Wspomnienia z wygnania 1865-1874/XXII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Wielhorski
Tytuł Wspomnienia z wygnania 1865-1874
Wydawca Zygmunt Wielhorski
Data wyd. 1875
Druk Ludwik Morzbach
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXII.
Co się działo w Solwyczegodsku podczas gdyśmy byli w Bereznawłocku — Wojna z isprawnikiem.

Trzeba przyznać, że rosyjska policya jest wcale zręczna, że isprawnik, jak chciał się coś o nas dowiedzieć, to się zawsze dowiedział. Prawda, że i na odwrót, gdyśmy chcieli wiedzieć co o isprawnku, albo wogóle o jakim interesie nas dotyczącym, tośmy się zawsze o wszystkiém z największemi szczegółami dowiedzieli. Nasza policya nie nosiła pałaszy i mundurów, ale wyrównywała jednak tamtéj. Składały ją zawsze dla nas łaskawe i litujące się nad naszém nieszczęśliwém położeniem — panie. To téż, gdyśmy przyjechali do miasta wieczorem, zaraz uwiadomiono nas o wszystkiém, co się tam działo od naszego wyjazdu.
Stanowy prystaw, Worsonofii Elpitiforowicz, któregośmy spotkali jadąc do Girkonta, wróciwszy do miasta, kazał się prosto zawieść do isprawnika, a chociaż to było w nocy, obudził go i doniósł (pomimo słowa honoru), że nas spotkał, a chociaż zapewnialiśmy go, że jedziemy do Girkonta, on jednak jest przekonany, że mamy zamiar uciec i że isprawnik najwłaściwiéj postąpi, gdy pośle zaraz za nami w pogoń.
Isprawnik nie wziął rzeczy tak gorąco, odłożył całą sprawę do dnia następnego, i przewróciwszy się na drugi bok, zasnął.
Nazajutrz posłał po kilku naszych, z którymi w bliższych zostawałem stósunkach, wypytywał ich, czy rzeczywiście miałem zamiar uciekać, ci zaręczali, że nie. Następnie pojechał on do mego mieszkania, bo chociaż wzywał do siebie Nikołkę, ten iść nie chciał, mówiąc, że jest sam i że nie może domu opuścić. Nikołka był chwacki chłopak, nas tak często słyszał z lekceważeniem mówiących o isprawniku, że sam nauczył się mieć go za nic; to téż wcale się nie zmięszał za przybyciem takiéj wysokiéj figury. Isprawnik zaraz ostro z góry wsiadł na niego „Twój pan uciekł!“ „Nie może być“, odpowiedział Nikołka, „poczekajcie parę dni a pewno wróci.“ „Łżesz gałganie! on uciekł.“ „Gdyby miał zamiar uciekać, odpowiedział Nikołka, toby był zabrał z sobą wszystkie pieniądze, a jednak tu coś zostawił.” „Gdzie? pokaż”, zawołał isprawnik. Nikołka otworzył stolik, a tam leżało do stu rubli rozrzuconych w szufladzie. „Oddaj mi te pieniądze do schowania”, mówił isprawnik. „Nie, Iwan Leońtiewicz, baryń mi je zostawił, to téż jemu tylko oddam jak powróci”, i co tchu zamknął szufladę, a klucz schował do kieszeni. „On naumyślnie zostawił pieniądze, żeby nas oszukać.“ „Nie wiem, odpowiedział mój wierny chłopak, ale gdyby miał zamiar uciekać, toby psa z sobą nie brał, a Durak z nim pojechał“ „Ty sam durak“, zawołał isprawnik i gniewny odjechał.
