Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część czwarta/Rozdział II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.
BURZA.

Morze okropnie wzburzone...
Ciemno-zielone, pokryte białą pianą, bałwany toczą się naprzemian to w górę, to na dół, przy czerwono-jaskrawym blasku światła na horyzoncie.
W dali, w połowie pochyłości skalistego przylądka, daleko wysuniętego w morze, wznosi się zamek Candoville; czerwienią się jego okna od odbijającego się od nich płomienistego słonecznego światła; jego mury z czerwonej cegły i wysoki szczyt, dachówką kryty, nurzają się w obciążonym mgłami powietrzu.
Wielki okręt bez masztów, płynący tylko przy małej pomocy kawałków żagli, przywiązanych do pni masztowych, pędzi ku brzegom.
Już to toczy się po grzbiecie ogromnych bałwanów, już wpada w ich przepaść.
Błyska się... potem zahuczy grom, ledwo słyszeć się dający pośród strasznego szumu burzy... To wystrzał armatni, ostatni znak żądających ratunku.
W tej chwili parowiec, okryty obłokiem czarnego dymu, przybywa od wschodu, dążąc ku zachodowi i natęża wszelkie siły, by utrzymać się zdala od brzegu.
Bezmasztowy okręt lada chwila przemknie przed statkiem parowym, lecąc na skały, popychany wiatrem i wzburzonem morzem.
Nagle gwałtowna fala uderza w bok parowca; ogromny bałwan morski ze strasznym impetem wpada na pokład; w jednej sekundzie komin obalony, bęben pogruchotany, jedno koło machiny połamane... druga nadchodząca fala uderza wpoprzek statku i pędzi ku brzegom... w tym samym kierunku co trzymasztowy zrujnowany okręt.
Lecz ten, lubo bardziej oddalony od raf, nadstawiając wiatrom i morzu obszerniejszą powierzchnię, aniżeli statek parowy, dopędza go i tak się już do niego zbliża, iż lękać się potrzeba lada chwila ich zetknięcia... byłoby to okropne, a niezawodne rozbicie.
Okręt trzymasztowy był to okręt angielski, nazwiskiem Black-Eayle; powracał z Ameryki, wiózł podróżnych, którzy, przybywszy z Indyj i Jawy, na statku parowym Ruyter, wysiedli z tego statku, dla przebycia międzymorza Suez. Black-Eayle, wypłynąwszy z cieśniny Gibraltarskiej, zawinął do wysp Azorskich, skąd teraz płynął, zdążając do Portsmouth, gdy napadł go wiatr północno-zachodni, który podówczas panował na kanale kaletańskim.
Statek parowy, nazwiskiem Wilhelm Tell, płynął z Niemiec, z Elby i, pozostawiając na boku Hamburg, zmierzał do Hawru.
Dwa te okręty, pędzone burzą, popychane przybierającem morzem, z niesłychaną szybkością biegły na rafy.
Pokłady obudwu smutny, bolesny przedstawiały widok; śmierć wszystkich podróżnych zdawała się niechybną, gdyż morze z okropnym łoskotem rozbijało się o nagie, strome skały brzegów.
Kapitan trzymasztowego okrętu Black-Sayle, stojąc w tyle i trzymając się szczątka masztu, w tej okropnej ostateczności, z zimną krwią wydawał rozkazy. Bałwany poobrywały szalupy, nie było więc tego środka ratunku; jedyny jeszcze pozostawał środek ocalenia, gdyby się okręt nie rozbił odrazu, uderzając o skały, a było to padanie końca liny z okrętu na brzeg. Pokład był pokryty pasażerami, których trwoga, połączona z krzykiem, powiększała jeszcze powszechne zamieszanie.
Jedni, osłupieli, uchwyciwszy się drabin masztowych, oczekiwał i śmierci w odrętwieniu; inni załamywali ręce z rozpaczy lub tarzając się po pokładzie, przeraźliwie wołali ratunku.
