<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Łoziński
Tytuł Skarb Watażki
Podtytuł Powieść z końca XVIII wieku
Rozdział I. Hajdamacy we Lwowie
Wydawca Władysław Dyniewicz
Data wyd. 1891
Druk Władysław Dyniewicz
Miejsce wyd. Chicago, Illinois
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
I.
Hajdamacy we Lwowie.

W ostatnim dziesiątku lat swego istnienia, Rzeczpospolita Polska przedstawiała widok starego gmachu, którego potężne niegdyś posady poczęły drżeć w całej swej głębi, którego mury od wieków nie naprawiane dłonią opatrznego gospodarza, rysować i pękać się poczęły pod szalonym naciskiem ustawicznej burzy....
Chwiały się groźnie pod stopami całego narodu podwaliny, osadzone niegdyś silnie mieczem i rozumem lepszych przodków, ze straszliwym łoskotem pękały stare sklepienia, ale ledwie najmniejsza cząstka słyszała tę wieszczbę upadku, tę przerażającą zapowiedź ruiny.
Nieskończona większość nie słyszała i nie widziała zwiastunów katastrofy...
Szalona burza namiętności prywatnych i publicznych ogłuszyła wszystkich, bezprzykładna lekkomyślność i swawola zasłoniła spojrzenie w przyszłość....
Czas to był rozpaczliwego zamętu, czas bezprzykładnego niemal obłędu, którego dzisiejszy badacz ani ogarnąć, ani zrozumieć nie zdoła. Społeczeństwo całe zdawało się padać ofiarą rozkładu. Wszystkie podstawy bytu usuwały się z pod stóp jego, wszelkie warunki porządku i ładu znikały z publicznego życia.
Swawola rozpasała wszystkie warstwy ludności, i całemu obliczu społecznemu owych czasów wycisnęła piętno konwulsyi czy obłąkania.... Zdrowe żywioły, w których tkwił zaród życia, za nadto były osłabione, aby pokonać chorobę całego organizmu. Władzy nie było niemal żadnej, cnoty obywatelskiej zbyt mało by ją zastąpić mogła.
Wojny dopełniły opłakanego zamętu, a jakby na ostateczny domiar grozy i nieszczęścia, najokropniejszy, najpotworniejszy bunt rozpasanej czerni rzucił na tę scenę odblask niewinnej krwi i łunę pożogi....
Takich to czasów ustępem był rok 1768, w którym rozpoczyna się opowieść nasza.
W roku tym Lwów, jakkolwiek nie był powołany do odgrywania większej i ważniejszej roli, miał na całej fizyonomii swojej wszystkie znamiona opłakanej pory.
Miasto było niemal do szczętu zniszczone; handel, który tu niegdyś miał swe wielkie ognisko wschodnie, upadł zupełnie, patrycyat niegdyś tyle świetny i bogaty, który słał wspaniałe dary monarchom, a złotem i mieczem zarówno dobił się sławy w Rzeczypospolitej, zmienił się w gromadkę ubogiego mieszczaństwa, upadłego na duchu, niepewnego jutra, które przynieść mu mogło nową klęskę, nową ciężką załogę, nową kontrybucyę.
Dla Lwowa rok ten był cięższym może niż owe lata, kiedy o mury jego bił nawał Szwedów, pogan lub kozactwa. Wówczas miało się złoto i żelazo do odporu, a jednego tylko wroga u murów, obecnie zaś zewsząd zagrażano ogołoconemu ze środków miasta.
Była mu wrogiem własna załoga polska, nieliczna wprawdzie, lecz ciężka, bo nie opłacana ze skarbu państwa, stała niemal wyłącznie na koszcie miasta; był mu wrogiem pan łowczy koronny Branicki, co tuż u jego boku organizował i ściągał siły przeciw konfederatom; była mu wrogiem sama Konfederacya Barska, co zagrażała mu ustawicznie, a raz nawet pokusiła się o jego zdobycie...
