<<< Dane tekstu >>>
Autor Michał Bałucki
Tytuł Za winy niepopełnione
Pochodzenie Pisma Michała Bałuckiego
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1887
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XI.

Na gościńcu był ruch wielki z powodu jarmarku w mieście. Fury jedna za drugą przejeżdżały co chwila, wznosząc tumany kurzu; na jednych chłopi w białych sukmanach i baby w chustkach jaskrawych kolorów, wieźli na jarmark gęsi, które długie szyje i czerwone dzioby wystawiały w górę, i rozpaczliwém gęganiem narzekały na swój los; na drugich czarne gromady żydów szwargotały głośno, a pijany furman gnał batem szkapy, by wyminąć drugich. Ładowne zbożem lub towarami wozy ciągnęły powoli. Za niemi szły małe wózki z jajami, garnkami. Od czasu do czasu jakaś bryczka z krakowiakiem na koźle przemknąła się szybko, albo jakiś ekonom na koniu cwałował ku miastu. Tu pędzono bydło, tam owce, owdzie baba ciągnęła na sznurku kwiczące prosię, które wlazło do rowu. Ścieżką koło drogi szli gęsiego piechotą: baby z brzemiączkami, szewcy z butami na kijach, dziewczęta i parobcy, śmiejąc się i gwarząc głośno. Znaczna część tych ludzi zatrzymywała się koło karczmy; jedni wstępowali na napitek, drudzy, już napici, rozprawiali przed karczmą. Kilka fur zatrzymało się tam także, a wśród nich kręciły się dziady i żydzi. Gwar, hałas był tu wielki, wszystko, co żyło, odzywało się. Gęsi, prosiaki, bydło, konie, dzieci, ludzie wrzeszczeli tak, jakby się nawzajem przekrzyczéć chcieli.
Naraz koło szerokiéj bramy, wiodącéj do karczmy, uciszyło się; ci, co stali daléj, obejrzeli się, zdziwieni tą nagłą ciszą, i także umilkli. Milczenie rozchodziło się coraz szerszém kołem wśród tłumu, ale nikt nie wiedział, dlaczego; jeden pytał drugiego po cichu, co takiego, i podnosił głowę ku bramie. Wreszcie nad głowami tłumu ukazały się mundury żandarmów; jeden z nich wyszedł na ławkę i ręką nakazywał milczenie. Kiedy się już dobrze uciszyło, zaczął donośnym głosem czytać, że sąd karny poszukuje dwóch żydów złodziei za liczne kradzieże, jakich w ostatnich czasach dokonali z niesłychaną śmiałością i zręcznością.
— Jeden z nich — czytał daléj żandarm — Izaak Grünwald, nazywający się także fałszywie Szrot Mendel, albo Mord Mojżesz, albo Moritz Leibe, a także i Jakób Kornblum, lat czterdzieści ośm, wzrostu średniego, krępy, włosy i broda szpakowate, twarz rumiana, oczy siwe, ubiór starozakonny. Drugi, Rokoh Nuchem, mieniący się także Aronem Bernsteinem, albo Józefem Czada, lat trzydzieści, wysoki, rudy, włosy kręte, nosi się po węgiersku, a także i po niemiecku. Kto-by wiedział o miejscu pobytu wyżéj opisanych i dał o tém znać do sądu, policyi, lub posterunku żandarmów, otrzyma nagrody sto florenów waluty austryackiej.
Kiedy żandarm ukończył czytanie i zszedł z ławy, gwar, przyciszony na chwilę, zawrzał teraz na nowo, daleko głośniejszy, niż przedtém. Rozpoczęły się żywe rozmowy po wszystkich kółkach. Najgłośniéj rozprawiano pod samą karczmą, gdzie była największa ciżba. Rej wodził tam wójt téj wsi i kilku mieszczan.
— Niezła-by to była rzecz — mówił jeden z nich — zarobić sto papierków. To-by się człek dopiéro podreparował.
— Ba, ino, że to niełatwo złapać takich ptaszków.
— Muszą to być nielada majstry, kiedy ich żandarmi wynaléźć nie mogą.
— Ta to prawda; gdyby to było łatwo, to-by nie obiecywali aż sto papierków.
— Żeby mi ich tak pokazali — odezwał się jeden rzeźnik — to kto wié, czy-bym ich gdzie nie natrafił; człowiek się, panie, włóczy niemało po świecie, tu i tam.
— Ba, ta juści, gdyby wam ich pokazali, to-byście ich widzieli. To-by każdy takiéj sztuki dokazał.
