<<< Dane tekstu >>>
Autor Teodor Jeske-Choiński
Tytuł Seksualizm w powieści polskiej
Wydawca Księgarnia „Kroniki Rodzinnej“
Data wyd. 1914
Druk Noskowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IV.

Mówi Ludwik Geiger w „Odrodzeniu i humanizmie”: Dantego podziwiają, Petrarkę sławią, Boccaccia czytają...
Jest tak, niestety!
Zło pociąga tłumy zawsze więcej od dobra i piękna, najbrutalniejsza „sensacya” draźni, podnieca pospolitą ciekawość zawsze więcej od wiadomości o jakimś czynie uczciwym, szlachetnym. Tłum chce się bawić, chce być bawionym, a biała cnota chodzi cichą stopą prostemi drogami, skromna, nierzucająca się w oczy, więc „nudna”. Wiadomo, że kobiety uczciwe nie mają swojej historyi. Z szarych, pospolitych faktów ich życia, zamkniętego w granicach obowiązku, nie można spleść barwnej opowieści. Pierwsza lepsza awanturnica, ladacznica dostarcza naratorom więcej materyału do „ciekawej” bajki.
Seksualizm jest „ciekawy”, drażniący, podniecający zmysłowe apetyty, bawi, jeżeli się łączy z humorem, jak u autora „Dekameronu” i dlatego — uwielbia tłum inteligentny Dantego, nie czytając jego nudnej „Boskiej komedyi”, a czyta żarłocznie Boccaccia, gorsząc się niby jego rozpustną swobodą.
Gorszy się niby, bo wstydzi się w obliczu duszy i kultury chrześcijańskiej swojej niewoli w pętach zmysłów. Ale wstydzi się tylko w epokach zdrowia moralnego. Z chwilą, gdy jakaś rewolucya polityczna starga na czas pewien przęsła budowy społecznej, lub jakaś forma kultury, zużywszy się, rozpadnie się na gnijące strzępy i wytwarza t. zw. dekadentyzm — człowiek przestaje się wstydzić swoich słabości i grzechów, swoich zwyrodniałych nawet apetytów i zaczyna się jawnie obnażać. Tak było w Grecyi epikurejczyków, tak w Rzymie Cezarów, tak pod koniec Renesansu, tak i po rewolucyi francuskiej (dyrektoryat); tak jest obecnie w całej Europie wogóle, a w szczególności u nas. Wychowańcami: pozytywizmu, materyalizmu i kapitalizmu — wrogów światopoglądu idealistycznego — jesteśmy i dlatego wróciliśmy na czas pewien do kultu nagiego ciała, czyli zmysłów.
Na czas pewien, bo żaden naród zdrowy, który chce dalej istnieć, nie wytrzyma długo w takiej podniecającej, niezdrowej atmosferze.
Materyalizowanie naszego społeczeństwa posuwało się wolno od roku 1870 mniej więcej (pozytywizm), oparte jednak o podstawę narodową, społeczną, więc dodatnią, odtrącało od siebie instynktowo pierwiastki trujące t. zw. światopoglądu przyrodniczego. Gwałtowny przełom w naszych „staroświeckich” pojęciach wywołał dopiero modernizm ze swoim dekadentyzmem artystycznym, podlanym mocno gryzącym sosem seksualizmu, a reszty dokonała rewolucya z roku 1905 ze swoją anarchią pojęć i uczuć i źle strawioną doktryną wolnościową, przeszczepioną na nasz grunt przez socyalizm rosyjski i żydowski.
Dekadentyzm artystyczny Przybyszewskiego usiłował w nas wmówić, że szuka „nagiej duszy”, a szukał tylko nagiego ciała i to nie ciała zdrowego, owego greckiego Kalos i Kagatos, lecz chorego, stoczonego robactwem: histeryi, wizyi, halucynacyi, lubieżności, alkoholu i t. d. Tego rodzaju poszukiwanie „nagiej duszy” prowadzi prostą drogą do erotomanii, a w dalszym ciągu do pornografii.
Hucznymi oklaskami powitało pokolenie przed — i porewolucyjne ten przewrót w pojęciach i upodobaniach, witając radośnie „wyzwolenie człowieka z pęt zwietrzałych przesądów, zwyczajów i obyczajów”. Tłumnie rzuciło się ono do literatury „szczerej”, mówiącej swobodnie wszystko, „o czem się dawniej nie mówiło”.
Seksualizm stał się modnym w powieści, w teatrze, za modą zaś tłoczą się szerokie masy bezkrytyczne.
Tłoczą się nietylko szerokie bezkrytyczne masy gwoli zabawie, ale także z różnych względów pisarze większego i mniejszego kalibru. Jedni płyną za prądem chwili z przekonania, niesieni jego zwirowaną falą, drudzy dla zdobycia szybkiego rozgłosu, który wieńczy zawsze obsługiwaczów upodobań danej chwili, inni wkońcu (najpośledniejszy gatunek) dla obfitej mamony. Wiadomo, że „utwory na czasie idą”, co zaś idzie, czyli sprzedaje się, to wsypuje do kieszeni wydawców i autorów zawsze więcej mamony, aniżeli dzieła nie na czasie, choćby były arcydziełami.
