Sztuka czytania/Tęsknota za wartą

<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Bereza
Tytuł Sztuka czytania
Wydawca Czytelnik
Data wyd. 1966
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

TĘSKNOTA ZA WARTĄ

„Zmianę warty“ (1961) odczytano jako dramat krytyka bez literatury. To paradoks tym efektowniejszy, że od dawna jest w obiegu twierdzenie, jakoby literatura obywała się bez krytyki. Literatura bez krytyki to jednak jeszcze nic dramatycznego, krytyka bez literatury to zjawisko zaiste tragiczne. Nie podzielam jednak współczucia dla autora „Zmiany warty“. Podejrzewam, że przywdziewa on szaty tragiczne dla maskarady bardziej niż z rzeczywistej konieczności. Bez klęski w obliczu konieczności nie ma prawdziwej tragedii. Błoński natomiast wymyślił sobie konieczności i tym samym tragiczną sytuację. Koniecznością, z którą mierzy się Błoński, jest literacka przynależność pokoleniowa. Błoński zakłada, że on jako krytyk musi być pokoleniowo przynależny, a przy tym nie chce być przynależny, ponieważ pokolenie literacko mu nie odpowiada. Sytuacja tragiczna została więc wymyślona, bohater musi, a nie chce.
Czy rzeczywiście musi, czy rzeczywiście istnieje konieczność jakiejkolwiek, a więc tym samym i pokoleniowej przynależności? Przyznam się szczerze, że taka konieczność nigdy nie przyszłaby mi na myśl. Skąd w ogóle przypuszczenie, że obowiązuje stadna przynależność, zwłaszcza w tym zakresie. Komentator, który potraktował serio wymysł autora „Zmiany warty“, mimochodem uznał piszącego te słowa za w swoisty sposób przynależnego do pokolenia „starszych“ na zasadzie krytycznego służalstwa. Od dawna nic mnie do tego stopnia nie rozśmieszyło. Klnę się na własną duszę, że nie tylko w sztuce, ale nawet w życiu nie wybieram nigdy i niczego według rodzaju, zbiorowo, grupowo, czy w ogóle stadnie. Sztukę tak jak przyjaciół zaliczam do zjawisk, przy których prawo indywidualnego wyboru jest nienaruszalne. W przyjaźni nie wybiera się w ogóle mężczyzn czy kobiet, artystów czy robotników, fideistów czy materialistów, czterdziestolatków czy zgrzybiałe staruszki. Dlaczego w sztuce czy literaturze miałoby się dokonywać jakichkolwiek zbiorowych wyborów? Dlaczego wybór Adolfa Rudnickiego miałby jednocześnie zobowiązywać mnie do wyboru Jana Dobraczyńskiego, a sympatia dla Moniki Kotowskiej miałaby oznaczać krytyczne uznanie dla twórczości Magdy Leji? Trudno o bardziej bezsensowne przypuszczenia. Nie zamierzałem i nie zamierzam przypisać się jako krytyk ani do starych, ani do młodych, ani do „nowoczesnych“, ani do tradycjonalistów. I nie odczuwam ani konieczności, ani w ogóle potrzeby jakiegokolwiek „przypisywania się“. Z tych mniej więcej przyczyn nie mogę się przejąć krytycznym dramatem autora „Zmiany warty“, który rozdziera szaty, ponieważ stracił nadzieję, że „wreszcie zdoła się gdzieś przyłatać“. Chodzi mu o „przyłatanie się“ koniecznie do jakiegoś typu literatury i z braku czego innego szansę takiego „przyłatania“ miała mu stworzyć ni mniej, ni więcej tylko literatura najmłodszego pokolenia literackiego. Ją właśnie rozpatruje krytyk en bloc i en bloc rzuca na nią krytyczną anatemę.
