<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Życzenie zmarłej
Wydawca Gazeta Urzędnicza
Data wyd. 1893
Druk Drukarnia Dziennika Polskiego
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le voeu d'une morte
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XII.

List Daniela opiewał, jak następuje:

„Pani!

Wybacz, niepodobna mi dłużej milczeć; moje serce domaga się wysłuchania. Będzie to spowiedź nieznajomego, który tchórzem jest może, lecz nie do tego stopnia, by Panią kochał, nie wyznając jej tego wcale.
Nic nie pragnę, prócz tego, byś Pani przeczytała list mój.
Sam żądny pocieszenia, pragnę gorąco, byś pani w życiu swem zdobyła się na spokój równie niezachwiany, jak niezachwianą jest rezygnacja mej miłości.
Niedawno temu widziałem panią w smutku, nie mogę nic uczynić dla szczęścia Pani, ale jeśli Pani serce jest wrażliwe, to uczujesz, że Ciebie kocham. Czy nie zdołasz Pani nawzajem kochać tego, który nigdy się nie okaże Tobie?
Nie wiem, po co przyszedłem na świat. Jakieś mistyczne przeczucie mówi mi, że po to, by natchnąć Cię, Pani, miłością i milczeć — na wieki.
Pisząc to, płaczę ze wstydu i z bolu. Wiem, że cierpisz, że toczysz sama z sobą walkę. Drżę z obawy, byś nie zachwiała tę wiarę w Ciebie, która rzuca mnie przed Panią na kolana. Wszak mnie rozumiesz?...“
W tym tonie i w tym duchu zapełnił Daniel jeszcze dalszych kilka stronic listu, podyktowanego jedną myślą, że kocha Joannę, która innego gotowa pokochać. Ta jedna też myśl w najrozmaitsze ujęta formy wypełniała list od początku do końca. Był to głos miłości i wiary.
Joanna nieraz już otrzymywała wonne liściki, których nieznani autorowie korzyli się przed nią. Zwykle z uśmiechem politowania rzucała je do kosza. Ale list Daniela rozbudził w niej zupełnie nowe uczucia, nowy świat myśli.
Jej dusza uniosła się w wyższe światy na spotkanie silnego ducha, który ją przyzywał ku sobie.
I porwana gorącemi słowy listu postanowiła znosić cierpliwie brzemię swego osamotnienia, które przestało już być osamotnieniem, skoro czyjś duch pokrewny ślubował stać ciągle niewidomie przy jej boku.
Przez długich dni óśm Daniel nie miał śmiałości pokazać się u Lorina. Poszedł wreszcie i trafem szczególnym zastał Joannę samą.
Z niewymowną radością zauważył w niej wielką zmianę. Pogoda znowu jaśniała z oblicza i spojrzeń pięknej kobiety. Widocznie duszę jej opanował spokój.
Młoda pani długo zatrzymała obu przyjaciół. Wesoła pogawędka w troje nieprędko wypadła uczestnikom z pamięci.
Daniel był pewny, że Joanna nie podejrzywa go o autorstwo wiadomego listu. Niekrępowany więc napawał się jej widokiem i głosem.
Przysięgał sobie, że poprzestanie na rozkoszy jaką mu sprawiało przeświadczenie, iż dobrze zasłużył się około szczęścia Joanny. Drżał na samą myśl, iż mogłoby wyjść na jaw kiedyś, że to on tak ważny w skutkach list napisał. Wówczas bowiem — mniemał — Joanna przystała by go kochać.
Jerzy również był zachwycony. W Joannie rozmawiającą prawie wyłącznie z Danielem wpatrywał się jak w obraz.
W końcu trzeba było opuścić błękitny salonik. Obaj panowie, przyrzekli, że niebawem pokażą się znowu. Obaj pozostawili swe serca w tem miłem zaciszu.
Trzy następne miesiące przeszły Danielowi wśród ciągłej uciechy. Kiedy jeszcze nie był tak szczęśliwy pragnął jednego tylko, aby ten raj tajnej miłości nigdy nie runął w gruzy.
