Z siedmioletniej wojny/Tom I/IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Z siedmioletniej wojny
Wydawca Drukarnia Spółkowa w Kościanie
Data wyd. 1922
Druk Drukarnia Spółkowa w Kościanie
Miejsce wyd. Kościan
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IX.

Późno wieczorem wrócił Simonis znużony do domu, w którym już wszyscy spali, rozmyślając nad wcale nieosobliwem położeniem swojem. Mijał milczące pierwsze piętro, gdy stara Gertruda otworzyła drzwi, wyjrzała ostrożnie i poznawszy go przy świetle ogarka, który trzymała w ręku, dała znak, aby szedł za nią.
Zdziwił się nieco Simonis tak późnem zaproszeniem, lecz posłuchał go. Staruszka siedziała w wieczornym dezabilku i ogromnym czepcu z wstążkami na swoim fotelu i drzemała. Świeca okryta umbrelką paliła się na stoliku.
Zobaczywszy Simonisa, dała mu znak, ażeby usiadł naprzeciw.
— Cóż tam słychać? — zapytała po cichu, jak gdyby Gertruda nie była głuchą — co mówią w mieście? Jestem bardzo niespokojną. Feulnera wzięli, a choć się nie wygada pewnie, zawsze u niego coś znaleźć mogli; Mentzel uciekł, ale czy go nie dogonią? czy go nie wyda kto? Nareszcie i o waćpana mi idzie — dodała ciszej — tak, o waćpana...
— O mnie? — spytał zdziwiony Simonis.
— Czyś się waćpan podpisywał na listach do hrabiny de Camas? — zapytała baronowa.
Zbladł Maks.
— Dlaczego mnie pani pyta o to?
— Bo zdaje mi się, że listy czatowano i schwytano je.
Simonis ust nie mógł otworzyć.
— Pani to skąd wie?
— Wiem — zimno odezwała się baronowa — wiem... to dosyć.
— Ale ja dziś rano byłem u ministra; który mnie przyjął jak najlepiej.
— A wieczorem listy waćpana są u niego na stoliku.
— One szły przez Beguelina — zrywając się z siedzenia, odezwał się Simonis.
— A Beguelin więcej myśli o serach swoich, niż o listach. Waćpan, jeśli tak jest, nie masz chwili do stracenia; idź na górę zabierz co konieczne, resztę oddaj Gertrudzie; każe zanieść na strych. Gdy zapukają do wrót, nie czas już będzie.
— Lecz gdzie się ja skryję?
Staruszka, mimo wieku, zachowała zimną krew i przytomność.
— Idź waćpan na górę, spal jeśli co masz; zabierz pieniądze, weź płaszcz, zmień kapelusz: dam ci kartkę do Serba, mojego starego sługi, który mieszka w chatce nad Elbą między rybakami. Dopytasz się o niego. Spiesz...
Simonis zawahał się z początku, staruszka wskazała mu na drzwi.
— Spiesz! — powtórzyła — idź, a pamiętaj, jeśliby cię złapano, nie mów nic o mnie. Źle byś mi się wywdzięczył. Stare moje kości już ani więzienia ani męki nie wytrzymają.
Maks zerwał się z miejsca żywo i co prędzej pobiegł na górę. Zaczęty list spalił przy ogarku, który mu dała Gertruda, złoto swe pochował w kieszenie, płaszcz narzucił na ramiona; westchnął, łza niemęska zakręciła się w oku i już biegł na dół. Staruszka podała mu drżącą rękę do pocałowania.
Idź waćpan, idź, idź...
Simonis co tchu zbiegł na dół, drzwi ostrożnie otworzył; na rynku nie było widać nikogo; księżyc świecił i plac stał pustkami.
Niedobrze sobie zdając sprawę z tego, co uczynił, puścił się ku Frauen-Kirche i dla odetchnięcia a zorjętowania się przyparł u jednego z jej kanków.
W tejże chwili z przyległego gmachu, który dawniej część kościoła zakrywał i w którym mieścił się odwach główny, ujrzał wychodzących sześciu żołnierzy, oficera i urzędnika, który temu oddziałowi przodował. Za żołnierzami wlókł się w płóciennej odzieży człowiek, który trzymał łańcuszki w ręku. Simonisowi zrobiło się jakoś mdło, zakręciło mu się w głowie, nie mógł z miejsca ruszyć, choć chciał uciekać. Widział, jak żołnierze skierowali się do bramy domu baronowej i jak urzędnik do niej stukać zaczął.
