Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział XLIX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XLIX.
D‘ARTAGNAN ZAPOZNAJE SIĘ Z POETĄ, KTÓRY UMYŚLNIE DLATEGO ZOSTAŁ DRUKARZEM, ABY WIERSZE JEGO MOGŁY WYJŚĆ NA WIDOWNIĘ ŚWIATA.

Nim d‘Artagnan usiadł do stołu, zaczął jak zwykle wypytywać o różne rzeczy, ale wiedząc, że każdy, kto chce użytecznie wypytywać, powinien najprzód wywołać to, iżby sam był zapytany, szukał ze znaną swą zręcznością kogoś, coby do takiej indagacji najwięcej się nadawał. Właśnie na pierwszem piętrze tego domu stało dwóch podróżnych, zajętych również przygotowaniem do wieczerzy.
D‘Artagnan obejrzał w stajni ich ekwipaże, i rzeczy, złożone w sali.
Jeden z nich podróżował z lokajem, jakby jaka znakomita osoba, i miał dwie piękne klacze.
Drugi, nieborak, dość ubogiej powierzchowności, w wytartej sukni, zużytej koszuli, w butach, które wskazywały, że więcej z brukiem niż strzemionami od siodła miewały do czynienia, przybył z Nantes wózkiem, ciągnionym przez konia tak nawet podobnego maścią do Fureta (tak nazwał d‘Artagnan swego nowonabytego konia), że na sto mil wokoło nie znalazłby się chyba koń podobniejszy.
W wózku tym były rozmaite, dość wielkie paki, pozawijane w stare szmaty.
— Ten podróżny — rzekł do siebie d‘Artagnan — jest taki, jakiego mi potrzeba.
To rzekłszy, zawołał gospodarza i kazał mu zanieść swoją cyrankę, placek i jabłecznik do pokoju owego skromnej postaci podróżnego.
Sam zaś wszedł na drewniane schody z talerzem, i zaczął pukać do drzwi.
— Proszę wejść!... — zawołał nieznajomy.
D‘Artagnan wszedł dobrodusznie z talerzem pod pachą, trzymając w jednej ręce kapelusz, a w drugiej świecę.
— Przebacz pan — rzekł wchodząc — równie jak pan, jestem podróżny, nie znam nikogo w oberży, a mam ten zły zwyczaj, że nudzę się, jedząc sam, i to do tego stopnia, że jedzenie szkodzi mi wtedy fatalnie. Pańska postać, gdy wchodząc, kazałeś sobie podać ostrygi, bardzo mi się podobała. Prócz tego dostrzegłem, że pan masz konia zupełnie podobnego do mego, i że gospodarz, dla tego podobieństwa, umieścił konie nasze obok siebie w stajni, gdzie są jakoby bardzo rade sobie. Nie widzę zatem przyczyny, mój kochany panie, dlaczego panowie mieliby być rozłączeni, skoro ich konie są razem. I dlatego przychodzę prosić pana, abyś mnie przyjął do swego stołu. Nazywam się Agnan, do usług pańskich, niegodny komisant pewnego bogatego pana, który w tej okolicy chce kupić kopalnie soli, i przysyła mnie, abym obejrzał przyszłe jego posiadłości. Prawdziwie chciałbym tak podobać się panu, jak pan mi się spodobałeś, gdyż istotnie czuję jakiś pociąg do jego osoby.
Nieznajomy, którego d‘Artagnan pierwszy raz widział, miał oczy czarne i połyskujące, cerę żółtą, czoło lekko zmarszczone, lat pięćdziesiąt, dobroduszność, wyryta w ogólnych rysach twarzy, lecz w spojrzeniu widać było przebiegłość.
— Zdawałoby się — pomyślał d‘Artagnan — że ten jegomość tylko wierzchnią część głowy miał czynną, to jest, mózg i oczy, i może to jaki uczony; usta zaś, nos i broda, nic zupełnie nie nie wyrażają.
— Mości panie — zawołał nasz nieznajomy — czynisz mi pan zaszczyt, nie dlatego, abym się nudził, bo ja mam — dodał — towarzystwo, które zawsze potrafi mnie zająć; z tem wszystkiem, bardzo jestem rad, z pańskiego przybycia.
