Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom III/Część druga/Rozdział XXXII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XXXII.
ZDEMASKOWANIE RODINA.

Rodin wszedł; rzuciwszy bystrem okiem na pannę Cardoville i pana Montbron, odgadł, że w przykrem będzie położeniu.
Na widok tego człowieka, panna de Cardoville prawie zdziwiła się, że nie czuła ani gniewu, ani nienawiści. Gorący płomień, jakim w tej chwili pałało jej serce, oczyścił je ze wszelkiego uczucia zemsty. Owszem, uśmiechnęła się jeszcze, albowiem, rzuciwszy słodkie i dumne spojrzenie na indyjskiego Bachusa, a potem na siebie samą, pytała się w myśli: czego lękać się mają w tej chwili dwie istoty tak piękne, tak młode i kochające się, od tego starego, brudnego, nikczemnego człowieka, który chodził i działał, zawsze czołgając się, jak obmierzła gadzina. Słowem, zamiast czuć gniew lub odrazę do Rodina, młodą dziewczynę opanował szyderski śmiech, a wszelkie jej oczy, już iskrzące się szczęściem, pryskać zaczęły dowcipną ironją.
Hrabia pierwszy rozpoczął ogień; obejrzawszy się przez ramię, rzekł do Rodina:
— Ach!... ach!... jesteś, panie poczciwcze!
— Przybliż się pan... proszę pana — rzekła Adrjanna z uszczypliwym uśmiechem. — Pan, co jesteś perłą przyjaciół, pan, wzór filozofów... Pan otwarty nieprzyjaciel obłudy i kłamstwa, należą się panu ode mnie tysiące podziękowań.
— Kochana pani, wszystko od niej przyjmuję... nawet niezasłużone grzeczności — rzekł jezuita, usiłując uśmiechnąć się. — Ale czy mogę wiedzieć, czembym zasłużyć miał sobie na jej wdzięczność?
— Swoją przenikliwością... a jest ona bardzo rzadka — odpowiedziała Adrjanna.
— A ja, panie, — rzekł hrabia — składam hołd prawdomówności... nie mniej rzadkiej...
— Miło jest sercu dobrze czynić, nawet nie wiedząc o tem, — odrzekł Rodin, — ale czy mógłbym wiedzieć, za co jestem chwalony...
— Wdzięczność każę mi powiedzieć panu — rzekła Adrjanna uszczypliwie: — Pan to odkryłeś i powiedziałeś księciu Dżalmie, że ja namiętnie kogoś kocham.. A więc... możesz się pan chlubić swoją przenikliwością... bo mówiłeś prawdę...
— Pan również powiedziałeś pannie de Cardoville, że książę Dżalma kocha namiętnie... kogoś, — rzekł hrabia — a przeto pochlubić się pan możesz swoją prawdomównością.
Rodin zmieszał się i zamilkł.
— Tym kimś, którego ja tak namiętnie kocham, — rzekła Adrjanna — jest książę...
— Ową osobą, którą książę tak namiętnie kocha, — mówił hrabia, — jest pani...
Jezuita powoli odzyskał zimną krew, a jego powierzchowny spokój mocno oburzył pana Montbron, który, gdyby to nie było w obecności Adrjanny. wcale inaczej postąpiłby sobie z Rodinem.
— Jest tu pomyłka — rzekł Rodin — we wszystkiem, o czem pani raczyłaś mi mówić. Nie mówiłem, jak żyję, o miłości przyzwoitszej nad tę, jaką przejęta jest pani dla księcia Dżalmy...
— Prawda, — rzekła Adrjanna, — że powodowany delikatnym skrupułem, mówiąc mi o czułej miłości księcia... aż do tego stopnia byłeś względnym, iż powiedziałeś mi, że... nie mnie, ale kogo innego on kocha...
— I dla takiegoż skrupułu powiedziałeś pan księciu, że pana Cardoville kogoś innego kocha... nie księcia Dżalmę...
— Panie hrabio, — odrzekł Rodin obojętnie — dosyć byłoby z mej strony powiedzieć panu, że nie mam wcale potrzeby mieszać się do intryg miłosnych.
— A więc!... Bądź pan ostrożniejszy w swych zacnych postępkach.
— Tymczasem przykrzej dla mnie być pańskim słuchaczem.
— Cóż to! mój panie, — odrzekł hrabia z pogardą — czy nie wiesz, że wolno użyć wszelkich środków dla ukarania zuchwalców i szalbierzy.
