Zima pośród lodów/X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Zima pośród lodów
Wydawca Ferdynand Hösick
Data wydania 1880
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Stanisław Marek Rzętkowski
Tytuł orygin. Un hivernage dans les glaces
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
X.
Żywcem pogrzebani.

W przeddzień pochodu, w chwili wieczerzy, Penellan, usiłując uwolnić rurę kominową od zatkania, naraz znalazł się w gęstych kłębach dymu, które wiatr wpędził rurą do wnętrza. W téj saméj chwili dom ze śniegu uległ wstrząśnieniu, jakoby pochodzącemu od trzęsienia ziemi. Obecni temu wydali okrzyk trwogi, a Penellan pośpieszył, by wyjrzéć, co się dzieje na świecie.
Ciemności nieprzejrzane otaczały okolicę. Straszliwa burza huczała w powietrzu. Ogromne płaty śniegu spadały z szybkością niewidzianą, a zimno było tak dojmujące, że cieśla czuł, jak mu ręce marzną gwałtownie. Trzeba się było wrócić, aby nie być zasypanym żywcem przez śniég.
— Cóż to za wściekła burza! — rzekł. — Dałby Bóg, żeby się nasza siedziba jéj oparła, bo jeżeli ten uragan okropny ją zdruzgocze, będziemy zgubieni!
Podczas gdy wicher straszliwy wył w powietrzu dzikiemi głosy, pod lodem dał się słyszéć dziwny łoskot. Lodowce, spotykając się z cyplem przylądka, gruchotały się wzajemnie z przerażającym hukiem; wiatr dął z taką siłą, że zdawało się chwilami, iż uniesie siedzibę naszych marynarzy, a światełka fosforyczne, zjawisko dziwne w tych stronach, przebiegały wśród mas spadającego śniegu.
— Maryo! — zawołał Penellan, chwytając jéj zimne dłonie.
— Cóż to za okropne położenie! — rzekł Misonne.
— Obyśmy się tylko szczęśliwie z niego wydostali! — dorzucił Aupic.
— Porzućmy to liche siedlisko — zaproponował Vasling.
— Ależ to niemożliwe! — odrzekł Penellan. — Zimno na świecie jest nie do wytrzymania, a tymczasem tutaj możemy przynajmniéj znosić je i szukać sposobów oparcia się jego zabójczym wpływom.
— Dajcie mi termometr — zakończył Vasling.
Aupic podał mu to narzędzie, które wskazywało dziesięć stopni niżéj zera wewnątrz chaty, i to wtedy, gdy ogień płonął żywo na palenisku. Vasling odsunął płótno, pokrywające wejście, i wystawił instrument na zewnątrz, ale musiał cofnąć rękę, ponieważ kawałki lodu, które wiatr pędził z gwałtownością, byłyby termometr niezawodnie potłukły.
— I cóż — spytał Penellan — czy możemy myślić o wyjściu? Widzisz pan dobrze, że tylko tutaj znaléść możemy jakie takie bezpieczeństwo.
— Tak — dorzucił Cornbutte — i winniśmy użyć wszystkich sił, aby wzmocnić ściany naszego schronienia.
— Lecz jest inne jeszcze niebezpieczeństwo, które nam zagraża — odparł porucznik.
— Jakie?
— Ten straszliwy wicher może z łatwością pogruchotać lody, na których się znajdujemy, tak samo jak gruchocze olbrzymie ich masy w zatoce, a wówczas zginiemy w otchłaniach morza!
— Nie tak to łatwe, jak się panu zdaje — odparł Penellan — bo wicher mroźny ścina natychmiast każdą powierzchnię płynną. Obaczmy, jaki jest stan temperatury.
Wysunął rękę z termometrem przez uchylone płótno, a cofnąwszy ją następnie, przysunął lampę, spojrzał bacznie na narzędzie i rzekł:
— Trzydzieści dwa stopnie niżéj zera!... Jest to największe zimno, jakiegośmy dotąd doświadczyli.