Ale, mówiąc to, jegomość w starych butach spojrzał niespokojnie na swój stół, na którym już nie było ostryg, pozostał tylko kawałek solonej słoniny.
— Mój panie — szybko zawołał d‘Artagnan — gospodarz niesie tu za mną tłustą cyrankę i przepyszny tort.
D‘Artagnan bowiem wyczytał w spojrzeniu swego towarzysza obawę, czyli czasem jaki zgłodniały pieczeniarz nie nachodzi jego mieszkania. I nie pomylił się; gdyż na to oświadczenie oczy nieznajomego rozpogodziły się.
Jakoż i gospodarz, jakby wołany, przybył z zapowiedzianemu potrawami.
Tort i cyrankę postawiono obok kawałka wędzonej słoniny d‘Artagnan i jego towarzysz, skłoniwszy się wzajemnie, usiedli na przeciw siebie i jakby dwaj bracia podzielili się słoniną i innemi potrawami.
— Przyznaj pan — rzekł d‘Artagnan — że każde stowarzyszenie jest cudowna rzeczą.
— Dlaczego?... — zapytał nieznajomy, zapchawszy usta jedzeniem.
— Najprzód — rzekł d‘Artagnan — zamiast jednej świecy, którą miał każdy z nas, mamy ich teraz dwie. Potem widzę, że pan smaczniej zajadasz mój tort, również jak ja zajadam smaczniej pańską słoninę. W końcu, oprócz tego, że nam widniej i mamy więcej jedzenia do wyboru, ja znajduję nadto przyjemność w towarzystwie pańskiem.
— Widzę, że pan lubi żartować — rzekł uprzejmie nieznajomy.
— Tak, lubię żartować i jestem wesoły, jak wszyscy, co nie mają nic na głowie. Ale z panem, rzecz musi być inaczej — mówił dalej d‘Artagnan — z oczu pańskich widzę, że pan dużo myślisz.
— Tak!... panie.
— No, wyznaj mi pan jednę rzecz.
— Jaką?...
— Wszak prawda, że pan jesteś człowiekiem uczonym?...
— Jestem autorem.
— O!... — krzyknął d‘Artagnan ucieszony, klasnąwszy w dłonie — a widzisz pan, że nie omyliłem się; będę więc miał szczęście przepędzić noc w towarzystwie autora i to zapewne sławnego?...
— O!... nie, panie, sławnym wcale mnie nazwać nie można — odrzekł, rumieniąc się nieznajomy.
— To skromność!... Skromność ze strony pańskiej.
Poczem, przybierając ton rubaszny, zapytał:
— Ale powiedzże mi pan przecie tytuły dzieł swoich, bo lubo mi pan nie powiedziałeś swojego nazwiska, widzisz jednak, iż odgadłem, kto jesteś.
— Nazywam się Jupenet — rzekł autor.
— Piękne nazwisko — zawołał d‘Artagnan — daję słowo, że bardzo piękne, i doprawdy, zdaje mi się, że to nazwisko już gdzieś słyszałem.
— Bo ja piszę wiersze — rzekł skromnie poeta.
— To ja musiałem je kiedyś czytać.
— Napisałem tragedję.
— Musiałem być na niej.
Poeta raz się jeszcze zarumienił.
— Wątpię — rzekł — gdyż moje wiersze nie są jeszcze drukowane.
— No!... to zapewne, będąc na tragedji, dowiedziałem się o pańskiem nazwisku.
— I co do tego mylisz się pan, bowiem panowie artyści W pałacu Bourgogne nie chcieli jej grać — rzekł poeta, jakby z dumną zarozumiałością.
D‘Artagnan ugryzł się w język.
— Tak więc — mówił dalej poeta — widzisz pan, że jesteś w błędzie co do mojej osoby, że mnie pan nie znasz i nie mogłeś o mnie słyszeć.
— Tak, zdaje się. Jednakże nazwisko Jupenet wydaje mi się tak piękne, że godne jest, aby je znano, zarówno jak nazwiska panów Kornela, Routrou albo Garnier. Mam nadzieję, że pan raczysz później, przy wetach, przeczytać mi swoję tragedię. To zastąpi słodycze, do kroćset djablów!. A! przepraszam za ten mimowolny wykrzyknik przekleństwa, które przejąłem od mego pryncypała, i pozwalam sobie niekiedy, w jego nieobecności... Nieprawdaż, że ten jabłecznik jest niegodziwy, a dzbanek tak niekształtny, że chwieje się na stole.