— Mądrala z ciebie. Ja nie mówię, żeby mi ich żywcem pokazali, ale choć namalowanych na papierze, rozumiész?
— Fotografią na ten przykład — dodał jakiś mieszczanin, rad, że się może popisać znajomością téj sztuki.
— Tak, fotografią, to co innego, to już wiem, czego się trzymać. Ale tak na ślepo, to trudno trafić. Albo to jeden rudy, albo szpakowaty. Ot i ten — mówił daléj, pokazując palcem na jakiegoś żyda o jedném oku, który stał przed nim, trzymając pod pachą skórki zajęcze i królicze i worek na plecach — ma wzrost, jak się patrzy, a czy ja wiem, czy on Nuchem, czy nie Nuchem.
Żyd cofnął się przestraszony, obejrzał się wokoło, jakby go już łapać mieli, a kiedy stojący wokoło parsknęli z tego powodu głośnym śmiechem, on także głupowato się uśmiechnął i przysunął się napowrót do mówiącego.
— No widzicie — ciągnął daléj rzeźnik — na upartego, to-by i tego można wziąć do aresztu...
— No, no, nie plećcie-no głupstwa — rzekł żyd, pokrywając przestrach komiczném krzywieniem twarzy.
— A potém-by się pokazało, że to nie Nuchem, i na nic cała robota — dokończył rzeźnik.
— Tamten przecież był rudy.
— Oj, ciemięgo, a cóż łatwiejszego, jak ufarbować sobie łeb? Ta to konia ci umalują, że nie poznasz, a nie dopiéro człowieka.
— Dyć prawda — odezwał się wójt. — Nasz dziedzic siwiuteńki, jak stary koń, a kiedy w niedzielę przyjdzie na sumę, to mu się łeb i wąsy świecą, kieby krucze pióra.
Zgromadzenie buchnęło znowu głośnym śmiechem.
— Zawsze ta nie zawadzi oglądać się po jarmarku za każdym żydem; kto wié, czy się człowiekowi nie uda.
— A poco-by on wam lazł na jarmark? Abo on taki głupi, żeby sam ludziom pchał się w oczy.
— A to się wié. Takie majstry to właśnie tam idą, gdzie się ich najmniéj spodziewają. Ty go szukasz gdzieś po dziurach, na uboczu, a on ci wlezie w ciżbę i śmieje się z ciebie. Tak już nieraz bywało, że najprędzéj po odpustach, po jarmarkach łowiono takich ptaszków.
— No, to chodżwa na ten jarmark — odezwał się któryś chłop.
— A chodżwa; słonko już wysoko.
Wszystko ruszyło ku miastu, jedni na wozach, inni pieszo. Żyd ze skórkami zajęczemi także pociągnął za innymi; po drodze jednak zatrzymywał się czasami, to poprawiając coś na sobie, to szukając czego, lub targując u przechodzących jaja i masło. Tak manewrując, został się dobrze w tyle za tymi, z którymi razem szedł od karczmy, a kiedy minął kamieniołomy, które sterczały tuż koło drogi, zamiast iść ku miastu, wsunął się w zarośla i chyłkiem przekradł się niemi do lasu. Tu odpoczął trochę, nasłuchując, czy kto nie idzie za nim, a gdy się przekonał, że wokoło było zupełnie cicho, szybkim krokiem poszedł w górę, w ciemny bór.
Środkiem boru ciągnął się wąwóz, który wyżłobił w skale potoczek, wzbierający w czasie deszczów w rzekę prawie. Teraz znać go prawie nie było, gęste krzaki leszczynowe, rosnące na brzegach wąwozu, zasłaniały go całkiem, tylko gulgotanie jego po kamieniach słychać było.
