Wyprawa do królewskiego pałacu

>>> Dane tekstu >>>
Autor Elwira Korotyńska
Tytuł Wyprawa do królewskiego pałacu
Podtytuł Bajka
Pochodzenie Skarbnica Milusińskich Nr 32
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wyd. 1930
Druk „Szerszeń“
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SKARBNICA MILUSIŃSKICH
pod redakcją S. NYRTYCA



ELWIRA KOROTYŃSKA
WYPRAWA DO
KRÓLEWSKIEGO PAŁACU
BAJKA
z ilustracjami


WYDAWNICTWO
KSIĘGARNI POPULARNEJ
w WARSZAWIE
Druk. „Szerszeń“ Warszawa.





W pewnym dworze na wsi żyła prześliczna kwoczka.
Nóżki miała wysmukłe, wzrost wysoki, pióra różnobarwne.
Na płaszczyku jej igrały wszystkie kolory tęczy, dziobek miała ostry jak igiełka i biada robaczkowi lub muszce, po którą schyliła się kwoczka.
Nie dość tego, śliczna kurka miała czubek na główce... i to jeszcze jaki!
Niech zamilkną wszelkie rody czubate wobec piękności jej czubka.
Jakby wyszedł z pod ręki najsłynniejszego paryskiego fryzjera!..
Stąd przezwano ją Czubatką. Niektórzy twierdzili, że za skromna to nazwa dla tak pięknego ptaka i dodawali: „Śliczna”.
Czubatka od dnia swego zarania miała wiele szczęścia do kogucików.
Wybrała sobie z nich jednego i wierną mu pozostała do końca.
Byłto wspaniały kogut z wysokiemi nogami, purpurowym grzebieniem i prześlicznemi piórami na całem ciele.
Nadewszystko pysznił się swemi rycerskiemi ostrogami i długim połyskującym ogonem.
Imponująca jego postać wywierała tak silne wrażenie na spacerującem na podwórzu ptactwie, że gdy się ukazał, pochylały się bezwiednie główki, jakby chcąc mu wyrazić szacunek.
Gdy przechadzali się oboje, szmer cichy uwielbienia dawał się słyszeć, a najgadatliwsze ze wszystkich śnieżnopióre kaczki, stawały nawprost spacerującej pary, wołając:
— Kwa! kwa! kwa! Jacy wy piękni!
Kogut poruszał wtedy ogonem na znak zadowolenia, a Czubatka podnosiła główkę z czubkiem do góry...
Dobrze było Czubatce, jej kogucikowi i wszystkiemu ptactwu na tem podwórzu.
Jedzenia dużo, piasek żółty jak złoto, woda w korytku świeża.
Nie potrzebowały, jak wszystkie kury wyszukiwać dla siebie pożywienia, czasem głodem przymierać, a w dni mroźne ziębnąć na dworze.
Jak tylko słońce ukrywać się zaczynało za góry, a rosa z mgły przedwieczornej opadać, kwoczka wraz z kogucikiem zabierała swe ukochane pisklątka i z powagą zajmowała miejsce w kurniku.
Kurnik był przewietrzany i czysty. Świeże siano pachniało łąką i aromatem swym usypiało ptactwo.
Przez całe swe życie Czubatka ani razu nie miała żadnego wypadku, wszystko szło jak po maśle i codziennie rano, gdy kogut śpiewał pieśń powitalną na cześć budzącego się słońca, ona, kiwając czubkiem, prosiła kogoś nieznanego, kto ten świat piękny stworzył o opiekę nad kogucikiem, nad nią i jej ledwie opierzonemi pisklętami.
Ale razu pewnego zdarzył się niezwykły wypadek, który sprowadził wielkie zmiany w życiu Czubatki.
Kiedy rankiem ostremi pazurkami wygrzebywała robaczki, naraz spadło jej coś twardego na głowę.