Nie mógł się jednak oprzeć pokusie napisania nowego listu do Joanny. Brzmiał w nim ton rozkosznego upojenia. „Żyjmy tak nadal, pisał. Niczem więcej nie chcę być dla Pani nadto czem jest śmiertelny człowiek dla Bóstwa, modlitwą, uwielbieniem, kornem podnóżem“. Za jednym listem, poszedł drugi trzeci...
Joanna bez oporu poddawała się przemocy tego czystego ducha, który zapałał miłością do śmiertelnej istoty. Uważała go za swego strażnika, za niewidomą podporę, wstrzymującą ją od upadku.
Z rozkoszą obserwował Daniel podczas coraz częstszych swych wizyt postępy, jakie w Joannie czyniła miłość. O przebudzeniu ze snu słodkiego nawet nie myślała. Kochała nieznanego całą duszą — cofnęłaby się jednak może, gdyby spuścił przyłbicę.
W ciągu owych trzech miesięcy i Jerzy zapałał gorącą sympatją dla pięknej pani. Krył się z tem jednak, nawet przed Danielem. Odkrywszy prawdę, spostrzegł, że było już za późno, Z zamkniętemi oczyma rzucił się w tonie uczucia, o którem nie wiedział, co mu przyniesie: szczęście, czy niedolę?
Gdy obaj przyjaciele zjawili się znowu pewnego wieczoru u Joanny, doszła ich niespodziana wiadomość. Lorin zmarł nagle w Londynie. Łzy współczucia nie błysnęły im w oku; niemniej jednak żalem szczerym przejęła ich myśl, że błękitny salonik pozostanie im na jakiś czas zamknięty.
Nad wypadkiem tym wcale nie dyskutowali. Byli przyjaciółmi żyli razem i pracowali wspólnie, każdy z nich jednak krył w sercu tajemnicę, która ich rozdzielała.
Tak przeszło kilka tygodni.
Wówczas dopiero odważyli się odwiedzić owdowiałą panią Lorin. Zastali ją wprawdzie nieco bladą, przyjęła jednak gości uprzejmie jak zwykle. Wobec Jerzego zachowywała się z uderzającym chłodem. Tem żywiej gawędziła z Danielem.
Skutkiem niepomyślnych operacyj giełdowych pozostawił nieboszczyk Lorin swą żonę w niezbyt pomyślnej sytuacji finansowej.
Pan de Rionne, który przy swej córce prowadził życie pasożyta, ucieszył się bardzo z powodu śmierci swego zięcia. Żywił on głęboką nienawiść przeciw temu człowiekowi; nigdy ani jednego sou nie udało się teściowi wydobyć z niego, no, a przytułek — ten go prawie nic nie kosztował. Ledwie nadeszła wiadomość o śmierci Lorina czuły papa kategorycznie za żądał od wdowy pieniędzy. Joanna nie myślała bronić się. Z chęcią pozostawiła mu resztki fortuny, przygniatającej ją tylko; sama zabrała to jedynie, bez czego nie mogła się obyć.
Daniel dowiedziawszy się o owych szczegółach, powziął jeszcze większy szacunek dla Joanny. Urosła ona w jego oczach, wyszlachetniała i zdawało mu się, że życzenie zmarłej zostało wreszcie spełnionem. Pewnego wieczoru, opanowany niepokojem, napisał nowy list do niej.
Przeraził go śmiertelnie bilet, który nazajutrz otrzymał od Joanny z uprzejmą prośbą, by ją odwiedził. Oddalił się, nic nie mówiąc Jerzemu; z głową pękającą od nawału myśli przebiegł długą drogę.
Młoda pani wyprowadziła się już z dawnego pomieszkania, a zajęła natomiast bardzo skromny apartament na drugiem piętrze czynszowego domu. Powitała gościa w małym, jasnym, niezbędnymi tylko sprzętami umeblowanym pokoju.