— Trzebaby go podeprzeć.
— Ale czem?
— A! choćby tym nożem.
— Tak, a czem rozbierać będziemy cyrankę; czy pan nie myślisz jej skosztować?
— I owszem.
— A więc, cóż zrobić?
— Poczekaj pan.
Poeta zaczął przetrząsać swoją kieszeń i wyjął z niej mały kawałek odlanego metalu, czworograniasty, wąski i długi na jeden cal.
Ale zaledwie ten kawałek metalu ukazał się w ręku poety, gdy ten okazał widocznie jakieś pomieszanie i chciał go napowrót schować.
D‘Artagnan spostrzegł to, bo przed okiem tego człowieka nigdy nic nie uszło.
Wyciągnął więc rękę i rzekł:
— Za pozwoleniem, to coś ładnego, czy można zobaczyć?
— I owszem — rzekł poeta — możesz pan zobaczyć, ale, jeżeli panu nie powiem, do czego to służy, nie odgadniesz, chociażbyś oglądał jak najdłużej.
D‘Artagnan, spostrzegłszy pierwsze poruszenie poety, pomyślał natychmiast, że jest w tem coś podejrzanego. Dlatego też, skoro zwrócił uwagę na ten przedmiot, to już z właściwą sobie w każdym wypadku przezornością, nie spuszczał go z oka i, pomimo zapewnienia pana Jupeneta, poznał natychmiast, że była to czcionka drukarska.
— Czy pan nie zgadujesz, co to jest?... — mówił dalej poeta.
— Nie — odrzekł d‘Artagnan — doprawdy nie zgaduję.
— Otóż, mój panie — rzekł Jupenet — ten mały kawałek metalu to litera drukarska.
— Czy być może?
— Jest to duża litera.
— Czy podobna?... — podchwycił pan Agnan, wytrzeszczając oczy.
— Tak, to jest duże J., pierwsza litera mego nazwiska.
— Szczerze powiedziawszy, nic nie rozumiem... jeżeli to jest jedna litera, jakże z niej zrobić cały wyraz?
— E! bardzo łatwo. Zaraz to panu wytłomaczę.
— Bardzo proszę.
— Więc patrzże pan dobrze.
— Patrzę.
I w rzeczy samej d‘Artagnan zdawał się patrzeć z wielkiem zajęciem.
Jupenet wyjął z kieszeni osiem podobnych kawałków metalu, ale znacznie mniejszych.
— A! cóż znowu?... — zawołał d‘Artagnan — to pan, jak widzę, masz całą drukarnię w kieszeni, doprawdy rzecz wielce ciekawa.
— A widzisz pan!
— Ile to rzeczy można nauczyć się, podróżując.
— Zdrowie pańskie!... — zawołał Jupenet ucieszony.
— Piję za pańskie, do licha! Ale proszę zaczekać chwilkę; nie chcę pić pańskiego zdrowia tym lichym jabłecznikiem. To napój niegodny męża, który pija z źródła Hypokreny; zdaje mi się, że wy, panowie poeci, tak nazywacie wasze źródło?
— Nieinaczej; źródło nasze tak się nazywa. Nazwa pochodzi od dwóch wyrazów greckich, hippos, co znaczy koń... i...
— Mój panie — przerwał d‘Artagnan — napijemy się lepiej trunku, który pochodzi od jedno go wyrazu, francuskiego, a tym wyrazem jest winogrono; jabłecznik rozdyma mnie i sprawia mdłości. Pozwól pan, że zapytam naszego gospodarza, czy nie ma jakiej dobrej butelki Beaugency albo Cerana w kącie swojej piwnicy.
Gospodarz zawołany przybył natychmiast.
— Za pozwoleniem — przerwał poeta — nie wiem, czy będziemy mieli czas pić wino, bo trzeba się nam spieszyć, gdyż muszę korzystać z przypływu morza, aby zabrać się na statek.
— Na jaki statek?.... — spytał d‘Artagnan.
— Ależ na statek, który odpływa do Belle-Isle.
— Aha! do Belle-Isle — podjął muszkieter. — No, to dobrze!
— O! będziesz pan miał jeszcze dość czasu — zawołał gospodarz; otwierając butelkę — statek odpływa aż za godzinę.
