Z siedmioletniej wojny/Tom II/VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Z siedmioletniej wojny
Wydawca Drukarnia Spółkowa w Kościanie
Data wyd. 1922
Druk Drukarnia Spółkowa w Kościanie
Miejsce wyd. Kościan
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VIII.

W tydzień po tej rozprawie, jasnego zimnego dnia, pocztyljon w ciężkich butach, obmarzły cały, na koniu, z którego para buchała, zatrzymał się przed kwaterą generała Wylicha. Była to poobiedna godzina, podstarzały żołnierz drzemał z fajką, a piękna Doris grała na gitarze po cichu w drugim pokoju. Wpadnięcie niespodziane kuryera, który, do drzwi nawet nie zapukawszy, jak stał wtoczył się do generała i podniósłszy płaszcz, z torby skórzanej papierów zaczął dobywać, rozgniewało pana komendanta. Już miał na ustach lumpen... jakieś osolone, gdy, spojrzawszy na papiery, do których przylepiony był kawał pióra na znak pospiechu, na pieczęcie ogromne, na notatki u góry, zamilkł i, i drzwi od Doris zamknąwszy, zaraz się rzucił do papierów. Pocztyljonowi ręką wskazał, aby odszedł.
Generał Wylich miał dosyć złe oczy, pismo było pilne i sekretne, zdawało się wiele zależeć na niem; zadzwonił więc, wzywając w pomoc pisarza, choć się nim posługiwać nie lubił.
Pisarz ten, nazwiskiem Blind, człowiek do wszystkiego niezmiernie zręczny, kaligraf niezrównany, koncepcista osobliwy, posiadający wszelkie style, piszący wiersze, domyślający się prawdy, przy sądach wojennych ułatwiający śledztwa, jednem słowem genialny robotnik, był zarazem najniebezpieczniejszem stworzeniem, jakie ziemia kiedy nosiła. W wojskowym trzymany rygorze, chodził posłuszny, jak koń dobrze wytresowany, lecz było mu na chwilę przypuścić cugli, spłatał zawsze coś takiego, za co mało było nawet kijów powszednich. A jednak bez Blinda obejść się nadzwyczaj było trudno. Generał Wylich, wziąwszy go w spadku po towarzyszu, trzymał przy sobie, jak w więzieniu. Na oko Blind był chłop nieszpetny i silny, chociaż czerwonemi plamami okrytą miał twarz i nieco kulał. Ubiór zakrawał na pewną elegancję.
Zobaczywszy go, generał poszedł pannę Doris zamknąć w trzecim pokoju, a sam, wróciwszy, kazał mu czytać depesze. Szły one wprost do głównej kwatery w...
Blind, rzuciwszy okiem na ogromny arkusz, nawpół zapisany, pobladł i zachwiał się.
— Co ci jest? czytaj!
Zaczął w istocie czytać Blind, jąkając się, lecz ledwie pierwsze słowa wymówił, Wylich mu papier z rąk wyrwał i ręką gębę zatulił. Pokazał pięści krzyknął:
— Milczeć! — i wypchnął za drzwi.
Depesza była największej wagi i sekretna, nie godziło się, by na niej oko kancelisty spoczęło. Generał nierad był z siebie, iż dozwolił Blindowi pokosztować tego owocu zakazanego. Co najgorzej, że znając spryt tego wisusa, pewien był, iż, raz spojrzawszy na papier, cały już połknął i umiał go z końca w koniec na pamięć. Takie przynajmniej miał o Blindzie wyobrażenie.
Zamknąwszy drzwi, generał wziął się do papierów, czytał je drżący. W ostrych nader wyrazach skreślone było pismo. Król wyrzucał w niem Wylichowi, iż ślepy, nieudolny zarozumiały, dozwolił pod swoim bokiem knuć spiski na życie króla, wysyłać szpiegów i morderców, korespondencje i pieniądze, że dopuścił na zamku w biały dzień konspirować żonie ministra, generałowi Spörken i królowej.