Tu, modliły się klęczące kobiety; inne zakrywały sobie oczy rękami, aby nie widzieć zbliżającej się okropnej śmierci; młoda matka, blada jak trup, przyciskając do łona małe dziecię, biega od jednego do drugiego majtka, wzywając ratunku, ofiarując worek pełen złota i klejnotów temu, kto ocali jej syna.
Młodzieniec lat około osiemnastu czy dwudziestu, czarnowłosy, śniadej cery, rysów twarzy regularnych, rzadkiej piękności, przypatrywał się tej zgubnej, przerażającej scenie z owym smętnym spokojem, zwykłym u tych, którzy często już walczyli z wielkiemi niebezpieczeństwami; obwinąwszy się w płaszcz, oparłszy się plecami o parapet, stał spokojnie. Wtem owa matka, która napróżno, z dziecięciem w jednem ręku, a z workiem złota w drugiem, żebrała litości u wszystkich majtków, spostrzega młodzieńca śniadej cery, do nóg mu się rzuca, podaje mu dziecię: błaga w okropnej rozpaczy. Młodzieniec wziął dziecię na ręce, smętnie kiwnął głową, pokazując matce rozhukane fale... gestem, pełnym wyrazu, zdawało się, iż obiecywał jej, że je ocali...
Wtedy młoda matka, uniesiona nadzieją, łzami poczęła oblewać ręce młodzieńca.
Nieco dalej, inny podróżny okrętu Black-Eayle, wydawał się ożywiony najczynniejszem miłosierdziem. Wyglądał on na łat dwadzieścia pięć najwyżej, długie, jasne, w loki układające się włosy powiewały około jego anielskiej twarzy.
Miał ma sobie czarną sutannę i kołnierz z białemi wypustkami; zatrzymując się przy tych, których największa ogarniała rozpacz, chodząc od jednych do drugich, wygłaszał pobożne słowa wiary lub zdania się na wolę boską. Pocieszał jednych, zachęcał drugich słowami pełnemi namaszczenia, czułości i niewymownej miłości, rzekłbyś, że mu żadne nie zagraża niebezpieczeństwo lub, że jest na nie obojętny.
W jego miłej, pięknej twarzy czytać było można stałą, świętą odwagę, religijne oderwanie się od wszelkiej ziemskiej myśli; co chwila podnosił wielkie, niebieskie, jaśniejące wdzięcznością, mdłością i spokojem oczy, jakby <dla podziękowania Bogu, że go poddał owej strasznej próbie, w której człowiek pełen odwagi poświęcić się może dla swych braci, i jeżeli nie ocalić ich, to przynajmniej umrzeć z nimi, pokazując im niebo... Rzec możnaby, że to był anioł, przez Stwórcę zesłany, aby osłodzić nieodzowne ciosy przeznaczenia...
Nieopodal od tego młodzieńca, pięknego jak anioł, widać było człowieka, podobnego do złego ducha.
W śmiałej postawię, siedząc na odłamku przedniego masztu, trzymając się szczątków wiązań lin, człowiek ten z pogardą spoglądał na otaczających go nieszczęśników. Złowroga, dzika radość malowała się na jego brudno-żóltem czole, na czole koloru właściwego ludziom, urodzonym z białego i kreolki; przyodziany tylko w bieliznę, na szyi miał uwiązaną na sznurku puszkę blaszaną, jak mniemać należy, i papierami.
Im bardziej wymagało się niebezpieczeństwo, im bardziej trzymasztowy okręt zagrożony był wpadnięciem na rafę, lub spotkaniem się z parowym statkiem, do którego szybko się zbliżał, tem większą okazywał radość ów złowrogi podróżny. Zdawało się, że przez dziką niecierpliwość chce przyśpieszyć nastąpić mające dzieło zniszczenia.
Widząc go, jak chciwie nasyca się wszelkiemi udręczeniami, trwogą i rozpaczą, które zewsząd go otaczały, mniemałby kto, że to jest posłaniec jednego z owych krwi chciwych bóstw, co przewodniczą zabójstwu i morderstwu.