Joanna nie zauważyła nawet jego zmieszania. Daniel sapał ciężko, niezdolny wyksztusić ze siebie ani słowa.
Gdy usiadł, pani domu przemówiła doń w serdecznym tonie jak do zaufanego przyjaciela.
— Znam pańską szlachetną przychylność dla mnie, mówiła; ubolewam, że tak długo nie umiałam poznać się na pańskiem sercu. Czy mi pan przebaczysz?
Uścisnęła rękę Daniela, spojrzała nań wilgotnemi oczyma i nie pozwalając mu ozwać się, ciągnęła dalej:
— Pan jesteś dla mnie życzliwy, wiem o tem. Ja zaś mam panu do powierzenia tajemnicę a zarazem prośbę o pomoc.
Daniel pobladł, jak ściana; zwykła jego lękliwość wzięła znowu górę. Sądził, że Joanna odgadła wszystko i że chce pomówić z nim o jego listach.
— Słucham, wybąknął wreszcie złamanym głosem — jak winowajca.
Joanna zarumieniła się lekko.
— Od kilku miesięcy — prawiła znowu po krótkiem wahaniu — otrzymuję listy, a pan musisz wiedzieć, kto jest ich autorem. Liczyłam na to, że dowiem się od pana prawdy.
Daniel czuł się bliskim postradania zmysłów. Krew gwałtownie uderzyła mu do głowy.
— Nie odpowiadasz pan — ciągnęła młoda dama dalej. — Nie chcesz pan zawieść zaufania przyjaciela. A więc dobrze; ja sama dopomogę panu. Nieprawdaż, że te listy pochodzą od Jerzego Raymond? Nie zaprzeczaj pan; wiem o wszystkiem doskonale. Miłość wyczytałam mu z oczu, a szukając w koło siebie, nie widziałam nikogo, ktoby był zdolny podobne pisać listy.
Zatrzymała się na chwilę. Daniel spoglądał na nią niemal z przerażeniem.
— Uważam pana za brata, szeptała po przerwie. Dla tego spowiadam się ze wszystkiego z taką szczerością. Wczoraj znowu dostałam list od pańskiego przyjaciela. Nie powinien on ich więcej pisać, bo listy są nadal zbyteczne. Powtarzam panu, że wiem o wszystkiem; igraszka mogła by być równie bolesną, jak niebezpieczną. Powiedz pan swemu przyjacielowi, niech przyjdzie... Przyjdź pan z nim razem.
Wzruszone jej spojrzenie dopełniło spowiedzi. Joanna kochała Jerzego.
Po początkowem osłupieniu, opanował Daniela rozpaczliwy spokój. Zdawało mu się, jakgdyby dusza zeń uszła, pozostawiając jedynie ciało.
Spokojnie począł teraz rozmawiać z Joanną o Jerzym i grać rolę brata, jaką przeznaczyła dlań młoda pani.
W chwilę później znajdował się już na ulicy w pobliżu swego pomieszkania. Teraz dopiero ozwało się w nim zwierzę ludzkie, rzucając go na pastwę wściekłości i rozpaczy.
I z tego jednak otrząsł się ostatecznie Daniel. Ciało jego cierpiało, serce wzdragało się ponieść tak ciężką ofiarę. Nie mógł z początku przystać na to, by w podobny sposób wyrzec się szczęścia. Ciągle ustępywał innym z drogi, ciągle krył się sam w cieniu i milczał. Czyż nie zasłużył przez to na nagrodę? Czuł, że brak mu już sił, by i w tym wypadku usunąć siebie, by umrzeć, nie wypowiedziawszy swych uczuć.