— Jeszcze dziesięć stopni — wtrącił Vasling — a rtęć w termometrze zamarźnie.
Grobowe milczenie zaległo po téj uwadze.
Około ósméj godziny zrana Penellan powziął zamiar wyjścia na zewnątrz, w celu rozpatrzenia stanu powietrza, pragnąc przytém oczyścić wylot komina, aby ułatwić wyjście dymu, którego nagromadziło się w chacie pełno od wczoraj. Otulił się przeto troskliwie w swą futrzaną odzież, zesunął kaptur na czoło i uniósł zasłonę wyjścia.
Ale wyjście, a raczéj owa zasłona, była zupełnie przysypana zmarzniętym śniegiem. Penellan zapomocą żelaznego drąga, usiłował usunąć tę zaporę, lecz trwoga ścięła krew jego, gdy poczuł, że koniec drąga natrafił na twardą i nieprzebytą ścianę.
— Kapitanie — rzekł do Cornbutta, który natychmiast podszedł ku niemu — jesteśmy zasypani śniegiem!...
— Co mówisz!?
— Mówię że śniég nagromadził się około nas i nad nami w takiéj masie, iż stwardniawszy jak skała, pogrzebał nas żywcem.
— Usiłujmy przebić tę masę — szepnął strwożony kapitan.
Dwaj starzy przyjaciele próbowali całą siłą ramion usunąć lodową zaporę, ale napróźno. Śniég zmarzł i na jakie pięć stóp grubości utworzył jednolitą skałę, która wraz z ścianami domu stała się nierozdzielną masą.
Cornbutte nie mógł się powstrzymać od wydania krzyku rozpaczy, który zwabił Misonne’a i Vaslinga. Ostatni wymruczał straszliwe przekleństwo, a zęby jego zgrzytnęły od wściekłości.

W téj chwili kłęby dymu buchnęły z ogniska do wnętrza chaty, nie znajdując dla siebie wyjścia.
Trzydzieści dwa stopnie niżéj zera.
— Przekleństwo! — zawołał Misonne. — Otwór komina zatkany jest lodem!

Penellan, zagasiwszy ognisko, usiłował swoim drągiem przebić otwór komina, ale i tu napotkał nieprzebytą zaporę.
Należało więc oczekiwać okropnéj śmierci, po konaniu w najstraszliwszych męczarniach. Dym dusił gardła biédnych marynarzy, którym jeszcze lada chwila brak powietrza mógł zaprzéć oddech na wieki....
Marya powstała ze snu, a jéj obecność, która doprowadzała do rozpaczy Jana Cornbutte, dodała odwagi Penellanowi. Dzielny Bretończyk, widząc ją, odezwał się z przejęciem, że niepowinna ona ginąć w sposób tak straszny — że należało szukać wybawienia do ostatniéj chwili.
— Przyjaciele — rzekła, nie domyślając się całéj okropności położenia — co znaczy ten dym? Czyście rozpalili zawielki ogień?
— Tak, tak... — wyjąkał Penellan.
— To widoczne. A przecież ciepła mamy dosyć, więcéj niż kiedykolwiek.
Nikt nie śmiał powiedziéć jéj prawdy.
— Urządzi się to jakoś — wtrącił Penellan porywczo — a tymczasem, Maryo, zajmij się przyrządzeniem śniadania. Zazimno jest, aby wyjść. Oto kominek, spirytus i kawa. A niech tam kto wydostanie mięsiwo; musiémy je spożywać, dopóki ta przeklęta pogoda nie pozwoli nam upolować czegoś świéżego.
Słowa te ożywiły jego towarzyszów.
— Najpiérw posilmy się — dodał Penellan — a potém obaczymy, jak się ztąd wydostać.
Poczciwy Bretończyk zawsze usiłował dawać ze siebie dobry przykład i teraz więc ujął swą porcyą i począł ją spożywać. Towarzysze poszli za tym przykładem i każdy z nich spożył filiżankę kawy gorącéj, co dodało im sił i odwagi, a Jan Cornbutte oświadczył z wrastającą energią, że należy użyć wszelkich sposobów ocalenia.