„Zmianę warty“ z jej wszystkimi założeniami myślowymi, przeprowadzoną argumentacją i zwierzeniami autorskimi potraktowałbym najchętniej jako literacki żart. Miałoby to wtedy swój nieprzeparty urok zwłaszcza przy dużej swadzie literackiej Błońskiego, który stara się i potrafi pisać efektownie. Dramat krytyka bez literatury jako żartobliwa konstrukcja myślowa pozwalałby widzieć eseistykę literacką Błońskiego na samym pograniczu literatury pięknej. Niestety, Błoński z całą powagą wyklucza taką swobodę interpretacyjną, domagając się traktowania jak najbardziej serio i dosłownie wszystkiego, co pisze. „Nie piszę wreszcie paszkwilu, piszę to, co myślę; przyjęło się tylko ostatnio, by każdy szczery sąd rozbrajać etykietką pamfletu czy paszkwilu“ (str. 139) Chcąc nie chcąc trzeba więc uwierzyć, że Błoński myśli tak, jak pisze i naprawdę boleje nad tym, że Aleksander Minkowski i Magda Leja nie stworzyli w Polsce takiej literatury, jakiej dotychczas jeszcze nie było. Błoński podbudowuje bowiem historycznie swoją nieudaną stawkę na rewolucyjną jakościowo literaturę pokolenia „Współczesności“. Esej „Ciężar tradycji“ — pierwsza część książki krytycznej Błońskiego — ma dowieść, że w polskiej przeszłości literackiej nie ma nic, na co szanujący się krytyk mógłby bez wstydu się powołać.
Esej „Ciężar tradycji“ to koronkowy zbiór paradoksów na temat polskiej przeszłości literackiej. Zdaniem autora paradoksów, od romantyzmu poczynając na programie „Kuźnicy“ kończąc, wszystko w polskiej literaturze oscylowało między „duchem zaścianka“ a „duchem snobizmu“. Paradoksy Błońskiego są bardzo dowcipne, można się nimi całkiem przyjemnie zabawić intelektualnie, nie sądzę jednak, żeby całe polskie doświadczenie literackie dało się skwitować wiązanką dowcipnych a nie specjalnie głębokich paradoksów. Ostatecznie były w tej literaturze niewątpliwe wielkości w skali większej niż narodowa i wystarczy jedynie wydobyć je z tła przeciętności, żeby ostrze paradoksów namacalnie stępiało. Dla zamaskowania tej słabości Błoński bez przerwy generalizuje, topiąc wszystko w morzu przeciętności. O wszystkim u Błońskiego decyduje kryterium ilościowe. Nawet geniusz nic by u niego nie znaczył ponieważ zostałby „przyłatany“ do pięciu czy dziesięciu grafomanów, a pięć czy dziesięć to — wiadomo — więcej niż jeden. W ten sposób dałoby się uśmiercić nawet Szekspira. Na szczęście kryterium ilościowe — bardzo ważne w socjologii kultury — w estetyce jest zupełnie do niczego nieprzydatne i trudno się domyślić, dlaczego autor „Zmiany warty“ w nim szuka jedynego klucza do zjawisk literackich.
Nie przesadzam, jest to u Błońskiego klucz jedyny. Gdyby ktoś miał wątpliwości w wypadku eseju „Ciężar tradycji“, analiza twórczości pokolenia „Współczesności“ potwierdza absolutnie moją diagnozę. Błońskiemu nie przychodzi na myśl, żeby — nawet najbardziej wstępnie — zhierarchizować jakościowo wykaz bibliograficznych pozycji, żeby wyodrębnić jakoś więcej rokujące nazwiska młodych autorów, żeby odróżnić sprawę literacką od sprawy socjologicznej. Przecież wśród kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu młodych autorów jest nie więcej niż kilku takich, którzy mają szansę przynależeć już czy w przyszłości do literatury. Dla nich zaś trudno jest wynaleźć jakąś wspólną etykietę pokoleniową, bo co ma wspólnego Marek Hłasko z Markiem Nowakowskim, Grochowiak ze Stachurą, Kotowska z Paczowską. Rozumiem, że można się interesować psychosocjologią młodego pokolenia, ale od kiedy to, a właściwie jak długo będzie się traktować literaturę piękną za źródło poznania socjologicznego. To się już dziś robi zupełnie inaczej.