Za każdym majstrem nowego prądu literackiego czy artystycznego wlecze się zawsze długi ogon epigonów. Pierwsze nowele Sienkiewicza i Prusa np. spłodziły swojego czasu cały legion nowelistów obojej płci, którzy świecąc zapożyczonym blaskiem jakiś czas, zgaśli bez śladu.
Prądy danej chwili bywają tak silne, iż unoszą z sobą nawet talenty oryginalne. Kazimierza Przerwę-Tetmajera stać chyba na samodzielność, a przecież nie umiał, czy nie chciał się oprzeć przemożnej pani modzie (sceny seksualne w „Królu Andrzeju” i „Romans panny Opolskiej z Główniakiem”). Z autorów młodszych zaznaczyli się w tym kierunku Gustaw Daniłowski („Marya Magdalena”) i H. O. Garlikowska („Misteryum, opowieść erotyczna”).
Szczegółowy rozbiór powieści i nowel seksualnych, od których roją się obecnie półki księgarskie, nie miałby celu, wszystkie bowiem obrabiają ten sam temat. Utoną one zresztą wkrótce, gdy prąd chwili przejdzie, w mrokach zapomnienia.
Mówiąc o powieści seksualnej należy także potrącić o te utwory, które, nie należąc właściwie do tego gatunku, omijając zmysłowe wyuzdanie, jego pornografię, przesiąkły jego „nową etyką”, stworzoną przez wolną miłość.
Macieja Wierzbińskiego nie można zaliczyć ani do modernistów, ani do pornografów. Jego słoneczna dusza, jego optymizm nie znosi pesymistycznych lamentów poszukiwaczów „nagiej duszy”. Jego dobry smak omija kuchnię seksualizmu, to, „o czem się nie mówi”. A mimo to odzywają się w jego powieściach tu i owdzie echa „nowej etyki”, wysnutej z pożądań wolnej miłości.
Broniewiecki w jego powieści „Pod Mysią Wieżą” zamożny obywatel ziemski na Kujawach poznańskich, jest bardzo odważny, bo lekceważy „przesądy i pojęcia przebrzmiałych czasów”. Ta jego odwaga polega na tem, że uprawia bez względu na swoje otoczenie, na złość „hipokryzyi”, kult wolnej miłości. Mówi on o sobie: „Jestem dość wielkim panem, aby być sobą. Nie mam talentu na porządnego człowieka i najmniejszego nie czuję powołania do moralności. Te zastępy czczych moralistów, iście dzisiejszych lilipucich ludzi, zlękają się wszystkiego, co jest wyrazem bogactwa życia, nie znają snów szczęścia, ani raju miłości. Zawsze i wszędzie mają na ustach słowo: obowiązek, ja zaś słowo: miłość. Kocham życie całe, sięgam śmiało w jego pełnię”.
Jest to więc typ bezwzględnego zmysłowca, depcącego bez żadnych względów cały dorobek chrześcijańskiego i idealistycznego światopoglądu, a Wierzbiński poleca go swoim czytelnikom, jako wzór obywatela.
Te samą mniej więcej mądrość tylko grubiej, jaskrawiej wygłasza H. O. Garlikowska w swojem „Misteryum”. Mężczyzna broni się w tej powieści przeciw żarom wolnej miłości, wzniecanej przez zmysłową kobietę, zdradzającą męża. Nie podoba się to Garlikowskiej, bo dąsa się: „Nigdy on nie dojdzie do tego stopnia wyższości, aby się wznieść nad dobro i zło; dusza jego wciąż pamiętać będzie o tych drobnych społecznych względach i płynąć równym szlakiem przeciętnej t. zw. uczciwości ludzkiej, która popełnia wielkie zbrodnie przeciw naturalnym prawom życia; był to niewolnik, który nigdy nie umiałby dojść do wolności, ponieważ nie rozumiał idei wolności, ani przyczyny niewoli a nadewszystko nie czuł sam swojej niewoli (czytaj: małżeństwa), w jaką dobrowolnie się oddał”.
Ma to znaczyć: uczciwość jest zbrodnią przeciw naturalnym prawom życia, małżeństwo jest niewolą, wolna miłość zaś wolnością, wyzwoleniem z niewoli.
Do tej „nowej etyki” wraca Wierzbiński w „Małżeństwie na próbę”. Ma ona swoją własną logikę.