Nasz Iwan Leońtiewicz był człowiek hytry, nie napróżno go lisem przezywano, nie chciał on brać na siebie odpowiedzialności w obliczu Polonii za wysłanie za nami pogoni, to téż kazał policmajstrowi podać sobie formalny raport, jako Wysoki i ja, uciekliśmy z miasta. Ten nieborak musiał to uczynić, ale żeby się uchronić przed naszą zemstą, tłomaczył się wszędzie, że uczynił to wskutek wyraźnego piśmiennego rozkazu isprawnika, a na dowód rozkaz pokazywał. Zdawać się może dziwném, że isprawnik albo policmajster nas się lękali; jednakże tak było. Od wyższéj władzy mieli oni sozkaz obchodzić się z nami jak najłagodniéj, to jedno; następnie bali się opinii publicznój, która była za nami; nareszcie bali się nas osobiście, „bo cóż, mówili, to są ludzie otczajanni (gotowi na wszystko,) nie mający nic do stracenia.“ Na mocy zatém oficyalnego doniesienia o naszéj ucieczce, Iwan Leońtiewicz przybrał postawę człowieka działającego z musu i posłał pogoń za nami. Kajdany zaś, sam rozkazał wziąść policyantom, gdy przyszli po ostateczne instrukcye. Plan isprawnika bardzo mu się uśmiechał; doniesie władzy, że wskutek swojéj gorliwości udało mu się pochwycić dwóch uciekających ważnych buntowszczyków, a za to, już widział błyszczący jeden order więcéj na swojéj piersi, albo, kto wie? może téż dadzą mu i Annę na szyję. Niestety! marzenia jego wkrótce się rozwiały i skutki jego gorliwości obróciły się wcale inaczéj.
Nazajutrz po powrocie udałem się sam do isprawnika wieczorem, Wysoki nie chciał mi towarzyszyć. Isprawnik przyjął mnie jak najlepiej i jak gdyby nic nie było zaszło. Zaraz na wstępie zapytałem go, dla czego po nas posyłał policyantów, kiedy wiedział dobrze, że powróciemy.
— Ja byłem pewny, że powrócicie, powiedział, ale wszakże to nie moja wina, inaczéj uczynić nie mógłem, Worsonofii Elpitiforowicz w nocy mnie obudził i zaręczał, że chcecie uciekać, przytém policmajster podał mi urzędowy raport, żeście zbiegli.
— Nie potrzebujecie się tłómaczyć, już ja wiem o wszystkiém, rzekłem, ale powiedzcie mi proszę, czy i kajdany, także urzędowo policmajster kazał wziąść policyantom.
— Jak Boga kocham, nie wiem o niczém. Jakto, te szelmy poważyli się wziąść z sobą, kajdany?
— Niech pan nie udaje; wiemy, gdzie raki zimują, jak mówi wasze przysłowie.
— Przysięgam wam na sumienie, że ja nie dałem żadnego rozkazu. Ale powiedzcie mi, gdzie podzieliście policyantów, wszak oni z wami nie wrócili?
— Bogu dzięki, odpowiedziałem, że nas uchronił od takiego towarzystwa; wróciliśmy sami.
— A co się z nimi stało?
— Mnie się zdaje, że mogliście łatwo przewidzieć; oto upili się, zaczęli lżyć starszynę i pisarza, zatém bez ceremonii wpakowali ich do kozy.
— A łotry, gałgany, damże ja im, jak powrócą.
Gdy domawiał tych słów, pokazał się we drzwiach Jakowlew, a z za niego wyglądał Prełowski, wiedzieli co ich czeka, to téż miny ich godne były politowania. Porwał się z miejsca, jak wściekły Iwan Leońtiewicz i zaczął ich lżyć najpotworniejszemi słowami; biedacy stali jak trusie, powtarzając co moment „winowat“, ale nic na swoje usprawiedliwienie powiedzieć nie mogli. Gdy się już do woli nakrzyczał, zawołał isprawnik:
— Po miesiącu do kozy, łotry, a teraz poszli won.
Ja także zbierałem się odejść, ale wprzódy poszedłem do przedpokoju, w którym zostawiłem torbę Jakowlewa z kajdanami, przyniósłem ją i oddając rzekłem:
— Przywiózłem wam instrumenciki dla nas przeznaczone, niech one i nadal zdobią wasz gabinet. I odszedłem.
W kilka dni potón, zawezwał nas sędzia śledczy, spisał protokół i zapytał świadków: pokazało się wtedy, że nie mieliśmy zamiaru uciekać. Sprawę odesłano do sądu, a po roku czy więcéj, przyszedł wyrok skazujący nas, za nieprawne wydalenie się z miasta, każdego z nas na 6 dni domowego uresztu. Dla nas na tém się sprawa skończyła, ale dla Iwana Leońtiewicza miała snutniejsze następstwa.
