<<< Dane tekstu >>>
Autor Marie-Joséphine Calmon
Tytuł Tamta
Wydawca Drukarnia S. Lewentala
Data wyd. 1889
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Teresa Prażmowska
Źródło skan na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IX.

Nieobecność Raula przeciągnęła się do dwóch prawie tygodni.... dwóch tygodni okrutnie bolesnego niepokoju. Ani słówka, które-by uspokoić mogło Joannę. Nie chciał zapewne, aby wiedziała, gdzie bawi i co mu pisać nie dozwalało. Gdzież był jednak? Przy „tamtéj,” to rzecz niezawodna; inaczéj byłby jéj powiedział, gdzie jedzie. Ale dlaczego do „tamtéj” pojechał? Od pięciu miesięcy, jak się pobrali, na jeden dzień nawet się z nią nie rozstał, co napełniało serce Joanny tajemną dumą i ufnością słodką. A teraz....
Ach! cóż będzie, jeżeli znowu dostanie się pod jarzmo, od którego chciał uciec, jeżeli płonném okaże się mniemanie jego, że, z Joanną się żeniąc, przeciwko tamtéj się uzbroi? Musiał przecie zerwać z nią wtedy, gdy rękę swoję włożył w dłoń Joanny? tak przynajmniéj myślała młoda kobieta. Byłoż to jednak zupełnie pewną rzeczą? Tajemniczość ta, wokoło niego się unosząca, był-że to mocny jeszcze węzeł, czy téż odłamki zerwanego już łańcucha?
Sąsiedzi, przyjaciele, dopytywali o Raula, dziwili się.... Co im powiedziéć? Codziennie téż, gdy listy z poczty przynoszono, Alicya powtarzała pytanie:
— Czy pisał Raul?
— Nie; nie pisał.
A jeżeli nie wróci? Jeżeli z nieznajomą uciecze? I stokroć boleśniejszą od obawy niezobaczenia go już więcéj była dla Joanny myśl, że tak nikczemnie porzuconą być może.
— Miéj pani nadzieję, — mówił, widząc ją tak bladą, tak zmienioną, ksiądz Malsent, proboszcz wiejski, który co rano po odprawieniu Mszy świętéj zbliżał się do obecnéj na nabożeństwie pani de Montmorand, by ją spytać o wiadomości od męża.
— Miéj pani nadzieję; Bóg ci go wkrótce powróci.
Nie od Boga-to, nie od obowiązku żądała powrotu męża Joanna. Pojmowała już teraz, że niewystarczającém jest dla niéj w taki go sposób odzyskać. Nie! ona chciała go miéć przez miłość sobie wróconego, chciała, aby własne jego serce wrócić mu kazało, bo, przeklinając nieledwie, uwielbiała go więcéj niż kiedykolwiek.
Wrócił nareszcie, ale tak straszliwie ponury, iż od razu pojęła, że w życiu jego coś strasznego zajść musiało. Gniew, który ledwie przed chwilą w sercu czuła, ustąpił miejsca litości.
Było to wieczorem; znajdowała się już w swoim pokoju, gdy wszedł Raul, i w zimne jak lód ręce biorąc rozpaloną dłoń młodéj kobiety:
— Przebacz mi milczenie, — łagodnym i smutnym rzekł głosem, — przebacz, że bawiłem tak długo. Nie w mojéj było mocy zrobić inaczéj.
Nie wiedziała, co odpowiedziéć.
— Mam nadzieję, że nie byłeś chory? — wyjąkała.
— Ja? nie, — odparł. — A ty, czy dobrze się miewasz? dobrze, prawda?
— Dobrze, dziękuję ci.
Pragnęła-by była dodać: „I cieszę się, że cię z powrotem widzę.” Ale nie śmiała okazać mu w téj chwili radości swojéj. Jak tu o radości nawet mówić, widząc boleść, na ukochaném obliczu wyrytą?
— Powiédz mi, Joanno, żeś nie cierpiała wcale, że o mnie nie wątpiłaś.
Patrzyła na niego.... wahała się....
— Jest-że się panią myśli swoich? — odparła, rumieniąc się, jakby na popełnionym błędzie schwytana.
— Czuł-bym się bardzo nieszczęśliwym, — dodał, — gdybym twój szacunek utracił! Niech mi to przynajmniéj zostanie.... wraz z przywiązaniem twojém, Joanno, — ciszéj dodał.
Słuchała go zdziwiona, zmieszana....
— Przywiązanie moje na zawsze do ciebie należy; wiész o tém chyda[1], Raulu....