Żyd, doszedłszy do brzegu wąwozu, odchylił gałęzie krzaków i, trzymając się ich, zsuwał się aż na dno; potém szedł w okrak nad strumykiem, opierając się rękoma o skaliste ściany wąwozu. Ściany te były czarne od wilgoci, gdzie niegdzie zarosłe bujnemi paprociami i gęstym bluszczem; w kilku miejscach rozpadały się w szczeliny, któremi ściekała woda podczas deszczów. W jednę taką szczelinę wszedł żyd i, gramoląc się po drobnych kamieniach, zatrzymał się przy spróchniałéj kłodzie, za którą czernił się otwór jakiéjś jamy, zasłonięty krzakiem i różném zielskiem. Tu znowu wytężył słuch, łowiąc najmniejszy szmer. Nic nie było słychać, prócz jednostajnego gulgotania potoczka i zmieszanego gwaru ptactwa, śród którego dominowały skrzeczące głosy srok. Wtedy żyd odchylił ostrożnie gałęzie, zasłaniające otwór, i zniknął w przepaści. Po niejakimś czasie odezwał się w tém miejscu jak gdyby głos wilgi. Niezadługo drugi taki głos odpowiedział mu gdzieś w głębi góry, i żyd, kierując się według tego głosu, szedł podziemnemi kurytarzami coraz daléj. Gdzie niegdzie światło dzienne, wpadające przez szczeliny i otwory, oświecało mu drogę i pozwalało oryentować się w tych ciemnych norach, które, kręcąc się i rozchodząc w różne strony, przypominały mysie kryjówki. Góra cała była niemi podminowana. Kurytarze te prawdopodobnie woda wyrobiła w skale, wypłókując i zabierając z sobą części, które się w niéj łatwo rozpuszczały. W niektórych miejscach rozszerzyły się tak, że stanowiły rodzaj jaskini. Musiały one dawniéj już służyć za miejsce schronienia, bo w kilku miejscach skaliste ściany były mocno okopcone. Chłopaki, pasące bydło w lesie, wiedzieli także o tych jamach, ale żaden z nich nie zebrał się na odwagę zajrzéć do nich, tém bardziéj, że mówiono w okolicy, iż nieraz w nocy pokazywać się miały w tych otworach jakieś ognie. Byli to zapewne jacyś ludzie, którzy tu się ukrywali. Zabobonny lud jednak inaczéj sobie to zjawisko tłómaczył.
Nuchem, bo to on był właśnie owym handelesem, którego widzieliśmy przed karczmą, dowiedział się o téj kryjówce od jednego ze złodziejskiéj szajki i raz, ścigany przez żandarmów, schronił się tutaj.
Odtąd dosyć często w chwilach niebezpiecznych chowali się tutaj z Grünwaldem. Teraz schronienie stało się dla nich potrzebniejszém, niż kiedykolwiek. Policya bowiem, po odkryciu, jakie zrobiła w mieszkaniu córki Grünwalda, poszukiwała jego i wspólnika z wielką gorliwością. Jakkolwiek umieli zmieniać się do niepoznania, wszelkie takie przemiany na krótki tylko czas im wystarczały; nigdzie dłużéj zatrzymać się nie mogli, bo policya baczne oko zwracała na wszelkie osoby, które nie mogły dostatecznie usprawiedliwić swojego utrzymania i pochodzenia. Uciekali więc z miejsca na miejsce pod różnemi postaciami i nazwiskami, aż wreszcie musieli tutaj szukać schronienia. Czasami tylko na kilka dni wydalał się jeden lub drugi dla zaopatrzenia się w żywność i zebrania wiadomości, które ich obchodziły. Obecnie wypadła kolej na Nuchema. Grünwald niecierpliwie oczekiwał jego powrotu. To téż gdy, wszedłszy w podziemia, dał hasło, stary żyd coprędzéj zerwał się z legowiska, urządzonego w najsuchszém miejscu pieczary, i poszedł naprzeciw niemu.
— No, cóż? — spytał zbliżającego się ku niemu Nuchema — jakież nowiny? mów.
— Ny, jakie mają być nowiny, złe. Żandarmi polują na nas wszędzie, jak na wściekłe psy; ogłaszają po wsiach nagrodę za złapanie nas. Pomimo przebrania, o mało, że mnie chłopi nie capnęli. Dłużéj tu utrzymać się nam niepodobna. Tak przecież wiecznie żyć w jaskini, jak dziki zwierz, nie można. Trzeba nam ztąd się wynieść i świsnąć do Ameryki.Tam człowiek będzie mógł swobodnie odetchnąć.
— Tak, uciekać, ale o czem?
— Jakto? i my nie mamy o czém uciekać? Co? Ty śmiesz mi to mówić? — spytał Nuchem, przybliżywszy się do Grünwalda, że piersią o jego piersi uderzył i patrzał mu bystro w oczy.
— No, przecież wiész, że nam zabrali wszystko.
— A te pieniądze, coś złożył w kasie oszczędności, hę? Czy ty myślisz, że ja nie wiem o nich, choć mi ani słowa nie powiedziałeś. Powiem ci nawet, na jakie nazwisko je zapisałeś: na Szat Gołdę. Widzisz, że wiem o wszystkiém. Ty mnie nie wywiedziesz w pole.