Do djabła, że też mógł się on tak pomylić! Na głos zaśmiał się, a raczej zaryczał z gniewu. Tyle miesięcy, jak zwyczajny egoista upajał się swą miłością, całe swe jestestwo roztopił w zachwycie bezgranicznym, a tymczasem serce ukochanej kobiety zwróciło się ku komu innemu. Przypomniał sobie, jak w błękitnym salonie siedząc, studjował rysy młodej pani, jej spojrzenia łzawe jak każdy uśmiech zapisywał w pamięci na swą korzyść; przypominał sobie swój zapał, swe nadzieje, swe bezgraniczne zaufanie. I wszystko to było fałszem, czczą złudą, zdolną wydać tylko gorżkie rozczarowanie! Te spojrzenia, te uśmiechy Joanny należały się Jerzemu! A więc jego to kochała Joanna, na Daniela wcale nie zwracając uwagi. Został ohydnie obrabowany z urojonego szczęścia i nic mu nie zostało prócz łez i samotności.
Mimo to jednak Joanna użyła go za spowiednika swej miłości i za pośrednika do wynurzenia jej wybranemu. Więc musiał jeszcze poddać się razem tej gorżkiej ironji; musiał pozwolić, iżby z niego nielitośnie zadrwiono. Uznano go za zbyt szkaradnego, by mógł serce swe zaprzątnąć miłością, nikomu przez myśl nawet nie przeszło, że taka brzydka maszyna może samoistnie żyć i czuć może.
Taka już jego dola: kochać, a nie być kochanym. Myśl o pani de Rionne obcą mu była w tej chwili zupełnie sprzykrzyła się Danielowi rola, do jakiej los go upatrzył. Zawsze traktowano go jako brata nigdy jako kochanka — ta świadomość nie dawała mu ani chwili spokoju.
Długo trwało przesilenie. Za ciężki był cios, aby przeszedł bez wrażenia. Nigdy byłby Daniel nie sądził, że Joanna i Jerzy sprzymierzą się, by dręczyć go wspólnemi siłami. Właśnie ci, których najgoręcej ukochał, najsilniej dali mu się w znaki. Jeszcze wczoraj był tak szczęśliwy! Rok, zmierzający do kresu, przygotował dlań słodycze, jakich przedtem nie zaznał. Ale nagle, niespodzianie ujrzał się zepchniętym z wymarzonej wyżyny. I kto go zepchnął? Jerzy do współki z Joanną!
Od czasu do czasu uspokajał się. Potem jednak rozpierało mu znowu krtań łkanie, a zabójcze myśli przeciągały mu szaloną burzą po głowie. Pytał, co ma uczynić? Zwierz wściekły, co kły wyszczerzał w jego głębi, sani się zagryzał, nie wiedząc, na kim ma wywrzeć swą wściekłość.
Z kolei owładnęło nim bezgraniczne uczucie wstydu; bezsilny gorżkiemi zalewając się łzami, bliski był zupełnego wyczerpania. Jego ciało uspokajało się zwolna; słuchał powolnych, melancholijnych uderzeń serca, które uskarzało się już całkiem pocichutku na tę swą niedolę.
Daniel spuścił zasłony; nieznośnem stało się dlań światło dzienne. Wśród ciszy, wytężonemi oczyma wpatrywał się w mroki. Łzy przestały płynąć, opuściła go gorączka; nerwy zapragnęły wypoczynku.
I oto zdołał się nakoniec zupełnie wyrwać ze sfery ludzkiej, wzlecieć na wyżyny bezwzględnej, nieograniczonej miłości. Tam znowu uczuł się zdolnym do rezygnacji. Zstąpiła nań niewypowiedziana dobroć; zdawało mu się, jakby ciało jego było w tej chwili zupełnie nieważkiem i jakby dusza jego dziękowała mu za to, że w ten sposób uwolnił ją od ciężaru. Nie zastanawiał się już, bezwzględnie idąc za popędem wewnętrznym, bo jasnem dlań było, że teraz dopiero zawitała doń prawdziwa miłość.
Smutny uśmiech zawitał mu na usta. Umarł dla wszelkich drobiazgów tego świata. Nad pokonanym ciałem duch tryumfował.
Zwolna przypomniał sobie panią de Rionne i gotów był uczynić zadość życzeniu zmarłej. Pogodnie patrzał już przed siebie, jasno widząc, co jest jego powinnością.