Rodin odpowiedział spokojnie:
— Nie znajduję ja nic zaszczytnego w tem, gdy ktoś nazywa zuchwałym napastnikiem uczciwego starego człowieka, jakim ja np. jestem...
— Panie Rodin, — rzekł hrabia, — primo: biedny starzec, jakim np. pan jesteś, źle robi, zasłaniając się starością, którą hańbi i na podwójną zasługuje karę; secundo co do wieku, nie sądzę, aby strzelcy schylać się mieli z uszanowaniem przed starą skórą starych wilków i przed siwemi włosami starych łotrów.
— Wolnym od zarzutu, iżbym miał być starym wilkiem, a tem mniej starym łotrem... — rzekł spokojnie Rodin — pozwolisz mi, panie hrabio, żądać, abyś mnie zaprzestał ścigać przez strzelców i żandarmów; co do zarzutów... nigdy się nie usprawiedliwiam.
— Doprawdy! — rzekł hrabia.
— Nigdy! — rzekł zimno Rodin — moje czyny uniewinniają mnie, poprostu więc odpowiem, że, widząc głębokie, gwałtowne, niemal przestraszające wrażenie, jakie sprawiła pani na księciu... powinienem był mu powiedzieć, że pani kochasz kogo innego, jak również powiedzieć musiałem pani, że on inną osobę kocha... a to dla wspólnego ich dobra... Że moje przywiązanie do pani obłąkało mnie... to być może, nie jestem ja nieomylny... lecz, mojem przeszłem postępowaniem względem pani, może powinienem zyskać prawo innego ze mną obejścia...
— A cóż to więc? mój panie! — zawołał obrażony hrabia — swemi kłamstwami pogrążyłeś księcia w taką rozpacz, iż podwakroć już targnąć się chciał na własne życie; swemi kłamstwami także wprawiłeś pannę Cardoville w taki obłęd, iż, gdybym nie był dziś użył kroków zaradczych, obłęd ten trwałby dłużej i mógłby pociągnąć za sobą bardzo zgubne skutki?
Adrjawna przysłuchiwała się tej rozmowie z uwagą. Nagle zerwała się i jakby sobie o czemś przypomniała. Po chwili milczenia rzekła do Rodiina, bez żółci, bez urazy, ale ze spokojną łagodnością:
— Gdybyś pan zapatrywać się chciał na rzeczy z mego stanowiska, pozwól przypomnieć sobie, niektóre zdarzenia: Garbuska była pełna poświęcenia dla mnie, dała mi niezaprzeczone dowody przywiązania... lecz czuła nieprzezwyciężony wstręt do pana... Nagle niknie niedocieczonym dotąd sposobem... i pan postarałeś się obudzić we mnie podejrzenie względem niej. Pan Montbron raczy mi dawać dowody ojcowskiego przywiązania; lecz wyznać panu muszę, że mało ma do pana sympatji; starałeś się także rzucić nieufność między mnie a niego... W końcu książę Dżalma ma ku mnie żywą skłonność... a pan najszkaradniejszych używasz podstępów dla zniszczenia w nim tego uczucia; w jakim więc celu pan tak działasz?... tego nie pojmuję; lecz upewniam się, że jego kroki nie są dla mnie przychylne...
— Pani, zdaje mi się, — rzekł Rodin surowym tonem — że do jej nieświadomości rzeczy dołącza się zapomnienie moich usług.
— Nie myślę zaprzeczać, mój panie, że wydobyłeś mnie z domu doktora Baleinier... lecz bądź co bądź, w kilka dni potem byłby mnie tak samo uwolnił pan Montbron, którego tu pan widzisz...
— Bardzo dobrze! — rzekł hrabia.
— Wiem, że nie mnie tylko okazałeś swoją troskliwość... Córki marszałka Simon przyprowadzone tu były staraniem pana... lecz sądzić należy z pewnością, że upomnienie się marszałka Simon, księcia de Ligny, co do jego dzieci nie byłoby daremne; postarałeś się pan nawet o to, że oddany został staremu żołnierzowi krzyż cesarski, droższy mu nad życie; jest to rzecz bardzo tkliwa... Wkońcu zdemaskowałeś pan doktora Baleinier i księdza d‘Aigrigny... ale i ja sama także byłam gotowa zdemaskować ich... Zresztą wszystko to dowodzi, mój panie, że jesteś człowiekiem niezmiernie przenikliwym, zdolnym...