— Tuk, tuk, tuk, cóż to takiego?- zakrzyczała przeraźliwie Czubatka, oglądając się na wszystkie strony.
Ach! mój Boże! to pewnie spadło niebo!
Muszę się ustroić i biedz z tą wiadomością do króla.
Z głośnym krzykiem, z uczuciem strachu, który jej śliczny czubek uniósł do góry, wołała wciąż, że iść musi do króla.
Ubrana w amarantowy płaszczyk i fantazyjny kapelusz, pędziła co sił starczyło.
Droga była nierówna, potykała się nieraz Czubatka, ale to jej nie odstraszało od podróży.
Pierwszym którego spotkała, był jej ukochany mężulek.
— Dzień dobry, żoneczko, — zapiał kogucik.
— Dzień dobry! — zagdakała kurka.
— Dokąd idziesz, najmilsza? — zapytał kogucik.
— Do królewskiego pałacu, aby powiedzieć królowi, że niebo zaczyna opadać!
— To i ja z tobą pójdę!
— Bardzo mi będzie miło iść z tobą, mój koguciku!
I poszli we dwoje: mąż i żona, aby donieść królowi o spadających niebiosach.
Pogoda była piękna, trochę upał dokuczał, spociła się kurka, spocił się jej małżonek, ale czegóż się nie robi i nie cierpi dla dobra ludzkości, zwłaszcza gdy się ma tak szlachetne serca, jak ci oboje?
Przelecieli już dobry kawałek drogi, gdy nagle coś zakwakało i wspaniały kaczor zagrodził im drogę..
— Dzień dobry państwu! — zakwakał.
— Dzień dobry, — odpowiedzieli małżonkowie.
— Dokąd to idziecie? — spytał ciekawie kaczorek.
— Do królewskiego pałacu, — rzekła Czubatka, — idę oznajmić królowi, że opadają niebiosa.
— To i ja z wami pójdę! — wykrzyknął kaczor.
— Bardzo nam będzie przyjemnie! — zapiał kogut.
Czubatka, kogut i kaczor biegnąc co starczyło sił do króla, napotkali gęsiora.
— Dzień dobry! — zagęgał donośnie.
— Dzień dobry! — odpowiedziała kura.

— Dokąd tak pędzicie? — zapytał.
— Do królewskiego pałacu, żeby powiedzieć królowi, że spadają niebiosa.
— Idę z wami razem, — rzekł gęsior.
Czubatka, kogut, kaczor i gęsior popędzili razem do króla.
Przebiegli już kawał drogi, gdy naraz napotkali indyka.
— Dzień dobry! — zagulgotał do biegnących.
— Dzień dobry! — zagdakała kura.
— Dokąd idziecie? — zapytał.
— Do królewskiego pałacu. Idę królowi oznajmić, że opadają niebiosa.
— To i ja z wami pójdę — oznajmił indyk.
— Prosimy! — zapiał kogucik.
I poszli: Kura, kogut, kaczor, gęsior i napuszony indyk.
Zaledwie wyszło całe to towarzystwo z ogrodu i skierowało się ku polu — spotkał je lis.
— Dzień dobry kochanemu państwu! — zawołał wesoło.
— Dzień dobry, zagdakała Czubatka.
— Dokąd się tak śpieszycie? — zapytał chytrze lisek.
— Do królewskiego pałacu; idę zawiadomić króla, że niebiosa spadają — odrzekła Czubatka.
— Pójdę z wami! — rzekł lis.
— Bardzo nam będzie przyjemnie! zapiał kogucik.
Kura, kogut, kaczor, gęsior, indyk i lis, biegły co sił starczyło do celu. A lis niecnota obmyślił sobie sposób skorzystania z niemądrych ptaków, które wierzyły w to, że niebo spada na kurze głowy i z tą wieścią biegły do króla.
— A to sobie użyję! — myślał zdrajca i oblizał się patrząc na idące z nim, darzące go zaufaniem, tłuste ptactwo.
Kiedy wszyscy weszli wgłąb lasu, rzekł:
— Mamy jeszcze przed sobą bardzo daleką drogę. Kurka jest już zmęczona, kogucikowi pobladł grzebień ze znużenia, gęsior i kaczor ledwie się wloką, a indykowi ogon osuwa się ku ziemi. Trzeba skrócić drogę, gdyż nie dojdziemy dziś do pałacu, a cóż na to powie nasza rodzina?
Każde z nas zostawiło w domu maleństwa...
— Ach! moje ukochane pisklątka! — zagdakała żałośnie Czubatka.
— Moje małe kaczątka i chora żona! — zakwakał kaczor.
— A moje biedne gąsiątka same, bez matki, zarżnęli ją dziś na obiad! Szedłem właśnie z oświadczynami do sąsiadki i was napotkałem! — zagęgał gęsior.
— A moje indyczątka co o mnie pomyślą, gdy na noc nie wrócę i nie popieszczę swej ukochanej czwórki?

