Reportaż z meczu

<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Reportaż z meczu
Pochodzenie Pedagogika żartobliwa. Moje wakacje. Gadaninki radiowe Starego Doktora
Wydawca T-wo Wydawnicze w Warszawie
Wydawnictwo J. Mortkowicza
Data wydania 1939
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
REPORTAŻ Z MECZU

Chcecie? Dobrze. Zgadzam się. — Obiecałem. — Ale żebyście nie żałowali. Bo to nie ma sensu. — Szanuję owszem sport i wiem, że chcecie ubrać mnie w kąpielówkę i rozruszać. Ale sami przekonacie się, że nie. Bo nie może udać się. Bo co ja za sprawozdawca sportowy?
I akurat dziś, kiedy chciałem z wami o Helladzie... W planie była Grecja.
Bo Grecja i Hellada — to to samo.
W owej starożytnej Helladzie były dwa miasta: Sparta i Ateny. Jak na przykład Warszawa i Kraków, albo Poznań i Wilno, Lwów i Łódź. — Ateńczycy — Grecy i Spartanie — Grecy. Ale nie lubili się. Bo w Sparcie głównie sport, mięśnie, żelazo, ćwiczenia i wojna; Ateńczyk też bohater, jeżeli trzeba, ale woli książki, rzeźbę, teatr, pieśń. Więc Ateńczyk mówi na Spartanina, że prostak, że mruk i gbur; Spartanin na Ateńczyka, że paniczyk, laluś, gaduła.
No i na Spartę napadli Messeńczycy: ich dziki wódz Arystomenes napadł na Spartę. I Spartanie przegrywają. Już Arystomenes rozłożył pod miastem obóz swój koło Sparty. Już Messeńczycy pławią konie w ich rzece (nie Wisła ta rzeka nazywała się, tylko Eurotas ta rzeka). — Wódz Arystomenes zakradł się w nocy do Sparty i w świątyni spartańskiej zawiesił swój puklerz messeński. — Taki wstyd. — Ale byli zmęczeni, więc spali; już tyle młodzieży poległo w bitwach.
Więc co robić? — Zgadnijcie, co zrobili? — A no, zebrali się starcy na naradę i posyłają do Delf (taka tam była świątynia grecka; oni byli wtedy jeszcze poganie, różnych bogów mieli). W tej świątyni w Delfach były nie kabalarki, nie Cyganki, ale kapłanki tam były boga Apolla; one radziły, co robić, kiedy bieda; nazywały się Pytie. — I ta najważniejsza Pytia przyjęła dary od spartańskich posłów, usiadła na trójnogu, na krześle, które miało trzy nogi, — siedzi, wącha różne kadzidła i natchniona mówi, radzi, żeby Spartanie prosili, żeby błagali o pomoc. — Zgadnijcie kogo? — A właśnie Ateńczyków.
Co? — Oni Spartanie mają błagać o pomoc tych lalusiów? — Nie! — Zgniewali się. Taki wstyd. — Ale co mieli robić; co będzie, jeżeli Arystomenes i Messeńczycy zdobędą Spartę? — Niewola, albo śmierć? Więc co robić?
Nie było wtedy telegrafu ani radia, więc posyłają łódź, która jakoś tam prześlizgnęła się przez messeński obóz (bo Sparta — już mówiłem — była oblężona). No i do Aten, żeby pomogli proszą, żeby przysłali wojsko i okręty swoje na pomoc.
A no dobrze. Posłali i czekają. Niecierpliwie czekają na pomoc, na zbrojne hufce ateńskie. — Czekają, i nic. Czekają, i nic. — No i zgadnijcie, co zrobili Ateńczycy? — Ba. — Przysłali tylko jednego Tyrteusza, jednego Ateńczyka. — Ale kto to taki? — Może jakiś straszny siłacz, wielki jakiś sportowiec albo wielkolud? — Nie. — Zwyczajny, zakurzony, nawet nie uzbrojony poeta. — Uważajcie, bo gorzej jeszcze: poeta kulawy. No. Zwyczajny kulawy, jeden tylko, słaby. I nie miecz, ale lutnię, taką grecką mandolinę trzyma. Zaśpiewa im. — Mówi: „Sparto, witam ciebie (poetycznie: witam twoje progi); jestem Ateńczyk“.
— A gdzie wojsko? — Nie: przyszedł sam. Mówi: „Ateny przysłały mnie poetę z lutnią i pieśnią w pomoc“. — Więc to tak? — Zdrada! — Na złość, — żartują sobie. Zdrada. — Śmierć — zabić Tyrteusza. Tego kulasa. — Bo trzeba wam wiedzieć, że jeżeli w Sparcie urodziło się dziecko słabe albo ułomne, też je zabijali, zrzucali ze skały; bo co to będzie za sportowiec, oferma taki?
A no dobrze. — Ale Tyrteusz nie boi się, stoi nieustraszony; tylko mówi: „Ludu Sparty, jestem bezbronny“. — I mówi: „Jestem Ateńczyk, a więc umrzeć gotów“. — Tak poetycznie, i taki dumny.
Niech go osądzą na śmierć. Ale prosi, niech pozwolą ostatni raz zaśpiewać, ostatnią pieśnią pożegnać Helladę, ojczyznę, Grecję.
Zgodzili się? — Jak myślicie? — Tak. — Zabiją go, ale potem, bo ciekawi byli, co powie, co zaśpiewa.
Przeczytam wam; on gra na lutni i śpiewa. Tak zaczyna się:

Znacie ten kraj, co mu stopy skaliste
Zmywa toń morza, a Olimp wieńczy skroń,
Kastalskich rzek kryształy płyną czyste,
Słowików pieśń i róż zachwyca woń?
Znacie ten kraj, co dostał z bogów ręki
Odwagę, moc, harmonię cudną słów.
Gdzie wyrósł mąż, co lwom targał paszczęki
I mieczem swym ściął hydrze siedem głów?

On tak o Herkulesie.
No i śpiewa dalej, gra na lutni i śpiewa: że Sparta była wolna, że Sparta zawsze zwyciężała. A teraz zgina głowę, kark przed Arystomenesem, przed Messeńczykami. Więc woła Tyrteusz rozgniewany:
— Przyjdźcie tu, Messeńczycy. Wiążcie ich. Zakujcie ich w kajdany, żeby sprzedać (bo niewolników, wiecie, sprzedawali). A wasze córki i żony niech biało ubrane tańczą i piją wino z wrogiem (bo taki był zwyczaj).
I dalej śpiewa poeta Tyrteusz, Ateńczyk. Śpiewa:
— Umarła w Sparcie krew mężnych ojców. — I mówi: niech zgaśnie słońce, żeby nikt tego wstydu nie widział.
I zakończył: żeby połamali miecze i rzucili w przepaść, żeby nikt nie wiedział, że było żelazo, ale serca (to znaczy — odwagi) zabrakło wam.
No i zgadnijcie, co się stało...


∗             ∗
O rety! — Co ja najlepszego zrobiłem? — Zagadałem się. Spóźniliśmy. Jazda na boisko. — Macie gwizdek? Mieliście napisać na kartce, jak to się wszystko nazywa. Zobaczycie, że zbłaźnimy się. — I szklanka wody, bo sprawozdawca sportowy — w gardle mi zaschnie. — Dawaj tę ściągaczkę. — Ołówkiem? — Nie będę mógł przeczytać. — Prędzej! — Co? Zegarek stoi? — Spóźniona audycja.? — Telefonowali z Warszawy?