— Któż mi da znać, gdy będzie czas?... — zapytał poeta.
— Pański sąsiad — odrzekł gospodarz.
— Lecz ja go prawie nie znam.
— Skoro pan usłyszysz, że odjeżdża, będzie czas i na pana.
— Czy i on jedzie do Belle-Isle?
— Tak.
— Ten pan, co ma lokaja?... — zapytał d‘Artagnan.
— Tak, ten sam.
— To zapewne jakiś szlachcic?
— Tego nie wiem.
— Jakto nie wiesz pan?
— Bynajmniej, nie znam go, i wiem tylko, że pije to samo wino, co panowie.
— Do szatana!... To wielki zaszczyt dla nas — rzekł d‘Artagnan, nalewając swemu towarzyszowi, gdy tymczasem gospodarz odszedł.
— Tak więc — zaczął poeta, wracając do poprzedniego przedmiotu — pan nigdy nie widziałeś, jak drukują?...
— Nigdy.
— Patrzże pan, oto tak, bierze się litery, składając wyraz, oto są: A. B. R. E. G. E.
I zebrał je i ułożył z szybkością i zręcznością, które nie uszły oka d‘Artagnana.
— Masz pan wyraz Abrege — rzekł skończywszy.
— Prawda — odpowiedział d‘Artagnan — że to są litery zebrane, ale jakże się trzymają, aby się nie rozpadły?...
I znowu nalał szklankę wina swemu gościowi. Pan Jupenet uśmiechnął się triumfująco, jako człowiek, który ma na wszystko odpowiedź, poczem wyjął z drugiej kieszeni małą linje metalową, składającą się z dwóch części równo od siebie odległych, pomiędzy któremi ułożył szczelnie litery, przytrzymując je wielkim palcem.
— A jakże się nazywa ta mała linja?... — zapytał d‘Artagnan — bo każda rzecz musi mieć swą nazwę.
— Nazywa się winkelak do składania liter — odrzekł Jupenet.
— To, jak widzę, nie omyliłem się, mówiąc, że pan masz całą drukarnię w kieszeni — zawołał d‘Artagnan, śmiejąc się z udaną dobrodusznością, którą poeta wziął za zupełnie naturalną.
— Nie — odrzekł tenże — lecz jestem leniwy do pisania i kiedy ułożę jeden wiersz w głowie, zaraz go składam do druku, i tym sposobem skracam sobie pracę.
— Do szatana — pomyślał sobie d‘Artagnan — trzeba koniecznie tę rzecz wyświetlić.
Wstał od stołu, zeszedł na dół, pobiegł do szopy, pod którą stał wózek, końcem sztyletu popróbował, co mieścił się w pakach, i przekonał się, że były one pełne takich samych liter, jakie poeta miał w kieszeni.
— Dobrze!... — rzekł do siebie d‘Artagnan — nie wiem jeszcze, czy pan Fouquet chce obwarować Belle-Isle, ale, jak widzę, już ją zaopatruje w zapasy duchowe.
I, zadowolony z tego odkrycia, wrócił i zasiadł do stołu.
Jakkolwiek d‘Artagnan dowiedział się już, czego mu było potrzeba, jednak nie opuszczał swego towarzysza aż do chwili, kiedy usłyszano w przyległym pokoju krzątanie się do podróży.
Poeta wstał natychmiast i kazał zaprzęgać.
Wózek czekał nań już przed bramą, zaś drugi podróżny wraz z lokajem wsiedli na konie.
D‘Artagnan odprowadził Jupeneta aż do portu i pomógł mu dostać się z koniem i wózkiem na statek, na którym umieścił się również drugi zamożniejszy podróżny wraz z dwoma końmi i lokajem.
Pomimo wszelkich atoli usiłowań, d‘Artagnan nie mógł dowiedzieć się jego nazwiska.
Poprzestał wiec na przypatrzeniu się dobrze jego twarzy, której rysy doskonale zapamiętał.
Miał wprawdzie wielką chęć zabrać się także na ów statek, lecz interes, ważniejszy nad prostą ciekawość, nakłonił go do powrotu.
Wszedł więc do oberży i natychmiast udał się na spoczynek, aby wypocząć i z świeżym umysłem wstać nazajutrz jak najwcześniej.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.