— I ja mam małe, jestem jedynym ich opiekunem, bo matka wpadła w sidła zastawione na lisy! Co z niemi stać się może? Wyjdą z nory i będzie po nich. I chytrze zawył żałośnie.
Wślad za nim zagdakała na cały głos kura, za kurą zapiał kogut, za kogutem zakwakał kaczor, za kaczorem zagęgał gęsior, za gęsiorem zagulgotał indyk.
Zrobił się hałas nie do opisywania lament ptasi tak głośny, że aż z poblizkiego krzaka wyleciał dziki gołąb i z rozpostartemi skrzydłami biegł cieszyć i uspakajać rozbolałe ptactwo.
— Czego płaczecie? co się stało? — gruchał życzliwie gołąbek.
— Ach! ach! — jęczał zdradliwy lisek, łapą ocierając niby załzawione oczy, — zostawiliśmy w domu dzieci, boimy się o nie, więc płaczemy...
— To wracajcie do domu! Czegoż i dokąd idziecie?
— Idziemy do królewskiego pałacu, aby powiedzieć królowi, że niebiosa spadają...
— A, to rzeczywiście rzecz ciekawa, — odpowiedział dziki gołąb — polecę i ja, ale nie do króla, lecz do mego przyjaciela orła, który mieszka na górach wysokich, na samych szczytach... Na niego najpierw spadną niebiosa, bo góry dotykają obłoków.
Trzeba go ostrzedz!...
I dziki gołąb popędził jak strzała ku niebotycznym Alpom.
— No, i jakżeż będzie? — spytał niecierpliwie lis-doradca.
Idziemy tą drogą czy krótszą?
Pałac królewski leży po drugiej stronie lasu, zanim zajdziemy, noc zapadnie. W nocy król z nami rozmawiać nie będzie, a przenocować w pałacu niepodobna, bo cztery ogromne brytany, spuszczane na noc z łańcucha, zagryzły by nas napewno.
Znam inną krótszą drogę...
— Godzimy się na wszystko, aby dojść szybko do króla i dziś jeszcze wracać do naszych dzieci.
— Droga ta, — mówił lis — jest pod ziemią. Jest to dla wygody królewskiego dworu zbudowany tunel, przez las prowadzący do pałacu.
Znam ten tunel, przekradałem się nim nieraz, gdy strzelali do mnie myśliwi. Przeprowadzę was tamtędy i wkrótce znajdziemy się u celu.
Przyjmą nas jako posłów i ugoszczą...
I przebiegły rabuś stanął jako przywódca, za nim szedł indyk, za indykiem kaczor i gęsior, za nimi kogut i kura.
Tunelem tym, do którego zdążało nieopatrzne ptactwo była nora lisia.
Wiódł on je na pożarcie i z góry już się cieszył, że na dni parę będzie miał pożywienie.
Kiedy już się zbliżyli do otworu zakrytego liśćmi, rzekł lis:
— Oto tutaj jest tunel podziemny do królewskiego pałacu prowadzący. Ja wejdę pierwszy, wy zaś jedno za drugiem wsuniecie się po kolei, tunel bowiem jest tak wązki, że zaledwie jedno stworzenie na szerokość zmieścić się może.
To mówiąc lis wsunął się do znanej sobie nory i ukrył się w kącie tuż przy wejściu.
Jak tylko wszedł za nim indyk, złapał go tak zręcznie za głowę, że nie wydawszy jęku padł bez życia.
To samo stało się z kaczorem i gęsiorem. Żadne z nich nie zdążyło dać znać krzykiem o niebezpieczeństwie.
Przyszła kolej na koguta. Ten był stary i kości miał twarde.
Lis zmuszony był dwa razy łapać go za szyję, żeby módz odgryźć mu głowę. Jak tylko dostrzegł kogut, że wpadł w pułapkę, wrzasnął przeraźliwie, żeby ostrzedz swą żonę o niebezpieczeństwie.
Zrozumiała Czubatka, całym pędem rzuciła się ku ucieczce i uspokoiła się dopiero na swem podwórzu.
Płakała żałośnie po ukochanym koguciku, który do ostatniej chwili myślał o niej i wiernie kochał, i na znak żałoby uwiązała sobie u nóżki kawałek znalezionej w śmieciach czarnej tasiemki.

KONIEC


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Elwira Korotyńska.