kobiety — kobiet nie znamy. Obywamy się bez jadła i napoju i dlatego nie możemy nadużywać tych darów bożych. Nie znajdziesz u nas złota, ni srebra, nie zdobywamy i nie tracimy. Jesteśmy bezcieleśni i nie obawiamy się króli, wierzycieli, poborców podatkowych, a nawet i satrapów.
— Jakże spędzacie czas — bez kobiet i uczty? Wielkie, ciężkie obłoki nudy muszą się unosić nad waszą gwiazdą.
— Czuwamy — rzekł Duch bez uśmiechu. — Czuwamy na innych globach. Przychodzę do cię z pociechą...
— Głupcze! Astralny głupcze! — krzyknął Memnon w pasyi. — Czemuś nie przyszedł ubiegłej nocy i nie uchronił mnie od szaleństwa?
— Nie mogłem — rzekła kornie istota bez głowy, nóg i ogona. Czuwałem gdzie indziej... Byłem... u łoża brata twego — Hassana.
Zaprawdę, wart jest większej litości. Król Indyi wtrącił go do lochu i kazał wyłupić mu oczy... I kona ciemny, w ciemnym lochu — śród ciemnych ludzi.
— Ale tyś jest jasny, — przejasny, ty, — bezcielesny mędrku... ty za kotarą każdej męki czuwający głuchoniemy świadku oprawców! Ty na rozstajach życia, szalu i śmierci ukazująca się zmarłym, zgaszonym, ciemniejsza od ciemnych i zbędna prawdo Poznania!
Gadaj mi, prawdo sześcioskrzydła poco jesteśmy. Ty, jasne, krwawe oko, co wszystko chłonie, wszystko pożera, wszystko przetapia na oczywistość — poco jesteś... komu ty służysz?

· · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Jeżeli poznanie jest szczęściem, czemu się jawisz spóźniony o całe życie?
Jeżeli jeszcze leżę na progu poznania, weź mnie w bramy słoneczne...
Jeżeli nie możesz, jesteś katem, mściwszym od ludzi.
Jesteś, który postrzegasz, który czuwasz przy chorym, nie czuwając nad chorym. Dałeś mi oto dowody wielkiej łaski. Wesołą mi zwiastowałeś nowinę. Brat mój kona ślepy, w kajdanach, na obczyźnie! Ale spojrzyj na mnie: Kto byłem — kto jestem!
Cóż ty potrafisz? Zbiornik światła i mądrości, — nie umiesz przeniknąć cielesnej powłoki; nic nie umiesz, nie jesteś, Duchu, zdolny...
— Bluźnisz... rzekł obywatel gwiazdy — i szałem twoim — doskonałość, zaprzeczenie biegu świata i nieskończonej przemiany jego form. Pieśń się wspina po szczeblach piękna, ale czy znasz ją, zanim dobiegła końca? Doskonałe są jeno groby — i skończonej pieśni milczenie. Widzisz — i my nie jesteśmy skończeni, choć wolni od twoich szałów: wszystko jest względne...
— Poznaję cię — rzekł Memnon przed śmiercią — jesteś beznadzieją me-ta-fi-zy-ki!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Franciszek Maria Arouet i tłumacza: Grzegorz Glass.