Do téj pory, żyliśmy z isprawnikiem w najlepszéj komitywie, robiliśmy sobie wzajemne ustępstwa i pokój nigdy zakłóconym nie został, a jeżeli były jakie swary, to się zaraz na miejscu kończyły. Postąpienie isprawnika z Wysokim i ze mną, wywołało ogólne wzburzenie między naszemi, postanowiliśmy dokuczać mu na każdym kroku, bacząc na to, żeby nigdy nie zboczyć z drogi legalnéj. Mieliśmy dobre powody do skarg i zażaleń, to téż pisma z zażaleniami sypały się jak grad do ministra. Żwykle ci, co pobierali karmowe (tak tam nazywali wsparcie od rządu), otrzymywali je 3 lub 4 dnia miesiąca, gdy tymczasem powinni byli pobierać je pierwszego. Dawniéj na tę zwłokę nie zważano, ale teraz, postanowiliśmy z tego korzystać i zaraz 2 stycznia odesłaną została skarga do ministra, podpisana przez wszystkich tych, co karmowe pobierali, że nie w swoim czasie bywa im wypłacane. Jeden z naszych nie ukłonił się isprawnikowi na ulicy, zapewne przypadkiem, bo zwykliśmy byli zawsze to czynić. Isprawnik zatrzymał go na ulicy i zwrócił jego uwagę, że nie właściwie postąpił. Na drugi dzień poszła skarga do ministra, że isprawnik przymusza do kłaniania mu się, oraz zapytanie, czy to jest naszym obowiązkiem. Podobnego rodzaju skargi, chociaż same z siebie nic nie znaczące, były wysyłane prawie co poczta (poczta przychodziła i odchodziła z Solwyczegodska raz na tydzień), czasem zbiorowe, czasem od pojedyńczych osób. Ale, co szczególniéj isprawnika do wściekłości przyprowadzało, to że on sam musiał wszystkie te prośby czytać, bo takie były instrukcje rządowe, potém swoją pieczątką pieczętował, my zaś przykładaliśmy swoją, sami odnosiliśmy pismo na pocztę i braliśmy kwit. Żadna z takich prośb zginąć nie mogła.
Prośby te były ziarnem, któreśmy w ziemię rzucali, aby następnie plon wydało, prócz tego miał isprawnik codzienne nieprzyjemności; od czasu, jak powiedział jednemu z naszych, żeby mu się kłaniał, wszyscy zdejmowaliśmy przed nim czapki przynajmniéj o 20 kroków naprzód i zawsze z gołą głową do niego mówili, zanadto był mądry Iwan Leońtiewicz, żeby nie zmiarkować, żeśmy to przez drwinki czynili; dawniéj nazywaliśmy go Iwanem Leońtiewiczem, potém nigdy inaczéj jak, gospodin (pan) isprawnik, nie mógł się do tego przyczepić, ale jednak w Rosyi, nie mówi się nigdy do nikogo pan, bo to jest uważane za obrazę. Mój pies Durak, jakoś znienawidził isprawnika, jak tylko go gdzie spotkał, zaraz szczekał na niego; isprawnik znał mego psa i raz w towarzystwie powiedział: „jak ja nie lubię tego psa.” Od téj pory mój Durak przybrał inne nazwisko, nazywali go wszyscy „Iwan Leońtiewicz tiebie ne lubit (ciebie nie lubi)“, ale to było nazwanie trochę za długie, prawie zawsze opuszczano trzy ostatnie słowa i wołano na niego tylko Iwan Leońtiewicz.
Im więcéj dokuczaliśmy Iwanowi Leońtiewiczowi, tém on nas więcéj szykanował, co znowu wywoływało nowe prośby do ministra. Po roku, zniecierpliwiony widać p. minister, kazał przenieść Iwana Leońtiewicza z Solwyczegodska do innego dalszego powiatu za to, że nie umiał postępować sobie rozsądnie z politycznymi wygnańcami.
Zamiast tedy spodziewanego orderu na szyję, biedny Iwan Leońtiewicz wpadł w niełaskę, powiat, do którego był przeznaczony, był jeszcże odleglejszy i odcięli mu przytém od pensyi 500 rubli rocznie, przeznaczone tym isprawnikom, w których zawiadywaniu zostawali zasłani polityczni.
Co do nas, żyliśmy jak dawniéj, oczekując zmiłowania Bożego nad naszym nieszczęśliwym losem.
Na miejsce Iwana Leońtiewicza przysłano nam nowego isprawnika z Litwy, p. Merenville de Saint Clair.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Wielhorski.