Andrzéj Vasling rzekł wówczas:
— Jeżeli burza trwa jeszcze, to znaczy że lód nad nami wznosi się na jakie dziesięć stóp, bo inaczéj słychaćby było szum huraganu.
Penellan spojrzał ukradkiem na Maryą, która musiała zrozumiéć całe znaczenie téj uwagi, ale nie zadrżała bynajmniéj. Zabrał się on bez zwłoki do pracy i rozpalił koniec drąga do czerwoności nad płomieniem lampki spirytusowéj, a następnie począł nim przebijać ściany chaty, lecz drąg nigdzie wyjścia znaléść nie mógł. Cornbutte, widząc to, wniósł aby usiłowano usunąć zaporę lodową jedynie tylko u wejścia. Lód był tak twardy, że oskardy zaledwie z trudnością nadwérężały jego masę; kawałki, które mozolnie od niéj oddzielono, zaległy wkrótce wnętrze chaty. Po dwoch godzinach téj ciężkiéj pracy, zagłębienie, wybite w lodzie, sięgało zaledwie dwóch stóp.
Trzeba było wymyślić sposób szybszy i skuteczniejszy, aby uniknąć uduszenia z braku powietrza. Penellan wpadł na myśl, aby przy użyciu kominka spirytusowego wytopić w masie lodowéj potrzebny otwór. Był to sposób bardzo niepewny, a przytém niebezpieczny, ponieważ przy dłuższym pobycie zdala od okrętu, spirytusu, którego nasi marynarze posiadali ilość niewielką, mogło było zbraknąć do gotowania posiłku. Mimo to myśl Penellana zyskała poparcie wszystkich i wzięto się natychmiast do jéj wykonania. Wyżłobiono najpiérw otwór trzy stopy głęboki a jednę széroki, aby weń lać gorącą wodę, która miała topić lód. Wkrótce przekonano się, że sposób to dobry. Otwór zwiększał się pod działaniem gorącéj wody z każdą chwilą, ale roboty téj nie można było prowadzić ciągle, bo woda, parując, wsiąkała w suknie i moczyła je nawskróś. Po cztérech godzinach téj mozolnéj pracy, Penellan musiał się sam suszyć pod kominkiem. Misonne natychmiast zajął jego miejsce i mozolił się z równą usilnością.
Po dwóch następnych godzinach usiłowań, gdy otwór miał już pięć stóp głębokości, drąg żelazny jeszcze nie natrafił na wyjście.
— To niemożliwe — rzekł Cornbutte — aby śniég upadł śród jednéj nocy w takiéj masie. Zapewne wiatr napędził go i nagromadził w téj ilości. Bardzo być może, że z przeciwnéj strony naszéj chaty niéma go tyle.
— Tego nie wiem — odrzekł Penellan — ale sądzę że aby nie zniechęcać naszych towarzyszów, dobrze będzie pracować daléj nad otworem, który się już rozpoczęło. Niepodobna abyśmy nie dotarli do wyjścia.
— Czy spirytusu nie zbraknie?
— Zdaje mi się że nie — odrzekł Bretończyk — ale pod warunkiem, że będziemy pijać zimną kawę i herbatę. Mniejsza o to, ale jest cóś, co mnie bardziéj niepokoi.
— Cóż takiego?
— Oto że nasza lampa zgaśnie w braku oleju i że nasze zapasy żywności wyczerpią się wkrótce. Lecz... co tam! W imię Boże — daléj do dzieła!
Po niejakim czasie Penellan zastąpił w pracy Vaslinga, który nie żałował rąk i energicznie brał współudział nad dziełem wspólnego oswobodzenia, a wyżłobiwszy jeszcze jednę stopę zagłębienia, udał się, wspólnie z towarzyszami, na spoczynek.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Stanisław Marek Rzętkowski.