Miasto było uciśnione, przytłumione, jakaś duszna i ciężka zawisła nad niem atmosfera. Magnackich rodzin polskich mieszkało w niem wprawdzie więcej niż kiedykolwiek, bo zewsząd garnęła się szlachta z rodzinami w mury warownego grodu — ale mimo to życie było posępne, smutne, jakby pełne złowrogiego przeczucia.
Sypano wały, co się już do połowy osunęły od starości i zaniedbania, naprawiano ile możności popękane mury fortyfikacyjne, zbrojono poniekąd czoło ówczesnej warowni lwowskiej.
Zdawało się, że te na pół porozwalane baszty, te szczerbate, ku upadkowi chylące się bramy i forty, te mury spróchniałe i popękane, co niegdyś tak dumny stawiły opór nieprzyjaciołom i urągały z zawziętych oblężeń. dziś przed, ostatecznym swym upadkiem, przed zupełnem rozsypaniem się w gruzy, raz: jeszcze zadrżeć mają od huku oblężniczych strzałów, raz jeszcze rozpaczliwy dać mają odpór wrogiemu najazdowi...
Przed kim się zbrojono?.... Nie było to tajemnicą. Lwów miał tym razem stanąć zaporą nie obcym, ale swoim. Obawiano się niespodziewanego napadu konfederatów, którzy od ziemi Sanockiej, i od Podola podążać mieli pod starą forteczkę, by śmiałym zamachem wydrzeć ją z rąk królewskiego wojska.
Ludność, jak zawsze groźnym i przesadnym pogłoskom przystępna, straszyła się sama jeszcze gorszemi wróżbami. Szeptano sobie między gminem, że nietylko okropność domowej wojny oprzeć się ma o miasto. Biegały wieści, że w Chocimiu gromadzi się wojsko, tureckie, że basza tameczny czeka na czele janczarów, aby wpaść w ziemie polskie, że już wypadł falą pożogi, że Kamieniec Podolski zdobyty, że janczarskie straże aż pod Brody już się podsunęły...
Do tych wieści mylnych i na trwogę rozsiewanych, przybyła niebawem inna.... Była ona prawdziwą, ale jak każda niemal wieść owego czasu przyleciała na skrzydłach strachu i przerażenia, urosła w większą jeszcze okropność, niźli nią była w istocie....
Rzeź humańska rzuciła krwawą łunę na całą jedną prowincyę Polski.... Słyszano o mordach okropnych, o straszliwem barbarzyństwie hajdamackiej dziczy, widziano rodziny uciekające na Brody ku Lwowowi....
Każdy taki wygnaniec miał na ustach trwogę śmiertelną i wieść jakąś bajeczną. Mówiono, że bunt hajdamacki coraz bardziej się szerzy, że coraz dalej, rozlewa się krwią i zniszczeniem, że łuna palonych dworów coraz większe zatacza koło, że dziś, jutro, pojutrze.... zaświeci nad wzgórzami Lwowa....
Tymczasem w samym garnizonie lwowskim rozpoczął się ruch gorączkowy, który w oczach gminu nadawał prawdopodobieństwa pogłoskom i podniecał powszechną trwogę.
Szybkiemi marszumi podążył p. łowczy Branicki ze swoim korpusem na Podole, w ślad za nim generał Kreczetników opuścił Żółkiew. Pan pułkownik Korytowski, komendant Lwowa, ściągał gorączkowo, co tylko się gdzie znalazło regularnego polskiego żołnierza. Codziennie niemal kuryery wojskowe pędziły ze Lwowa do Kamieńca, z Kamieńca do Lwowa.... Z Brodów przywożono proch całemi kamieniami, dragonia i działa to wychodziły, to wracały....
Taki ruch w garnizonie i taka skrzętność w przygotowaniach wojennych podsycały coraz bardziej zatrwożoną imaginacyę ludności — i były chwile, w których gmin miejski ze zgrozą opowiadał sobie wieści o zbliżającym się buncie chłopskim.
Niektórzy opowiadali, że widzieli we wioskach sąsiednich jakieś zagadkowe postacie, przybyłe niewiadomo zkąd, znikające niewiadomo gdzie, które hasło buntu i rzezi niosąc mieszkańcom siół, głosiły blizkie przyjście czerni i powszechny mord szlachty i żydów....
