Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział XXXIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXIV.
NAUKI D‘ARTAGNANA.

Raul, wbrew swoim oczekiwaniom, poszedłszy nazajutrz do d‘Artagnana, nie zastał go w domu.
Spotkał tylko Plancheta, który wielce był uradowany z widoku młodzieńca i z tego powodu powiedział mu kilka rycerskich grzeczności, które bynajmniej nie trąciły handlem korzennym.
Lecz, gdy następnego dnia powracał Raul z Vincennes, odprowadzając pięćdziesięciu dragonów, powierzonych mu przez księcia pana, ujrzał na placu Baudoyoz mężczyznę z nosem podniesionym w górę, przypatrującego się jednemu z domów, tak zupełnie, jak się bada konia, którego nabyć mamy ochotę.
Mężczyzna ów, przybrany w suknię mieszczańską, wszelako zapiętą, jak kaftan wojskowy, w maleńkim kapelusiku na głowie i długą szpada, oprawną w safjan, przy boku, obejrzał się natychmiast, skoro tylko usłyszał tętent koni, zapominając o domu, aby przypatrzeć się dragonom.
Był to sobie poprostu pan d‘Artagnan; pan d‘Artagnan pieszo; d‘Artagnan z rękami w tył założonemi, który, przerwawszy przegląd gmachów, przypatrywał się teraz dragonom.
Nie było żołnierza, rzemyka, ani kopyta końskiego, któreby uszły uwagi jego bystrego oka.
Raul jechał przy boku swego oddziału; na ostatku więc spostrzegł go d‘Artagnan.
— E! e!... — zawołał — mordioux!
— Wszak się nie mylę?... — odezwał się Raul, spiąwszy konia.
— Wcale się nie mylisz; dzień dobry!... — odparł dawny muszkieter.
Raul pośpieszył uścisnąć serdecznie rękę starego przyjaciela.
— Uważaj, Raulu — rzekł d‘Artagnan — drugi koń z piątego szeregu zgubi podkowę, zanim dojedzie do mostu Marji; trzyma się tylko na dwóch gwoździach, u przedniej nogi, po lewej stronie.
— Zaczekaj na mnie, panie — rzekł Raul — w tej chwili powrócę.
— Opuszczasz swój oddział?
— Mam korneta, który mnie zastąpi.
— Pójdziesz ze mną na obiad?
— Jak najchętniej, panie d‘Artagnan.
— Śpiesz się zatem, zsiądź z konia lub każ mi podać drugiego.
— Wolę pójść z panem piechotą.
Raul pośpieszył zawiadomić korneta, który stanął na jego miejscu; następnie zsiadł z konia, oddał go jednemu z dragonów, i wielce uradowany ujął pod ramię pana d‘Artagnana, który z zadowoleniem znawcy rozważał wszystkie jego ruchy.
— Z Vincennes powracasz?... — najpierw go zagadnął.
— Tak, panie kawalerze.
— A kardynał?...
— Chory bardzo; mówią nawet, że umarł.
— Czy dobrze jesteś z panem Fouquet?... — zapytał d‘Artagnan, okazując wzgardliwym ruchem ramion, że śmierć Mazariniego nie przejmowała go zbytecznie.
— Z panem Fouquet?... — rzekł Raul. — Nie znam go wcale.
— Tem gorzej, tem gorzej, gdyż nowy król zawsze się stara otaczać swemi kreaturami.
— O! król nie jest źle usposobiony dla mnie — odparł młody człowiek.
— Nie mówię tu o koronie — rzekł d‘Artagnan — tylko o królu... Król, to pan Fouquet, zwłaszcza teraz, gdy umarł kardynał. Chodzi więc o to, aby być dobrze z panem Fouquet, jeżeli nie chcesz pleśnieć całe swoje życie tak, jak ja pleśniałem... Wprawdzie, masz ty innych protektorów, na szczęście.
— Nasamprzód, księcia pana.
— Zużyty, mój przyjacielu, zużyty.
— Pana hrabiego de la Fere.
— Athosa! o! to co innego; tak, Athosa... i jeżeli chcesz, aby ci się powiodło w Anglji, lepiej się udać nie możesz. Nawet ci powiem, bez żadnych przechwałek, że ja sam posiadam wpływy na dworze Karola II-go. To mi król, co się zowie!
