Sprawa Clemenceau/Tom III/XVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (syn)
Tytuł Sprawa Clemenceau
Podtytuł Pamiętnik obwinionego. Romans
Wydawca Drukarnia E.M.K.A.
Data wyd. 1927
Druk Drukarnia „Oświata“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. L’Affaire Clémenceau
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVI.

Odwiedziny i rada lekarza, którego przyzwałem był w Rzymie, w niczym wpłynąć nie mogły na polepszenie mego stanu. Były mi one o tyle nieużytecznemi naówczas, o ile skutecznemi dziś mi się wydają. Zaledwie się oddalił, przyniesiono mi od p. Ritz’a list następującej treści:
„Drogie moje dziecko, pisze do ciebie w dwóch nader miłych dla mnie zleceniach. Kilku naszych kolegów przemyśliwają o wybraniu cię dla naszego Instytutu, co jest zupełnie słusznym, jakkolwiek nie skończyłeś jeszcze lat trzydziestu. Kochają cię tu, poważają, pragną mianowicie w okolicznościach w jakich się obecnie znajdujesz, dać ci publiczny dowód życzliwości jaka ci się słusznie należy. Nie potrzebuję upewniać cię, mój młody mistrzu, jak bardzo byłbym szczęśliwym widzieć cię na miejscu zmarłego naszego członka, ciebie, co mógłbyś niejednego ze współcześnie żyjących (poczynając ode mnie) zastąpić. Propozycja moja jest czysto prywatnej natury, ale przyślij mi tylko słówko że ją przyjmiesz chętnie, a resztę biorę na siebie. Tak tedy, jeżeli przyjmujesz, gotuj się do drogi. Znajdziesz tu serca — wiesz jakie — co ci gotują serdeczne przyjęcie.
„Druga rzecz:
„Jakiś cudzoziemiec przysyłał do mnie z zapytaniem, czy model z marmuru „Spragnionej” rzeczywiście istnieje i czy byś zechciał go sprzedać. Ofiarują za niego czterdzieści tysięcy franków! Ładna sumka! Sądzę jednak, że i pięćdziesiąt dostanę. Z czasem arcydzieło to stanie się jeszcze cenniejszym. Śmiało do pierwszorzędnych zaliczyć je można; ale bądź co bądź, pięćdziesiąt tysięcy franków za kawałek marmuru, kiedy się ma dziecko, nie są do odrzucenia. Jeżeli zgoda, przyślij mi upoważnienie do rozporządzenia się „Spragnioną.”
„Ściskam cię tak samo jak cię kocham, to jest z całej duszy. Zięć mój i córka zasyłają ci wyrazy szczerej życzliwości. Konstanty wyjechał po służbie ale w tych dniach wraca.
I pod spodem dużymi, nieforemnymi literami:

„Całuję drogiego ojczusia”.
Feliks

To jest łza, kropla rosy w pustyni.
Jak to widać z poprzednich rozdziałów, nie do akademii mi było. Królestwo moje nie było już z tego świata. Pod tym więc względem odmówiłem stanowczo. Natomiast zgodziłem się sprzedać „Spragnioną." Zawsze to pięćdziesiąt tysięcy franków więcej dla Feliksa; a jeżeli człowiek uczciwy jak p. Ritz nie miał nic przeciwko zbyciu tej pamiątki, jakżeż ja miałbym się opierać.
Napisałem list długi do przyjaciela i opiekuna mojego. Wylałem przed nim wszystko, co mi leżało na sercu. Nie mając nikogo nadeń życzliwszego, nie potrzebowałem nic przed nim ukrywać, a przy tym czułem potrzebę wywnętrzenia się na koniec przed kimś, w przywiązanie czyje ku mnie nie mogłem nie wierzyć. Wyznałem mu postanowienie moje, konieczność, w jakiej się, że tak rzeknę, znajdowałem, odebrania sobie życia. Szeroko i długo prawiłem o zupełnej nieużyteczności wszech boskich i ludzkich rzeczy wobec niektórych człowieczych udręczeń. Przeczyłem istnienia Opatrzności. Wspominałem imiona tych wszystkich co ponieśli niezasłużone cierpienia, wyprowadzając stąd wnioski na niekorzyść Boga, i podżegając własne obłąkanie zakończyłem prośbą do p. Ritz’a, by zechciał zostać wykonawcą mej ostatniej woli i opiekunem mojego syna. Słowem, czyniłem rozporządzenia człowieka stojącego nad mogiłą, człowieka co za swoje jutro zaręczyć nie może, nie widząc tego, że list podobny nie tyle był zwierzeniem, jak raczej wołaniem o ratunek i że można by go streścić w czterech słowach:
„Nie dajcie mi umrzeć!”
Odpowiedź nadeszła niebawem. Oto ona. Takie listy przechowują się jako relikwie.