Nie było wątpliwości straż ta po niego szła; musiał więc co najrychlej umykać z placu i za Pirnajską bramą szukać przejścia gdzieś nad Elbę, aby tam znaleść schronienie. Nieznającemu dobrze miejscowości wyprawa ta była niesłychanie trudną i ryzykowną.
Tonący brzytwy się chwyta. Simonis, nie wiedząc już, dokąd bieży, począł szybko mijać rynek i wpadł w pierwszą jaką napotkał ulicę; z tej puścił się w inną, niebardzo bacząc dokąd idzie; dobierając tylko jaknajciaśniejsze uliczki, o które w ówczesnych miastach nie było trudno zupełnie się zbłąkał. Zdało mu się wszakże, iż tu był bezpieczny. Okiennice wszędzie były pozamykane, bramy zaparte, mało gdzie świeciło się w oknie: w zaułkach oprócz kilku psów błąkających się nie spotkał żywej duszy. Idąc po tej stronie, na którą cień padał, nie lękał się aby księżyc w pełnym blasku mógł go zdradzić. Niekiedy nastawiał ucha, chcąc szmery dalekie usłyszeć i rozeznać, ale te, na chwilę tylko zaszumiawszy, tonęły gdzieś w głębiach. Zdala czasem skrzypienie drzwi otwierających się chwytał i trzask zamykania, niekiedy jakby ostrożne stąpanie po bruku. Przystając to idąc, rozmyślił się wreszcie, że w jakimkolwiek kierunku, iść należy, nie zmieniając go, aby tak do dnia nie błądzić i na patrol jaki nie natrafić. Prawdopodobnie nie znalazłszy go w kamienicy, musiano szukać w mieście: ostrożność więc zachować musiał największą.
O! jakże sobie w tej chwili wyrzucał, że się dał w tę sieć wpędzić, z której nie wiedział, czy wyjdzie z całą głową! Dom stary w Bernie, siostra, młodość, Berlin, stancyjka u cukierników, Carlotta — wszystko mu teraz ze łzami na pamięć przychodziło. Strwożony wlókł się pod murami i płotami, rozglądając, czy nie rozpozna, gdy wreszcie trafił na większą jakąś ulicę. Ale na niej posłyszawszy śpiew wesoły, cofnął się w cień i czekał. Środkiem szedł właśnie młody człowiek, jedną ręką w bok się wziąwszy, drugą opierając się na lasce; kapelusik na lewem uchu, mina gęsta, a humor jak po węgierskim winie. Simonisowi zdawało się że coś podobnego gdzieś widział niedawno i nie mylił się; był to bowiem pan Ksawery Masłowski. On i kilku młodzieży szlacheckiej ze dworu Brühla i najjaśniejszego pana sprawili sobie po teatrze niemieckiem w Gewandhausie traktament w winiarni u Czecha Hreczki, przy uliczce Kreuzkirche. Tamci się jakoś porozchodzili, a Masłowski powracał do domu i, żeby mu smutno nie było, polską na całe gardło śpiewał piosenkę.
Szwajcarowi, na widok kogoś ze dworu Brühla, zimno się zrobiło, choć noc aż nadto była parna; przylepił się do muru w przekonaniu, że go przechodzień nie postrzeże. Ale wśród ulicy pustej, nie mając co robić z oczyma, Masłowski przeglądał niemi wszystkie kąty. Dojrzawszy nieruchomo stojącego człowieka, rad, że może trafić na awanturę, nie zastanawiając się, wprost puścił się na niego z krzykiem: Wer da?
Zrazu Simonis chciał uciekać, ale siły i determinacji mu zabrakło; wziął się więc już do szpady, gdy Masłowski, przypadłszy tuż, poznał go i rozśmiał się na całe gardło.
— A ty tu co robisz, Szwajcarze? mnie pod sekretem mówiono, że cię wieczorem na odwach za coś miano wsadzić i wybierałem ci się tam oddać wizytę.