Jeśli natomiast podejście Błońskiego do twórczości młodych autorów ma oznaczać jedynie, że Błoński nie uważa tej twórczości za literaturę i przypisuje jej wyłącznie znaczenie dokumentu socjologicznego, to był aby to jakaś bardzo jaskrawa niesprawiedliwość. Jak wynika z jego wywodów, Błoński spodziewał się, że pokolenie najmłodszych autorów stworzy taką literaturę, jaką on sobie wymarzył. Fakt, że nie ma wśród młodych twórców geniuszów i to geniuszów wymarzonego rodzaju, nie dowodzi wcale, że nie ma wśród nich utalentowanych i niewątpliwych pisarzy. Błoński żadnego z młodych prozaików nie uważa za pisarza, żadnego tekstu nie analizuje bowiem przy pomocy kategorii literackich i estetycznych. Krytyk stworzył ad hoc kilka kategorii psychosocjologicznych („mit odrębności“, „mit nieszczęścia“, „mit erotyczny“, „mit lumpenproletariusza“) i w ten sposób całą prozę młodych załatwił odmownie.
Przeciekły mu przez palce wszystkie jakościowe różnice literackie. Wiadomo przecież, że Grochowiak, którego poezję Błoński uznaje, nie tworzy w prozie pokoleniowego „mitu erotycznego“, tworzy co najwyżej swój własny mit i jest to pewnym indywidualnym rysem jego osobowości twórczej. „Mit lumpenproletariusza“ u Marka Nowakowskiego (jeśli już użyć tego sformułowania) to także żadna pokoleniowa sprawa, to casus całkiem indywidualny i nie mający nic wspólnego ani z modą, ani z pokoleniem, ani nawet z czasem. Żeby odmówić Nowakowskiemu talentu literackiego, trzeba by go zdyskwalifikować literacko. Myślę, żeby się to nie udało, i Błoński nie robi tego typu prób. Błoński dyskwalifikuje młodych prozaików generalnie, zakładając z góry, że nic w ich twórczości nie jest na miarę jego literackich marzeń. Wydaje mi się, że rozsądniej byłoby zwyczajnie ocenić twórczość młodych pisarzy miarą stosowną dla pisarskich początków. Wyniknęłoby wtedy, że kilku młodych twórców rokuje nie najgorsze nadzieje.
Błoński podporządkował cały swój wywód krytyczny koncepcji, która byłaby w sam raz na felieton. Koncepcja dramatu krytyka, który „nie zdołał się przyłatać“, byłaby w felietonie zupełnie na miejscu. Tylko talentom literackim Błońskiego należy przypisać to, że rozbudowaną według tej koncepcji publikację krytyczną czyta się nie bez przyjemności. Z pożytkiem intelektualnym natomiast czyta się kilka analiz poetyckich Błońskiego, może dlatego, że z ogólną koncepcją publikacji są one zupełnie luźno związane. Błoński inteligentnie i umiejętnie analizuje twórczość poetycką Białoszewskiego, Harasymowicza, Nowaka i Grochowiaka, nie podporządkowując tych swoich analiz generalnym syntezom pokoleniowym. Warto zestawić świetną analizę poezji Grochowiaka z nieciekawymi uwagami o prozie tego pisarza, żeby się zorientować, jak ambicje generalizowania zaszkodziły analitycznym umiejętnościom krytyka. W ogóle Błoński o wiele lepiej czuje i rozumie poezję niż prozę i jest bardziej wnikliwy w analizach niż w syntezach.. „Zmiana warty“ potwierdza więc jedynie to, co się zwykło o Błońskim sądzić na podstawie całokształtu jego dorobku krytycznego.

Jan Błoński: „Zmiana warty“, Warszawa 1961, Państwowy Instytut Wydawniczy.