— A!... — wykrzyknął Raul, przejęty naiwnością, właściwą dobrze urodzonym młodzieńcom, gdy zasługa i doświadczenie do nich przemawia.
— Tak, to mi król! bawi się, to prawda, lecz umiał pochwycić za oręż i ocenić ludzi pożytecznych. Athos jest w dobrych stosunkach w Karolem II-im. Tam zaciągnij się do służby i porzuć tych szalbierzy, przedsiębiorców podatkowych, którzy tak dobrze kradną francuskiemi rękami, jakgdyby posiadali włoskie palce; porzuć tego płaksę króla, który nam sprowadzi rządy Franciszka II-go. A znasz ty historję, Raulu?
— Znam, panie kawalerze.
— Wiesz zatem, że Franciszek II-gi bezprzestannie cierpiał na uszy?
— Nie, nie wiedziałem o tem.
— Że Karola IV-go wiecznie głowa bolała?
— A!
— A Henryk III-ci zawsze chorował na żołądek.
Raul śmiać się począł.
— Otóż! drogi mój chłopcze, Ludwik XIV ma nieustające mdłości; opłakany widok, gdy król od rana do wieczora wzdycha i w ciągu dnia ani razu nie powie: „Ventre-saint-gris!“ — albo „Corboeuf!“ lub coś takiego nakoniec, coby orzeźwiło człowieka.
— Więc to dla tej przyczyny, panie kawalerze, porzuciłeś służbę?... — zapytał Raul.
— Tak.
— Ależ ty sam, panie d‘Artagnanie, łatwo się zniechęcasz, porzucając rozpoczęte dzieło; nigdy się nie dorobisz.
— O! co do mnie — odparł d‘Artagnan tonem lekceważenia — ja mam już dosyć. Miałem majątek rodzinny.
Raul wpatrzył się w niego. Ubóstwo d‘Artagnana stało się przysłowiowem. Jako gaskończyk, przewyższył niepowodzeniem w sprawach pieniężnych wszelkie gaskonady Francji i Navarry; ze sto razy słyszał Raul zestawienie dwóch tych imion: Hiob i d‘Artagnan, jak zwykle chodzą w parze imiona Romulusa i Remusa.
D‘Artagnan podchwycił to zdziwione spojrzenie.
— A wreszcie twój ojciec musiał ci powiedzieć, że byłem, w Anglji?
— Tak, panie kawalerze.
— I że mnie tam spotkał szczęśliwy wypadek?
— O tem nie wiedziałem, panie.
— Tak, jeden z moich dobrych przyjaciół, pan bardzo wielki, wice-król Szkocji i Irlandji dopomógł mi w odnalezieniu spadku.
— Spadku?
— Dość okrągłego.
— To pan jesteś bogaty.
— Fiu!...
— Zechciej przyjąć moje najszczersze powinszowania.
— Dziękuję... Patrz, otóż i mój dom.
— Przy placu Greves?
— Tak; nie lubisz tej dzielnicy?
— Przeciwnie: piękny widok. O! jakiż to ładny, starożytny dom!
— Pod wezwaniem Panny Marji, jest to dawna winiarnia, którą od dwóch dni zamieniłem na dom mieszkalny.
— Lecz swoją drogą winiarnia pozostała?
— Pardieu!
— A pan gdzie mieszka?
— Ja mieszkam u Plancheta.
— A powiedziałeś mi pan przed chwilą: „oto mój dom!“
— Powiedziałem tak, bo on istotnie do mnie należy... kupiłem go.
— A!... — wykrzyknął na to Raul.
— Świetny interes, mój drogi Raulu, świetny interes!... Za ten dom zapłaciłem trzydzieści tysięcy liwrów z ogrodem, przytykającym do ulicy Mortellerie; winiarnie wraz z pierwszem piętrem wynajmuje się za tysiąc liwrów: strych, a raczej drugie piętro, za pięćset.
— To bardzo dobrze!
— Rozumie się.
— Pięćset liwrów za strych!... ależ tam niema mieszkań.