— Na miłość Boga! nie zdradzicie mnie! — zawołał Simonis — wy Polacy macie naturę szlachetną. Chciałżebyś się znęcać nad nieszczęśliwym!
— Niech Bóg uchowa! — zawołał Masłowski — na złość tym szołdrom bronić cię będę; ale powiedz-że mi prawdę, rękę na sercu położywszy, sumiennie, uczciwie, coś zbroił?
Simonis był w takiem położeniu, że nie miał już nic do stracenia; rodzaj gorączki go opanował.
— Szlachetny młodzieńcze — rzekł — przybyłem z Berlina, to starczyło, aby mnie posądzić.
— A jak na teraz to dosyć posądzenia, ażeby do sznurka się wzięli — krzyknął Masłowski. — Ale przyznaj się tyś pruski, he?
Szwajcar się zawachał.
— Sluchaj-że! Bóg widzi, mnie to zupełnie wszystko jedno; jak tylko Niemiec, gatunku nie mogę rozpoznać. A jak mnie to bawi, że oni się z tobą tłuc będą! A jak mnie to bawi! Gdybym mógł, to bym z obu stron podżegał! Bądź ty sobie pruski, saski, austrjacki, a mnie co do tego? jak tylko im pomagasz, żeby się z sobą jedli, to cię kocham! Lecz wiesz co, kawalerze szwajcarski — dodał ciszej — cóż ty myślisz z sobą. Ciebie szukają, a jak znajdą, niema żartu. Brühl słodki jest, ale jemu człowieka sprzątnąć, jak mnie wypić kieliszek. Ty się musisz skryć i pomagaj Prusakom, niech Sasów tłuką, a potem jeśli ci z tem będzie lepiej, pomóż Sasom, żeby Prusaków wytłukli. Jak ich mniej będzie, świat nie przepadnie. Masz-że ty już jaką dziurę?
Simonis się jeszcze wachał.
— A! gadaj-że, tchórzu — zawołał Masłowski — żaden polak nigdy nie zdradził.
— Mam — odparł Simonis — ale do niej sam nie trafję, bo miejsca nie znam ani ludzi.
Obejrzał się pan Ksawery: w ulicy żywej duszy nie było.
— Daleko to? — zapyta!
— Nad Elbą, między rybakami — rzekł Simonis.
— Hm! — odparł szlachcic — ja co innego mam na myśli; niech sobie ta dziura zostanie na wszelki wypadek na później. Gdzie ty tam w śmierdzącej chacie o cebuli i razowym chlebie wytrwasz? Ja ci powiem co zrobimy. Ja się nikogo w świecie nie lękam. Stoję sam jeden u wdowy, nawet nie starej, u niejakiej Fuchsowej: oto stąd nie daleko, kilkadziesiąt kroków. Fuchsowa mnie drze, ale nie zdradzi i dałaby się posiekać za mnie. Nie pierwszy to raz u mnie się kto przytuli i przymieszka kilka dni. Powiem babie: Verstehen, język za zębami halt! Będzie milczała, choćby ją pieczono.
— Nie będziesz-że się lękał? — Spytał Simonis.
Masłowski, oczy otworzywszy szeroko, odstąpił kilka kroków.
— Ja? żebym się szołdrów zląkł? A niedoczekanie ich! Szwajcara, jakby się zawzięli, mogą poturbować i połaskotać koło szyji, ale polskiego szlachcica? ha! ha! Co mi zrobią? wsadzą do Koenigsteinu? Ano, wielka rzecz: ojciec uwolni. Chodź!
To mówiąc, pociągnął go z sobą; a dla większej pewności pod rękę go ujął i tak prowadził do pani Fuchsowej. Masłowskiego ojciec, pan stolnik, był człowiek majętny; kilka razy już długi synowskie płacił, działo się więc panu Ksaweremu u Fuchsowej jak nie można lepiej.
Jak tylko do bramy zaczął kluczem świdrować, służąca w pantoflach zbiegła ze światłem, a na pierwszem piętrze czekała gospodyni, średnich lat, nieszpetna kobiecina, wygadana, śmiała dworka. Gdy ją zobaczył Masłowski, zaczął zaraz łamanym językiem witać ją i oznajmować, że prowadził z sobą przyjaciela, że ten kilka dni u niego spocznie, ale o tem powinno być cicho.
