Wśród lodów polarnych/XXII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Wśród lodów polarnych
Data wydania 1932
Wydawnictwo Księgarnia J. Przeworskiego
Drukarz „Floryda“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Désert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXII.
W pobliżu bieguna.

Tymczasem czas upływał w niepewności.
Na tej ogromnej przestrzeni nie widać było nic, prócz nieba i morza; na powierzchni wody nie ukazał się nawet listek, któryby, jak niegdyś Kolumba, napełnił serca ich radością.
Hatteras wciąż patrzył w dal.
Nakoniec, około godziny 6 wieczorem, ukazała się ponad powierzchnią morza jakaś mgła niewyraźnego kształtu, która wciąż unosiła się w górę. Niebo było zupełnie czyste i nie można było mgły tej brać za chmurę; chwilami znikała ona, to znów zjawiała się nagle.
Hatteras pierwszy zauważył to zjawisko, skierował też zaraz swą lunetę na tę mgłę i przyglądał się jej przez całą godzinę.
Nagle, spostrzegłszy widać jakąś pewniejszą wskazówkę, wyciągnął rękę w kierunku horyzontu i zawołał radośnie:
— Ziemia! ziemia!
Na słowa te wszyscy zerwali się ze swych miejsc, jakby poruszeni prądem elektrycznym.
Jakiś rodzaj dymu unosił się po nad powierzchnią morza.
— Widzę, widzę! wołał doktór.
— Tak, wistocie, powtórzył Johnson.
— Chmura! rzekł Altamont.
— Ziemia! ziemia! powtórzył Hatteras stanowczo.
Pięciu żeglarzy z największą uwagą przyglądało się zjawisku. Lecz, jak to się często zdarza z przedmiotami niedokładnie widzianemi, z powodu zbyt wielkiego oddalenia, im też zdawało się, że obserwowany punkt znikł znowu. Niebawem jednak na nowo go ujrzano, a doktorowi nawet zdawało się, że widział w odległości 20 — 25 mil na północ błysk jakiś.
— To wulkan! zawołał.
— Wulkan? pytał Altamont.
— Nie ulega wątpliwości.
— Pod taką szerokością?
— A zatem, rzekł Hatteras, udajmy się w jego kierunku.
W tej chwili zerwał się wiatr niepomyślny, który odrzucił szalupę w przeciwnym kierunku, i obserwowany punkt znów znikł z oczu.
Pomimo to wątpić już nie było można w bliskość wybrzeża. Cel podróży zatem był widziany, chociaż nie doścignięty jaszcze. W przeciągu jednak 24 godzin żeglarze staną na tej nowej ziemi.
Opatrzność, dozwoliwszy im zbliżyć się do tego upragnionego lądu, nie odmówi też sposobu do wylądowania.
Nikt jednak wśród obecnych okoliczności nie okazywał takiego uszczęśliwienia, jakie zwykło się uwidaczniać przy takiem odkryciu; każdy zamknął się w sobie i rozmyślał o tej nieznanej ziemi podbiegunowej.
Nasi żeglarze ulegali ogólnemu wrażeniu, każdy myślał o obecnem położeniu i wśród tych rozmyślań sen skleił ich powieki.
Hatteras pozostał na straży, siadł on przy sterze. Doktór, Altamont, Johnson i Bell, rozłożywszy się na ławkach, spali.
W końcu i Hatteras, kołysany ruchami szalupy, również zasnął.
Podczas snu jego na horyzoncie ukazała się olbrzymia, oliwkowego koloru chmura i zaciemniła ocean. Z trudnością można sobie wyobrazić z jak błyskawiczną szybkością powstają orkany na morzach północnych.
Fale piętrzyły się wysoko, szalupa gwałtownie się kołysała, to w jedną, to w drugą stronę, zanurzała się głęboko, lub unosiła ponad powierzchnię morza, ażeby za chwilę znów się pogrążyć.
Hatteras silną dłonią uchwycił ster, a Johnson i Bell zajęli się wylewaniem wody, która dostawała się do szalupy.
— Na taką burzę nie przygotowaliśmy się, rzekł Altamont, trzymając się ławki.
— Tutaj wszystkiego spodziewać się można, odpowiedział doktór.
Rozmowa toczyła się wśród świstu wiatru i szumu bałwanów, smaganych przez wicher, nadeszła chwila, gdy niepodobieństwem było słyszeć się wzajemnie.
Trudno było utrzymać kierunek północny, gęsta mgła nie pozwalała nic dojrzeć. Ta nagła burza, w chwili zbliżania się do celu, zdawała się zawierać w sobie surową przestrogę którą, wzburzone już i tak umysły, wzięły za zakaz posuwania się naprzód.