— Tak, nikt tam nie mieszka; ale jak widzisz, dwa okna z tego strychu wychodzą na plac.
— Widzę, panie.
— Otóż, za każdym razem, gdy kogo szarpią kołem, wieszają, ćwiartują, lub palą, dwa te okna wynajmuje się w cenie do dwudziestu pistoletów.
— O!... — ze zgrozą wykrzyknął Raul.
— To wstrętne, nieprawdaż?... — rzekł d‘Artagnan.
— O!... powtórzył Raul.
— Wstrętne to jest, lecz uświęcone zwyczajem... Ci gapie, paryżanie są czasem prawdziwymi ludożercami.
— Nie pojmuję tego, jak ludzie, chrześcijanie, mogą się puszczać na podobne spekulacje.
— To prawda.
— Co do mnie — ciągnął dalej d‘Artagnan — gdybym mieszkał w tym domu, to w dniu egzekucji wszystkie otworybym pozasłaniał, aż do dziurek od klucza, lecz ja tutaj nie mieszkam.
— I za pięćset liwrów wynajmujesz, panie, ten strych?
— Zdziczałemu karczmarzowi, który od siebie go odnajmuje... Zatem, jak mówiłem, tysiąc pięćset liwrów.
— Procent zwyczajny — rzekł Raul — pięć od sta.
— Co do grosza. Pozostaje mi jeszcze korpus domu od tyłu: składy, mieszkania i piwnice, co zimę wodą zalane, co czyni dwieście liwrów; przytem bardzo piękny ogród, dobrze zadrzewiony, mocno zacieniony murami i facjatą gmachu świętych Gerwazego i Protazego — tysiąc trzysta liwrów.
— Tysiąc trzysta liwrów! ależ to po królewsku.
— Rzecz taka jest. Mocno podejrzewam któregoś z kanoników parafji (ci kanonicy to prawdziwy Krezusi), podejrzewam go więc, iż najmuje ten ogród, aby miał gdzie pobaraszkować. Lokator podał nazwisko pana Godarda... Jest ono fałszywe albo prawdziwe; jeżeli prawdziwe, to kanonik, a jak fałszywe, to ktoś nieznajomy; co mi po tej wiadomości? Płaci zawsze zgóry. Przyszła mi właśnie myśl, gdy cię spotkałem, aby kupić przy placu Baudoyer dom, którego tyły łączą się z moim ogrodem i stworzyć wspaniałą posiadłość. Myśl tę wybili mi z głowy twoi dragoni. Patrz, zawróćmy na ulicę Vannerie, pójdziemy prosto do imci pana Plancheta.
Przyśpieszyli kroku i rzeczywiście stanęli u Plancheta, w pokoju, który kupiec ustąpił swojemu dawnemu panu.
Plancheta nie było w domu, lecz obiad był już gotowy. Jakkolwiek kupcem korzennym został, pozostały w nim jeszcze resztki systematyczności i punktualności żołnierskiej.
D‘Artagnan zwrócił rozmowę na tor przyszłości Raula.
— Ojciec twój krótko cię trzyma?... — rzekł.
— Sprawiedliwie, panie kawalerze.
— O! ja wiem, że Athos jest sprawiedliwy, lecz oszczędny może?
— Królewską ma rękę, panie d‘Artagnan.
— Nie krępuj się, chłopcze; jeżeli kiedy potrzebować będziesz kilku pistolów, masz tu starego muszkietera.
— Drogi panie d‘Artagnan...
— Grywasz czasami?
— Nigdy.
— Masz zatem szczęście do kobiet?... Rumienisz się... O! ty Aramisku! Mój drogi, to drożej jeszcze, niż karty kosztuje. Co prawda, jest odwet, bo przegrawszy, bić się można. Ba! ten płaksa król każe płacić karę tym, co wyjmują szpadę z pochwy. Co za rządy, biedny mój Raulu, co za rządy! Gdy pomyślę, jak za moich czasów oblegano muszkieterów po domach, jak niegdyś Hektora i Priama w mieście Troi; a na to kobiety dawaj płakać, a mury dawaj się śmiać, a setki uliczników dawaj klaskać w dłonie i krzyczeć: „Bij! zabij!“ gdy nie szło o muszkietera! Mordioux, wy tego już nie ujrzycie.