Zaczynajcie. — Co będzie, to będzie. — Nakręć mikrofon. A ty uważaj. — Nie tu. — Hallo. (Gwizdek). Siatkówka. Mecz. — Triumf. — Porażka. — Partie, — mecz. — Siatkówka, proszę państwa. — Grają. — Partie, reprezentacja, elita. — Poziom wysoki. Tempo ostre. — Sytuacja. Przewaga techniczna. — Duża ambicja. Kondycja wspaniała. — Grają. — Grają, grają. — Punkt. — Zmiana miejsc. (Gwizdek).
Grają. Grają. Grają. Ofiarnie. Tak. Ofiarnie grają. — Sukces. Eliminacja. Finał. Pozycja. — Jaka? — Niezdecydowana. — Dobrze.
Rewelacyjny rzut. — Rekompensata.
A, bestia. — Teraz było naprawdę ładnie. Nie wiem, jak powiedzieć. — Co tu gadać: potrzebna telewizja.
Ooo, znów trzy ciekawe, ale nie wiem, jak to się nazywa. — Bo ten temu, a ten temu, a ten zdaje się ścięty. (Gwizdek). Daj popić, bo mi w gębie sucho. — Poczekaj: zdejmę marynarkę.
Grają. Grają. Dobrze. Trzymaj się! — Ooo. — Jan Anglik — flegma — uśmiecha się pod wąsem. Patrzy. — Czujny, nie ma wąsów. — Brawo! — Grają, grają. Przykląkł na jedno kolano i odbił, podał — ostry, górny, boczny, twardy, kwaśny, mokry (Nie mogę przeczytać, co tu napisane).
A megierka sukienkę poprawia, rączki otrzepuje, włoski, — dostojnie, rozgląda się triumfalnie. (Gwizdek). — Zmiana miejsc. — (Zapomniałem).
Grają, grają. — Ofiarnie — ostro — twardo. A ten, jak Francuz: zapalił się, zgasł. Uśmiecha się sceptycznie. Rira bię, ki rira le dernie.
Dobrze, dobrze. Grają. — U, spartolił. — Zmartwiony, zawstydzony. (Gwizdek). Daj popić. Gorąco.
Klasyczny rzut. Strzał. Podał, oddał. — Skrzydło, centr. Apel. Róg. Centr. Runda. Dubla. Bez atu. En avant. Szach! — Przedszkolak zwija się. — Auto, — aut. — Rrrą! — Zuch.
Tempo. — Runda, trasa, lufa, muszka, limuzyna. Piknik, kulig. Zespół. Kasza. — Kort, fort, tort, mops. — Groch z kapustą. — Kajak, — chryzantema. — Niż, wyż, rekord, wir.
Powiedz, żeby odeszli, bo zasłaniają. — I nie trzeba było ołówkiem gryzmolić, bo nie mogę przeczytać i z głowy muszę wymyślać. — (Gwizdek).
Grają, grają. — Inicjatywa.
Zagapiłem się. — Tempo. — Bramka. Klamka. Błyskawicznie. Nie wiedziałem, że tak trudno naraz patrzeć się razem i gadać. I co to ma wspólnego z towarzystwem naukowym?
I dlaczego akurat ja właśnie, a nie który z was — sprawozdawca sportowy? — Ugryzie ciebie mikrofon, podrapie, kopnie, dziobnie? — (Gwizdek). A jeżeli nie uda się, też słońce nadal będzie świeciło, a ziemia kręcić będzie swoje wywijasy, i w ogóle co? — Dopóki ziemia stała solidnie w miejscu, i ludzie nie mieli kręćka. — Teraz wszystko tańczy, — tempo — fox, faif, trot, flit, brydż, — powariowali. (Gwizdek).
Ooo, ładnie. — Ale trzeba się znać, rozumieć i wiedzieć. I trzeba audycję przygotować, opracować. — Ja mogę, a tobie nie wypada: bo będą obgadywali, — więc siedzisz i jesteś ładny. — Znam takich: tu praca, walka, zapasy, idee, — a on siedzi ładny i miły. Tu praca, trzeba coś, czas, to pieniądz, społem, a ona ładna, miła, siedzi i nic. (Gwizdek).
No, dawaj kartkę. — Zacząłem: trzeba skończyć. — Nie wiedziałem, że w sporcie, tu przy siatkówce tak dobrze można poznać człowieka: kto samolub, kto drapieżnik, — rozpycha się łokciami; ten społecznik, ten ofiarny, ten węszy, czeka na koniunkturę. — Ty tylko patrz. — Ooo. — Mógł podać piłkę, on nie. — Messeńczyk jucha, Arystomenes, — uuuch ty Bramaputro, — wolał sam spartolić.
Zmiana miejsc. (Gwizdek).
Grają, grają. — Siatkówka. — Tempo ostre. Poziom wysoki. — Sytuacja. Kondycja. Duża ambicja. Przewaga techniczna.
Nie. — To już było.
Ooo, podskoczył. Odrzucił. — Cios. — Faul. — Lokaut, impas, puchar, rapir, kartel, eksport. — Demi place. Dystans. Trening. Rakieta. Regaty. Z ziemi — upadł, — leży ścięty — aut. Załamał się. — Pięć na pięć. — Korkociąg. — Rurociąg. — Demi vierge. — Chateaubriand.
Usłonecznienie gleby, bogate poszycie drzewami owocowymi. — Hodowla bananów w południowej Australii...
Co on tu na tej kartce powypisywał za brednie? — — — A ja skąd mogłem wiedzieć, że to notatki ze szkoły, stronica z brulionu? — Trzeba było przekreślić.
(Gwizdek).
Grają. Grają... A dajcie wy mi spokój. Każdy powinien robić swoje... Nie można z radia małpy robić.
Sprawozdawca to sprawozdawca. Nie ja!
A o Tyrteuszu jutro wam przeczytam, albo kiedyś (jeżeli chcecie).


UWAGA:

Pozostawiam domyślności Czytelnika intencję tej audycji. — Nie wiem, niestety, czy udała się. — Zrozumiał mnie chłopiec. Mówi: „sport — ciało, Tyrteusz — poeta, duch“.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.