Zima pośród lodów/XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Zima pośród lodów
Wydawca Ferdynand Hösick
Data wydania 1880
Druk S. Burzyński
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Stanisław Marek Rzętkowski
Tytuł orygin. Un hivernage dans les glaces
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XI.
Chmura dymu.

Nazajutrz, gdy nasi marynarze zbudzili się, ciemność zupełna nie dozwalała im nic widziéć. Lampa zgasła. Jan Cornbutte zbudził Penellana, aby go zapytać o krzesiwko, które mu Bretończyk natychmiast podał. Penellan podniósł się wnet, aby zapalić spirytus w kominku, lecz zadziwił się i przeraził zarazem, gdy głowa jego uderzyła o lodowe sklepienie chaty. Wczoraj jeszcze sklepienie to znajdowało się o wiele wyżéj! Gdy spirytus zapłonął bladawym płomykiem w kominku, spostrzegł że się ono obniżyło o stopę prawie, że zatém prawdopodobnie przyjdzie chwila, w której, pod zewnętrznym naciskiem, zawalić się
może i zgnieść wszystkich, znajdujących się we wnętrzu chaty.
Myśl ta sprawiła, że Penellan rzucił się do pracy z gorączkową zaciętością.
W téj chwili Marya, przy płomyku kominka, który oświécał ponuro twarz Bretończyka, spostrzegła na niéj wyraz rozpaczy i podszedłszy ku niemu, ujęła jego dłonie w serdecznym, ale niemym uścisku. Penellan czuł, iż mu wraca zachwiana odwaga.
— Ona nie powinna tak umiérać! — mruknął do siebie z silném postanowieniem i zagłębił się w otworze wyżłobionéj wczoraj jamy. Tam, silną dłonią ująwszy drąg, zapuścił go w ścianę lodową i... o cudzie!... drąg przebił tę ścianę i zagłębił się daléj swobodnie, bez żadnej przeszkody. Czyżby natrafił wreszcie na miękką warstwę śniégu? Wyciągnął drąg, a w téj chwili przez otwór do wnętrza chaty wdarł się ożywczy promień światła.
— Do mnie, do mnie, towarzysze! — zawołał Penellan.
Radość jego graniczyła nieledwie z szaleństwem; rękami i nogami począł wyrzucać śniég z otworu, ale zewnętrzna ściana powierzchni nie była bynajmniéj tak miękką, jak przypuszczał; przekonał się wnet o tém ze straszliwego powiewu mroźnego wiatru, który się wdarł do chaty i zmroził zwilgocone części ubrania Bretończyka tak silnie, iż odrazu stężały. Pomagając sobie bosakiem, Penellan rozszérzył otwór i mógł wreszcie wydostać się na wolne powietrze. Upadł wówczas na kolana i gorąco dziękował Najwyższemu za ocalenie, a Marya i jego towarzysze, widząc ten pobożny zapał, znaleźli się wkrótce obok niego i z jego modlitwą złączyli własne dziękczynienia.
Wspaniała tarcza księżyca oświécała niezmierzone przestrzenie, lecz temperatura była mroźną nie do zniesienia. Wrócono do chaty, ale Penellan przez ten czas rozejrzał się bacznie po okolicy i spostrzegł, że wzgórzystego przylądka nie było i że chatę otacza bezgraniczna płaszczyzna. Bretończyk pragnął podejść do sań, lecz z przerażeniem ujrzał, że ich niéma: znikły wraz z zapasami żywności!

Przejmujący do kości mróz zmusił i Penellana do powrotu. O zaginieniu sań nie rzekł on nikomu ani słowa. Musiał przedewszystkiém osuszyć odzież nad płomieniem kominka. Termometr, wystawiony na działanie otwartego powietrza, spadł do trzydziestu stopni niżéj zera.
Dostrzegła na twarzy jego wyraz rozpaczy.