Fuchsowa, oczyma tylko ciekawie zmierzywszy młodego chłopca, usty i rękoma zaręczyła uroczyście, że spełni polecenie grafa. Masłowski, jak wszyscy majętniejsi Polacy, dostał ten tytuł od Fuchsowej; potwierdzili go potem tragarze, którym dobrze płacił i kupcy u których brał na kredyt.
Mieszkanie pana Ksawerego nie było paradne, a po saskich w porządku utrzymanych, wydawało się tem, co dotąd Sasi zwać zwykli polnische Wirthschaft. Nieład, panujący tu, dwa razy tyle kosztował, co gdzieindziej najwyszukańszy porządek. Fuchsowa nie śmiała zaprowadzać u niego żadnych reform, bo Masłowski się gniewał.
Wśród dosyć porządnych mebli stały buty pod krzesłem jednem, na drugiem wisiał przyodziewek, na trzeciem ręcznik; miednica stała na stoliku wśród papierów, świeca przy talerzach z owocami; na ćwieczkach tu i owdzie wisiały piękne i nie piękne rzeczy; na kanapce leżała biała poduszka; na łóżku w drugim pokoju stało pudło.
— Przepraszam cię, kochany kawalerze Simonis — począł, wchodząc, Masłowski.
— Na miłość Boga! nie wymieniajcież mojego nazwiska — krzyknął Szwajcar.
— A! prawda. Ale jakże was będę nazywał? hę? Po imieniu?
— Ani po imieniu.
— Ochrzcij-że się, kim chcesz być.
— Włochem nazwij mnie.
— Terrini, znałem jednego, który się tak nazywał, to mi łatwiej będzie — podchwycił Masłowski. — A zatem signor Terrini, przepraszam cię za nieporządek u mnie. Niemcy się z niego wyśmiewają, ale te szołdry nie rozumieją bestje tego, że ja szlachcic wolny nie chcę być niewolnikiem moich rupieci i dla nich się męczyć! pal ich djabli! Niech każda rzecz tam leży, gdzie ja każę, nie gdzie jakiś głupi wymaga porządek. Pomimo to będzie wygodnie, możesz nogi położyć na stole, kiedy chcesz; u mnie wolno wszystko... mojem godłem libertas!
To mówiąc, Masłowski wskazał na drugi pokoik, gdzie stało łóżko.
— Gość jesteś, zdejmę pudełko i oddaję ci łóżko. Sam się prześpię na kanapie. Jeśli jesteś zmęczony, zrzuć łupinkę z siebie i idź prosto w bety, a ja sobie radę dam; bądź spokojny.
Simonis jednak dalekim był od tego uczucia. Uścisnął rękę Ksawerego z wdzięcznością.
— Ale jutro?... jutro co będzie?...
— Jutro ja idę na służbę — rzekł Masłowski — dla samej niepoznaki, muszę. Fuchsowej zapowiem, że tu niema nikogo; musi uwierzyć bo bym babie uszu natarł dopiero. Zamkniesz się na klucz i jesteś jak u Boga za piecem.
— A jeśli się wyda?
— Jakimże sposobem ma się wydać?
— Któż to przewidzi?
— To nie może być.
— Lecz, gdyby...
— A no? gdyby; widzisz kochanie, moje okno z sypialni, hę? wychodzi do ogrodu... Ofiaruję ci dwa prześcieradła, które masz czas skręcić i związać, zpuścisz się i drapniesz prosto nad Elbę. Mówiono mi, że tego sposobu doskonałego używał kompatrjota asindzieja Blumli, ile razy Brühl zastał go nie w porę u Miny, i takiej nabył wprawy, iż go to potem nic nie kosztowało.
Masłowski śmiał się i już zaczynał się rozbierać.
— Idź spać, kawalerze Simonis, u mnie się nie ma czego obawiać! Jabym was dlatego samego bronił, że im pomagasz do ciupaniny! A! gdybym wojny między niemi doczekał, to dopiero będzie satysfakcja. Dobranoc kawalerze, kładź się, ja tu na warcie! Dobranoc!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.