Cała ta sieć intryg, której o mało Fryderyk nie padł ofiarą, tylko jego własną przytomnością umysłu i bystrem spojrzeniem odkryta została. Niejaki Glasau, opiewała depesza, będący w służbie kamerdynera przy królu, przekupionym przez Brühlową, będący w stosunkach ze świeżo zbiegłym byłem sekretarzem gabinetowym, niejakim de Simonis, nasłanym także przez żonę ministra i zdradzającym tajemnice, jakie mu były powierzone, dał się pieniędzmi skłonić do podania jego królewskiej mości trucizny w czekoladzie. Król, gdy mu ją przyniesiono spojrzawszy przypadkiem na twarz Glasaua, spostrzegł na niej pomieszanie, bladość, coś podejrzanego. Zapytał go surowo, co mu jest; kamerdyner złożył to na niezdrowie. Czekoladę postawiono na stoliku. Fryderyk nie miał ochoty pić jej zaraz, czytał właśnie Plutarcha. Tymczasem Thisbe charcica skoczyła na stolik i łapczywie poczęła zajadać królewskie śniadanie. Gdy król się obejrzał, czekolady połowa już była wypitą, a suczynka prawie natychmiast poczęła skowyczeć, tarzać się, pienić i zdechła.
Przychwycono kamerdynera Glasaua a resztę napoju dano na próbę wiejskiemu psu który w kwadrans potem nie żył. Trucizna była więc dowiedzioną. Nakazano jaknajsurowszą tajemnicę, nie chciał bowiem król, ażeby wiadomość o tem stała się powszechną. Glasaua stawiono natychmiast, zapewniając mu życie, jeśliby wyznał wszystko. W ten sposób odkrytą została zdrada Simonisa, stosunki z Dreznem, papiery nawet, które wprawdzie imion osób nie zawierały, lecz stwierdzały zeznania Glasaua, i spisek uknuty w Dreznie, jeśli nie z wiedzą królowej, to nie bez milczącego jej pozwolenia.
Do opisu wypadku przyłączony był rozkaz najsurowszy wyprawienia natychmiast hrabiny Brühlowej do Warszawy, poszukiwania i uwięzienia Simonisa, najsurowszego nadzoru nad wszystkiemi, co do zamku uczęszczali i mieli z nim stosunki.
Generał Wylich utonął w mnóstwie szczegółów, spotniał, czytając, a co najgorzej czuł, iż winę swą miejscem okupi i że wkrótce przez kogo innego zastąpionym zostanie. Ażeby na straszniejszy jeszcze gniew króla nie zasłużyć, chwyciwszy się za głowę, jął się zaraz krzątać około czynnego wystąpienia. Ale od czego tu począć było?
Zadzwonił na Blinda.
Nadszedł żołnierz, oznajmując, iż go nie było, że przed chwilą wyszedł na miasto. Generał przeląkł się tego, domyślając, słusznie czy nie, że Blind rozgadać może przedwcześnie to, co było i powinno zostać tajemnicą.
Chwili czasu nie miał do stracenia. Ubrał się więc, przywołał adjutanta, wziął żołnierzy, a że mu najwięcej szło o Simonisa, pobiegł do jego mieszkania.
Tu dowiedział się, że od dni dziesięciu Szwajcar wyjechał. Posłano przetrząsnąć wszystkie domy, które szpiegi wskazać mogli, uganiano się do wieczora napróżno, nareszcie Wylich kazał zamek ostawić strażą i postanowił w nim robić poszukiwanie.
Wiedział bardzo dobrze, iż nawet za brak uszanowania dla królowej lub jej dzieci pewnie ukaranym nie będzie. Generał von Spörken wyszedł naprzeciw komendanta.
— Co się stało, panie generale? — zapytał.
— Nie wiecie jeszcze, no to się dowiecie — odpowiedział oburzony Wylich. — Niejaki de Simonis przechowuje się w zamku, były sekretarz króla, zdrajca, którego szubienica czeka, jeśli nie ćwiertowanie; albo mi go wydajcie, lub...
— Niema go tu, za to mogę zaręczyć — rzekł generał Spörken.
— Od dachu do lochów strząsę wszystko — krzyknął Wylich.
— Sile się nie możemy oprzeć, jużeśmy tego doświadczyli — odezwał się Spörken — czyńcie, co się wam podoba. Lecz jeśli później Europa cała za znieważenie rezydencji jej królewskiej mości i kurfirsta następcy...
Wylich, nie dając dokończyć, zawołał:
— Was wszystkich i waszą Europę nie mam za tyle... (Wyraził się jeszcze ostrzej). I krzyknął na żołnierzy: — Na zamek!
Spörken znikł, ażeby przygotować królowę. Gdy komendant wchodził na pokoje pierwsza mu drogę zabiegła hrabina Brühlowa: straszna była gniewem, ale zarazem i trwogą.
Wylich, nie witając się z nią nawet, odezwał się grubijańsko:
— Mam rozkaz waćpanią wyprawić do Warszawy. Słyszysz pani?