Posłuchajmy argumentacyi tej logiki:
Młodego komedyopisarza, Rostaneckiego, wiezie ciotka na wieś w celach matrymonialnych. Syn Apollina, wesołego usposobienia, typ sympatycznego lekkomyślnika i leniucha, nie bardzo się kwapi pod jarzmo małżeńskie, ma do niego wstręt, bo nie znosi wszelakiej niewoli, ale jego wiecznie pusta kieszeń zniewala go do poszukiwania sutego posagu. Lubi on dobrze, wesoło żyć, ubierać się elegancko, bawić się, a jak najmniej pracować. Więc przydałaby się mamona papy Nierzyńskiego. Ale córka „szlagona” nie w ciemię bita. Jest i ona „wytwornym ironistą” tak samo, jak Rostanecki i dlatego umie patrzeć otwartemi oczyma w życie i przenosi solidnego, zamożnego ziemianina nad gołego literata.
Zmiarkowawszy to, zakochuje się Rostanecki w pannie Barbarze Możarowskiej, a że panna ta nie ma dostatecznego posagu, a on potrzebuje ciągle grosiwa, przeto postanawia korzystać z jej miłości, ale bez sankcyi legalnego małżeństwa. Trafiła jednak kosa na kamień. Panna Możarowska, córka dobrego domu i uczciwych przodków, nawskroś czysta w swoich pojęciach i uczuciach, dziewicza, krystaliczna, skromna, cicha, urodzona na wierną żonę i dobrą matkę, nie zgadza się oczywiście na taki stosunek, — wyjeżdża ze wsi i wraca do Warszawy.
Dziwi to „ironistę” Rostaneckiego, który nie wierzy w żadną cnotę, który mówi o niej: „bo szelma nudna aż strach”. „Gdyby cnota nie była tak wściekle nudną, zreformowałyby się tysiące ludzi”.
Małżeństwo panny ubogiej, rozporządzającej tylko niewielką rentą, z człowiekiem, który „nie chce wpaść po uszy w amory i zaprzepaścić swej karyery dla ładnych oczu, dla którego małżeństwo jest instytucyą dla starych”, i który ma zamiar „ożenić się bogato, by, usiadłszy w wygodnym, stylowym fotelu powiedzieć sobie z uśmiechem, żyłem...” byłoby nonsensem, a życie na wiarę z tak czystą nawskroś naturą jak panna Możarowska, jest niemożliwością, bo natury tego rodzaju nie splamią swoich białych skrzydeł jakimkolwiek brudem.
Dotąd logika w porządku.
Nagle, bez żadnego przejścia, bez umotywowania zmiany psychologii panny Możarowskiej, dowiaduje się czytelnik, że „westalka” ulega Rostaneckiemu i zamieszkuje z nim razem.
Niespodziewany ten skok w przepaść przypomina podobną woltę panny Pobratyńskiej, udającej się wprost z kościoła na schadzkę romansową. („Dzieje grzechu”).
Żyją tedy z sobą razem pod jednym dachem, ku wielkiej wygodzie Rostaneckiego. Bowiem „żona na próbę”, jak się, „ironista” wyraża, nietylko kocha go serdecznie, nietylko służy mu z wiernością psa, będąc jednocześnie kochanką, gospodynią i robotnicą, nietylko otacza go ciepłą, wonną atmosferą miłości i troskliwością, znosząc bez słowa skargi jego artystyczne zwyczaje i obyczaje, lecz utrzymuje go także swoim sumptem, swoją rentą, bo zarobki jego są problematyczne.
Rostanecki pozwala się kochać, obsługiwać i utrzymywać i nawet się tej, poniżającej mężczyznę sytuacyi nie dziwi. Jego „nowej etyce”, nie uznającej honoru ambicyi płci mocnej, wydaje się to zgoła naturalnem. Bierze on od swojej „żony na próbę” wszystko, a oddaje jej niewiele, nie uważa nawet za potrzebne wniknąć w jej ciche cierpienie, w ból przyszłej matki, troskającej się o dalsze losy dziecka, które czuje już pod sercem. — I gdyby nie zręczna interwencya ciotki panny Możarowskiej, starej hrabiny Kromiżowej, uważałby może za zbyteczne wynagrodzić miłość, wierność, anielską dobroć kochanki, prawem do swojego nazwiska, legalnem małżeństwem. Nagle, przyparty do muru, przypomina sobie znów bez żadnego przejścia, że jest właściwie nie ironistą, recte cynikiem, lecz idealistą i że, jako taki, może się — poświęcić.
Uczciwie zamknął Wierzbiński swoje „małżeństwo na próbę”, nie rozważył jednak, że tego rodzaju „próby” kończą się rzadko na kobiercu ślubnym. Bo nie tylko la donna è mobile, lecz także mężczyzna. Nasyciwszy się miłością niebacznej kobiety, odwraca się zwykle „mąż na próbę” od niej i szuka sobie nowej zabawki.
Ale o tem nie myśli „nowa etyka”, popierająca gorliwie wolną miłość, jako wyraz wolności wogóle, uznająca tylko prawa egoizmu, jego pożądania, jego zachcianki, a zwalcza, wydrwiwa wszelki obowiązek, jego hamulce, jako wyraz niewoli indywidualnej.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teodor Jeske-Choiński.