Udał się do Jerzego.
Powitał go serdecznie i nie zadrżał, ściskając mu rękę. Żadne porywy fizyczne już się w nim nie odzywały; duch tylko chciał przemówić do ducha.
Wiedział Daniel, że jego przyjaciel powziął namiętną miłość dla Joanny. Zrozumiał teraz mnóstwo drobnych szczegółów, niedawno zagadkowych dla niego najzupełniej. Mówił z całą siłą przekonania, tonem szczerego współczucia. Sam ostatnim ciosem dobił swą miłość.
— Mój przyjacielu, ozwał się do Jerzego, mogę cię wreszcie powiadomić o wielkiej tajemnicy mego życia.
I spokojnie, bez wszelkiej przesady, roztoczył przed Jerzym historję swego bezgranicznego poświęcenia.
Przypomniał mu nagłe swoje zniknięcie w owym czasie, gdy mieszkali w ciasnej uliczce St. Dominique St Enfer; przypomniał mu zagadkowe objęcie posady sekretarza u pana Tellier, — cierpienia jakie przechodził przed zamążpójściem Joanny i po jej zamążpójściu. A wszystko to wyjaśnił uczuciem wdzięczności dla pani de Rionne; nadał sobie pozory strażnika i opiekuna zupełnie bezinteresownego, który a priori zrezygnował ze wszystkich ludzkich słabostek.
— Dzisiaj, kończył ze wzruszającą swobodą, kończy się moja misja. Chcę wydać moję córkę za mąż, chcę ją powierzyć godnemu jej przyjacielowi, a samemu wycofać się zupełnie z widowni... Czy odgadniesz, na kogo padł mój wybór?
Jerzy, który z nietajonem wzruszeniem przysłuchiwał się przyjacielowi, zadrżał teraz na całem ciele.
— Dokończ mego zadania, ciągnął Daniel dalej, i daj jej szczęście zupełne. Odstępuję tobie moją misję. Kochasz duszę drogą, Joannę: od ciebie teraz zawisło pocieszenie ducha biednej zmarłej i uspokojenie... Moja córka oczekuje ciebie.
Jerzy rzucił mu się w ramiona. Niezdolny był wymówić ani słowa. Daniel w istocie przybrał wszelkie pozory ojcowskiej powagi, a przyjaciel uszczęśliwiony spoglądał nań, jak na nadludzką istotę, z bezgranicznem uwielbieniem.
Daniel sam siebie podziwiał, że potrafił do tego stopnia zapanować nad swym bolem; on bolu już nie czuł. Wzniosłe kłamstwo przejmowało go niewypowiedzianą błogością. Mówił o listach pisanych do Joanny, ale poprzestawał na nieuchwytnych tylko aluzjach. Już nie biło mu serce z niedawną gwałtownością; nie pozostała mu nawet świadomość tego i co przebył.
Jerzy niczego się nie domyślał. Poświęcił się on całkiem wszechmocnej rozkoszy, jaka nim owładnęła. Daniel zbyt spokojnie zachowywał się zbyt ochotnie malował mu szczęście jakiego przyjaciel dozna w związku z Joanną, by podejrzywał go, iż czyni sam ofiarę z własnego szczęścia.
I otworzyły się Jerzemu usta. Zaczął mówić o swej miłości, błogosławił Daniela, iż uczyni go szczęśliwym.
— Skończone dzieło! przerwał mu Daniel. Udam się na wypoczynek do St Henri.
A gdy przyjaciel zaprotestował przeciw temu zamiarowi dodał:
— Nie, nie, jabym wam tylko przeszkadzał. Ludzie szczęśliwi chętnie szukają samotności. Pozwól mi wyruszyć. Wszak mnie odwidzicie?
Jakoś zaraz nazajutrz rano wyjechał.
Osłabł straszliwie; czuł się wyczerpany fizycznie, a nad duszą jego dziwna czczość roztoczyła nowe swe skrzydła.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: anonimowy.