Złamanie wiary

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Złamanie wiary
Podtytuł Ballada
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom XII
Data wydania 1880
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Wł. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom XII
Pobierz jako: Pobierz Cały tom XII jako ePub Pobierz Cały tom XII jako PDF Pobierz Cały tom XII jako MOBI
Indeks stron

ZŁAMANIE WIARY.

Ballada.

„W koło rycerze, spełnijcie puhary
„W znak świętéj zgody i rycerskiej wiary!

„Brat mój, zdrajca poległ w grobie,
„Nie chcę daléj mściwym czynem
„Ojca winę karać w tobie;
„Bądź Zdzisławie moim synem.“
Mówił Zbigniew, a dziecina
Drżąc kolana przed nim zgina.

W koło rycerze spełnili puhary
W znak świętej zgody i rycerskiej wiary.

Zbigniew, w twarzy godność błoga,
Oczy ku niebu zwrócone,
Wzniósł prawicę, wezwał Bogu
I na miecze w krzyż złożone
Na święte rycerskie prawa
Przysiągł być ojcem Zdzisława.

Dwakroć rycerze spełniają puhiary
W znak świętej zgody i rycerskiej wiary.

A gdy bankiet już skończony
Powstał opiekun sieroty
I skarb sobie powierzony
Od nieszczęścia i od cnoty,
Z ufnością przed stryjem stawi
Zwierza, żegna, błogosławi.

Wzniosły się mosty, noc opada szara,
Coraz wyraźniej słychać bieg zegara,

Czasem jeszcze zamki wrzasną
I ślą odgłos w długie mury,
Światła w oknach nikną, gasną —
Spoczął w ciszy gmach ponury,

Puszczyk tylko krzyk żałoby
Ciągnie z wiatrem po nad groby.

Ni brat w mogile, ni wdowa strapiona
Zemsty z Zbigniewa nie wydarli łona.

Od Klary niegdyś wzgardzony
Zgasił miłość, przysiągł zgubę,
Dziś ma zamiar już spełniony,
Wyrwał matce dziecie lube.
Cieszyła się dusza sroga
Niepomna wiary i Boga.

Północ wybiła — zdrajca za miecz chwyta,
Wychodzi, droga prowadzi go skryta,

Idzie zwolna, staje, słucha,
Wkoło troskliwie spoziera —
Nic nie słychać, cisza głucha —
Idzie daléj, drzwi otwiera,
I gdzie wiodła zemsta krwawa,
Staje przy łożu Zdzisława.

„Ha! mam cię! — rzecze — mam cię wężu młody,
„Na świat wydany na Zbigniewa szkody!
„Téj, co niegdyś mną wzgardziła,
„Niedojrzały, nędzny płodzie;
„Twoja godzina wybiła,
„Wtedy z tobą będę w zgodzie,
„Wtedy spocznie serce moje,
„Gdy się twoją krwią napoję.“


Zbudzone dziecko ramiona wyciąga,
A Zbigniew chwyta, ściska i urąga:
„Chodź dziecino, chodź w objęcie,
„Daj usteczka pocałować;
„Matcem przyrzekł chować święcie,
„Ja też muszę cię pochować.“
Rzekł i śmiał się... i stal błysła
I krew dziecka z życiem bryzła.

Wtenczas jakiegoś życia zimne tchnienie
Długie wokoło poruszyło cienie,

Drzwi zwolna trąciły progi,
Szyby w ołowiach zadrżały,
A zabójca pełen trwogi
Twarz wybladłą, wzrok zdziczały
W zakrwawione kryjąc szaty
W odległe pędzi komnaty.,

Ale zaledwie rzucił się na łoże,
Drgnął, chwycił, puścił... i wątpić nie może,

Trup krwią mokry, śmiercią skrzepły
Zaległ przy nim tuż przy boku,
Ciała do siebie przylepły
Nierozdzielne w każdym kroku;
Jakby magnes ze żelazem
Biegną, stają i drżą razem.

Jak Laokoon wężami ściśnięty,
Kiedy rękami ślizkie chwyta skręty,

Widać, palce jak zawięzły,
Jak się każdy nerw napręża;

Zda się w sztuki targać węzły,
Zda się w miazgę zgniatać węża.
Ale węże zawsze żyją,
Pną się zawsze, zawsze wiją.

Tak zbójcę trupie objęły ramiona,
Głaszczą go, pieszczą i tulą do łona;

Strącił jedno, pnie się drugie,
Zerwał drugie, pierwsze wraca,
I zdjął oba — próżna praca,
Nogi wietkie, jak chmiel długie,
W koło kolan, aż po pięty
Trzykroć wiją splot zaklęty.

To znowu nagle szyja rośnie, rośnie,
Kark mu obwija i stawia miłośnie,

Twarz przed twarzą, zimne obie —
Wtedy oczów wklęsłość pusta
Ciągnie żywy wzrok ku sobie,
Wtedy wargi kleją usta;
Ssać się zdają, ssać łakomie
Dech błądzący w mąk ogromie.

I tak co doba z północy wybiciem
Wznawia się ciągle walka śmierci z życiem...

I po zamku chód wędrowny
Jak na puszczy bieg jelenia;
To powolny, to gwałtowny
Dudni głucho pod sklepienia,

Dudni ciągle przez krużganki
Od podziemnic aż na blanki.

A kiedy w gniazdo przekleństwa i sromu
Uderzył w końcu potężny raz gromu,

I oświetlił wkoło lasy,
Jeszcze ciągle wśród pożogi
Te pieszczoty, te zapasy
Wiodły z sobą straszne wrogi.
A gdy padły, padł gmach cały,
Wichry na świat jęk pognały.

Ogniem piorunu skopciałe zwaliska,
Na które słońce promieni nie ciska
Ani nocna rosa spada,
I których widok daleki
Zgrozę w trwożną duszę wkłada,
Świadkiem będą w późne wieki
Świętości rycerskiéj wiary,
I zbyt bliskiéj zbrodniów kary.


182* r.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.