Ten i ów biorąc ciemną pogłoskę za fakt, wróżbę rzuconą w trwodze za jutrzejszą rzeczywistość, rozpowiadał z największem przerażeniem, że hajdamacy idą na Lwów, że wyrznęli kawaleryę narodową pod p. oboźnym Stempkowskim, a samego p. oboźnego powiesili na rynku w Brodach....
Wróżono i wróżono, aż wywróżono nareszcie....
Hajdamacy przyszli do Lwowa....
Przyszli istotnie, ale wcale w innej postaci, niż się tego obawiano. Przyszli nie z dzikim okrzykiem szpetnego zwycięztwa, nie wśród bicia dzwonów i ze światłem pożarowej łuny, ale z kajdanami na zbrodniczych rękach, jako jeńcy bez nadziei łaski i przebaczenia, z całem brzmieniem klątwy i srogiego odwetu na pochylonych barkach....
W sierpniu wspomnianego już roku, przybywać poczęli ci wstrętni goście do Lwowa.
Wybiegła ludność naprzeciw, aby przypatrzyć się dzikim postaciom złoczyńców, z których każdy zbryzgany był krwią ofiar bezbronnych, starców, kobiet i dzieci. Patrzano na nich jak na dzikie, okrutne zwierzęta leśne, pojmane żywcem dłonią odważnego myśliwca.
Pedzono ich też jak dzikie zwierzęta, obchodzono się z nimi gorzej, niż ze zwierzętami.
Pod strażą dragonii koronnej lub grodowych kozaków, szli ci nieszczęsni gromadkami po kilkudziesięciu. Przykuci do drągów długich, ze skrępowanemi ramionami, bosi, obdarci, wynędzniali wkraczali do Lwowa.
Były to odrażające postacie, z twarzami dzikiemi, którym zarost dodawał jeszcze więcej wstrętnego wyrazu. Okryte były szmatami odzieży chłopskiej, na niektórych tylko widać było resztki kozackiego stroju.
Każdy z tych ludzi miał na czole straszliwe piętno Kaina, nad każdym wisiała klątwa krwi rozlanej z najdzikszem okrucieństwem; zdawało się, że na łachmanach, co ich ciała osłaniały, odkryłbyś jeszcze krew niezastygłą.... A przecież nieszczęsne te ofiary ciemnego szału budziły litość w sercu....
Człowieczeństwo, spodlone i upokorzone w tych ludziach, appellowało przecież do duszy i miłosierdzia. Ale nie znano dla nich miłosierdzia, tak jak oni sami nie znali go, nie spodziewali się, i zda się, nie chcieli. Szli z dziwnie obojętną twarzą, z ponurą, przerażającą rezygnacyą, z oczyma, które nie zdradzały tajemnic ciemnej duszy.
Dragoni pędzili ich przez miasto pod cekhauz królewski lub miejski, do lochów na nizkim zamku; oddział lwowskiego garnizonu odliczył ich, pokwitował i po rozmaitych kryjówkach, ciemnicach i kaźniach poumieszczał.
Kilka takich transportów hajdamackich przybyło do Lwowa. Więzienia były przepełnione, szczupły garnizon rozerwany był na straży przy nich, a nie wiedziano, co z nimi począć. Komendant lwowski, Korytowski, protestował przeciw tym wstrętnym gościom, pisał do króla, do Branickiego, do Stempkowskiego, do innych, zaklinając, by mu nie nasyłali hajdamackich więźniów, których ani umieścić, ani wyżywić, ani ustrzedz nie może.
Byli tacy, którzy radzili załatwić się szybko z więźniami — śmiercią ich bez wyjątku karząc. Mimo jednak całego oburzenia, mimo słusznej zgrozy, jaką wywoływały zbrodnie tych potępieńców, jeźli nie samo uznanie ludzkości, to wstręt, to obrzydzenie, wzbudzone przez poprzednie tysiączne egzekucye, sprzeciwiały się użyciu tego środka.