Po upływie, godziny Vasling i Penellan postanowili rozpatrzyć dolinę. Obcisnęli starannie swą wilgotną jeszcze odzież i wyszli otworem wybitym, którego ściany, pod działaniem zimna, były już twarde jak skała.
— Wiatr zapędził nas w stronę północno-wschodnią — rzekł Vasling, rozpatrując się bacznie w gwiazdach, które błyszczały nadzwyczaj świetnie.
— Nicby w tém nie było złego, gdyby sanie nasze towarzyszyły nam w téj podróży — odrzekł Penellan.
— Jakto?... albo sań niéma?... — zawołał Vasling. — Do pioruna! jeżeli ich niéma, to jesteśmy zgubieni!
— Szukajmy.
Okrążyli chatę, rozpatrując się krok za krokiem; wznosiła się ona, jak bryła lodu, do jakich piętnastu stóp wysokości. Nieprzebrana masa śniégu spadła śród burzy i pokryła grubą warstwą jednę stronę chaty. Płaszczyzna lodowa, na któréj się ona znajdowała, strzaskana uderzeniami pędzonych lodów, popłynęła na północ o jakie dwadziéścia pięć mil, a nasi marynarze zostali jakby przykuci śród tego pływającego więzienia. Sanie, uniesione na innym lodowcu, popłynęły w inną stronę, ponieważ ani śladu ich dojrzéć nie było można, a psy niezawodnie potonęły podczas okropnéj burzy.
Vasling i Penellan doznali teraz uczucia pognębiającéj rozpaczy. Nie śmieli powrócić do chaty z tą straszną wiadomością. Kroczyli bezmyślnie po lodowisku, na którém wznosił się ponury dom ze śniegu, i widzieli tylko tę niezmierzoną, białą, głuchą płaszczyznę, która ich otaczała. Zimno przejmowało ich członki, a wilgotne ich odzienie stérczało na ciele, jakby z blachy.
W chwili, gdy Penellan schodził ze wzgórka, spojrzał na Vaslinga, który nagle odwrócił wzrok w przeciwną stronę, drżąc i blednąc.
— Co wam jest, poruczniku? — spytał Bretończyk .
— Nic, nic! — odrzekł pośpiesznie Vasling. — Chodźmy i starajmy się jaknajprędzéj wydobyć z tych przeklętych stron, w których stopa nasza postać nie była powinna!
Lecz zamiast iść za przykładem porucznika, Penellan, zwrócił oczy w stronę, która uderzyła uwagę Vaslinga; coś szczególnego musiał tam ujrzéć Bretończyk, ponieważ natychmiast wydał okrzyk radości i, wzniósłszy ręce do nieba, zawołał:
— Chwała bądź Najwyższemu!
Lekki, ledwie dojrzany dym wzbijał się w stronie północno-wschodniéj. Penellan widział go dobrze i nie pomylił się bynajmniéj. Tam więc żyją ludzie! Okrzyk Penellana ściągnął wnet jego towarzyszów i wszyscy mogli się przekonać naocznie, że to, co widział Bretończyk, nie było wcale złudzeniem.
Natychmiast, nie myśląc już o zapasach żywności, ani o straszliwém zimnie, które przejmowało ich do głębi duszy, wszyscy, powdziéwawszy swoje kaptury, wielkiemi kroki puścili się w stronę owego dymu.
Ponieważ dym ten wznosił się w stronie północno-wschodniéj, przeto i nasi marynarze w tym kierunku biedz zaczęli. Cel, do którego dążyli, zdawał się być oddalonym o cztéry mniéjwięcéj mile. Najniespodzianiéj jednakże dym zniknął, a na równéj, bezmiernéj płaszczyźnie żaden przedmiot wystający, kierunku w którym się trzymać należało stale, nie wskazywał. Co było czynić? Oto postępować ciągle po linii prostéj.