— No i cóż z tego, żem je tam złożył? Te pieniądze nie należą do naszego wspólnego działu, to są wyłącznie moje; składałem je na posag dla Małki.
— A że Małka ma być moją, więc te pieniądze mnie się patrzą.
— No, tak — mruknął żyd po chwili namysłu — będą twoje, jak zostaniesz jéj mężem, a do tego jeszcze daleko. Ona w kryminale, kto wié, kiedy ją puszczą, a ja bez niéj się nie ruszę.
Wspomnienie córki rozmiękczyło głos jego, ostatnie słowa wymówił prawie z płaczem.
— Biedne dziecko! — mówił, siadając na posłaniu i nurzając głowę w dłonie — co ona tam cierpiéć musi!
— Dobrze jéj tak. Poco nie trzymała języka za zębami? Ona nas zgubiła, przez nią straciliśmy wszystko.
— No, co ona biedna winna? Ona to zrobiła nie w złéj myśli. Wygadała się zapewne przed kim.
— Jakto, przed kim? Wszak sam mówiłeś, że zapewne wygadać się musiała przed tym Leszczycem, czy Górskim, czy jak on się tam nazywa.
— Tak się domyśłam, bo ona tam nikogo więcéj nie znała.
— A ona zkąd znała tego Leszczyca?
— Znała jego matkę, całą rodzinę, bywała u nich.
— I pokazała te kolczyki?
— Tak, zapewne.
— A on nie miał nic pilniejszego, jak zanieść co rychło do komisarza, i zdradził nas. Bodaj jego za to choroba tłukła od nieba do ziemi! Będzie on za to pokutował, przysłużyłem ja mu się dobrze — mówił Nuchem, wyciągając się na legowisku i wyszczerzył z złośliwym uśmiechem rzadkie zęby.
— Ty jemu? A to jak?
— Już ja wiedział jak. Trzeba ci wiedziéć, że on stara się o córkę tego bankiera z Wiednia.
— On? — spytał Grünwald i zerwał się prędko z siedzenia.
— Cóż ciebie to tak przestraszyło? — odezwał się Nuchem, którego zastanowiło to nadzwyczajne zainteresowanie się Grünwalda losami Leszczyca.
— Nic, dziwię się tylko, że taki golec, taki nędzarz, tak wysoko sięgnął, aż po córkę bankiera.
— Zachciało mu się pieniędzy bankiera, i kto wié, czy-by ich nie był dostał, bo widziałem na kolei, gdzie on czekał na nich, że córka bankiera dobrém okiem pogłądała na niego.
— Więc czekał tam na nich?
— Czekał.
— To gałgan — zamruczał żyd pod nosem i wnet dodał, zapewne z obawy, aby to oburzenie nie zadziwiło znowu Nuchema: — Teraz jeszcze prędzéj dostanie bankierównę, kiedy im taką oddał przysługę. Może on nawet dlatego to zrobił. Przez niego cierpi teraz moja Małka.
— Będzie i on cierpiał, nie bój się. Znalazłem ja sposób przystawić mu stołka.
— A to jak?
— Poznałem w drodze jednego człowieka, który także ma chęć ożenienia się z bankierówną. Ma to być jakiś urzędnik banku, bo chciał ode mnie lasy kupować i dał mi swój adres. Otóż użyłem tego adresu, aby mu donieść, że Leszczyc nie jest Leszczycem, ale nazywa się właściwie Górski, i że ojciec jego siedział za złodziejstwo. Podałem mu, według tego, jak mi ty mówiłeś, lata, w których Górski siedział w kryminale, i miejsce, gdzie siedział. W jego interesie będzie to sprawdzić i postarać się o dowody, bo mu idzie o pannę. Zrobi więc wszystko, co będzie trzeba, a wtedy zobaczymy, czy ten pan Leszczyc dostanie bankierównę i jéj majątek. A cóż? dobrze się sprawiłem, co?
— Doskonale! — rzekł żyd, zacierając ręce — zemścimy się za nas i za Małkę! Oj, biedna ta moja Małka! — zaczął znowu lamentować, gdy wspomniał o córce — czy nie słyszałeś czego o niéj?
— Przewieźli ją do Tarnowa, do kryminału. Podobno mówi na siebie niestworzone rzeczy i gwałtem dopomina się, żeby ją na śmierć za to skazali, bo inaczéj ona sobie sama życie odbierze.
— Tak mówi? — spytał żyd z przerażeniem.
— Zwyczajne kobiece gadanie.