— Dziękuję za uznanie! — odpowiedział bezczelnie Rodin.
— Tak, panie! — odrzekła Adrjanna — liczne... przysługi, jakie wyświadczyłeś mnie i moim krewnym, otworzyły nam nagle oczy, albo raczej — dodała poważnym tonem — wystaw pan sobie, że Bóg, dający matce instynkt bronienia swego dziecięcia... dał mi, wraz z mojem szczęściem, instynkt zachowania tego szczęścia i że, pomimo mej wiedzy, jakieś przeczucie, wyświetlając tysiączne okoliczności, nieznane mi do owego czasu, nagle mię przestrzegło, iż, zamiast być moim przyjacielem, jesteś może najniebezpieczniejszym wrogiem moim i mojej rodziny.
— A więc przechodzimy do przypuszczeń — rzekł Rodin, ciągle nie zmieszany.
— A od przypuszczeń, mój panie, do najpewniejszego przekonania, — mówiła Adrjanna z niezachwianą godnością. — Tak jest, teraz wierzę, że przez jakiś czas byłam igraszką pana... mówię to panu bez nienawiści, bez gniewu, ale z żalem; przykro jest widzieć człowieka tak zdolnego... poniżającego się do takich intryg, który po tylu szatańskich zabiegach, w końcu śmiesznością się okrywa... nic bowiem śmieszniejszego, jak być zwyciężonym przez dziewczynę, której jedynym orężem jest... jej miłość. Od dzisiejszego dnia uważam pana za nieprzebłaganego nieprzyjaciela; nie wiem jeszcze, jakiemi zdążać chcesz drogami; ani wątpić, że godne będą przeszłości, a przecież... ja się pana nie boję. Od jutra moja familja uwiadomioną zostanie o wszystkiem, i roztropnie wziąwszy się, zabezpieczymy się, gdyż tu idzie o owo ogromne dziedzictwo, którego już o mało nam nie wydarto. Pan sam powiedziałeś mi, że moi nieprzyjaciele tak niebezpiecznie są zręczni, iż bezustannie wszystko trzeba przewidywać; będę pamiętała słyszaną od pana naukę...
— Byłaby to nieroztropne, jak i dziwne, gdybym chciał być pani nieprzyjacielem — rzekł Rodin, ciągle zimny.
— Dam panu jeszcze radę: będzie krótka; nie próbuj pan walczyć ze mną, bo wystaw sobie, że napotkałbyś coś silniejszego od siebie i swoich wspólników, to jest kobietę, broniącą swego szczęścia.
Piękne jej oczy iskrzyły się szczęśliwością tak nieustraszoną, niż Rodin uczuł obawę.
Pomimo to nie widać było, aby się zmieszał.
— Kochana pani, według wszelkiego prawdopodobieństwa, nigdy się już nie zobaczymy... jednę tylko przypomnę pani rzecz, którą pamiętać proszę: nigdy się nie usprawiedliwiam... zajmie się tem za mnie przyszłość... Jestem jej uniżonym sługą.
I ukłonił się.
— Panu hrabiemu... moje najwinniejsze uszanowanie — dodał, kłaniając się jeszcze niżej panu Montbron.
Zaledwie oddalił się Rodin, kiedy Adrjanna, pobiegłszy do biurka, coś naprędce napisała, zapieczętowała i rzekła do pana Montbron:
— Nie zobaczę księcia aż jutro... tak przez zabobon serca, jak i dlatego, że trzeba dla mych zamiarów, aby to spotkanie odbyło się z pewną uroczystością... Będziesz pan wiedział o wszystkiem... ale ja do niego teraz napiszę... bo z takimi, jak Rodin nieprzyjaciółmi przewidywać trzeba wszystko.
— Słusznie mówisz, moje dziecko... spiesznie więc list trzeba przygotować... Adrjanna podała mu go.
— Dosyć mu piszę dla ukojenia jego cierpień... nie tyle jednak, iżbym się pozbawiła miłego szczęścia z niespodzianki, jaką mu gotuję na jutro.
— We wszystkiem tem postępujesz pani roztropnie; i delikatnie; biegnę do księcia, aby oddać mu bilet pani... i powrócę zabrać panią z panią Morinval na pola Elizejskie.
I hrabia Montbron wyszedł spiesznie z domu panny Cardoville ucieszony, wesoły, gdy przedtem był smutny, zmartwiony.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.