— Srogim jesteś dla króla, drogi panie d‘Artagnan, a zaledwie go znasz.
— Ja? Posłuchaj mnie, Raulu; dzień po dniu, godzina po godzinie — dobrze zachowuj w pamięci moje słowa — ja ci przepowiadam, co się będzie dziać. Gdy umrze kardynał, będzie go opłakiwał; dobrze: to jeszcze jedno z najmniejszych głupstw, tembardziej, jeżeli ani jednej łzy nie uroni.
— Następnie?
— Następnie, każe panu Fouquet, aby wyznaczył mu pensję i osiądzie w Fonteneblau dla pisania wierszy do jakichś tam Mancinich, którym królowa oczy wydrapie. Królowa, widzisz, jest hiszpanką, a za świekrę ma panią Annę Austrjacką. Znam ja ten ród Hiszpanów z domu Austrjackiego.
— Następnie?
— Następnie, zdarłszy srebrne galony ze swoich Szwajcarów, bo hafty za drogo kosztują, muszkieterów przemieni na piechotę, bo owies i siano na każdego konia kosztuje dziennie pięć soldów.
— O! panie, nie mów tego.
— Co mnie to obchodzi! wszak już nie jestem muszkieterem? Niech będą konni, czy piesi, niech noszą szpikulce, rożny, szpady albo nic, wszystko mi jedno!
— Drogi panie d‘Artagnan, błagam cię, nie mów tak źle o królu... Jestem prawie w jego służbie i ojciec mój miałby wielki żal do mnie, żem słuchał, z ust twoich nawet, słów ubliżających jego Wysokości.
— Twój ojciec?... E! to rycerz wszelkiej podejrzanej sprawy... Pardieu! tak, zapewne, twój ojciec to bohater, to Cezar, nie przeczę; lecz to człowiek, pozbawiony trafnego oka.
— Wybornie, kawalerze!... — rzekł śmiejąc się Raul — teraz już i ojca mojego poczniesz szkalować, tego, którego zwałeś wielkim Athosem; jesteś dzisiaj w złym sosie, a bogactwo cierpkim cię czyni, tak jak innych ubóstwo.
— Masz słuszność, do licha!... nicpoń ze mnie i plotę trzy po trzy; zestarzałem się, jestem stara, niezdatna cięciwa, dziurawy pancerz, but bez podeszwy, ostroga bez gwiazdek, zrób mi przyjemność i powiedz mi jednę rzecz.
— Co takiego?... drogi panie d‘Artagnanie.
— Powiedz mi to: „Mazarini był gałganem“. Słuchaj, powiedz to, dla mojej miłości.
— Z miłą chęcią.
— Powiedz!...
— Mazarini był gałganem — rzekł Raul, uśmiechając się do muszkietera, który rozjaśnił się jak za najpiękniejszych dni swoich.
— Zaczekaj troszkę — odezwał się d‘Artagnan. — Połowę zdania wypowiedziałeś dopiero; a teraz konkluzja. Powtarzaj, Raulu, powtarzaj: „Lecz ja będę Mazariniego żałował“.
— Kawalerze!...
— Nie chcesz tego wymówić, to ja po dwakroć powiem to za cię... Lecz będziesz Mazariniego żałował.
I śmieli się tak i sprzeczali dalej, kiedy wszedł chłopiec sklepowy.
— Panie, list do pana d‘Artagnan.
— Dziękuję... Patrzaj — wykrzyknął muszkieter.
— Pismo pana hrabiego — odezwał się Raul.
— Tak, tak.
I rozpieczętował list.
„Drogi przyjacielu — pisał Athos — proszony jestem ze strony króla, aby cię wezwać do niego“.
— Mnie?... — rzekł d‘Artagnan, opuszczając list na stół.
Podniósł go Raul i kończył czytać głośno:
„Śpiesz się... Jego Królewska Mość bardzo potrzebuje pomówić z tobą i oczekuje cię w Luwrze“.
— Mnie?... — raz jeszcze powtórzył muszkieter.
— Tak — rzekł Raul.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.