— O, nie! ona to gotowa zrobić, ja ją znam. Matka jéj była także taką. Muszę ją ratować koniecznie; ja już wiem, czém ją uspokoić.
— No, czém?
— To już mój sekret. Sura powinna także w śledztwie zeznać o morfinie, aby biedne dziewczę nie siedziało długo w klatce. Ona nie powinna cierpiéć. Tak, tak zrobię — mówił jakby do siebie, chodząc po pieczarze i podrzucając co chwila ramię do góry. — Muszę się coprędzéj z nimi zobaczyć.
— Z nimi zobaczyć? A to jak?
— Już ja znam sposób — rzekł tajemniczo, potém zapalił świecę i, idąc po pod ścianę pieczary, szukał swoich rzeczy.
Nuchem prędko skoczył za nim, chwycił go za ramię i odciągnął na środek.
— Nie chodź tam ze światłem, bo może być wypadek. Wszak ci mówiłem, ostrożnie, bo tu gdzieś proch leży w jakiémś zagłębieniu ściany i dużo go podobno po ziemi rozsypano. Jedna iskra i po nas.
— Zkąd-by się tu proch wziął?
— A ja ci powiadam, że jest. Zadałem sobie raz tę pracę i obmacałem wszystkie zagłębienia téj pieczary; w jednéj rzeczywiście namacałem baryłkę.
— Z prochem?
— Tak. A ten, co mi wskazał tę pieczarę, mówił, że tu wszędzie dużo prochu, bo jakiś z ich bandy raz rozbił całą jednę baryłkę, rozsypał po jaskini i chciał gwałtem wszystkich w powietrze wysadzić.
— Przez zemstę?
— Nie, podobno zwaryował. Musieli go zatłuc, bo był-by z pewnością to zrobił.
— To w taki sposób tu niebardzo bezpiecznie — mówił żyd stary, oglądając się z trwogą — może-by lepiéj wymieść ten proch?
— Będziesz ze wszystkich szpar wymiatał? To niepodobna. Zresztą poco? Przecież my tu wiekować nie będziemy. Skoro Małkę puszczą, opuścimy całkiem te miejsca, Galicyą, bo tu nie mamy już co robić. Ty wydobędziesz swoje pieniądze i pojedziemy do Ameryki. Tam założymy jaki interes z Małką, a ciebie weźmiemy na wspólnika. W Ameryce téż można robić interesa jeszcze lepsze, niż tutaj. No, cóż mi nie potakujesz, jakbyś był niekontent z tego? Ej, bratku, ja uważam od jakiegoś czasu, że ty jakoś nie chcesz mówić ze mną o Małce; ile razy zaczynam mówić o mojém małżeństwie, ty milczysz, albo zagadujesz. W tém jakiś nieczysty interes. Może tobie się coś odmieniło w głowie?
— Ale cóż znowu? — odrzekł żyd, ruszając ramionami, i zrobił minę niewinnego.
— No, niech cię ręka bożka broni! Ty nie wiész jeszcze, co ja mogę, jak chcę. I ciebie-bym zgubił, i ją-bym zgubił. Ja już-bym znalazł sposób, żeby się na was pomścić.
— Nie pleć, głupi! za co-by się ty mścił? Co tu teraz o tém mówić? Niech tylko piérwéj moja Małka będzie wolną. To najpiérwsze.
Mówiąc to, czołgał się koło ściany, szukając po omacku swego zawiniątka. Znalazł je wreszcie, rozwinął, wydobył z niego lusterko, brzytwy i zabrał się do zmiany twarzy. Nuchem trzymał mu świecę i lusterko, on stał przed nim i golił brodę. Wśród tego Nuchem mówił:
— Ja także tu nie będę siedział w téj dziurze. Dostanę się na Węgry, mam tam w jedném miejscu także bezpieczne schowanie, a trochę wygodniejsze i przyjemniejsze. Ale za miesiąc wrócę tutaj, słyszysz? wrócę tutaj.
— No, dobrze.
— I ty przyjdziesz tu także, to się zobaczymy i naradzimy. Dobrze?
— Dobrze, dobrze.
— Małkę do tego czasu może puszczą, to ją także przyprowadź tutaj. Teraz już nie będzie potrzeby taić się przed nią. Uradzimy wspólnie, jak czmychnąć do Ameryki. E! tam-to będzie życie, bracie! — zawołał wesoło Nuchem i uderzył w ramię Grünwalda poufale.