Dla nawrócenia cię od zamiaru samobójstwa nie będę roztaczał przed tobą szeregu nieużytecznych dowodzeń, jakie się zwykle w podobnych razach używają. Nie będę mówił, że Bóg jedynie dawszy ci życie wziąść ci je ma prawo. Nie będę powtarzał, że samobójstwo jest występkiem, bezbożnością śmiesznością że nie rozczula nikogo, że jest raczej dowodem tchórzostwa niż odwagi, i innych tym podobnych wiadomych ci komunałów. Powiem ci tylko jedno: Czy matka twoja cierpiała na równi z tobą? Tak, więcej sto razy. Czy odebrała sobie życie? Nie. Czy nie wychowała ciebie, dziecko swoje, pomimo nędzy, opuszczenia, pomimo rozdzierających wspomnień, pomimo zniewag i hańby, pomimo wstydu? Czy dziecko twoje pozbawione, właśnie jak ty kiedyś, jednego z przyrodzonych swoich opiekunów, nie potrzebuje cię teraz podwójnie, jak ty sam podwójnie potrzebowałeś kiedyś twojej matki? Oto kwestia najważniejsza. Ty nie masz prawa umierać.
„Mogę cię zastąpić przy twoim synu, powiadasz, i skądże wiesz o tym? I dla czego masz narzucać mnie, obcemu, obowiązek od którego sam się chcesz uchylić? Niezawodnie, jeślibyś poległ mężnie w walce z życiem, na pobojowisku ogólnem, ugodzony w pierś waleczną niezawodnie dziecko twoje stałoby się moim dzieckiem i wychowałbym je w czci synowskiej dla pamięci nieustraszonego ojca. Ale tak, skoro uciekasz z pola bitwy, skoro uchodzisz do nieprzyjaciela i stajesz pod wrogie sztandary, cóż chcesz bym mu powiedział później i jakim przykładem dla niego stanie się dzisiejsza twoja małoduszność, gdy sam będzie musiał kiedyś walczyć i zwyciężać?
Ileż to razy słyszałem cię, i słusznie, złorzeczącego temu, co cię opuścił niegodnie, a przecież mogłeś jeszcze liczyć na matkę i na niej polegać! Chcesz że synowi twemu zostawić podwójne prawo pogardzania matką i przeklinania ojca? Wiesz dobrze jak litość i pobłażanie dla rodziców nie łatwo przychodzą dzieciom, skazanym na cierpienie za ich winy. A wreszcie, to dziecko twoje, alboż ty je znasz przynajmniej, że śmiesz mu przypisywać tak małe znaczenie? Dlaczegóż nie jesteś już przy nim? Dziecię rośnie, serce się w nim budzi, pojęcie rozwija! Czemuż innym ustępujesz rozkoszy pierwszych jego szczebiotów i pierwszych uśmiechów? Czemu ono nie ciebie ale nas raduje? Dlaczego nie uciekniesz się naprzód do tego naturalnego, a tak ożywczego balsamu? Czemu ty, co zdaniem własnym podlegasz zgubnym wpływom niewiadomego ojca, zawczasu nie opancerzasz twego syna od wpływów matczynych, wiadomych ci aż nadto dobrze?.
Cierpisz! wielka nowina! Czyż ci się zdaje, że cierpisz pierwszy? Czyż cała ludzkość nie jest samem cierpieniem? Zdradzają cię, oszukują! dziw nad dziwy! Postradałeś talent! postradałeś miłość! Aleś je miał, te dwa promienne skrzydła archanioła, co człowieka w kraj zachwytów przenoszą!. Iluż tobie podobnych pełzało tymczasem po ziemi, spoglądając na ciebie z podziwem i zazdrością! Czyż się zabijali dla tego, nie mogąc tobie dorównać? Jeżeli postradałeś miłość żony, zyskaj przywiązanie dziecka, zdobądź je, stań się godnym jego. Jeżeli nie masz talentu, miej pracę. Jeżeli już nie możesz stworzyć arcydzieła, rób co możesz. Jeśli nie jesteś już artystą, bądź wyrobnikiem. Przestałeś być twórcą, bądź kopistą. Wykonywaj poręcze do wschodów, rzeźby do sufitów, ozdoby do zegarów! Weź się do ciosania kamieni, ujmij w dłoń kielnię jak prosty murarz; ale w lat trzydzieści, zdrów, silny, uczciwy i poważany nie usuwaj się ze szranków, gdzie drudzy byli potrzebnymi tobie, tak jak ty potrzebny jesteś drugim. Samobójstwo! Dobre to dla zrujnowanych szulerów, przeżytych rozpustników, albo sprzeniewierzających się kasjerów. A i ci jeszcze nie nadużywają tego środka!
Co zaś do tego Boga, któremu przeczysz i bluźnisz, za to, że cię do tajemnic swych przypuścić nie chce, to spojrzyj tylko z uwagą i podziwem na to, co on ci pokazuje, a zbraknie ci czasu na dociekanie tego co kryje przed tobą. Nie zniżaj go do szczupłej wiary twojego szczęścia albo twojej pychy. Daj mu się rządzić podług własnej woli. Wie on po co stworzył człowieka, wie również dobrze dokąd go prowadzi. Ty, wiedz tyle tylko, że gdy istniejesz, musisz mu więc być potrzebny i staraj się wedle sił swoich być użytecznym na twym stanowisku, na którym on cię postawił. Reszty dowiesz się później. On jest, istnieje, niech ci to wystarczy. Jeżeli bywasz na tyle nieszczęśliwym by i w to zwątpić niekiedy, nie możesz być tak zaślepionym by zawsze w to wątpić; i w miarę im dalej wkraczać będziesz w życie, wyraźniej dostrzegać go zaczniesz.