Wkrótce Black-Eayle, pędzony wiatrem i ogromnemi falami, tak zbliżył się do Wilhelma Tella, iż z okrętu rozpoznać było można podróżnych, zebranych na pokładzie parowego statku, prawie tak samo już obezwładnionego.
Mało już było na nim podróżnych.
Ogromny bałwan morski, gwałtownem uderzeniem złamał bęben i jedno koło maszyny; fale zmiatały bez oporu, co było na pokładzie, coraz to nowe sprzątając ofiary.
Pomiędzy podróżnymi, którzy, uniknąwszy tego nieszczęścia, zagrożeni byli strzaskaniem o skały, lub zgnieceniem między dwoma uderzającymi się statkami, co już wydawało się niechybnem, jedna grupa szczególniej godna była politowania.
W samym kącie statku okazałej postaci starzec, łysy, z siwemi wąsami, przewiązał się wpół końcem linki i tak przymocowany do bocznej ściany okrętu, obejmując obu jękami dwie około lat piętnastu mogące mieć dziewice, przyciskał je do swych piersi, nawpół okrytych futrem reniferowem... Duży, płowy pies, przemokły zupełnie, wył przeraźliwie przy ich nogach. Dziewice w objęciu starca, tuliły się i trzymały nawzajem; lecz, zamiast oglądać się z przestrachem około siebie, oczy swe zwracały ku niebu, jakgdyby pełne ufności i niewinnej nadziei, jakby spodziewając się, iż będą ocalone nadnaturalną pomocą.
Okropny krzyk trwogi, rozpaczy wszystkich podróżnych obu statków rozległ się nagle głośniej nad łoskot burzy.
W chwili, gdy nurzając się głęboko między dwoma bałwanami, statek parowy nadstawił się bokiem do przodu okrętu, ten, wyniesiony niezmiernie wysoko bałwanem, jakby na górę wodną, wydawał się, że powiem, jakby zawieszony nad Wilhelmem Tellem, przez sekundę czasu, poprzedzającą ich wzajemne spotkanie.
Zdarzają się okropne, wspaniałe widowiska... trudne do opisania.
Lecz, podczas takich katastrof, szybkich jak myśl, chwytamy częstokroć obrazy tak żywe, iż, zdaje się nam, iż spostrzegliśmy je przy świetle błyskawicy.
Otóż, gdy Black-Eayle, wzniesiony bałwanami, miał wpaść na Wilhelma Tella, młodzieniec anielskiej postaci stał na przedzie trzymasztowego okrętu, gotów rzucić się w wodę dla ocalenia jakiej ofiary...
Nagle, z wysokości bałwana, na którym był w tej chwili okręt, spostrzegł młode dziewice, wyciągające do niego ręce, błagając ratunku...
Zdawało się mu, iż go poznały i wpatrując się w niego z pewnem uniesieniem i religijnem uszanowaniem.
Na chwilę, pomimo łoskotu burzy, pomimo zbliżającego się rozbicia, spotkały się oczy tych trojga istot...
Na twarzy młodzieńca zarysowało się nagle głębokie politowanie; gdy młode dziewczęta, złożywszy ręce, błagały go jakby spodziewanego zbawcę...
Starzec, Obalony upadkiem ściany, leżał na pokładzie.
Nagle wszystko znikło.
Straszna masa wody gwałtownie rzuciła Black-Eayle na Wilhelma Tella.
Z okropnym trzaskiem tych dwóch mas drzewa i żelaza, które, krusząc się nawzajem, poczęły tonąć, rozległ się przeraźliwy krzyk...
Jeden krzyk stu istot ludzkich, ginących razem w przepaściach morskich...
A potem już nic widać nie było.
W kilka minut, pomiędzy bałwanami lub na ich wierzchołkach, spostrzec było można szczątki dwóch okrętów... i tu i owdzie odrętwiałe ręce, posiniałe, przepełnione rozpaczą twarze kilkorga nieszczęśliwych, usiłujących dostać się na rafy pobrzeżne, choćby zgruchotać ich miały uderzające z wściekłością o skały fale.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.