— Co robisz, waryacie? o małom się nie skaleczył — i odsunął prędko brzytwę od twarzy. Był już całkiem zmieniony. Z brody ani śladu nie zostało, a z wąsów zaledwie dwie plamy pod nosem, jak gdyby ślad od tabaki. Wyglądał na biednego szewca z jakiego małego miasteczka. Nuchem śmiać się musiał z niego, tak śmiesznie wyglądał stary żyd Grünwald.
— A co, dobrze tak? — spytał zadowolony.
— Własna córka-by cię nie poznała.
— Tak trzeba. No, a teraz weźmiemy się do przebierania.




W kilka dni potém, w Tarnowie, podczas targu, złapano na targu jakiegoś obdartusa, który, chwyciwszy babie z rąk kilkanaście reńskich, uciekał z niemi w boczną ulicę. Był to już niemłody człowiek, siwy całkiem, bez zarostu, tylko pod nosem sterczał wązki skrawek wąsów, zaczerniony tabaką. Zaprowadzony do sądu, przyznał się odrazu do winy; tłómaczył się, że zrobił to z biedy, że jest rodem z Olkusza, że się nazywa Jędrzej Knapek i jest z powołania krawcem, że przez parę lat chodził po dworach, ale teraz, odkąd zapadł na oczy, nie może wiele zarabiać. Świadectw, ani pasportu nie miał, bo, jak utrzymywał, ukradziono mu.
Sąd, po sprawdzeniu tych szczegółów — doniesiono bowiem drogą urzędową, że rzeczywiście Jędrzej Knapek pochodzi z Olkusza i jest krawcem — skazał go za kradzież na dwa miesiące więzienia.
W taki sposób, kiedy sąd, żandarmi, policya szukali wszędzie Grünwalda, on pod nazwiskiem Jędrzeja Knapka ukrywał się w kryminale, a że siedział za małe przestępstwo, więc téż więzienie jego nie było ciężkie. Używano go do różnych posług to w domu dozorcy więzienia, to w ogrodzie. Pomiędzy więźniami, których widywał, było wielu jego znajomych, żaden jednak nie poznawał go w téj postaci. Do tego jeszcze Grünwald z umysłu zapadał często na ból zębów i chodził z podwiązaną twarzą, co jeszcze trudniejszém robiło go do poznania. Dobrze powiedział Nuchem, że własna córka-by go nie poznała. Ale Amelia była-by go nie poznała nawet, gdyby we własnéj postaci stanął przed nią, bo nie patrzała na nikogo i była obojętną na wszystko, co się koło niéj działo. Po silnych wybuchach rozpaczy, płaczu, owładnęła ją teraz jakaś martwota. Siedziała po całych dniach nieruchoma, z oczyma zapatrzonemi w ziemię, lub gdzieś przed siebie. Czy to był stan bezmyślnéj apatyi, czy téż jakaś jedna myśl zajmowała ją tak mocno, że na nic więcéj uwagi nie zwracała, trudno to było odgadnąć, bo żydówka nie zwierzała się przed nikim, nic nie opowiadała.
Ojciec nieraz, pracując w ogrodzie, widział ją siedzącą pod murem, z tym szklanym, nieruchomym wzrokiem, i przechodził straszne męczarnie, że nie może zbliżyć się do niéj, pocieszyć jéj, przytulić do siebie. Nieraz zdawało mu się, że patrzy na niego, wtedy dawał jéj jakieś znaki; ale ona, patrząc, nie widziała. Wzrok jéj był, jak wzrok obłąkanego, który widzi tylko utwory własnéj wyobraźni. Widziadła te, które lęgły się w wyobraźni żydówki, musiały być okropne, bo twarz jéj była zawsze ponura, a nieraz wykrzywiała się i marszczyła w sposób, który ją robił straszną. Grünwaldowi krajało się serce na widok boleści ukochanéj córki, a cierpiał tém bardziéj, że jéj pomódz nie mógł. Był tak blizko własnego dziecka, a nie mógł przyznać się do niego.
Parę razy o mało się nie zdradził. Raz, kiedy dowiedział się, że jakaś młoda żydówka chciała się wieszać, ale jéj przeszkodzono, Grünwaldowi wnet na myśl przyszła córka, zerwał się z tampczana i wrzasnął okropnym, rozpacznym głosem: „O, moje biedne dziecko!” Na szczęście nikt nie słyszał tego wykrzyku, oprócz dwóch więźniów, z którymi razem siedział. Przed tymi wytłómaczył się potém, gdy, po gwałtowném wzruszeniu, opamiętał się nieco, że ma w Królestwie córkę, i przyszło mu na myśl, że ona, dowiedziawszy się o jego hańbie, może także podobnego czynu się dopuścić, jak owa żydówka.