— Ponieważ nie widziémy punktu, ku któremu mamy zmierzać — rzekł Cornbutte — musimy tedy chwycić się najpewniejszego sposobu, który zbłądzić nam nie dozwoli. Penellan niechaj idzie naprzód, Vasling o jakie dwadzieścia kroków za nim, ja zaś o dwadzieścia kroków pójdę za Vaslingiem. Tym sposobem postępując w linii prostéj, ustrzeżemy się zboczenia, bo ja Penellanowi dam znać, gdy tylko od prostego kierunku odstąpi.
Pochód taki trwał już około pół godziny, kiedy Penellan nagle stanął, wytężając słuch.
Ci, co szli za nim, podeszli bliżéj.
— Czyście nic nie słyszeli? — spytał się wówczas.
— Nic — odrzekł Misonne.
— To szczególne! Zdawało mi się, że uszu moich doszły jakieś krzyki!
— Krzyki? — zawołała Marya. — A więc jesteśmy już prawie u celu!
— Niekoniecznie — wtrącił Vasling — bo w tych północnych okolicach i przy tak nizkiéj temperaturze głosy brzmią na bardzo rozległych przestrzeniach.
— Bądź co bądź, naprzód! — zawołał Cornbutte — choćbyśmy mieli zmarznąć!
— Baczność, słuchajcie!... — rzekł znowu Penellan.
W téj chwili wyraźnie można było dosłyszyć jakiś krzyk, jakby jęk cierpienia i rozpaczy. Powtórzył się on po dwakroć. Nie było wątpliwości, że któś wzywał pomocy. Po upływie sekundy wszystko ucichło.
— A więc ja się nie omyliłem — zawołał Penellan. — Naprzód!
I począł biedz w kierunku dosłyszanego odgłosu. Zrobił mniéj więcéj dwie mile i nagle zatrzymał się zdziwiony i przerażony, ujrzawszy człowieka, śpiącego na lodzie. Zbliżył się ku niemu, usiłował go zbudzić i... podniósł ręce ku niebu z rozpaczą.
Vasling, który podbiegł w téj chwili, spojrzał i zawołał ku zbliżającym się towarzyszom:
— Toż to jeden z naszych rozbitków, to majtek Cortrois!
— Który już nie żyje — dorzucił Penellan. — Umarł z zimna!
Jan Cornbutte i Marya znaleźli się wkrótce przy zwłokach, które już od mrozu stężały. Boleść malowała się na twarzach wszystkich. Umarły był jednym z towarzyszów zaginionego Ludwika Cornbutte.
— Naprzód! — zawołał Penellan, przerywając ogólną zadumę.
Szli więc znowu daléj przez pół godziny, nie mówiąc ani słowa, aż nagle spostrzegli zarysy lądu.
— Wyspa Shannon! — zawołał Jan Cornbutte.
W odległości mili spostrzegli wyraźnie słup dymu, wzbijający się wysoko nad chatą ze śniegu, zamkniętą na drewniane drzwi. Ujrzawszy to, wydali okrzyk radości. Z chaty wyszło dwóch ludzi a Penellan, spojrzawszy na nich, krzyknął z całéj siły.
— Piotrze, Piotrze!...
Był to drugi z towarzyszów Ludwika, Piotr Nouquet. Stał obojętnie, patrząc przed siebie jak człowiek ogłupiały z cierpień, niemający świadomości tego, co się dzieje. Vasling spojrzał na Nouqueta i jego nieznanego towarzysza z dziką radością.... bo między nimi nie ujrzał Ludwika.
— Piotrze, to ja! — mówił Penellan. — Patrz, oto twoi przyjaciele!
Nouquet spojrzał nań, w oczach błysnęła mu trzeźwa myśl i z krzykiem upadł w objęcia starego towarzysza.
— A mój syn, gdzie jest mój syn!... — krzyknął w téj chwili Jan Cornbutte i w najwyższém wzruszeniu postąpił ku drzwiom chaty.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: Stanisław Marek Rzętkowski.