Czyżby natura chciała zagrodzić drogę do bieguna?
Energiczny wyraz twarzy tych ludzi, łatwo jednak dawał poznać, że żartują oni sobie z burzy i bałwanów i wytrzymają do końca.
Przez dzień cały walczyli oni, broniąc się przed grożącą im śmiercią, nie poszli naprzód ale i nie cofnęli się o krok.
Około godziny 6 wieczorem, wiatr nagle ustał, morze uspokoiło się, mgła zaś, nie uniosłszy się w górę stała się dziwnie przezroczystą.
Szalupa posuwała się w pasie świetlnym, odbijając równocześnie swe kształty na fosforycznym tle nieba.
Twarze podróżnych zabarwiły się płonącym blaskiem. Ta ognista atmosfera nasunęła Hatterasowi pewną myśl.
— Wulkan! zawołał on.
— To niemożliwe, powiedział Bell.
— Płomienie takie, gdyby nas dosięgły udusiły by nas, rzekł doktór.
— Może widzimy wśród mgły tylko ich odbicie? powiedział Altamont.
— Także nie, bo wówczas należałoby przypuszczać, że jesteśmy blizko lądu i słyszelibyśmy łoskot wybuchu.
— Więc cóż to jest?... pytał kapitan.
— Jest to kosmiczne zjawisko, odpowiedział doktór, dotąd niezbadane. Jedźmy dalej, a wydostaniemy się niebawem z tej świetlnej sfery.
— I znów napotkano ciemność i burzę.
— Cokolwiek bądź nas czeka posuwajmy się naprzód, rzekł Hatteras.
— A więc naprzód! powtórzyli wszyscy.
Żagle ognistemi fałdami wisiały wzdłuż iskrzących się masztów; wiosła tonęły w gorejących falach, rozpryskując krople wody, błyszczącej jak iskry.
Hatteras z busolą w ręku skierował się znów na północ; stopniowo mgła straciła swą jasność, a potem swą przezroczystość. Usłyszano w pobliżu wycie wichru i niebawem szalupa wpłynęła w strefę burzy.
Na szczęście wicher zwrócił się na południe i szalupa mogła posuwać się ku biegunowi, bez względu na to, że w każdej chwili narażoną była na rozbicie o skałę jaką lub bryłę lodu, i wówczas pozostałyby z niej szczątki jedynie.
Blizkość wybrzeża zwiastowały najrozmaitsze oznaki. Nagle mgła rozpadła się, jakby zasłona, którą zerwał wiatr i przez chwilę można było widzieć na horyzoncie olbrzymi słup ognia.
— Wulkan! wulkan!...
Jeden okrzyk wyrwał się z piersi wszystkich, ale fantastyczne zjawisko znowu znikło; wiatr zmienił kierunek na południo-wschód, porwał szalupę i odsunął ją od tego nieprzystępnego lądu.
— Przekleństwo! zawołał Hatteras.
Byliśmy zaledwie o 3 mile oddaleni od wybrzeża!
Z rozwianym włosem, stojąc u steru, zdawał się być duszą tej barki.
Naraz w odległości zaledwie 60 stóp, ukazała się ogromna bryła lodu, a na niej trzy białe niedźwiedzie. Groziła ona lada chwila zwaleniem się na szalupę.
Jeśli się ten prom lodowy wywróci, co być łatwo może, to niedźwiedzie usiłować będą dostać się do szalupy.
Przez kwadrans szalupa płynęła równo z bryłą lodu, raz w oddaleniu 20 sążni, to znów tak blizko, że prawie się o nią ocierała.
Nareszcie zaczęła się oddalać coraz szybciej, gnana wiatrem prędzej niż szalupa.
W tej chwili burza z podwójną zaczęła szaleć gwałtownością; statek, rzucany przez fale, począł wirować z gwałtowną szybkością dookoła, żagiel zerwany wzniósł się w przestworza, jak ptak. Wśród miotanych fal otworzył się okrągły otwór, podobny do Maelstromu, żeglarze pochwyceni w tę otchłań, pędzili z niezwykłą szybkością. Powoli zanurzali się w ten otwór, który zdawał się ku sobie przyciągać, aby ich żywcem pochłonąć.
Wszyscy zerwali się, patrząc błędnem okiem na to co się działo.
Nagle szalupa stanęła pionowo, przednia jej część zdołała się oprzeć niebezpieczeństwu, wstrząśnięta wirem tak gwałtownie, jak gdyby kula armatnia ją w powietrze wyrzuciła.
Altamont, doktór, Johnson i Bell padli na ławki, a gdy po chwili powstali, zauważyli brak Hatterasa.
Była wówczas godzina druga rano.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Anonimowy.