— O! to-by było okropne! — mówił. — Ja-bym nie przeżył tego! — i rozpłakał się głośno. Płaczem tym ulżył swojéj boleści, a nie wzbudzał żadnych podejrzeń. Wiedzieli, że płacze z powodu córki swojéj, ale nikt nie przypuszczał, że płacze za ową żydówką, która targnęła się na własne życie.
Teraz dopiéro zrozumiał Grünwald, co znaczyło to ponure zamyślenie córki, to straszne zmiany nieraz na jéj twarzy. Układała plan samobójstwa i myśleniem usiłowała oswoić się z jego okropnością.
Rzeczywiście, Amelia, straciwszy wszelką ochotę do życia, przemyśliwała tylko nad sposobem, jakby uwolnić się od niego. Z początku wierzyła w naiwności swojéj, że sąd skaże ją na śmierć za zbrodnie, w które ją wplątano. Według jéj pojęcia, zbrodnia tak straszna śmiercią karana być powinna, i z upragnieniem oczekiwała wyroku. Nie chciała żyć więcéj, skalana hańbą ojca; była przekonaną, że Jan odepchnął-by ze wzgardą córkę złodzieja, a to jéj wystarczało zupełnie, aby życie straciło całą wartość w jéj oczach. Gdy jednak w ciągu śledztwa widziała, że nietylko nie będzie karana śmiercią, ale może być nawet uwolnioną, bo niewinność jéj w téj sprawie stawała się coraz widoczniejszą, trwoga ją ogarnęła na myśl, że może być wolną, i postanowiła sama sobie odebrać życie. Z początku chciała się zagłodzić, ale, gdy gwałtem zmuszono ją do jedzenia, wymyśliła sobie inny rodzaj śmierci. Upatrywała tylko sposobnéj chwili do wykonania zamiaru, i jednéj nocy, kiedy towarzyszki jéj spały snem mocnym, wstała po cichu, poszła ku oknu, przywiązała do kraty kilku węzłami jedwabną chustkę swoję, potém okręciła nią szyję, puściła się rękoma i zawisła w powietrzu. Zrobiła to wszystko tak cicho, że nie zbudziła nikogo; nawet w chwili, kiedy chustka ścisnęła gardło, siłą woli, z jaką pragnęła umrzéć, zapanowała nad boleścią, nie ruszyła ani ręką, ani nogą, wisiała jak związana. Na szczęście szyldwach, zaglądając przez drzwiczki, spostrzegł na tle jasnego okna wiszącą jakąś postać ludzką; stukaniem obudził śpiących w kaźni, i w ten sposób uratowano żydówkę. Kiedy ją odwiązano, była już nieprzytomna. Niezadługo jednak przyszła do siebie. Otworzywszy oczy, spojrzała zdziwiona dookoła i twarz zakryła rękoma. Nie chciała patrzéć na nikogo, ani odpowiadać na czynione jéj zapytania. Wezwany do niéj doktor orzekł, że powodem tego jest melancholia, przepisał jednę godzinę więcéj spaceru w ogrodzie. Trudno jednak było namówić ją do tego. Niechętnie dawała się wyprowadzać z celi, a gdy ją wyprowadzono do ogrodu, usiadła pod murem i siedziała tak cały czas, nie patrząc, ani mówiąc.
Strażnik więzienny, któremu polecono pilnować, aby żydówka jak najwięcéj ruchu używała, usiłował zmusić ją do tego groźbami, a gdy ona obojętnie te groźby przyjmowała, zniecierpliwiony, porwał ją raz za ramię i pchnął na ścieżkę tak silnie, że upadła. Grünwald był wtedy właśnie w ogrodzie. Ujrzawszy to, rzucił się na strażnika z wściekłością i oburzeniem i bić go począł. Z trudnością straż, która w téj chwili nadbiegła, zdołała oderwać go od dozorcy. Wpakowano go za to na czterdzieści ośm godzin do ciemnicy o chlebie i wodzie. Nikt jednak nie wpadł na myśl badać powody, które skłoniły go do tak energicznego ujęcia się za żydówką; przypisywano dobremu sercu starca, że nie pozwolił krzywdzić biednéj dziewczyny, któréj smutny los budził powszechną litość i sympatyą nawet między sędziami. Dlatego poprzestano na téj karze, a dozorcy nakazano delikatniéj obchodzić się z uwięzioną. Zostawiono ją więc w spokoju, i Małka siadywała, jak dawniéj, pod murem, zawinięta w chustkę wełnianą, którą nawet twarz zakrywała przed ludźmi. Nieraz siedziała tak kilka godzin, bo z rozkazu doktora pozwalano jéj przebywać na wolném powietrzu, jak długo sama zechce.