— Co to jest! jakto?
— Rozkaz króla, który zostanie spełniony.
— Cóż za powód?
— Nie mam potrzeby przed panią się tłómaczyć.
Gdy się to działo w sali, na której progu przeciwnym królowa za portjerą słuchała i przypatrywała się, rozjątrzona tą napaścią, zamek patrole przetrząsali jak najpilniej.
Hrabina Brühl wiedziała, że szukano Simonisa. Na kilkanaście minut wprzódy Blind, który oddawna był ujęty, dał znać o tem, co z depeszy miał czas wyczytać. Kawaler de Simonis w istocie znajdował się na zamku, ale w tych starych murach tyle było kryjówek, przejść, schówek, drzwi zamaskowanych, podług odmykających się, zwierciadeł; za którymi w grubości muru wyżłobione były gabinety ciemne, które za króla Augusta II. służyły do czarodziejskich niespodzianek, a dawniej może na straszniejsze narzędzia kary, tyle tu było tajemnic ledwie niewielu osobom znanych, że żołnierze pruscy wedle wszelkiego podobieństwa, nic znaleźć nie mogli. Simonis, w jednem z takich wyżłobień w wielkiej sali ukryty, słyszał, jak żołnierze przechodzili ją, jak się dokoła drzwi odmykały, jak zamek tętniał przekleństwem, wykrzyknikami i ciężkiem stąpaniem Prusaków, jak Wylich klął i niecierpliwił się, i czekał losu, jaki go miał spotkać. Na kilka dni w przody przewidując niebezpieczeństwo, zaopatrzył się był w truciznę, którą trzymał w pogotowiu, gdyby przypadkiem ci, co ściany opatrywali i bili w nie szukając, gdzieby zadzwoniła próżnia, trafili na ukryty gwóźdź, cienkie utrzymujące zwierciadło.
Dwie godziny trwało nadaremne przetrząsanie zamku, w czasie którego pokoje królowej nie były oszczędzone. Żołnierze przetrząsnęli łóżka, zrywali opony, wciskali się w najciaśniejsze kąty. Ołtarz domowej kaplicy otworzono z tyłu, myśląc, że tam się zbieg ukrywa.
Późno już było, gdy generał Wylich, coraz gniewniejszy, straże u bram zostawiając, kazał nareszcie poprzestać. Wszedł jednak raz jeszcze na górę i przywołanej hrabinie oświadczył surowo, żeby się natychmiast w podróż wybierała.
— Jeżeli chcecie wiedzieć o przyczynie, to wam jej taić nie będę — zawołał generał. — Schwytano tego, któregoście przekupili dla dania królowi trucizny. Wszystkie wasze sprawy wiadome. To gniazdo osie oczyścimy.
Brühlowa przymuszonym ale głośnym wybuchnęła śmiechem, a Wylich się oddalił.
Na zamku panowała trwoga i oburzenie, dworska służba stała niema, Spörken przechadzał się po galerji, zżymając się i naradzając sam z sobą.
Nie obawiał się on wcale, ażeby Prusacy kryjówkę mieli odgadnąć, lecz nie zupełnie był pewnym swej służby, aby któryś z nich pobytu na zamku nie zdradził. W owych czasach nikomu zbytnio dowierzać nie było można. Dlatego, nie spuszczając się na nikogo, sam ukrył Simonisa. Kilku jednak ludzi o poprzednim jego mieszkaniu na poddaszu wiedziało.
Przez cały czas poszukiwań hrabina Brühl stała ponad schodami, z zaciśniętymi usty, drgając na każdy wykrzyk głośniejszy, cisnąc ręką pierś wzburzoną i nie umiejąc w sobie ukryć niepokoju, jaki nią miotał.
Kilka razy słabnąc, chwyciła się galerji. Przywiązanie jej do Simonisa, niedawne jeszcze, przeszło w namiętność, która niedługo może w sercu trwać miała, lecz tem też teraz była gwałtowniejszą. Spoglądała błagająco na Spörkena, który jej dodawał męstwa, a gdy się wreszcie skończyło wszystko, poszła bezsilna paść na krzesło.
Simonis był wprawdzie ocalony chwilowo, lecz należało go z zamku uprowadzić i ułatwić mu ucieczkę.
Pospiech był koniecznym, a wykonanie zdawało się prawie niepodobnem. We wszystkich bramach stały straże. Wśród tego tłumu, jaki jeszcze napełniał zamek, łatwo się było szpiegów domyślać.
