Zima pośród lodów/IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Zima pośród lodów
Wydawca Ferdynand Hösick
Data wydania 1880
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Stanisław Marek Rzętkowski
Tytuł orygin. Un hivernage dans les glaces
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Gromadka nasza ruszyła w drogę.
IX.
Dom ze śniegu.

W dniu 23 października, o godzinie jedénastéj z rana, przy żywym blasku księżyca, gromadka naszych podróżników ruszyła w drogę. Ponieważ rozsądek kazał przewidywać, że wyprawa po za czas z góry naznaczony przeciągnąć się może, przedsiębrano więc śród drogi wszystko to, co dyktowała ostrożność. Jan Cornbutte skierował pochód ku okolicy północnéj. Postępowano wciąż po jednolitéj masie lodów, tak twardéj, iż na jéj powierzchni stopy ludzkie nie wyciskały, najsłabszego nawet śladu. To téż, aby ułatwić sobie powrót, Jan Cornbutte wzdłuż przebytéj drogi, w odpowiednich odstępach, pozostawiał stosowne znaki, lub bacznie rozpatrywał się w położeniu okolicy. Gromadka nasza przechodziła to przez lodowy wzgórek, najeżony cyplami, to znowu kroczyła przez olbrzymią masę lodu, którą siła wewnętrzna wyparła z nieprzejrzanéj płaszczyzny.
Na piérwszym przystanku, po przejściu jakich piętnastu mil, Penellan zabrał się do urządzenia chwilowego siedliska. Namiot, zawieszony u boku olbrzymiego lodowca, musiał tym razem wystarczyć. Na szczęście, Marya nie cierpiała bardzo od straszliwego zimna, bo dokuczliwy wiatr ucichł i stał się znośniejszym; mogła przynajmniéj wychodzić częściéj ze swego maleńkiego schronienia, aby użyć ruchu, bez którego cyrkulacya krwi byłaby po niejakim czasie niemożliwą. Zresztą jéj chatka na saniach była urządzona dosyć wygodnie, a Penellan okrył ją starannie skórami, które chroniły wnętrze od przeraźliwego zimna. Podczas nocy, zarówno jak wczasie spoczynku, chatkę znoszono z sań i ustawiano przy ogólnym namiocie; wtedy służyła ona Maryi jako sypialnia. Posiłek wieczorny składał się zwykle ze świéżéj zwierzyny, z solonego mięsiwa i z gorącéj herbaty. Jan Cornbutte udzielał także wszystkim pewną ilość soku cytrynowego, jako prezerwatywę od szkorbutu. Po wieczerzy udawano się na spoczynek.
Po ośmiogodzinnym śnie, każdy zajmował wyznaczone sobie stanowisko. Rozdawano wówczas, zarówno ludziom jak i psom, pożywne śniadanie, a następnie wyruszano w drogę. Lód twardy i jednolity pozwalał psiemu zaprzęgowi ciągnąć sanie z taką łatwością, że częstokroć ludzie za niemi nadążyć nie byli w stanie.
Marynarze nasi po kilku dniach podróży poczęli bardzo cierpiéć z powodu zapalenia oczu. Choroba ta objawiła się najpiérw i w największéj sile u Aupica i Misonne’a. Światło księżycowe, odbijające się o niezmierne płaszczyzny iskrzącego się lodu, paliło wzrok i sprowadzało ból nieznośny. Spostrzeżono także ciekawą okoliczność, wynikłą z ciągłego wytężenia wzroku i złudzeń świetlnych, a mianowicie iż postępując, nasi podróżni byli pewni iż tu i owdzie stąpali po pagórkach, ale podniesiona noga opadała niespodzianie niżéj, co nieraz spowodowało upadek, na szczęście bez złych następstw. Penellan dowoli z tego żartował, bo poczciwy Bretończyk chciał żartem podsycać odwagę towarzyszów, ale mimo to nie było można wkrótce zrobić kroku bez wypróbowania drogi żelaznym drągiem.
Około 1-go listopada, w dziesięć dni po rozpoczęciu wyprawy, gromadka podróżnych znalazła się o jakie pięćdziesiąt mil na północ. Zmęczenie dało się czuć najdotkliwiéj wszystkim. Jan Cornbutte cierpiał bardzo na zapalenie oczów, a siła wzroku znacznie mu osłabła. Aupic i Misonne szli prawie już tylko poomacku, bo oczy ich, obwiedzione czerwoną obwódką, nie znosiły odbicia się światła księżycowego. Marya była jeszcze wolną od tego cierpienia, bo prawie ciągle siedziała w swojém schronieniu, o ile to było możliwém. Penellan, podtrzymujący w sobie niezachwianą wytrwałość, oparł mu się także. Ale prawie nieczułym na te wszystkie dolegliwości był Andrzéj Vasling; jego stalowy organizm znosił je bez ugięcia, a porucznik z rozkoszą tylko śledził każdy objaw zniechęcenia śród gromadki towarzyszów i przewidywał chwilę, w któréj zażąda ona natychmiastowego powrotu.