Czerni hajdamackiej taka była ilość, że wszystkich śmiercią karać było niepodobna. Pozbawiono życia tysiące, pozostały tysiące. Prawu słusznej zemsty, wymaganiom krwawej sprawiedliwości stało się zadość. Krew przelana w Humańszczyznie odpłacona zostało strumieniami krwi hajdamackiej.
Zabrakło ludzi do spełnienia wyroków śmierci.... Pochwytani hajdamacy musieli sami sobie być katami. Jeden drugiego musiał pozbawiać życia, ostatniego zabijał żołnierz.... Od Sawrania aż do Kamieńca Podolskiego poobwieszane były drzewa trupami opryszków, a około każdego niemal miasteczka na tej drodze sterczały lasy powbijanych na pale kampańczyków.
Moszczeński opowiada w pamiętniku swoim, że stracono 30,000 chłopstwa zbuntowanego. Liczba to niezawodnie przesadzona, niemniej przeto straconych liczyć można na tysiące. Sam łowczy Branicki donosi królowi, że siedmiuset hajdamaków jednym wałem powiesił, nie wliczając w to przewódców, których inną, najokropniejszą karał śmiercią.
Generał Kreczetników zdaje raport władzom rosyjskim, że przeszło dwa tysiące opryszków sam oddał komendantom polskim, i że większą część z nich powieszono. Co pan oboźny Stempkowski na własną rękę wywieszał, nie wiadomo....
Postanowiono tedy po tak straszliwym odwecie porozsyłać resztę jeńców hajdamackich do twierdz rozmaitych, jak do Kamieńca, do Brodów, do Lwowa. Zachodził w głowę pan komendant Korytowski, otrzymawszy znaczną ilość takich nieproszonych i niemiłych gości. Wiezienne utrzymanie tylu jeńców, najgorsze choćby żywienie ich wymagało znacznych kosztów — a środków na to nie było żadnych.
Jak utrzymać, jak żywić hajdamackich więźniów, skoro nie było czem żywić i opłacać samego garnizonu? Garstka wojska Rzeczypospolitej autoramentu cudzoziemskiego oddawna nie dostawała żołdu ze skarbu. Gdyby nie miasto, które kilkadziesiąt tysięcy złotych zaliczyło na utrzymanie garnizonu, żołnierze musieliby się byli chyba zmienić w garstkę opryszków, żywiących się gwałtem i łupieżą.
Nakazano hajdamaków używać do naprawy twierdzy, do sypania wałów i innych robot publicznych. Zlitował się król Stanisław August i tknięty niedolą tych ludzi, przysłał z własnej prywatnej szkatuły 200 dukatów Korytowskiemu na utrzymanie więźniów.
Równocześnie ogłoszono we właściwych województwach, aby szlachta reklamowała tych pochwytanych hajdamaków, którzy przed buntem byli jej poddanymi, i zabierała ich sobie z Kamieńca i ze Lwowa. Sprzeciwiał się temu pan łowczy koronny Branicki, utrzymując, że złoczyńcy ci, pojmani z bronią w ręku, nie należą już do swych dawnych panów, ale traceni lub więzieni być winni, lecz przeciw dalszemu traceniu przemawiało wszelkie uczucie ludzkości, a więzienie tylu ludzi zbyt było kosztowne, aby wykonać się dało.
Pan komendant Korytowski pojął najlepiej szlachetną intencyę króla. Mając już jaki fundusz na utrzymanie jeńców, jednej części ich użył do robót fortecznych, drugą na własną ręką zatrudnił. Mając tyle rąk do rozporządzenia, począł budować sobie kamienicę we Lwowie.
Stanęła trudem hajdamaków okazała jak na ówczas budowa we Lwowie, która długi czas uchodziła za gmach pierwszorzędny, a posiadając duże sale, była głównem miejscem balów, uczt i rozmaitych festynów.
Kamienica ta, zbudowana przez jeńców hajdamackich, stoi dotąd w pierwotnym nienaruszonym kształcie. Jest nią tak zwana kamienica Andreologo, z przechodowym dziedzińcem między rynkiem a ulicą teatralną.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Łoziński.