Hrabina błąkała się tak myślami, nie umiejąc znaleźć środka, gdy baronówna stanęła przed nią, a widząc, że jej nie spostrzeżono, lekko dotknęła ręką dłoni Brühlowej, która krzyknęła z przestrachu.
— To ja — ozwała się spokojnie Pepita — to ja. Potrzeba radzić!
— Straciłam głowę! Glasau pochwycony, stracone wszystko. Simonisa ocalić niepodobna.
Musimy to uczynić — odpowiedziała baronówna.
Hrabina spojrzała jej w oczy.
— Wiesz sposób?...
— Trzeba go szukać, jest ich tysiąc, a najprzód czekać spokojnie i nie wydawać się z obawą.
Na te słowa wszedł Spörken, wszystko troje stanęli milczący, gdy szmer zwiastował wnijście czyjeś: Brühlowa spostrzegła idącą królowę i podniosła się.
Królowa Józefa nosiła już na sobie zaród tej choroby, która ją wkrótce życia pozbawić miała. Blada, drząca, z oczyma pełnemi łez i gniewu, wlokła się raczej, oparta na ramieniu jednej z panien, niżeli szła. Stawać musiała co chwila i oddychać.
Z poszanowaniem dla tej niedoli rozstąpili się wszyscy.
Królowa była jakby w gorączce boleści, która jej nadawała powagę męczennicy i nadchnienie wieszczki. Powiodła oczyma nie widząc nic.
— Cóż więcej nas czeka? — zawołała — jakie jeszcze upokorzenie? jakie urągowisko? Mówcie, ja zniosę wszystko; jam zniosła już tyle, że z mej rodziny nikt ze mną na równi stanąć nie może. Generale mów!...
— Najjaśniejsza pani — odezwał się Spörken — niema nic nowego, ani nic zagrażającego jej Królewskiej Mości.
— Nie oszczędzajcie mnie — poczęła królowa — Bóg wie, co i dlaczego zsyła.. Jam przyszła tu, abym grzechy ojców zmazała pokutą. Niech ręka boża chłoszcze, ażeby krew zmyła plamy, ażeby pokolenia następne czyste były i wolne. Karz nas, Boże, a przebacz plemieniu naszemu!
Mówiąc to, płakała, a mówiła nie dla tych, co ją słuchali, ale jakby sama do siebie, zmuszona do tej spowiedzi uczuć i myśli.
— To nie koniec — rzekła po chwili — to początek drogi krzyżowej, a każdy na niej krok zmywa plamę. Karz, Boże! chłoszcz mnie, abyś dzieciom przebaczył! — powtórzyła, bijąc się w piersi.
Podano krzesło, gdyż Józefa osłabia i siły ją opuściły nagle. Wszyscy stali nieporuszeni. Usta jej, jakby cichą, szybką odmawiały modlitwę.
Upłynęło minut kilka, zdawała się nieco uspokojoną.
— Spörken — rzekła — ja widziałam tych napastników, wiem, że znowu popełnili tu gwałt; ale nie wiem przyczyny. Cóż się stało?
— Najjaśniejsza pani — poczęła hrabina Brühlowa głosem ochrypłym od połykanych łez — targnął się ktoś na życie tego, który sam targa się na wszystko. Przypisują ten zamach, nie wiem komu; mnie może, bo mi precz ztąd jechać kazano... na zamku szukano wspólników.
Królowej oczy ożywiły się ciekawością.
— Zamach? co to było?
— Mówią... trucizna... którą pies wypił...
— Biedny pies — ozwała się po cichu królowa. — Kazano ci wyjechać? — zapytała Brühlowej. — Jesteś szczęśliwszą ode mnie, ja nie mogę ruszyć się stąd, bom powinna dotrwać na stanowisku; moje miejsce jest tutaj: ja tu umrę...
Spörken odezwał się, uspokajając królowę, zaczęli mówić wszyscy, opowiadano szczegóły których królowa zdawała się słuchać z zajęciem. Powoli poruszenie, gniew, boleść uśmierzyły się królowej Józefie, wróciła jej rezygnacja i dała się swym kobietom nakłonić do przejścia do swych pokojów. Po drodze tylko wstąpiła do kaplicy, a kapelana przywołano na wieczorne modlitwy.
Na zamku uciszało się powoli, światła gasły, i tylko straże u bram chodem ciężkim i szczękiem broni ją przerywały.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.