Właśnie téż w dniu 1 listopada, wskutek straszliwego znużenia, odpoczynek dłuższy stał się koniecznością.
Skoro tylko stanęło na tém, aby na dłuższy czas podróż zawiesić, zabrano się natychmiast do urządzenia siedziby. Postanowiono zbudować dom ze śniegu, który jedną stroną opiérał się o skały wzgórka. Misonne naznaczył natychmiast podwaliny, długie na piętnaście, a szérokie na pięć stóp; Penellan, Aupic i cieśla wzięli się bezzwłocznie do nagromadzenia brył lodu, zapomocą swych bosaków sprowadzili je na miejsca wybrane i poczęli je układać jak cegły. Wkrótce główna ściana była wzniesiona na pięć stóp wysokości, z grubością prawie tych samych wymiarów, bo niepotrzeba było oszczędzać materyałów budowlanych, skoro ich było poddostatkiem. Ściana ta zdawała się dosyć silną na przeciąg dni kilku. Po upływie ośmiu godzin wszystkie cztéry ściany były już prawie ukończone; wyjście urządzono w stronie południowéj, a płótno żaglowe, które położono na tych ścianach, spadało na drzwi, osłaniając je tym sposobem w każdéj chwili. Należało już tylko budowę tę zasklepić i sklepieniem zastąpić brak właściwego dachu.
Po trzech godzinach ciężkiéj pracy, dom ze śniegu został ukończony i każdy z robotników mógł teraz śród murów jego po trudach odpocząć. Ale, niestety, praca ta tak znużyła marynarzy, iż wyczerpała prawie do reszty ich energią i odwagę. Sam Cornbutte przytém cierpiący był bardzo i niezdolny do zrobienia choćby jednego kroku, a Vasling tak wszędzie potrafił wyzyskać smutne te okoliczności, iż wymógł na nim zdanie, iż dotychczasowych poszukiwań daléj posuwać niepodobna. Penellan, usłyszawszy to, oburzył się niezmiernie; gdy słyszał, iż porzuca się zgubionych towarzyszów tak niegodziwie i z takiém tchórzostwem w ich położeniu okropném, przejmowała go groza. Nie wiedział już, jak się zaklinać, że „wszystko się zmieni na lepsze,” aby tylko dodać odwagi i siły odrętwiałym kolegom, ale wszystko to było napróżno.
Ponieważ obecnie powrót do okrętu już postanowiono, uznano przeto odpoczynek kilkodniowy za konieczny, témbardziéj że należało przygotować się do drogi.
W d. 4 listopada Cornbutte rozpoczął urządzenie podziemnego składu takich zapasów, które mu się zbytecznemi okazały. Skład ten odpowiednio naznaczono, aby, wrazie ponowionéj wycieczki, można go było w przyszłości odnaléść. Przez całą zresztą drogę, podczas cztérech dni pochodu, urządzano składy podobne w różnych miejscach, aby tym sposobem miéć żywność zachowaną na czas powrotu, bez koniecznéj potrzeby wożenia jéj na saniach.
Dnia 5 listopada miano wyruszyć w drogę. O dziesiątéj godzinie zrana pochód miał się rozpocząć. Smutek i strapienie widoczne były na twarzach wszystkich. Marya zaledwie potrafiła wstrzymać łzy, które jéj się cisnęły do oczu na widok zupełnego zniechęcenia jéj wuja. Tyle cierpień bezużytecznych, tyle trudów... próżnych! Penellan miał humor wściekły; klął na czém świat stoi wszystkich za lada sposobnością; oburzał się na słabość i nikczemność swych towarzyszów, bardziéj trwożliwych i zmęczonych, niżeli Marya, która i teraz jeszcze, na krańcu świata, nie żaliła się i nie upadała na duchu.
Widząc co się dzieje, Vasling nie umiał ukryć swego zadowolenia. Jeszcze bardziéj stał się nadskakującym dla Maryi, któréj tłumaczył na pociechę, że poszukiwania można będzie prowadzić na wiosnę... Był to fałsz, albowiem pan porucznik wiedział wybornie, iż wówczas wszelkie poszukiwania będą już próżnemi.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Stanisław Marek Rzętkowski.