Jednego dnia, w czasie, kiedy strażnicy zajęci byli odprowadzaniem więźniów ze spaceru, a przyprowadzaniem innych, Grünwald, który kręcił się po ogrodzie i przesadzał drzewka, zbliżył się nieznacznie do siedzącéj i, zajęty niby kopaniem dołu, odezwał się głosem cichym, ale dosadnym:
— Małka!
Dziewczyna ruszyła się nagle, jakby ją co ukąsiło, i ze zmarszczoném czołem spojrzała na mówiącego, wpatrując się ostro, badawczo.
— Nie patrz na mnie, żeby się nie domyślili, że rozmawiam z tobą.
— Ktoś ty? Głos twój przypomina mi kogoś, kogo-bym nie chciała już widziéć więcéj; ale nie, ty nie jesteś moim ojcem — dodała ze wstrętem.
Grünwald widocznie zmieszał się tém odezwaniem córki i nie wiedział, co daléj mówić. Nie spodziewał się, że go nienawidzieć będzie. Żydówka nieciekawą była widocznie, co jéj powié, bo zapadła znowu w ponurą apatyą.
Po chwili Grünwald odważył się znowu przemówić:
— Mam do ciebie zlecenie.
— Od kogo?
Grünwald wahał się, co powiedziéć.
— Od ojca? — spytała. — Nie chcę nic słyszéć, nie chcę go znać więcéj. Ja nie chcę być córką złodzieja.
Żyd z podwojoną siłą począł wyrzucać ziemię z dołu, aż mu twarz nabiegła krwią od wysilenia. Czas jakiś trwało głuche milczenie, słychać było tylko uderzania łopaty o kamienie. Gdyby żydówka była baczniéj obserwowała pracującego, była-by mogła zauważyć, że od czasu do czasu krople wody ściekały po jego zmordowanéj twarzy i upadały to na ziemię, to na łopatę. Może to był pot, a może łzy. Ale jéj nie przyszło na myśl patrzéć na niego. Wstała obojętnie i zabierała się do odejścia.
— Nie odchodź jeszcze — odezwał się żywo Grünwald, ocierając rękawem twarz mokrą — mam ci coś powiedziéć, coś bardzo ważnego.
— Mów — rzekła chłodno.
— Posłał mnie Jan.
Żydówka zadrżała.
— Kazał ci powiedziéć, że gardzi mną, prawda? Odsyła mi może pierścionek?
— Nie; kazał ci powiedziéć, że kocha cię, jak dawniéj, że powinnaś żyć dla niego.
Żydówka zaczęła prędko mrugać powiekami, jakby nie mogła znieść blasku tych słów; oczy jéj ożywiły się nagle, na twarzy krzyżowały się najrozmaitsze myśli, stawała się prawie nieprzytomną z radości, chwyciła się rękoma za piersi, jakby się bała, żeby nie pękły, i długo nie mogła przemówić ze wzruszenia.
— Na Boga, uspokój się! — odezwał się żyd, nie przerywając roboty — bo mogą zobaczyć. Zgubisz mnie i siebie!
— Więc to on ci powiedział? — zapytała Amelia zniżonym głosem, drżącym od uciechy — on? Nie, to niepodobna. On nie może kochać córki złodzieja; on taki prawy, zacny, szlachetny, musi się brzydzić mną. Może tylko z litości tak mówi.
— Jego ojciec siedział także w kryminale za złodziejstwo.
— Kłamiesz! Ciebie ktoś tu umyślnie posłał, abyś go oczernił! — zawołała z ogniem.
— Sam ci to powié.
Żydówka nic na to nie rzekła. Wiadomość, którą usłyszała, wprawiła ją w osłupienie.
W téj chwili odezwał się głos dozorcy, wołający Knapka.
— Idę, idę! — odezwał się głośno, a do Amelii rzekł po cichu śpiesznie: — Niezadługo będziesz wolną. Gdy cię ztąd wypuszczą, idź do karczmy na górę Świętego Marcina, ja tam będę czekał na ciebie i zaprowadzę cię do niego.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Michał Bałucki.