Religia posługująca się świętym imieniem dla przykrycia niesprawiedliwości, nadużyć i błędów, nie daje ci ani pociechy, ani ukojenia; nie zaspokaja ani umysłu twego, ani serca; nie możesz uwierzyć w szczerotę kapłanów odzianych w atłasy, brylanty i złoto, noszonych w plankinach, zamieszkujących pałace i używających w oczach tychże, którym nakazują wstrzemięźliwość i pokorę, wszech rozkoszy tego świata, nie wyłączając miłości. I cóż ci to szkodzi? Wszak oni, będąc kapłanami, nie przestają być ludźmi, dla tego stałymi ułomnymi jak ty i ja ludźmi. Przebacz im! bo nie wiedzą co czynią. Umiej oddzielić wzniosłą ideę chrystianizmu od eksploatujących ją jednostek i form niejednokrotnie z gruntu ją przeistaczających; pojmij ją dobrze i uderz się w piersi! Boć czymże jest ona? wyrozumiałością, powagą, cnotą, miłosierdziem, roztropnością, dobrem, prawdą! Ona wynalazła skruchę i ustanowiła przebaczenie. Oto co dla takiego jak nasz świata niewygasłą ją na wieki czyni.
„Nie zgadzasz się na tajemnice? Nie wierzysz ani we wcielenie, ani w cuda, ani w zmartwychwstanie, ani w dziewictwo Matki, ani w bóstwo Syna, ani we wszystkie owe fantastyczne legendy, którymi tradycja otacza przejście Jezusa na ziemi. I cóż stąd? Ja także nie wierzę w literę tego wszystkiego; ale cudne — tajemnicze te podania uważam za ornamenta, którymi ludzie przyodziać musieli ideę, by się stała pociągającą i uroczą, i by wyobraźnia człowiecza, żądna rzeczy cudownych i nadprzyrodzonych, i zawsze chętniej dająca się zachwycić niż przekonać, zechciała ją przyswajać z pokolenia w pokolenie. Podania te, to tylko pierścienica ozdobna do przechowywania boskiego klejnotu, który inaczej tchnieniem zimnej logiki musiałby się skazić nareszcie. Symbole! Bajki! Zmyślenia! Zgoda! Szanuj poetyczne te ułudy do rozkrzewienia i unieśmiertelnienia, których my artyści samiśmy się przyczyniali: niosą one pociechę i nadzieję maluczkim, pokornym i słabym, nie mającym ani czasu, ani siły, ani sposobności do sporów i dociekań? Wyszukaj mi pewnik, znajdź prawdę, która by tyle dobrego zrządziła jak te słodkie zmyślenia; nigdzie jej nie znajdziesz i nie tacy jak ty, albo ja mieli szczęście uwierzyć w to ślepo. Nie decydujemy zbyt pośpiesznie. A zresztą, twój rozum stracił prawo polegania zbytniego na sobie, z chwilą, gdy nie umiał uchronić cię od miłości, która cię dziś prześladuje. Wtedy to przede wszystkim należało wątpić.
A teraz, jeżeli mimo wszystkiego nie zdołałem cię przekonać, umieraj, dziecko moje drogie; potępiając cię, szczerze jednak opłakiwać cię będziemy, bo całym sercem kochamy ciebie. Synem twoim zaopiekuję się, bądź przekonany; zaś po mojej śmierci córka moja i zięć nie opuszczą go pewnie, należą bowiem do rzędu tych ludzi, co nie tylko własne, ale i drugich obowiązki przyjmują chętnie na siebie. Jednakże, proszę, a raczej żądam od ciebie pewnej usługi; boć koniec końców winieneś mi coś przecież za przeszłość, a może już nawet i za przyszłość, a nie masz prawa rozstawać się z nami nie wypłaciwszy się z długów. Wykonaj dla mnie z marmuru, w trzeciej części wielkości naturalnej, reprodukcją Mojżesza, Michała-Anioła. Całe życie marzyłem o posiadaniu tego arcydzieła, odwzorowanego ręką mistrza. Nie potrzebujesz wytężać wyobraźni do kopiowania; potrzeba tylko nieco cierpliwości, a nawet do tej mechanicznej pracy wystarczy ci może tego, co ja sam miałem szczęście kiedyś cię nauczyć. Będzie to niejako odwzajemnieniem się z twej strony, ja zaś uczuję się szczęśliwym posiadając dotykalny dowód ostatniej twojej o mnie pamięci. Prośba moja jest bardzo poważną.
„Przyciskam cię do mego serca i polegam na tobie tak jak ty możesz na mnie polegać.“





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (syn) i tłumacza: anonimowy.