— Potrzeba mi słyszéć to od ciebie. Tak nieszczęśliwym jestem, Joanno! Chociaż pocieszyć mnie skutecznie nic nie może, przywiązanie twoje jednak wielką jest dla mnie ulgą.
— Niech ci Bóg płaci za te słowa, — odrzekła, rękę do niego wyciągając.
Na noc już rozczesane włosy spływały jéj na ramiona płaszczem, do ziemi prawie sięgającym; długie, prosto spadające fałdy białéj bluzy wełnianéj, rysowały wytworne jéj kształty; w tył trochę przechylona, w malowniczéj usiadła pozie, oparta o poręcz głębokiéj, starą makatą obitéj kanapki, a bosa jéj nóżka, z pod ubrania wyglądająca, dziwnie się malutką wydawała w czarnym atłasowym pantofelku. Dogasający na kominku ogień niepewne rzucał światło, to całą twarz jéj żywym oblewając blaskiem, to znowu w półcieniu ją nurzając.
Raul patrzył na nią przez długą chwilę, poczém, w dłuższym niż zazwyczaj uścisku zatrzymawszy jéj rękę, wyszedł powoli.
Gdy nazajutrz rano Alicya, wszedłszy do salonu, spostrzegła brata, rzuciła mu się na szyję z głośnym okrzykiem radości.
— Szczęśliwa! — pomyślała Joanna. — Ona uściskać go może, a ja nie śmiem sobie na to pozwolić.
Cóż się jednak stało? Czy poróżnił się z tą, którą kochał, czy téż ta ukochana chorą była, umarła nawet może? Ani jedném słowem nie uwiadomił o tém Raul Joanny. Zauważyła tylko, że listy przychodzić przestały, że przybycie poczty nie wzbudza już w jéj mężu niecierpliwego oczekiwania. Smutny, odrętwiały, patrzył na upływające godziny. A prócz tego.... traf-że to tylko, czy powrót ostréj pory roku stał się przyczyną, że w ciemniejsze niż zwykle, zupełnie ciemne barwy, ubierał się teraz Raul? Zdawało się Joannie, że ciągle w czarném tylko chodzi.
Z początku, ciągle w domu siadując i z trudnością dając się namówić na chwilowe świeżém powietrzem odetchnięcie, nabrał Raul po kilku dniach zwyczaju wyjeżdżać regularnie codzień na kilka godzin, zachowując jak najzupełniejsze milczenie co do celu i kierunku swoich przejażdżek. Nikt mu nigdy nie towarzyszył, czy to kiedy konno wyjeżdżał, czy powozikiem, którym sam się zwykł powozić. Nie musiała więc umrzéć... tamta? A jeżeli nie pisywała, to dlatego jedynie, że była może tu gdzieś, blizko, że Raul ją codzień odwiedzał?
Uczuła wtedy otwierającą się pomiędzy nimi najgłębszą ze wszystkich przepaść: przestała szacunek miéć dla niego. Nie kochał jéj? był w swojém prawie; było to po części umówioną pomiędzy nimi rzeczą.... Dotychczas jednak istniał pomiędzy nimi węzeł wzajemny: cierpieli oboje i szanowali się oboje nawzajem.
Ale deptać nogami przysięgę, zdradzać ją, wyrządzać jéj tę krwawą obelgę, żeby pod jéj bokiem kochankę swoję umieścić.... nie! tego już było zanadto! To, czego ona domyślała się niewyraźnie, wszyscy wokoło niéj wiedziéć na pewno musieli? Truła się myśli téj goryczą i zdało jéj się, że w spojrzeniach każdych patrzących na nią oczu litość nad sobą czyta.
Podtrzymywana dotychczas zajęciem, jakie w niéj budziła nadzieja, że kiedyś wreszcie pokochaną zostanie, cierpliwie do upragnionego dążąc celu, silną się czuła Joanna; teraz jednak nie wiedziała już, gdzie odwagę ma czerpać? jéj się zdawało, że przestała pragnąć jego miłości i nie czuła się już w obowiązku pocieszania go. Życie jéj próżnią już było zupełną. Zapytywała chwilami sama siebie, co ona tu robi w tym domu, przy tym samym co Raul stole, pod tymże samym co on dachem i.... wstyd jéj było téj wspólności życia, która serc nie była zespoleniem. Trawił ją smutek; sama o tém nie wiedząc, cierpiała męczarnie zazdrości, i dnie całe przepędzała, starając się przedstawić sobie rysy tamtéj, wyobrażając sobie ich schadzki, pytając saméj siebie, o czém podczas nich mówili? i śledząc na twarzy Raula objawy radości, lub smutku.





  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – chyba.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Marie-Joséphine Calmon.